• Militaria

    Powstania śląskie

    1. O powstaniach śląskich napisano bardzo dużo, ale dobrych książek prawie nie było. Tę lukę zapełnił prof. Ryszard Kaczmarek.

    2. Najważniejsza zaletą tej monografii jest bardzo szerokie uwzględnienie sytuacji po stronie niemieckiej. Uwzględnione zostały nie tylko uwarunkowania polityczne, ale także przemiany w Reichswerze (do poziomu pojedynczych jednostek!) i organizacji niemieckich organizacji paramilitarnych na czele ze znanymi Freikorpsami. Ten aspekt historii powstań śląskich był do tej pory zupełnie pomijany. w polskiej historiografii.

    3. Dość szczegółowo autor przedstawia okoliczności wybuchu kolejnych powstań, nie przemilcza kłopotliwych szczegółów (jak na przykład w przypadku pierwszego powstania) ani obcych polskiej mitologii informacji o uzgodnieniu przez Korfantego z gen. Le Rondem terminu wybuchu III Powstania Śląskiego.

    4. Polscy autorzy najczęściej uwypuklają proniemieckie stanowisko Anglików i Włochów budując narracje osamotnionej walki nie wspieranej przez aliantów. Kaczmarek zwraca uwagę na ogromne wparcie Francuzów, bez niego historia potoczyłaby się zapewne inaczej i dla Polski znacznie gorzej.

    5. Dla wszystkich zainteresowanych tą tematyką lektura obowiązkowa.

    Ryszard Kaczmarek, Powstania śląskie 1919-1920-1921, Wydawnictwo Literackie, 2019, s. 624

  • Militaria

    Sprawa majora Sosnowskiego

    Konrad Graczyk, Operacja „Reichswehrministerium”. Misja majora Jerzego Sosnowskiego, Wydawnictwo Rytm, recenzjaZwykle o historii piszą historycy lub inni autorzy, którzy historyków udają. Tym razem mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją. Książkę napisał prawnik, który głównie koncentrował się na tym, co umie najlepiej, czyli na analizie prawnej. Dało to naprawdę dobry efekt. Wiele kwestii zostało wyjaśnionych, a i sporo błędów poprostowanych. Na przykład dla historyka jest rzeczą bez większego znaczenia, czy wobec Sosnowskiego polskie władze prowadziły śledztwo czy dochodzenie. Bezrefleksyjnie większość pisała o śledztwie, a różnica jest doprawdy zasadnicza: dochodzenie prowadził prokurator, a śledztwo – sędzia śledczy. Dzisiaj polskie prawo nie zna instytucji sędziego śledczego, stąd całe zamieszanie. W Wikipedii do chwili opublikowania niniejszej notki też funkcjonuje termin śledztwo, mimo iż omawiana książka ukazała się 15 miesięcy temu! A sprawa jest dość istotna. Sędzia śledczy miał więcej niezależności niż prokurator, zatem łatwo sobie wyobrazić dlaczego szefostwo II Oddziału wybrało formę dochodzenia, a nie śledztwa.

    Autor dotarł do niewykorzystywanych do tej pory materiałów polskiego konsulatu w Berlinie, który udzielał pomocy aresztowanemu. To zupełna nowość. Do sprawy wnosi co prawda niewiele, ale na przykład  pokazuje opieszałość w znalezieniu obrońcy dla rotmistrza. Musiał być on zaakceptowany przez niemiecki Trybunał Ludowy, przed którym toczyła się sprawa, a siedzącemu w areszcie nie było łatwo takiego obrońcę znaleźć.

    Kolejnym nowością jest dotarcie do materiałów postępowania przed sądem partyjnym NSDAP w sprawie por. Rudloffa. Wszystkie zawirowania dotyczące jego osoby zostały dzięki temu wyjaśnione na tyle, na ile się dało. Jest to o tyle istotne, że w polskim procesie to właśnie Rudloffowi przypisywano (oczywiście niesłusznie) zwerbowanie Sosnowskiego przez Abwehrę. Wyjaśniono zarówno sposób jego zatrudnienia w Abwehrze, jak posługiwanie się przez niego stopniem kapitana oraz jego sytuację finansową.

    Ciekawa jest również precyzyjna analiza dokumentów prawniczych, przede wszystkim aktów oskarżenia (zarówno przed sądem niemieckim jak i polskim), ale w miarę możliwości także procedur prawnych, jakie wobec rotmistrza stosowano. Te po stronie polskiej wyglądały żałośnie. Przetrzymywany był w swego rodzaju areszcie przez blisko półtora roku, bez żadnego wyroku,  nawet bez postawienia zarzutów. Dopiero interwencja u Rydza-Śmigłego spowodowała, że w końcu zastosowano wobec niego normalne procedury prawne. Na marginesie warto dodać, że wystawia to bardzo dobre świadectwo Rydzowi.

    Faktografia działalności Sosnowskiego przedstawiona jest krótko, żeby nie powiedzieć zdawkowo. Ma to ten niezamierzony plus, że pozwala spojrzeć na jego prace z pewnej perspektywy. Jako największy sukces Sosnowskiego jawi się zwerbowanie Benity von Falkenhayn. To ona w znacznym stopniu kierowała pozostałymi agentkami, sekretarkami w Reichswehrministerium, które wynosiły dokumenty dla Sosnowskiego. Natomiast jego wpadka spowodowana przez samodzielne zwerbowanie tancerki Lei Kruse i wyraźnie nadmiarowe poinformowanie jej o siatce agenturalnej było katastroficznym błędem, z pogranicza braku profesjonalizmu. Warto zauważyć, że owa tancerka sama zgłosiła się do Abwehry i zeznała o werbunku przez Sosnowskiego. Pokazuje to zresztą, na jak niskim poziomie działa Abwehra, która pozwoliła rotmistrzowi tak długo działać pod swoim nosem, mimo iż sygnały o jego działalności miała już znacznie wcześniej.

    Do poważnych braków zaliczam brak wykorzystania fundamentalnej pracy Łukasza Ulatowskiego Berlińska placówka wywiadowcza „In.3” (1926 – 1934). Oddział II i działalność majora Jerzego Sosnowskiego w Niemczech. Tym bardziej to bolesne, że jednocześnie autor wykorzystuje stare opracowania popularne, często operujące trybem przypuszczającym. Nie trzeba być historykiem, żeby odróżniać kompetentne monografie od popularnych staroci.

    Niekiedy kłopotliwa jest tendencja autora do szczegółowego przytaczania różnych norm prawnych. W gąszczu szczegółów gubi jednak sprawy ważne. Co z tego, że szczegółowo analizuje przesłanki ewentualnego zastosowania aresztu tymczasowego przez polskiego prokuratora, skoro nie zauważa, że ów prokurator w chwili składania wniosku o areszt tymczasowy nie posiadał żadnych obciążających majora dowodów. Można wnosić, że sąd decydując o tym areszcie też takich dowodów nie miał. Czy w ogóle można w tym przypadku mówić o praworządności i zatem czy ma sens drobiazgowa analiza systemu prawnego?

    Ogólna ocena 7/10 za interesujące analizy prawnicze pokazujące nowe wymiary całej sprawy rotmistrza Sosnowskiego.

     Konrad Graczyk, Operacja „Reichswehrministerium”. Misja majora Jerzego Sosnowskiego, Wydawnictwo Rytm, Warszawa 2017, ss. 312.

  • Militaria

    Wspomnienia dowódcy pułku

    Władysław Adamczyk, Przeciw nawale. Wrzesień 1939, IW PAX Warszawa 1970Władysław Adamczyk był podczas kampanii wrześniowej dowódcą 201 pp rez. wchodzącego w skład 55 DP rez. Jego wspomnienia są nader ciekawe i to z wielu powodów.

    Zacznijmy od tego, że wszystkie pułki 55 DP składały się z wcześniejszych batalionów Obrony Narodowej. Była to jedyna taka dywizja w 1939 roku. Oczywiście rodzi się pytanie, jaka była sprawność takiej dywizji w porównaniu z jednostkami służby czynnej. Tutaj podpowiedź dla mniej zorientowanych – dywizje i pulki rezerwowe nie istniały w czasie pokoju, pojawiały się dopiero w trakcie mobilizacji. Dodatkowa odrębność w tym przypadku polegała na tym, że bataliony Obrony Narodowej w czasie pokoju w specyficzny sposób, ale jednak istniały, natomiast plutony specjalne wchodzące w skład pułku (zwiadowców [konny], kolarzy, pionierów, przeciwgazowy, łączności i kompania przeciwpancerna) pojawiały się jakby znikąd, jako zupełnie nowe jednostki. Od razu w tym miejscu wypada zaznaczyć, że bataliony ON zostały doprowadzone do stanu normalnych rezerwowych batalionów piechoty.[i] Natomiast jednostki pułkowe różniły się od czynnych brakiem plutonu artylerii i 4-działową (zamiast 9) kompania przeciwpancerną. Skoro jesteśmy przy mobilizacji, to warto zwrócić uwagę, że cała 55 DP mobilizowała się w trybie regionalnym z żołnierzy mieszkających w bezpośredniej bliskości siedzib batalionów ON. Miało to ten minus, że do jednostek trafiały (chociaż tak być nie powinno) osoby z mniejszości niemieckiej, którzy przy pierwszej okazji znikali, czyli po prostu mówiąc dezerterowali. Na podobne  trudności natrafiła mobilizacja samochodów, sabotowana przez lokalnych Niemców: okazywało się, że albo były „w trakcie naprawy” i nie można było ich zmobilizować, albo dostarczano je celowo uszkodzone (o czym wspominał Kuropieska).

    Zawsze mnie zastanawiała wartość bojowa jednostek rezerwowych i batalionów ON. W przypadku 201 pp okazało się, że była ona rewelacyjna. Pułk przebył cały szlak bojowy GO „Śląsk” od Katowic po Tomaszów Lubelski, nieustannie w walkach, pod ostrzałem lub bombardowaniem. Do końca zachował sprawność bojową, czego najlepszym dowodem ciężki bój pod Ulowem, podczas którego udało się wspomnianą wieś zdobyć i pomimo zagrożenia okrążeniem utrzymać. A dodajmy był to już 19 września, kiedy pułk był już solidnie wyniszczony walkami odwrotowymi. Zwróćmy również uwagę, że został potraktowany jako jednostka szturmowa, o największej wartości spośród oddziałów GO „Jagmin” (wcześniej „Śląsk”). W moim mniemaniu świadczy to najlepiej o jego walorach bojowych.

    To doświadczenie 201 pp znacznie odbiega od innych jednostek rezerwowych i batalionów ON. Dlaczego? Chyba z dwóch powodów. Od jednostek ON odróżniało całą 55 DP nadanie jej statusu normalnej dywizji rezerwowej, z całym uzupełnieniem jej o wszystkie stosownej jednostki dywizyjne i pułkowe oraz jako tako zorganizowane dowództwa dywizji i pułków. Z kolej nad innymi dywizjami rezerwowymi miała ona te przewagę, że mobilizację rozpoczęła już 24 sierpnia i po dwóch dniach ją ostatecznie zakończyła, miała zatem czas nie tylko na kompletną mobilizację, ale nawet na kilka dni szkolenia i zgrywania jednostek. Miało to niebagatelne znaczenie choćby w przypadku pułkowej kompanii rozpoznawczej. W plutonie konnym byli żołnierze, którzy nie umieli jeździć na koniu, a w plutonie kolarzy tacy, którzy nie mieli do czynienia z rowerem. Tych parę dni umożliwiło choć częściowe nadrobienie tych braków. W efekcie powstała jednostka, która nie dobiegała jakością bojową od jednostek czynnych. Szkoda tylko, że nie wyposażono jej w środki ogniowe takie same, jak normalnego pułku piechoty (pluton artylerii i więcej armatek ppanc.).

    Swoją drogę bojową rozpoczął 201 pp od obrony pozycji śląskiej. Co od razu rzuca się w oczy: chaos w dowodzeniu. Przegrupowujące się jednostki były zawracane (marszem pieszym), następowało totalne wymieszanie oddziałów i dowódców. Bataliony z tego samego pułku były rozrzucone na dużej przestrzeni, ale dowódca pułku dowodził cudzymi batalionami, jakby nie mógł swoimi. Dotyczyło to wielu jednostek GO „Śląsk”, nie ominęło także ppłk. Adamczyka.

    Pułkownik Adamczyk dowodził pod Kobiórem, a obrona tego miejsca od zawsze przyciągała uwagę historyków kampanii wrześniowej. Okazuje się, że walki tam nie były tak intensywne, jak na ogół się wydaje. Najlepiej wskazują na to straty: 13 zabitych i 42 rannych, co jak na walkę w lasach wzmocnionego batalionu nie wskazuje na szczególną intensywność boju. Co ciekawe Adamczyk dowodził nie tylko jednym swoim batalionem, ale przydzielone miał dwa bataliony z dwóch różnych pułków. Baterię artylerii, która miała go wspierać z rodzimego palu, odwołano mimo fundamentalnego znaczenia Kobióru dla skrzydła całej pozycji śląskiej. Prawem kaduka zatrzymał dla siebie baterię z 23 palu, czyli z 23 DP. Trochę trudno to zrozumieć. Tym bardziej, że 31 sierpnia ppłk Adamczyk otrzymał rozkaz, żeby oddziały przygotowujące pozycję obronna w Kobiórze ją opuściły i przeszły na pozycję rezerwową z planem działania na rzecz innego odcinka. W efekcie Niemcy zajęli rankiem 1 września Kobiór broniony przypadkowo tylko przez pluton pionierów, pracujących przy umocnieniach polowych. Potem kontratakiem trzeba było tę miejscowość odbijać, tylko dlaczego poprzedniego dnia ją opuszczono?

    Po opuszczeniu pozycji śląskiej 201 pp podzielił losy  wielu polskich jednostek – przez kilkanaście dni wycofywał się w dość fatalnych warunkach: po kiepskich drogach, pod częstym ostrzałem, bez zaopatrzenia, pozbawiony możliwości odpoczynku, a na dodatek prowadząc stałe walki obronne. Przemierzył na nogach żołnierzy ponad 400 km zachowując do końca zdolności bojowe, czego dowiódł we wspomnianej wcześniej bitwie o Ulów. To naprawdę dobre osiągnięcie. Jestem pełen szacunku dla determinacji polskich żołnierzy, i ich odporności na ponadludzkie trudy, jakie przyszło im znosić podczas kampanii wrześniowej. Niemała w tym zasługa dowódcy pułku, autora wspomnień, podpułkownika Władysława Adamczyka. Jestem pod przemożnym wrażeniem walorów polskiego żołnierza – nocami maszerował po 20-30 km dziennie, żywiony był nieregularnie z powodu braków w zaopatrzeniu, a i tak w ciągu dnia był zdolny do prowadzenia uporczywych walk, niejednokrotnie z udziałem czołgów po stronie niemieckiej.

    Warto tez zwrócić uwagę na kilka szczegółów: mimo całego dramatu walk odwrotowych, siłą rzeczy pogrążających wojska i ich służby w chaosie, w pułku nigdy nie zabrakło amunicji, a co więcej w czasie bitwy o Ulów, w 19 dniu wojny, po utracie większości taborów, kwatermistrz pułkowy zorganizował dowóz amunicji do walczących oddziałów. Duża sprawa. Kolejna rzecz – kompania łączności do ostatnich chwil zachowała zdolność do rozwinięcia chociaż podstawowej sieci telefonicznej, natomiast w całych wspomnieniach nie ma ani słowa o wykorzystaniu radiostacji, w którą pułk był wyposażony, a była to radiostacja N2, o niewielkim zasięgu, ale za to kompletna nówka. Komunikacja z dowództwem dywizji odbywała zawsze albo przez łączników, albo przez osobiste stawiennictwo. W obu przypadkach, w trakcie walk odwrotowych nie było to łatwe, ale i tak do wykorzystania łączności radiowej nie doszło.

    Na zakończenie warto jeszcze wspomnieć, że pułkownik Adamczyk był dowódcą skrupulatnym i na bieżąco gromadził meldunki o stanach podległych sobie jednostek i o stratach jakie one ponosiły. Obie grupy danych są w książce dostępne, zwłaszcza cenne jest zestawienie wszystkich strat pułku i przydzielonej mu artylerii w rozbicie na dni i poszczególne bitwy oraz potyczki. Taka szczegółowość jest rzadkością i tym bardziej należy ją cenić.

    Wspomnienia są wybitne zarówno jeśli chodzi o warstwę czysto informacyjną jak i o ogólniejsze refleksje o stanie polskiej armii w 1939 roku. Dla zainteresowanych kampania wrześniową lektura obowiązkowa. W mojej ocenie 10/10.

    Władysław Adamczyk, Przeciw nawale. Wrzesień 1939, IW PAX Warszawa 1970

  • Militaria

    O Enigmie ciąg dalszy

    David Kahn, Enigma. Złamanie kodu u-bootów 1939-1943, Wydawnictwo Magnum Warszawa 2005

    David Kahn jest znanym i cenionym autorem książek z dziedziny kryptologii. Zajmował się także historia wywiadu w czasie II wojny światowej. Jego książka Codebreakers (pol. Łamacze kodów. Historia kryptologii) miała znaczenie przełomowe, nie tylko z powodów merytorycznych (bo i wcześniej sporo na ten temat pisano), ale przede wszystkim ze względu na jasność wykładu i przystępność. Do tych najlepszych cech pisarstwa Davida Kahna nawiązuje publikacja poświęcona dziejom złamania morskiej wersji Enigmy, czyli tej, którą zajmował się Turing i której dotyczył film Gra tajemnic (pisałem o nim tu). Powiem od razu, że książka Kahna jest o niebo lepsza od biografii Turinga, która była z kolei pierwowzorem do scenariusza wspomnianego filmu.

    Zacznę od tego, że Kahn, jako solidny badacz, który dobrze rozumie historię osobny rozdział poświęcił Polakom i ich wkładowi w rozszyfrowanie Enigmy. Co więcej zrozumiał metody stosowane przez Polaków, przystępnie je opisał i wskazał na ich znaczenie dla dalszych potyczek Anglików z Enigmą. Dostaje za to dużego plusa. Może zachowanie obiektywizmu było w jego przypadku o tyle łatwiejsze, że jest on Amerykaninem, a dotychczasowe kłopoty z polskim wkładem w rozszyfrowanie Enigmy sprawiali Anglicy, którzy bardzo nielojalnie przypisywali sobie wszystkie sukcesy w tej materii.

    Swoją książkę Kahn rozpoczął od pierwszej wojny światowej, kiedy to Rosjanie zdobyli na osadzonym na mieliźnie krążowniku „Magdeburg” niemiecki księgi kodowe. Umożliwiło to państwom Ententy przez kilka lat spokojne odszyfrowywanie niemieckich depesz. Paradoksalnie to wydarzenie miało wpływ na wojnę na Atlantyku, bowiem w 1941 roku, mając w pamięci wydarzenie z „Magdeburgiem” dowódca HMS „Bulldog” wstrzymał w ostatniej chwili atak na wynurzony U 110 tylko po to, aby wydobyć z tonącego okrętu książki kodowe. Udało to się zrobić, a kryptoanalitycy z Bletchley Park otrzymali w końcu materiały, które umożliwiły im złamanie morskiej Enigmy i wprowadziły ich we wszystkie zawiłości niemieckiego systemu szyfrowania. Po miesiącu jednak nastąpiła rutynowa zmiana kodów i ustawień niemieckiej maszyny szyfrującej i ponownie Brytyjczycy „ogłuchli”. Kolejne materiały zdobyli, tym razem po zaplanowanej akcji, z zaatakowanego niemieckiego stateczku meteorologicznego. Jak widać w pierwszym okresie wojny największe sukcesu służby dekryptażu odnosiły dzięki przejęciu niemieckich tablic kodowych. Bardzo te akcje ułatwiły prace nad późniejszym łamaniem niemieckich szyfrów. Fakt jednak pozostaje faktem, główne sukcesy odnoszono dzięki działaniom siłowym, a nie w wyniku żmudnych analiz, które zaowocowały sukcesem dopiero w grudniu 1942 roku.

    Trzeba jednak dodać, że Anglicy bardzo twórczo rozbudowali polskie osiągnięcia, choć rdzeń pomysłu na bomby kryptologiczne i na tzw. tablice Zygalskiego pozostał w użyciu do końca. Oczywiście osiągniecia Turinga czy Welchmana są niezaprzeczalne i cały system łamania kodów Enigmy został przez nich wprowadzony na zdecydowanie wyższy poziom.

    Do zasadniczych zalet książki Kahna należy powiązanie sposobów dekryptażu i powiązanych z nim efektów w postaci rozszyfrowanych depesz z zastosowaniem w praktyce pozyskanej w ten sposób wiedzy. Czytelnicy mogą zobaczyć jak pracowało centrum operacyjne floty w zakresie Bitwy o Atlantyk, jak unikano spotkania z czyhającymi na konwoje wilczymi stadami u-bootów czy jak urządzano polowania na podwodne transportowce zaopatrujące niemieckie okręty podwodne operujące u wybrzeży Stanów Zjednoczonych. To rzadki przypadek, gdzie w jednej książce połączona jest wiedza o całym intelektualnym zapleczu dekryptażu z praktycznym wykorzystaniem jego efektów, a na dodatek wszystko opisane jest w sposób fascynujący. Trudno oderwać się od lektury.

    Jednym z najciekawszych wątków książki jest precyzyjne, ale jednocześnie przystępne przedstawienie sposobów w jaki szyfrowano depesze za pomocy Enigmy. Zrozumienie tego procesu nastręcza niemałe trudności bo te procedury naprawdę są bar5dzo zawiłe, a przez to trudne do zrozumienia, a na dodatek wraz z upływem czasu były coraz bardziej komplikowane. Wielką pomocą w tej materii są doskonałe załączniki pokazujące w praktyce sposób używania Enigmy. Dopiero na tym tle pokazane są trudności w łamaniu całego złożonego systemu zabezpieczeń. Oczywiście odtworzona została cała procedura łamania wszystkich elementów składających się na strukturę Enigmy. Kahn bardzo trafnie zauważył, że wprowadzenie maszynowego szyfrowania całkowicie zmieniło sposoby pracy kryptoanalityków. Metody lingwistyczne przestały być przydatne, a coraz większą role odgrywali matematycy i ludzie potrafiący konstruować i wykorzystywać maszyny wspierające proces dekryptażu. Oznaczało to zasadnicza zmianę jakościową, która jako pierwsi dostrzegli Polacy i potrafili wyciągnąć wnioski z nowej sytuacji.

    Władysław Kozaczuk, W kręgu Enigmy, Książka i Wiedza, Warszawa 1979Przy okazji pisania o Enigmie koniecznie muszę zwrócić uwagę na jedną ze starszych, pionierskich prac dotyczących tego zagadnienia. Zwykle książki dotyczące historii najnowszej a wydane w czasach PRL delikatnie mówiąc się zdezaktualizowały. Tym bardziej jeśli były pisane przez wojskowych, a więc partyjnych historyków i wydawane w partyjnym wydawnictwie „Książka i Wiedza”. Mimo to praca Władysława Kozaczuka W kręgu Enigmy ciągle zachowuje wartość poznawczą. Polskie osiągniecia w dekryptażu niemieckich maszyn cyfrowych są naprawdę bardzo dobrze opisane. Co więcej wiele szczegółów jest już trudnych do zweryfikowania, bo zapewne Kozaczuk rozmawiał z głównymi aktorami (na pewno z Marianem Rejewskim, a może i z Zygalskim). Tego już nie da się powtórzyć.

    Wartość książki polega na tym, że przedstawia ona, co rzadkie, całościowy obraz wszystkich wysiłków związanych z rozszyfrowaniem Enigmy. Zwłaszcza polski trop przedstawiony jest od samych początków, aż po wojenne losy wszystkich aktorów tego dramatu. W tym przypadku boli, że polscy matematycy, którzy po licznych przygodach dostali się do Anglii (bez Różyckiego, który zginął na Morzu Śródziemnym), zostali skierowani na boczny tor i nawet nie mieli dostępu do Bletchley Park. Ale książka jest nie tylko o Polakach.

    Zdumiewa, że w epoce przedinternetowej i w czasie utrudnionych relacji z państwami zachodnimi Kozaczuk miał bardzo dobrą orientację w obcojęzycznej literaturze przedmiotu. Na dodatek czytał ją ze zrozumieniem, co wcale nie jest częste w epoce, kiedy więcej osób pisze książki, niż je czyta. Na szczególna uwagę zasługuje w tym przypadku ciekawe zreferowanie książki Winterbothama The Ultra Secret (London 1974), zwłaszcza w aspekcie sposobów wykorzystania danych pochodzących z odczytanych depesz Enigmy. A trzeba wiedzieć, że poszczególne rodzaje broni w III Rzeszy całkowicie różnie posługiwały się Enigmą. Odrębne systemy miał Wehrmacht, Luftwaffe, Kriegsmarine i SS. Jakkolwiek największym zainteresowaniem cieszy się Enigma morska, to bodaj największe znaczenie dla przebiegu wojny miały depesze Wehrmachtu, w wielu przypadkach dające nieprawdopodobną przewagę alianckim dowódcom, na przykład w Afryce. Możliwość zobaczenia jakie dane ci dowódcy mieli i jak z nich korzystali to bodaj najciekawszy fragment książki. Nie sposób tego tu referować, ograniczę się tylko do podsumowania, które za Winterbothamem przytacza Kozaczuk: najefektywniej informacje z Enigmy wykorzystywali generałowie Patton i Alexander, najgorzej Mark Clark i Montgomery. Nie dziwią te dane ani w odniesieniu do Pattona, ani do coraz gorszych opinii o Montgomerym (pisałem o nim tu). Na jego sukces pod El Alamein warto popatrzeć przez pryzmat kompletnych danych, jakie posiadał na temat sił, ugrupowania i planów operacyjnych wojsk niemieckich.

    Warto przedstawić, jak działał system rozprowadzania informacji posiadanych z dekryptażu Enigmy. Przy każdym wyższym dowódcy liniowym istniała tajna komórka łączności, do której przekazywane były dane dotyczące konkretnego  frontu. W działalności operacyjnej, można było je wykorzystywać tylko wtedy, kiedy można było wskazać lub uprawdopodobnić zdobycie takiej informacji w sposób innym niż za pomocą łamania szyfrów. Jeżeli mimo to, któryś z generałów chciał wykorzystać tajne informacje, jego rozkazy były odwoływane na wniosek szefa wskazanej komórki łączności. Po takich doświadczeniach, nikt nie próbował naruszać reguł, natomiast podejmowane szczególne wysiłki, aby innymi kanałami zdobyć stosowne informacje. Na przykład wiedziano o dacie wyjścia konwoju zaopatrzeniowego z Włoch do Afryki. Wysyłano więc samolot rozpoznawczy, który ten konwój namierzał, ale jednocześnie dawał się zobaczyć. Po tym spokojnie można było przystąpić do ataku.

    Na zakończenie mogę spokojnie książkę Kozaczuka zarekomendować, jako dobre źródło wiedzy o problematyce Enigmy. Na Allegro książka jest dostępna po kilka złotych. Warto. Dużo ciekawsza, niż większość współczesnej produkcji na ten temat.

    David Kahn, Enigma. Złamanie kodu u-bootów 1939-1943, Wydawnictwo Magnum Warszawa 2005.

    Władysław Kozaczuk, W kręgu Enigmy, Książka i Wiedza, Warszawa 1979.

  • Film,  Militaria

    Gra tajemnic, czyli jeszcze raz o Enigmie

    Zainteresowałem się problemem Enigmy i polskiego wkładu w złamanie tego szyfru. Pojawi się w związku z tym kilka not na ten temat.

    Zaczynam od filmu Gra tajemnic i książki, na podstawie której ów film nakręcono. Od razu powiedzmy, że film jest znacznie lepszy od książki. Jako historyk muszę jednak uczciwe powiedzieć, że do słabych stron filmu należy precyzja w przedstawianiu realnych wydarzeń, natomiast bardzo dobrze wypada osobista historia Turinga podkreślona doskonałą rolą Benedicta Cumerbatcha. Na marginesie dodam tylko, że to jemu należał się Oskar za pierwszoplanową rolę męską, a zadowolić się musiał tylko nominacją.

    film Gra tajemnic, reż. Morten Tyldum, Turing w otoczeniu współpracowników

    Kilka kwestii w filmie budzi jednak sprzeciw. Po pierwsze rola Polaków – wspomniano co prawda, że przyczynili się do złamania Enigmy i jest to niewątpliwy postęp, bo w poprzednim filmie (Enigma) nie tylko nie padło o tym ani jedno słowo, ale jeszcze jedynego Polaka przedstawiono jako zdrajcę, który zaślepiony antysowieckością był gotowy pracować dla Niemców. To było wprost nieprzyzwoite. Tym razem chodzi „tylko” o pominięcie, które byłoby może uzasadnione faktem, że film nie relacjonuje historii złamania niemieckiego szyfru maszynowego, a jest przede wszystkim bardzo osobistą biografią jednego z angielskich matematyków. Problem jednak w tym, że ów matematyk, czyli Alan Turing, blisko współpracował z Polakami. Tu warto wyjaśnić, że do czasu podboju Francji brytyjscy kryptoanalitycy kooperowali z polskimi matematykami mającymi własny ośrodek na terenie wtedy ciągle jeszcze niepodległej Francji. Niemieckie klucze szyfrowe były łamane równolegle w obu ośrodkach, a efektami prac natychmiast się wymieniano. Co więcej, Turing odwiedził polską placówkę, zapewne chcąc się zapoznać z metodami pracy znacznie bardziej od niego doświadczonych Polaków. Czyli krótko mówiąc – przyjechał po korepetycje. Film o tym milczy, ale do pewnego stopnia jego twórców może usprawiedliwiać to, że w biografii Turinga Andrew Hodges też ów fakt pominął, a zrobił tak dlatego, że po prostu o nim nic nie wiedział, bo nie znał polskiej literatury przedmiotu.

    Poważniejsze zastrzeżenie historyczne budzi scena kulminacyjna, kiedy to angielscy kryptolodzy decydują, czy właśnie złamane niemieckie depesze dotyczące wojny na Atlantyku ujawniać, czy też zachować dla siebie, aby nie zdradzić w ten sposób faktu złamania niemieckiej Enigmy. Błąd jest w tej scenie potrójny. Kryptolodzy nie odszyfrowywali depesz, to robiła zupełnie inna komórka. Skala odczytywanych komunikatów szła w tysiące sztuk i zaprzęganie do tego najbardziej fachowego personelu byłoby bez sensu. Matematycy łamali jedynie klucze i przekazywali je dalej. Po drugie, analitycy nie mieli żadnego wpływu na sposób dystrybucji i wykorzystania rozszyfrowanych depesz, nie wiedzieli nawet do kogo trafiają, ani jaki użytek z nich jest robiony. Wreszcie po trzecie: Anglicy w okresie, kiedy byli w stanie łamać niemieckie szyfry, podczas zmagań na Atlantyku korzystali z nich bez ograniczeń. Prowadzili wtedy wojnę na śmierć i życie; obawy przed ujawnieniem dekryptażu Enigmy musiały ustąpić na plan dalszy.

    Poza tym jaki to był realny użytek? Najczęściej chodziło tylko o zmiany tras konwojów w taki sposób, aby omijały one ustalone przez radiowywiad pozycje u-bootów. Był jednak pewien wyjątek – kilka razy udało się odczytać niemieckie depesze ustalające dokładnie miejsce spotkania u-bootów z podwodnymi transportowcami (zwanymi „mlecznymi krowami”). W tym przypadku wysyłano siły uderzeniowe, głównie lotnicze. Były to bardzo bolesne ciosy, bo zatopienie „mlecznych krów” radykalnie ograniczało możliwości długotrwałego działania u-bootów na odległych akwenach. Był taki moment, kiedy Niemcy stracili wszystkie tego typu transportowce, zatem mieli poważny kłopot ze ściągnięciem do bazy okrętów podwodnych operujących u wybrzeży Stanów Zjednoczonych (puste zbiorniki paliwowe!). Skuteczność aliantów akurat w tym obszarze powinna dać im do myślenia.

    Rzeczywiście Niemcy zaczęli coś podejrzewać, ale ich podejrzenia szły w kierunku infiltracji agenturalnej Kriegsmarine, wprowadzili zatem bardziej skomplikowane procedury obchodzenia się z tablicami kodowymi, wirnikami, sposobami ich wymiany itd. Natomiast zdolność konwojów do omijania miejsc wyczekiwania wilczych stad tłumaczyli sobie nadzwyczajną skutecznością brytyjskiej radiogoniometrii. Co naprawdę dziwne, nie podejrzewali złamania szyfru! Wprowadzali co pewien czas kolejne modyfikacje utrudniające, a okresowo uniemożliwiające dekryptaż, ale były to działania, nazwijmy to – rutynowe, wynikające ze słusznej skądinąd teorii szyfrowania, która mówi, że im więcej jednorodnego materiału porównawczego, tym łatwiej szyfr złamać.

    Andrew Hodges, Alan Turing: Enigma, Wydawnictwo Albatros, okładkaTyle o filmie. Jeżeli zaś chodzi książkę Hodgesa, to przede wszystkim należy powiedzieć, że jest ona stanowczo za długa. Autor upchnął w niej mnóstwo trzeciorzędnych szczegółów biografii Turinga. Naprawdę jest mało istotne z kim spędzał on wakacje w czasach studenckich i jakie wsie wtedy odwiedzał. Zdecydowanie natomiast brakuje szerszego kontekstu prac nad Enigmą, na przykład dotyczących sposobu wykorzystania pozyskanych w ten sposób danych. Jest to wiedza łatwo dostępna, a kilka zdań istotnie rozszerzałoby świadomość czytelników. Jak już wskazałem, brak w książce podstawowych dla sprawy informacji o kooperacji z Polakami. Na plus autorowi trzeba tylko zaliczyć, że we wstępie do polskiego wydania uczciwie przyznaje się do tego braku. Pytanie tylko, czy w kolejnych wydaniach angielskich ów brak został uzupełniony?

    Do poważniejszych mankamentów zaliczam również brak informacji o prawdziwych przyczynach rozstania się Turinga z Blechtley Park. Wszystko wskazuje na to, że udzielono mu urlopu zdrowotnego i sfinansowano wyjazd do Stanów Zjednoczonych, ponieważ Turing po prostu psychicznie zaniemógł, czyli mówiąc kolokwialnie –  zwariował. W pracy pojawiał się rzadko i nieregularnie, brudny, nieogolony, wyglądało jakby tracił kontakt z rzeczywistością. Może z przepracowania, może z napięcia psychicznego i życia wśród milionów cyferek (vide Piękny umysł). Pominięto ten aspekt w książce, nie mógł zatem znaleźć się w filmie. Cienkie aluzje, że mogło chodzić o jego homoseksualizm są nie na miejscu, bo w Bletchley Park pracowało środowisko intelektualistów, które było dość tolerancyjne.

    Do mocnych stron książki zaliczam natomiast bardzo ciekawe zarysowanie problemów matematycznych, którymi zajmował się Turing. Autor, sam matematyk, dobrze zrozumiał intelektualne tło jego dociekań. W efekcie otrzymujemy krótką historię kilku teorii matematycznych i przegląd tego, czym żyli ówcześni matematycy. Dla mnie, laika w tej dziedzinie, ten poziom szczegółowości był wystarczający dla poszerzenia horyzontów.

    Wracając do tematów filmowych – bardzo ciekawy i rzetelny film dokumentalny o polskim wkładzie w rozszyfrowanie Enigmy nakręciła BBC. Był to jeden z odcinków serii Heroes of war. Poland z polskim tytułem Polscy bohaterowie drugiej wojny światowej. Bardzo rzetelna robota, nie mam żadnych uwag merytorycznych. Bardzo się cieszę, że Anglicy sami taki film wyprodukowali i brytyjska publiczność mogła go obejrzeć. Wyrażam natomiast zdumienie, że Polacy w tej sprawie pozostają bierni i polska telewizja zamiast różnych głupot nie produkuje tego typu filmów. Tym to dziwniejsze, że zainteresowanie tematem jest bardzo duże: powstają kolejne książki (i sprzedają się na pniu), a szkoły za patronów wybierają polskich kryptoanalityków (zobacz tu i tu). A różni „mędrcy” kręcący się dookoła mediów nadal powtarzają, że mają dość tematów bogoojczyźnianych. Pytanie, jak daleko może się posunąć ich alienacja od prawdziwego społeczeństwa i jak długo ci pseudointelektualiści oderwani od realnych zainteresowań ludzi będą decydowali o kształcie polskich mediów?

    Na koniec oceny: film Gra tajemnic 8/10, książka Andrew Hodgesa Alan Turing: Enigma 6/10, dokument BBC Heroes of war. Poland 10/10.

    PS Łamaniem szyfrów i kodów zajmują się, zgodnie z przyjętą terminologią kryptoanalitycy, którzy niekoniecznie musza być matematykami. Kryptolodzy zaś zajmują się tworzeniem szyfrów. Z powodów trudności w zastąpieniu słowa „kryptoanalitycy” używałem wymiennie kryptologów, analityków i matematyków. Proszę o zrozumienie.

    Gra tajemnic, reż. Morten Tyldum, Wielka Brytania 2014, w roli Turinga Benedict Cumerbatch

    Andrew Hodges, Alan Turing: Enigma, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2014.

    Heroes of war. Poland. Tytuł polski: Polscy bohaterowie drugiej wojny światowej (Witold Pilecki, Złamanie Enigmy, Cichociemni, Żegota, Krystyna Skarbek), produkcja BBC.

  • Militaria

    Podchorąży z Armii Karpaty

    Tym razem w przeglądzie wspomnień wrześniowych rzecz całkowicie bodaj zapomniana. Karol Skrzypek był w 1939 podchorążym 4 Pułku Strzelców Podhalańskich (4 psp), który miał siedzibę w Cieszynie, a wraz 1 psp i 3 psp wchodził w skład 21 DPGór. gen. Józefa Kustronia.[1] Przypadła mu niewdzięczna rola uczestnictwa w batalionie zapasowym tego pułku. Jednostki tego typu powstawały z nadwyżek poborowych po mobilizacji. Były niekompletnie wyposażone i uzbrojone. W zamyśle miały być rezerwuarem uzupełnień dla walczących jednostek, realnie wzięły udział w walkach jako samodzielne pododdziały w oderwaniu od swoich macierzystych jednostek, ad hoc przydzielane do innych formacji. Najczęściej traktowane były po macoszemu, jako zapchajdziury. Siłą rzeczy punkt obserwacyjny plutonowego podchorążego musiał pokazywać kampanię wrześniową od jej bardziej chaotycznej strony.

    Karol Skrzypek przeszedł Szkołę Podchorążych Rezerwy w kompanii CKM. Co ciekawe przeszedł również szkolenie w użytkowaniu armat przeciwpancernych Boforsa 37 mm, co pokazuje, że cekaemiści byli również przygotowywani do roli dowódców w kompaniach przeciwpancernych (s. 20).

    Z miejsca postoju w Cieszynie batalion zapasowy został przetransportowany koleją do Nowego Sącza, gdzie w koszarach 1 psp zostało mu wydane 1 września uzbrojenie. Zamiast świeżo produkowanych CKM Browning wz. 30 otrzymali stare Maximy, a zamiast nowoczesnych moździerzy Stokesa otrzymali przestarzałe moździerze francuskie[2]. Zbrakło wielu elementów wyposażenia: pistoletów, hełmów, lornetek, mapników (s. 33). Nic dziwnego, że już na wstępie nastrój bojowy nieco przygasł.

    Szlak bojowy rozpoczął ów zbiorczy batalion od obrony Limanowej w dniu 4 września, następnego dnia Nowego Sącza, a później odcinka Wilczyska-Bobowa, gdzie został rozbity (6 IX), a poszczególne pododdziały dołączyły do innych jednostek 2 Brygady Górskiej. Autor przyłączył się do batalionu „Skole” mjr. Jerzego Dembowskiego[3] z 1 Pułku KOP. O postawie i zdolnościach bojowych tego oficera wypowiada się autor w samych superlatywach, jako o jasnym punkcie na firmamencie odwrotowego chaosu ogarniającego polskie jednostki. Następnie wziął udział w walkach pod Birczą 24 DP (12 IX), do której przyłączyły się oddziały 2 BG rozbitej 8 września w Krośnie.[4] Po dalszych perypetiach odwrotowych autorowi udało się dostać do Lwowa przebijając się przez niemieckie okrążenie jeszcze 20 września, akurat by zdążyć na kapitulacje Lwowa, która nastąpiła rankiem 22 września przed wojskami sowieckimi.

    Trzeba jeszcze wspomnieć, o doskonałym Posłowiu napisanym przez Ryszarda Daleckiego, znawcę działań Armii „Karpaty” w 1939 roku. Pokazuje ono nie tylko szerszą perspektywę działań wojsk polskich na obszarze, po którym poruszał się autor wspomnień, ale również rozszyfrowuje nazwy wszystkich jednostek, z którym stykał się autor, a także wyjaśnia wszystkie elementy pozycji bojowych potyczek, które przewijają się na kartach omawianego pamiętnika. Szkoda, że tak rzadko wspomnienia opatrywane są tak kompetentnym posłowiem pozwalającym z pogłębionym zrozumieniem czytać wydawane wspomnienia.

    Na pewno pozycja warta przeczytania dla wszystkich interesujących się przebiegiem kampanii wrześniowej, zwłaszcza na terenie Podkarpacia.

    Karol Skrzypek, Podkarpackim szlakiem września. Wspomnienia żołnierza Armii „Karpaty”, Wydawnictwo Śląsk, Katowice 1986.


    [1] Dowództwo 21 DPGór. mieściło się w Bielsku, 1 psp stacjonował w Nowym Sączu, a 3 psp w Bielsku. Tuż przed wybuchem kampanii wrześniowej został zmieniony skład dywizji – 1 psp został włączony do 2 Brygady Górskiej, a w zamian za to 21 dywizja otrzymała 202 pprez. sformowany w sierpniu 1939 na bazie Śląsko-Cieszyńskiej Półbrygady ON. Dywizja weszła w skład GO „Bielsko”, którą dowodził gen. Boruta Spiechowicz, zresztą wcześniejszy dowódca drugiej w Wojsku Polskim dywizji górskiej, czyli 22 DPGór.

    [2] Prawdopodobnie chodziło o moździerze Stokesa wz. 18 zakupione we Francji lub o produkowane w Polsce w firmie Avia moździerze wz. 28 lub wz. 30. Wszystkie te typy zostały później zastąpione przez moździerz wz. 31 produkowany w Polsce na licencji firmy Stokes-Brandt przez Stowarzyszenie Mechaników Polskich w Ameryce z siedzibą w podwarszawskim Pruszkowie, choć realnym wykonaniem zajmował się zakład w Porębie koło Zawiercia. Popularnie owe moździerze nazywano Stokesami, choć starsze typy też pochodziły z tej samej fabryki.

    [3] Skoro tak pozytywnie piszę o majorze Dembowskim, to warto wspomnieć, że oficer ów to legionista z I Brygady, wielkiej kariery w wojsku nie zrobił, skoro dwudziestolecie międzywojenne zakończył w stopniu majora, dowódcy batalionu KOP. Dostał się do niewoli sowieckiej, został zamordowany w Charkowie

    [4] Wszystkie te walki były prowadzone przeciwko niemieckiej 2 Dywizji Górskiej. Pod Birczą zresztą nie doszedł do skutku kontratak polskiej 11 DP, co mocno by najpewniej zaszkodziło tej niemieckiej dywizji. O całej sprawie szczegółowo pisze w swoich wspomnieniach gen. Prugar Ketling, a o jego wspomnieniach i sytuacji pod Birczą ja z kolej pisałem już na tym <a href=”http://historyczne.blox.pl/2015/01/Najlepszy-dowodca-najlepsza-dywizja.html”>blogu.</a>

  • Militaria

    Stanisław Sławiński, Armia „Pomorze”

    Kontynuuję przegląd dawno temu wydanych wspomnień związanych z kampanią wrześniową. Tym razem są to pamiętniki Stanisława Sławińskiego. Do wybuchu wojny był projektantem i inspektorem nadzoru budowlanego w Korpusie Ochrony Pogranicza. Przydział mobilizacyjny dostał do 27 pal, stamtąd trafił do sztabu 27 Dywizji Piechoty gen. Juliusza Drapelli. Ten zaś młodemu oficerowi rezerwy powierzył bardzo odpowiedzialna funkcję, mianowicie oficera łącznikowego 27 DP przy sztabie Armii „Pomorze”. Od tego momentu wspomnienia por. Sławińskiego robią się naprawdę ciekawe.

    W sztabie Armii „Pomorze” powierzono mu funkcje kuriera przewożącego rozkazy nie tylko do macierzystej 27 DP, ale również do innych wielkich jednostek. Dzięki temu poznajemy dramatyczne okoliczności rozbicia w korytarzu pomorskim 9 DP, pokiereszowania 27 DP i Pomorskiej BK. Szczególne wrażenie robi opis rozpaczliwej sytuacji wycofujących się jednostek natrafiających na barierę Wisły, gdzie nie czekają na nich żadne środki przeprawowe. Sławiński przedstawia ciekawą analizę przyczyn, które doprowadziły do saperskiej klęski, bowiem Armia „Pomorze” posiadała 1 września wystarczającą liczbę mostów saperskich i promów do zabezpieczenia efektywnego odwrotu swoich jednostek przez Wisłę. Zadecydowały błędy dowództwa Armii w zakresie lokalizacji mostu pontonowego i bierna postawa saperów w ostatnim momencie, kiedy obrona w korytarzu się zawaliła. Sławiński za tę wpadkę obciąża szefa saperów Armii „Pomorze” ppłk. Strumińskiego. (s.99-101, 110). Referuje też, co udało mu się ustalić odnośnie szarży pod Krojantami (s.60-61), jest to głos o tyle ciekawy, że autor sam nie był zaangażowany emocjonalnie w rozkazodawstwo dotyczące tej szarży. Obiektywizm jest tu wielce pożądany, ponieważ wiele szczegółów do tej pory budzi rozmaite wątpliwości.

    Drugi bardzo ciekawy okres działalności por. Sławińskiego odnosi się do walk części sił Armii „Pomorze” osłaniających tyły wojsk walczących nad Bzurą. Zwłaszcza chodzi tu o obronę Płocka przez 19 pp płk. Stanisława Sadowskiego (nie mylić z gen. Janem Sadowskim) pochodzący z rozczłonkowanej w transportach 5 DP gen. Juliusza Zulaufa.

    Książka warta przeczytania, pokazuje z jednej strony, jak wyglądały walki widziane przez młodszego oficera, z drugiej dostarcza niezwykle cennych informacji jak dowodzono Armią „Pomorze”. Na przykład okazuje się dzięki tym wspomnieniom, że podstawowym środkiem łączności między sztabem armii a poszczególnymi dywizjami była służba kurierów. To oczywiste, że przy szybkim tempie wydarzeń, zarówno sztab armii miał spóźnione informacje, jak i jego rozkazy również musiały być spóźnione i nieadekwatne do sytuacji, mimo najlepszej woli oficerów sztabu. W pierwszych dnia września sprawę ratowały obserwacyjne i łącznikowe loty samolotów, ale to też służba kurierska, tyle że szybsza. Co ciekawe, pisał o tym także Sławiński, tylko Kazimierz, autor książki o lotnictwie Armii „Pomorze”, a we wrześniu oficer w eskadrze obserwacyjnej działającej na rzecz tej armii. Oczywiście musi wprawiać w zdumienie brak łączności radiowej. W tym kontekście warto zwrócić uwagę, że radiostacji nie mieliśmy za dużo, ale jednak takowe były. To kolejny przyczynek do obrazu łączności podczas kampanii wrześniowej.

    Stanisław Sławiński, Od Borów Tucholskich do Kampinosu, Iskry, Warszawa 1969

  • Militaria

    Armaty kalibru 120 mm wz. 1878/09/31 i 1878/10/31

    O moich superpozytywnych ocenach Wielkiego Leksykonu Uzbrojenia pisałem wielokrotnie. Do zeszytów będących podsumowaniem naszej wiedzy doszły zupełnie nowatorskie poświęcone radiostacjom polowym, sprzętowi optycznemu czy bunkrom polowym.

    Tym razem będzie jednak trochę krytycznie. Armaty 120 mm, którym poświęcony jest omawiany zeszyt, stanowiły w polskiej armii sprzęt nietypowy, to znaczy niewystępujący w normalnych pułkach artylerii.[1] Wszystkich ich było lekko ponad 40 sztuk, co wystarczało na wystawienie 3 dywizjonów (każdy trzy baterie po 4 działony, razem 36 sztuk). Jeden z tych dywizjonów został zmotoryzowany (6 dam, zmobilizowany przez 1 pam[2] w Stryju), co było pewnym ewenementem, bowiem był to jedyny zmotoryzowany dywizjon artylerii ciężkiej, a jeden z trzech w ogóle zmotoryzowanych dywizjonów. Pozostałe dwa to dywizjony artylerii lekkiej wystawione na potrzeby zmotoryzowanych brygad kawalerii, były to jednak mniejsze jednostki, bo tylko dwubateryjne.

    Ku mojemu największemu zdumieniu autorzy nie postawili sobie najbardziej oczywistych pytań: dlaczego jako sprzęt nietypowy pozostawiono tylko armaty 120 mm? dlaczego zdecydowano się na motoryzację armat nietypowych, a nie tych stanowiących podstawowe wyposażenie pułków artylerii ciężkiej? Czy motoryzacja wpłynęła na poprawę wartości bojowej dywizjony, jeśli tak, to w czym to się przejawiło? Dodatkowo chciałoby się postawić kilka zagadnień mniejszej wagi: jak wyposażony w sprzęt motorowy był 6 dam? jak to się stało, że dywizjonowi armat 120 mm biorącemu udział w obronie Warszawy (46 dac) zabrakło amunicji, podczas gdy jego bliźniacza jednostka wycofując się spod Zegrza (47 dac) była w stanie uzupełnić amunicję znacznie ponad przewidywany etat?[3]

    Rozumiem, że nie na wszystkie te pytania baza źródłowa pozwala udzielić odpowiedzi, ale w takim przypadku dobrze jest po prostu powiedzieć „nie wiemy”. Samo postawienie problemu już jest wartością istotną. Ponadto czytelnikom dostarcza się informacji, jaki jest stan najnowszej wiedzy odnoszącej się do danego zagadnienia. Jeżeli pytań się nie stawia, to nie wiadomo, czy to autorzy są mało ruchliwi intelektualnie, czy tylko milczeniem pokrywają obiektywny brak informacji. Potwierdzeniem, że autorzy nie zauważają problemu motoryzacji artylerii może być np. fakt, że podają dane techniczne tylko dla armat o ciągu konnym, a po wymianie kół  istotnie zmieniała się waga działa.

    Wielki Leksykon Uzbrojenia jest wydawnictwem popularnym, zatem  można by powiedzieć, że nie musi być tak kompetencyjnie zaawansowany. Jednak tak się składa, że autorzy piszący w tej serii to nie tylko najlepsi aktualnie dostępni specjaliści w danej dziedzinie, ale również ambitni badacze, przedstawiający w popularnej formie najaktualniejszy stan wiedzy. Dlatego ta seria jest tak ciekawa. Warto, aby redakcja była w stanie wymóc na autorach pewien poziom i kompletność informacyjną, nie tylko w zakresie wyposażenia zeszytu w odpowiednią ilość materiału ilustracyjnego. W omawianym zeszycie zabrakło informacji, skąd wzięło się dziwne oznaczenie armaty jako wz. 1878/09/31 lub 1878/10/31. Można się tylko domyślać, że chodziło o łoże rosyjskiej haubicy 152,1 mm wz. 1909 lub 1910, które wykorzystano do przebudowy armaty według wzoru zatwierdzonego w 1931 roku. Ale czy na pewno?

    Poza tymi kilkoma zagadnieniami zeszyt bardzo ciekawy i jak wszystkie inne bardzo przydatny w porządkowaniu istniejącej wiedzy.

    Jędrzej Korbal, Paweł Janicki, Armaty kal. 120 mm wz. 1878/09/31 i 1878/10/31, Wielki Leksykon Uzbrojenia Wrzesień 1939 t. 44, Edipresse Warszawa 2014.


    [1] Po prawdzie to była jeszcze jedna armata nietypowa w 1939 roku. Mianowicie tuż przed wybuchem wojny wystawiono 3 plutony artylerii górskiej z armatami 65 mm (razem 12), a trakcie formowania było pięć dwudziałowych plutonów dla ON . Jakby tej armacie poświęcono chociażby część zeszytu WLU to dopiero byłaby rewelacja.

    [2] Autorzy konsekwentnie piszą 1 PAM, zwracam redakcji WLU uwagę, że w innych zeszytach autorzy używali skrótów nazw pułków pisanych małymi literami, podobnie jak zresztą w całej literaturze przedmiotu

    [3] Zresztą można się tylko domyślać, że standardowo bateria było wyposażona w 2 j.o. czyli ok. 80 pocisków, bo tyle mieściło się na wozach amunicyjnych, ale czy na pewno to wszystko. W każdym razie 47 dac pobrał po 133 pociski na działo. Jak w takim razie zabrał tyle amunicji? Ciekawe też skąd je pobrał, skoro 46 dac nie mógł / nie potrafił tego zrobić?

  • Militaria

    Kresowa Brygada Kawalerii w 1939

    Marcin Majewski, Kresowa Brygada Kawalerii w kampanii 1939 roku, IPN, okładka, recenzjaTo bardzo dobrze, że powstała monografia Kresowej Brygady Kawalerii (KBK). Nie cieszyła się ona szczególna estymą u historyków – jej boje we wrześniu były bezbarwne i chaotyczne, dowódcy się zmieniali, żaden z nich dobrze się nie zapisał na kartach historii.

    W sierpniu 1939 roku KBK dowodził gen. Marian Przewłocki. W skład brygady wchodziły: 12 p.uł. (dowódca ppłk Andrzej Kuczek) stacjonujący w Białokrynicy, 20 p.uł. (płk. Andrzej Kunachowicz) stacjonujący w Rzeszowie, 22 p.uł. (płk Władysław Płonka) stacjonujący w Brodach, 6 psk (ppłk Stefan Mossor) stacjonujący w Żółkwi oraz 13 dak (ppłk Janusz Grzesło) stacjonujący w Kamionce Strumiłowej (dowództwo w Brodach).

    Od samego początku KBK nie miała szczęścia. Najpierw 12 p.uł., który jako pierwszy został zmobilizowany w trybie alarmowym, po przetransportowaniu na teren operacyjny Armii „Łódź” został czasowo podporządkowany dowództwu Wołyńskiej Brygady Kawalerii (tej od Bitwy pod Mokrą) i nigdy już nie powrócił do swojej macierzystej jednostki. A na kilka dni przed wybuchem wojny KBK straciła swojego dowódcę, gen. Przewłocki został powołany na stanowisko dowódcy 2 Grupy Kawalerii, a dowodzenie przejął jego zastępca płk Hanka-Kulesza. Wspomniana Grupa Kawalerii zresztą nigdy nie powstała, a gen. Przewłocki znalazł się na klasycznym bocznym torze.

    Zupełnie inaczej z płk. Hanką-Kuleszą, ten znalazł się w samym centrum wydarzeń. Po wywagonowaniu się  do 3 września, brygada otrzymała rozkaz, aby rozpoznać lewy brzeg Warty a następnie przejść w rejon Rossoszycy, gdzie miała pozostać w dyspozycji dowódcy armii. Zniszczenie mostów dowódca armii zastrzegł do swojej decyzji. Rozkaz streszczam dokładnie, bo ma to zasadnicze znaczenie dla późniejszych wydarzeń. Hanka-Kulesza ten rozkaz literalnie wykonał, zameldował się w dowództwie Armii „Łódź” po kolejny. Jakże był zaskoczony, kiedy dowiedział się, że zostaje odwołany ze stanowiska dowódcy KBK za niewykonanie rozkazu, bowiem nie bronił uporczywie Warty odsłaniając skrzydło sąsiedniej 10 DP gen. Dindorf-Ankowicza, ponadto pozostawił niewysadzone mosty na Warcie. Wygląda na to, że pułkownik Hanka-Kulesza stał się kozłem ofiarnym mającym zdjąć odpowiedzialność za złe dowodzenie z szefostwa Armii „Łódź”.[1] Na jego miejsce mianowano płk. Grobickiego dotychczasowego dowódcę Sieradzkiej Brygady ON, wcześniej związanego z kawalerią.

    Wielkie dziękczynienie dla Mariusza Majewskiego za precyzyjne wyjaśnienie okoliczności odwołania Hanki-Kuleszy. Sprawa nie była jasna, a dla wielu historyków jedynym źródłem narracji w tej sprawie były pamiętniki gen. Rómmla i wyjaśnienia szefa sztabu Armii „Łódź” płk. Pragłowskiego. Obaj panowie niestety w tej sprawie mataczyli obciążając niesłusznie Hankę-Kuleszę, który zapewne do wybitnych nie należał, ale w tej konkretnej sprawie poniósł odpowiedzialność za cudze winy. Poza tym dobrze się stało, że człowiekowi, chociaż po latach, przywrócono dobre imię. To zawsze ważne.

    Po pierwszych dniach walk, KBK rozpoczęła proces głębokiego odwrotu, zgodnie z rozkazem dowódcy Armii „Łódź”. Podczas odwrotu utracona został łączność pomiędzy oddziałami, które coraz bardziej przemieszane, bez aktualnych rozkazów, w powiększającym się chaosie i rozdrobnieniu kontynuowały odwrót. Niestety, każdy oddział na własną rękę. Pojedynczo walcząc zostały bez większych walk zlikwidowane, tylko kilka szwadronów przedostało się za Wisłę. Na dodatek 8 września płk Grobicki udał się po rozkazy do Warszawy i już nie powrócił. Tak jak dowódca armii (gen. Rómmel) pozostawił ją swojemu losowi, tak Grobicki porzucił swoją brygadę pod Głownem.[2] Przykład szedł niestety od góry. Jak gdyby nigdy nic oczekiwał na podległe sobie oddziały po drugiej stronie Wisły, w rejonie Otwocka (na rozkaz Rómmla). Nazwę brygady nosiło już tylko kilka wyczerpanych szwadronów kawalerii.[3] Niedobitki pod dowództwem ppłk. Płonki z 22 p.uł. walczyły aż do 1 października w składzie grupy płk. Zieleniewskiego, dając przykład nie tylko bohaterstwa, ale i determinacji, a przede wszystkim tego, że brygada zasłużyła sobie na lepszy los niż zgotowali jej dowódcy wszystkich kolejnych szczebli.

    Z tego bardzo skrótowego przedstawienia losów KBK podczas kampanii wrześniowej nie wynika oczywiście jak dalece wnikliwa i szczegółowa jest książka. Pod tym względem jest wzorowa. Uznanie. Poza tym muszę wspomnieć o mapach ilustrujących szlak bojowy KBK. To bardzo ułatwia lekturę, a tak rzadko występuje w podobnych opracowaniach. Uznanie po raz wtóry.

    Dwóch rzeczy mi jednak zabrakło. Pierwsze pominięcie ma charakter zasadniczy, mianowicie autor nie wspomniał nawet o losach 4 batalionu strzelców wchodzącego co najmniej nominalnie w skład brygady. Rozumiem zafascynowanie kawalerią, ale żeby w ogóle o tym batalionie nawet nie wspomnieć, nawet jeśli był podporządkowany 10 DP?

    Druga kwestia jest na pograniczu zakresu merytorycznego książki. Chodzi mianowicie o pominięcie ppłk. Stefana Mossora przy obsadzie funkcji szefa sztabu Armii „Poznań” i powierzenie mu dowództwa 6 psk. Skoro znalazło się miejsce nawet na kilkuzdaniowe przedstawienie walk w 1920 roku pułków wchodzących w skład brygady, to chciałoby się coś dowiedzieć również na wzmiankowany temat, tym bardziej, że w literaturze przedmiotu podawane są różne powody tego zaskakującego „niepowołania”. Majewski co prawda wspomina o nim w nocie biograficzne Mossora (s. 177), ale podaje jednozdaniowe uzasadnienie dość rzadko spotykane w pracach historycznych.[4] A byłaby tak ciekawie, gdyby autor zechciał potraktować temat z taką samą wnikliwością, jak odwołanie płk. Hanki-Kuleszy.

    Trzecie pominięcie dotyczy 20 p.uł. Autor słowem nie wspomniał, że ten stacjonujący w Rzeszowie pułk był przewidziany do motoryzacji i miał wejść w skład 10 BK. Dowództwo pułku miało „chody” w Warszawie i wpłynęło na zmianę decyzji. W efekcie do 10 BK przyłączono 24 p.uł z Kraśnika powodując przy okazji taki absurd, że dowództwo 10 BK, dywizjony przeciwpancerny i rozpoznawczy miały siedzibę w Rzeszowie, ale jej podstawowa siła, czyli pułki kawalerii stacjonowały w Łańcucie i Kraśniku. W tym samym czasie w KBK 20 p.uł. (Rzeszów) był oddalony od 22 p.uł. (Białokrynica) o ponad 300 km. Tak się kończyło uleganie ułańskim fanaberiom, którzy kochali konie, a lekceważyli samochody.

    Przy tej ostatnie sprawie muszę się przyznać do bardzo brzydkiego uczucia. Mam niestety Schadenfreude, z powodu losów 20 p.uł. Mógł przejść do historii jako jeden z lepiej rozpoznawanych polskich pułków, a skończył dość nieciekawie, rozbity w czasie walk odwrotowych, zapisując raczej historię chaosu i nieszczęścia (poświęcenia nikomu nie ujmując) niż żołnierskiej chwały, takiej  jak pułku  24, który w 1939 roku nierozbity, w zwartym szyku przekroczył granicę węgierską i został odtworzony na Zachodzie. A wszystko przez to, że woleli smród końskiego łajna niż zapach spalin.

    Wracając do monografii KBK: to bardzo solidna, rzetelnie opracowana i szczegółowa praca, wypełniająca dotkliwą lukę w historiografii. Na dodatek wielki plus za wyjaśnienie sprawy płk. Hanki-Kuleszy oraz za zamieszczenie map i przyzwoitego indeksu nazwisk. Dla mnie 10/10.

    Marcin Majewski, Kresowa Brygada Kawalerii w kampanii 1939 roku, IPN Warszawa 2011



    [1] Siłą rzeczy przedstawiam cały problem odwołania płk. Hanki-Kuleszy bardzo pobieżnie, w książce zajmuje on ponad 20 stron (s. 53-74) i tylko zapoznanie się z tą analizą może dawać podstawy do wyciągania samodzielnych wniosków.

    [2] Miał rację prof. Wieczorkiewicz, kiedy,  oceniając dowodzenie podczas kampanii wrześniowej, mówił że ryba śmierdzi od głowy. Co należy rozumieć tak, że w tych miejscach, gdzie dowódcy armii panowali nad sytuacją, tam dużo lepiej spisywali się dowódcy dywizji i brygad kawalerii. Jak widać na wskazanym przykładzie, tam gdzie dowódcy armii je porzucali, tam i dowódcy niższego szczebla robili to samo ze swoimi jednostkami. Podobnie swoje dywizje porzucili płk Dojan-Surówka (2 DPLeg.) i gen. Bończa-Uzdowski (28 DP).

    [3] Największą siłę przedstawiał 1 pkaw KOP(ppłk Feliks Kopeć), podporządkowany jeszcze nad Wartą dowództwu KBK.

    [4] Mossor był do marca 1939 I oficerem sztabu inspektora armii gen. Kutrzeby. W sposób naturalny powinien zostać szefem sztabu armii dowodzonej przez Kutrzebę. Jako powód jego niepowołania Majewski podaje zasugerowanie w jednym z opracowań wydania zgody na przemarsz wojsk sowieckich przez Polskę. Zapewne podąża w tym przypadku za ustaleniami Jarosława Pałki w książce Generał Mossor (1886-1957). Biografia wojskowa. Dla porządku podaję, że wielu autorów sugeruje, że Mossor został odwołany ze stanowiska szefa sztabu Armii „Poznań”, np. Waldemar Rezmer, Armia „Poznań” 1939, Bellona Warszawa 1992 s. 24, a z ostatnich publikacji D. Koreś w biografii płk. Pragłowskiego (s. 228), o której to książce piszę tutaj. Opierają się oni na wspomnieniach Kopańskiego i Pragłowskiego.

  • Film,  Książki,  Militaria

    Sosabowski, Montgomery, Holendrzy i Polacy

    Stanisław Sosabowski, Droga wiodła ugorem, okładka, recenzjaPierwszą osoba, która spotkała polskich spadochroniarzy lądujących na holenderskiej ziemi pod Arnhem, była Cora Baltussen. Wyszła im naprzeciw zapewne dlatego, że jako jedna z nielicznych w okolicy znała język angielski. Udzieliła Polakom niezbędnych informacji na temat znajdujących się w okolicy Niemców, zaopiekowała się rannymi. Tak zaczęły się dzieje pewnej szczególnej przyjaźni. Pani Cornelia Baltussen utrzymywała przyjacielskie kontakty z żołnierzami Brygady Spadochronowej także po wojnie, zorganizowała komitet Driel-Polen (Driel to miasteczko, które zajęła Brygada po wylądowaniu w Holandii). Dbała też o dobre imię polskich spadochroniarzy, zabiegała o nadanie im odznaczeń holenderskich. Mimo pozytywnego stanowiska królowej holenderskie ministerstwo obrony wciąż odmawiało nadania tych odznaczeń. Już w latach dwutysięcznych narastała w tej sprawie coraz większa presja społeczna. Po rozgrzebaniu archiwaliów okazało się, że holenderskie ministerstwo działało pod brytyjskie dyktando i wyszła na jaw jeszcze ciekawsza historia związana z mnożeniem przez Anglików zarzutów wobec gen Sosabowskiego i wobec Brygady Spadochronowej. W Polsce niestety historia zapomniana, a zdecydowanie warta pamięci.

    Chodziło mianowicie o to, że Anglicy, a dokładnie gen. Browning, dowódca brytyjskiego Korpusu Spadochronowego, po bitwie pod Arnhem wystąpili z żądaniem odwołania z funkcji gen. Sosabowskiego, co zresztą się niestety stało. Najciekawsza była argumentacja: współpraca z gen. Sosabowskim bywa trudna, a poza tym pod Arnhem Polacy pod jego dowództwem unikali walki i nie udzielili Brytyjczykom stosownej pomocy. Ta ostatnia przesłanka jest po prostu podła i warto o tym jasno mówić. Sosabowski przed rozpoczęciem operacji „Market Garden” zgłaszał do niej wiele zastrzeżeń. Pod jego wpływem wprowadzone do planu modyfikacje. Przebieg wydarzeń potwierdził, że operacja miała istotne wady w planistyce, a wątpliwości gen. Sosabowskiego potwierdziły się w całej rozciągłości. Z kolei gen. Montgomery brał na siebie całą odpowiedzialność za planowanie tej operacji, ale do oczywistych błędów wcale nie miał zamiaru się przyznać. Trzeba było znaleźć kozła ofiarnego, a Sosabowski się do tego dobrze nadawał, bo można było upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu: znaleźć winnego i pozbyć się niepokornego generała. Jego niepokorność polegała na stałej walce o właściwe zabezpieczenie polskich interesów, co w Londynie Sikorskiego bynajmniej nie było tak powszechne, jak by się wydawało. Chodziło na przykład o status samodzielności brygady, o zapewnienie jej użycia w całości jako odrębnej jednostki (pod Arnhem było inaczej), o wykorzystanie jej w walce dopiero po zamknięciu pełnego cyklu szkoleniowego itd.

    Generał Sosabowski w akcji pod ArnhemOperacja „Market Garden” się skończyła, a gen. Browning wystąpił do Sosabowskiego o wytypowanie do odznaczenie szczególnie bohaterskich polskich żołnierzy. Po kolejnych kilkunastu dniach sytuacja się zmieniła, tym razem mówiono u unikaniu walki, a nie o bohaterstwie. Stał za tym gen. Montgomery, który zamierzał siebie wybielić kosztem oczernienia polskich spadochroniarzy tak nieudolnie użytych pod Arnhem. To właśnie było z jego strony paskudne . Co więcej, Polacy wydają się o całej tej rzeczywistości zapominać. Jak się wczytać we wspomnienia Sosabowskiego, to właściwie jest to jasne, w kilku książkach też mniej lub bardziej dokładnie sprawa jest opisana, ale z szerszej świadomości historycznej Polaków sprawa została wyparta. O Montgomerym różne rzeczy się w Polsce pisze, ale o tym akcie podłości zwykle się zapomina. Moim zdaniem warto o tym mówić, postać gen. Montgomery’ego powinna być w Polsce objęta historyczną infamią, tak haniebnych zachowań nie powinno się puszczać płazem.

    Inaczej niż Polacy (tak rzekomo skoncentrowani na swojej historii) Holendrzy nie zapomnieli. Do wysiłków Cory Baltussen mających na celu przywrócenie Brygadzie Spadochronowej dobrego imienia i jednocześnie wyrażenie wdzięczności jej żołnierzom a zwłaszcza jej dowódcy przyłączyli się kolejni młodzi ludzie, w tym dziennikarze. Sprawa zrobiła się w Holandii głośna (inaczej niż w Polsce). Kunktatorstwo ich Ministerstwa Obrony było coraz bardziej irytujące. W końcu udało się doprowadzić do nadania Sosabowskiemu pośmiertnie Orderu Brązowego Lwa, a sztandarowi brygady Orderu Wojskowego im. Króla Wilhelma I, najwyższego holenderskiego odznaczenia wojennego. Na uroczystości wręczenia tych odznaczeń była holenderska królowa, mnóstwo ichniejszych oficjeli, a w głównym kanale telewizji była pełna transmisja plus sporo dodatkowa materiałów filmowych o Polakach. W Polsce sprawa przeszła prawie niezauważona, a najwyższym reprezentantem władz z Warszawy był minister Janusz Krupski szef Urzędu ds. Kombatantów. Na szczęście lokalna TVP Szczecin przygotowała na ten temat film Honor generała w reż. Joanny Pieciukiewicz, dzięki czemu posiadam jakieś informacje na ten temat, którymi zresztą się właśnie dzielę.

    Grób gen. Sosabowskiego na warszawskich Powązkach wojskowych

    Bardzo się cieszę, że Holendrzy pamiętali i pomimo serwilistycznego stanowiska własnego Ministerstwa Obrony ostatecznie doprowadzili do odznaczenie Sosabowskiego. Haniebne zachowanie generałów Montgomery’ego i Browninga powinno być w Polsce pamiętane i ci panowie powinni być oceniani proporcjonalnie do swojej podłości. A TVP Historia podziękowania za emisję Honoru generała.

    Honor generała, film w reż. Joanny Pieciukiewicz, Polska 2007.

    Stanisław Sosabowski, Droga wiodła ugorem, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1990.