• Książki

    Lewicowy faszyzm

    Goldberg, Lewicowy faszyzmTo jedna z bardziej pobudzających do refleksji książek, jakie ostatnio czytałem. Porusza takie tematy i w taki sposób, jak się w polskim piśmiennictwie nie zdarza. Oprócz oczywistych zalet ma też jednak i wa- dę, o której pod koniec wspomnę.

    Głównym celem książki jest odnalezienie pierwiastków ideologii faszystowskiej w ideologii amerykańskiej liberałów (terminu tego będę używał w rozumieniu amerykańskim, zupełnie innym od europejskiego).[1] Autor przeanalizował amerykańskie życie polityczne od Woodrow Wilsona przez Nowy ład Roosevelta, pokolenie buntu 1968 aż do Clinton i Obamy. I w wielu przejawach odnalazł zbieżności z ideologią i polityczną praktyką faszyzmu. Nic więc dziwnego, że w Stanach wzbudził popłoch i gremialną krytykę. Problem jednak w tym, że jego dociekania są bardzo przekonujące. Na pewno jest to dla wielu badaczy zaskakujące, ale fakty są faktami.

    Goldberg przeanalizował badania nad faszyzmem i skonstatował, że nie ma jednej definicji faszyzmu i właściwie każdy naukowiec zajmujący się tym problemem tworzy własną. Mimo iż interesowałem się swojego czasu faszyzmem niemieckim, spostrzeżenie owo było dla mnie zaskakujące, ale po weryfikacji okazało się jak najbardziej prawdziwe. Aby nie wchodzić w trud- ności definicyjne Goldberg ograniczył bazę porównawczą tylko do Niemiec i Włoch.

    Lewica i liberalizm w żadnym przypadku nie kojarzą się z faszyzmem. Odwrotnie, chyba powszechne przekonanie jest takie, że faszyzm przynależy do dziedzictw prawicy. Zapewne był skrajny, ale jednak prawicowy. Po głębszym zastanowieniu przyznaję jednak rację Golbergowi. W znacznym stopniu faszyzm był zjawiskiem lewicowym. W tym kontekście warto przypomnieć, że Mussolini był socjalistą, a rozstał się ze swoja partią bynajmniej nie  powodów ideologii – tej pozostał wierny – tylko z racji na stosunek do przyłączenia się Włoch do pierwszej wojny światowej (Mussolini był „za”, a jego towarzysze „przeciw”). Podobnie w programie NSDAP było mnóstwo postulatów lewicowych, zresztą nie przez przypadek w jej nazwie było i to, że socjalistyczna, i to że partia pracy. Niewątpliwie miał rację Richard Pipes, wybitny badacz dziejów rewolucji sowieckiej, kiedy mówił, że „bolszewizm i faszyzm to herezje socjalizmu”.

    Najbardziej utkwił mi w pamięci mój „ulubiony” amerykański prezydent, Franklin Roosevelt. Wdrażając „Nowy ład” (New Deal) nieustannie odwoływał się do charakterystycznej dla faszyzmu frazeologii walki, zagrożenia, tworzenia organizacji używających przemocy (tak, tak, również fizycznej) do wdrażania nowych rozwiązań mających na celu walkę z kryzysem, a tak naprawdę walkę o stworzenie nowego, zorganizowanego i centralnie zarządzanego społeczeństwa. Ostatnio przy okazji kryzysu finansowego sporo pisało się o „Nowym ładzie”, ale nikt nigdy nie wspominał tych osiągnięć Roosevelta.

    Niektóre spostrzeżenia Goldberga warto zapamiętać. Lewicowcy i poprawnościowcy lansują pogląd o złowróżbnej roli korporacji, rzekomo wspierających prawicową wizję świata. Tymczasem to wielkie korporacje na ogromną skalę wspierają finansowo przedsięwzięcia liberalne: od aborcji po promocję małżeństw homoseksualnych i środowisk LGBT[2] natomiast nie robią tego w stosunku do akcji społecznych podejmowanych z inspiracji konserwatywnych. Jedną z odpowiedzi, dlaczego tak się dzieje, jest sojusz wielkich przedsiębiorstw z partiami lewicowymi, które propagują intensywną politykę wspierania poprzez specyficzne regulacje rozwoju przemysłu. Głównym beneficjentem takich działań są korporacje (małych nie stać na wprowadzenie kosztownych zmian) i koło się zamyka.

    Najpoważniejsze moje zastrzeżenie budzi fakt, że Goldberg ani razu jednoznacznie nie wspomniał, że w Stanach Zjednoczonych nikt nigdy nie zamierzał zawiesić wolnych wyborów i nie zamierzał przejść do dyktatury (choć Roosevelt dość samowolnie rządził przez trzy kadencje i nie wiemy, co by się wydarzyła, gdyby śmierć nie przerwała jego urzędowania). Co by nie mówić, to jednak ta podstawowa cecha faszyzmu nigdy się w USA nie ujawniła. Zatem można mówić nie tyle o tytułowym lewicowym faszyzmie w Stanach, co o niektórych aspektach ideologii faszystowskiej w polityce amerykańskiej.

    Sumarycznie książka jest bardzo interesująca, zmuszająca do rewizji wielu powszechnie obowiązujących poglądów. Ludzie intelektualnie wolni powinni takie książki czytać. W mojej ocenie 9/10 i zaliczenie do elitarnej kategorii „sił sensu”.

    Jonah Goldberg, Lewicowy faszyzm. Tajemna historia amerykańskiej lewicy od Mussoliniego do polityki zmiany, Zysk i S-ka Poznań [2013], s. 660.



    [1] W kontekście amerykańskim słowo „liberalny” znaczy popierający zaangażowanie państwa w organizację życia ekonomicznego i po części społecznego, czyli do pewnego stopnia jest zaprzeczeniem tego terminu w takim rozumieniu, jakie dominuje w Europie. Wspólne dla obu tych znaczeń jest wsparcie udzielane wszelkim nowinkom obyczajowym od ruchów LGBT po aborcję.

    [2] Zwróciłem uwagę na duże zaangażowanie Coca coli w takie przedsięwzięcia – od tego czasu, jak mam wybór, to kupuję Pepsi, która też zajmowała (zajmuje?) się takim sponsoringiem, ale na mniejszą skalę i nie czyni z tego flagowego wehikułu reklamowego.

  • Książki

    Skoruń Macieja Płazy i Uprawa roślin południowych metodą Miczurina Weroniki Murek

    Maciej Płaza, Skoruń, WAB Warszawa 2015, recenzja, okładkaGłównie czytam literaturę faktu., zresztą po zapisach w blogu to widać. Postanowiłem nabrać orientacji, co się dzieje w polskiej prozie. Wybrałem drogę na skróty i skorzystałem z nominacji w Nagrodzie Literackiej Gdynia.  Wybrałem kilka pozycji.

    Na pierwszy ogień poszedł Skoruń Macieja Płazy, który zresztą wygrał Gdynię w kategorii Proza. To ciekawa opowieść o dzieciństwie i dojrzewaniu chłopca w środowisku wiejskim. Tytułowy skoruń to leń i obibok, za którego był uważany bohater książki. Chłopiec ciężko pracuje w gospodarstwie, opinia na jego temat była zgoła niesłuszna i raczej odbijała surowość rodziców niż stan faktyczny. Już z tego można się domyślić, że konflikt z twardym ojcem i religijną matką był lejtmotywem dzieciństwa bohatera.

    Skoruń jest pięknie napisany. Rodzinne gospodarstwo jest przedstawione z czułością. Na pewno nigdzie indziej nie czytałem takiego opisu sadu i pracy w nim. Akcja książki rozgrywa się nad Wisłą, zatem niezbadana rzeka, wały i powodzie stale nam towarzyszą. Wszystko to razem buduje klimat nieco tajemniczy, stopniowo poznawany przez dojrzewającego chłopca, ale ojciec do końca pozostaje niepojęty. Wiele wydarzeń ma swoje trudne do poznania korzenie w historii, zarówno tej wielkiej, jak okupacja, jak i małej, jak rodzinne spory wokół testamentu. Rozwikływanie tych zagadek stanowi jeden z podstawowych wątków książki.

    W tej nieco magicznej rzeczywistości pojawia się wiele niebanalnych postaci. Jakie realia przyrodnicze i historyczne, tacy ludzie. Ciekawi, niebanalni, mający swoje tajemnice.

    Powieść jest pisana w pierwszej osobie i ukazuje tak sugestywnie wiejską rzeczywistość, że nie sposób uwolnić się od przekonania, że autor naprawdę napisał prozę wspomnieniową. W jakim stopniu jednak opiera na własnych doświadczeniach, a w jakim posługuje się fikcją? Wydaje się, że i jedno, i drugie jest w niej obecne.

    Wreszcie najważniejsze – książkę się po prostu dobrze czyta. Pobudza ciekawość, wciąga. Jedocześnie pokazuje świat, jakiego już chyba nie ma. A może tylko autor tak gra z czytelnikiem, celowo wytwarzając atmosferę ludowej Atlantydy, której dzisiaj na próżno szukać? Jakby nie było, książka robi wrażenie. Wcale się nie dziwię, że w Gdyni dostała nagrodę.

    Weronika Murek, Uprawa roślin południowych metodą Miczurina, Czarne, Wołowiec 2015, recenzja, okładkaSięgnąłem również po zbiór opowiadań Uprawa roślin południowych metodą Miczurina. To proza całkowicie innego gatunku. Oparta o stworzenie jak najdziwaczniejszych, nieprawdopodobnych, sytuacji. Ograniczmy się tylko do wskazania, że osią pierwszego opowiadania jest jednoczesne występowanie ciała zmarłej dziewczyny i tej samej żywej osoby, która bierze normalny udział w we własnych przygotowaniach pogrzebowych. Dalej jest jeszcze oryginalniej. Życzliwi powiedzieliby, że chodzi o nieokiełznaną wyobraźnię. Dla mnie to jednak pospolite dziwaczenie, szukanie za wszelką cenę efektu zaskoczenia. Ani twórcze, ani ciekawe. Czytałem z narastającym dysgustem.

    Zgodnie z najlepszym literackimi regułami: dziwacznej treści odpowiada taka sama forma. Dialogi nie mają ciągłości, akapity pozostają między sobą bez logicznego związku, postacie pojawiają znikąd i tak samo znikają. Niektórym się to podoba, skoro książka została nominowana do nagrody w Gdyni. Może takie są współczesne kryteria prozy artystycznej. Dla mnie to raczej wysilona hucpa stwarzająca tylko pozory artyzmu. Równie dobrze mógłby się pojawiać gadający czajnik, latający dywan i człowiek o trzech nogach. Tylko co w tym ciekawego i oryginalnego?

    Maciej Płaza, Skoruń, WAB Warszawa 2015

    Weronika Murek, Uprawa roślin południowych metodą Miczurina, Czarne, Wołowiec 2015.

  • Książki

    Przejmująca proza Janusza Krasińskiego

    Janusz Krasiński, Twarzą do ściany, Arcana Kraków 2006, recenzja, okładkaJakiś czas temu przeczytałem książkę Janusza Krasińskiego Na stracenie, która była pierwszą częścią autobiograficznej tetralogii. Będąc pod jej wrażeniem zrecenzowałem ją  tu. Miałem nadzieję, że każdy kolejny tom uda mi się osobno opisać. Nie udało się, mimo iż Krasiński jest tego wart. Czas płynął, książki były czytane przez wiele osób, a ja dopiero dzisiaj wracam do przyjemnego, choć trudnego obowiązku recenzenckiego.

    Bohaterem całej tetralogii jest Piotr Bolesta, niewątpliwie porte parole autora. To oryginalna konwencja. Z jednej strony jest to na pewno literatura autobiograficzna. Wszystko, co udało się sprawdzić z życiorysu autora, znajduje się w jego powieści. Z drugiej jednak strony umożliwia swobodniejszą narrację niż w klasycznej autobiografii.

    Najbardziej wstrząsający z omawianych tu tomów jest ten więzienny. Autor miał przeżycia nieprawdopodobne. Do plusów należało to, że jako bardzo młody człowiek zetknął się w zbiorowej celi z wybitnymi postaciami polskiego życia politycznego, intelektualnego i wysokimi oficerami Państwa Podziemnego. Z najważniejszych trzeba tu wymienić: ks. prof. Jana Stępnia, Ryszarda Krzywickiego-Jamonta (adiutanta gen. Bora-Komorowskiego), płk. Wacława Lipińskiego, Kazimierza Gorzkowskiego (m. in. kierownika wydziału więziennego KG AK), Tadeusza Płużańskiego (współpracownika  rtm. Pileckiego po 1945), Władysława Bartoszewskiego czy Adama Obarskiego (działacz PPS-WRN). Był to swoisty uniwersytet dla wchodzącego w dorosłość człowieka.

    W więzieniu doświadczył też ciężkich prześladowań. Na przykład został umieszczony w jednej celi z prątkującym gruźlikiem, a po zarażeniu gruźlicą odmówiono mu leczenia antybiotykami. Życie zawdzięcza lekarzom, którzy jako witaminę C dawali mu w zastrzykach „popłuczki” z ampułek peniciliny.

    Janusz Krasiński, Niemoc, Arcana Kraków 2006, recenzja, okładkaDoświadczenia śledztwa i pobytu w więzieniu trwale naznaczyły osobowość późniejszego pisarza. Dodajmy do tego, że w czasie wojny został zamknięty w Auschwitz, a później przeszedł także przez Flosenbürg i Dachau. Wątki związane z jego dramatycznymi przeżyciami odnajdujemy w całej jego twórczości, także tej powstałej w zasięgu cenzury PRL (więzienna sztuka Czapa, czy obozowy Wózek). Najpełniejszy wyraz jednak znalazła w omawianej twórczości autobiograficznej. Po 1989, bez presji cenzury, mógł w końcu wyrzucić z siebie to okropne doświadczenie, które zaciążyło nad całym jego życiem, a jednocześnie zdominowało jego prace literackie. Najtrafniej wyraził to sam Krasiński w wywiadzie na dwumiesięcznika „Arcana” w 2008 roku. „Niewątpliwie moją obsesją jest mój życiorys, bardzo skomplikowany i powiedziałbym, że do dziś tragiczny. Obsesją jest też konieczność, potrzeba przekazania tego, co się przeżyło innym, jako doświadczenia, które, nie zakłócając szczęśliwego życia młodym, pozostawiałoby w ich świadomości fakt, że istnieje zawsze alternatywa, że nigdy nie wiadomo, co może się w życiu zdarzyć. Ja też byłem kiedyś dzieckiem, byłem szczęśliwy, po czym to się nie tyle skończyło, co momentalnie urwało.”

    Janusz Krasiński, Przed agonią, Arcana Kraków 2007, recenzja, okładkaWarto się zastanowić, jak traumatyczne musiały być jego doświadczenia, jak głęboko musiały przeorać jego psychikę, skoro nawet po 50 latach nie potrafił się od nich uwolnić. Nie potrafił zrzucić z siebie tego ciężaru niegodziwości, którego doświadczył w młodości. Mam nadzieję, że przelanie tych doświadczeń i otwarte mówienie o ich skutkach dla jego późniejszego życia odegrało jakąś rolę terapeutyczną i w końcówce swego życia już był mniej wciśnięty w ziemię.

    Trzeba koniecznie dodać, że Krasiński mimo dramatycznych doświadczeń nie jest w swojej prozie egzaltowany czy przesadny. Ogranicza się tylko do faktów, wydarzeń. To one mają wstrząsającą moc i powodują, że nie sposób jego książek zapomnieć. Robią wrażenie.

    Janusz Krasiński już nie żyje. Jedyne co możemy mu dać to pamięć (jak napisała Książkowiec) i uznanie (jak dodaję od siebie).

    Janusz Krasiński, Twarzą do ściany, Arcana Kraków 2006

    Janusz Krasiński, Niemoc, Arcana Kraków 2006

    Janusz Krasiński, Przed agonią, Arcana Kraków 2007

  • Książki

    Chiny Czang Kai-szeka

    Jakub Polit, Pod wiatr. Czang Kaj-szek 1887-1975, Wydawnictwo Arcana, recenzja, okładkaPo dłuższej, nieplanowanej przerwie wracam do pisania bloga. Zaległości jest multum, zatem postaram się pisać krótko, a za to często.

    Kupiłem książkę Polita przez przypadek, wcale nie zamierzałem poświecić mnóstwa czasu na studiowanie naukowej biografii Czang Kaj-szeka liczącej ponad 750 stron. Zajrzałem do niej, aby coś sprawdzić i zorientowałem się, jak wielki błąd popełniłem trzymając ją bezczynną na półce.

    Po pierwsze, to nie tylko biografia Czang Kai-szeka, ale przede wszystkim historia Chin czasów rewolucji, i to rewolucji różnorakich, nie tylko maoistowskich. Kuomintang, z którym Czang był przez całe życie związany, również postrzegał siebie jako ruch rewolucji ludowej, który przeprowadzi Chiny z epoki cesarstwa do republiki, odda ten kraj we władanie społeczeństwa i wyzwoli go z upokarzających zależności kolonialnych. Ostrze tego ruchu zwracało się przeciwko mocarstwom kolonialnym, nic więc dziwnego, że poparcia szukano w Moskwie i komuniści początkowo udzielali pewnego parcia Kuomintangowi Sun Jat-sena, a później Czang Kai-szeka. Losy Chin pewnie potoczyłyby się zupełnie inaczej, gdyby nie Mao Tse-tung, który stał się pupilkiem Sowietów. Kilkukrotnie był na granicy politycznej anihilacji, ale sprzyjała mu koniunktura międzynarodowa, a w decydujących chwilach pomogła mu głupota Amerykanów, którzy mieli go za „niegroźnego agrarystę”.

    Jedno z ciekawszych spostrzeżeń Polita mówi o tym, ze Chiny należy raczej traktować jak kontynent, a nie jak państwo w rozumieniu europejskim. Rzeczywiście, rozległość mają taką jak Europa, zróżnicowanie geograficzne znacznie większe (od pustyń po Tybet i Himalaje), a ich potencjał ludnościowy wyraźnie przewyższa większość kontynentów. Na dodatek, inaczej niż by się mogło wydawać Europejczykom, jest to kraj istotnie zróżnicowany etnicznie. Te uwagi mają zasadnicze znaczenie dla zrozumienia sytuacji w Chinach w okresie działania Czang Kaj-szeka. Władza centralna była bowiem wtedy iluzoryczna i podlegała stałej negocjacji i kompromisom z „warlordami”, czyli lokalnymi watażkami, których pozycja wyrosła w oparciu o terytorialne armie biorące udział w permanentnych wojnach wewnętrznych. Zakres władzy Czang Kaj-szeka był w ten sposób istotnie ograniczony.

    Autor poświęcił dużo uwagi stosunkowi Amerykanów do wydarzeń w Chinach. Ma moje wielkie uznanie za to, że stać go było na samodzielną ocenę wydarzeń, często odbiegającą od powszechnie przyjętej w literaturze naukowej amerykańskiego pochodzenia. Generalnie biorąc była to polityka zła, opierająca się na lekceważeniu i niewłaściwej ocenie sytuacji. Mój wniosek jest taki, że w znacznym stopniu przyczyniła się do sukcesu komunistów Mao Tse-tunga. Na podkreślenie zasługuje wychwycenie przez Polita faktu, że w gremiach podejmujących decyzje w sprawach chińskich dominowali ludzie, o których dzisiaj wiemy, że byli sowieckimi agentami lub ich kooperantami. Dzięki temu jaśniejsze staje się, dlaczego podejmowane były tak zdumiewające decyzje. Tutaj warto zauważyć, że bodaj nikt z polskich historyków nie wykonał podobnej analizy, czyli jak sowiecka agentura w otoczeniu Roosevelta wpływała na jego decyzje odnoszące się do Polski.

    W kontekście polityki amerykańskiej wobec Chin warta zauważenia jest zbieżność decyzji wobec Chin z ustaleniami w Jałcie dotyczącymi Polski. Kluczowe decyzje zapadały ponad głowami chińskich przywódców, na przykład Sowietom za przyłączenie się do wojny z Japonią zapłacono licznymi koncesjami na terenie Chin, po fakcie informując o tym Czang Kai-szeka.

    Nawet tych kilka zasygnalizowanych wątków, daje pojęcie, jak rzetelna książkę napisał Jakub Polit. W mojej opinii jest jedną z ciekawszych, rzetelniejszych i głębszych książek, jakie ostatnio czytałem. Oceniam, jak łatwo się zorientować, na 10/10. Za zdolność do niesztampowego przedstawienia sytuacji Chin zaliczam do sil sensu, a przypominam, że jest to kategoria elitarna.

    Wszystkim interesującym się historią bardzo polecam. Wiele obiegowych opinii trzeba będzie zweryfikować, jak na przekład tę, która przedstawia Kuomintang jako siły reakcji, na dodatek skorumpowane do dna. Książka jest ciągle dostępna na rynku i to w bardzo przystępnej cenie.

    Jakub Polit, Pod wiatr. Czang Kaj-szek 1887-1975, Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008.

  • Książki

    Rosyjski sztylet

    Andrzej Kowalski, Rosyjski sztylet. Działalność wywiadu nielegalnego, LTW Łomianki 2013, okładkaPisanie o przedmiocie tej książki nastręcza trudność, bo trzeba wyjaśnić, co to takiego jest wywiad nielegalny. Nie jest to wcale banalne, bo w pewnym sensie, każdy wywiad na terenie cudzego państwa jest nielegalny. Tym niemniej oficerowie, którzy pełnią funkcje rezydentów, działają o tyle legalnie, że występują jako dyplomaci, nie udają obywateli państwa, które szpiegują; w zamian za to mają immunitet dyplomatyczny. Werbują oni agentów, którzy w przypadku wpadki odpowiadają przed sądem i oni rzeczywiście działają w konflikcie z prawem. Ale nie o nich w tej książce chodzi.

    Nielegałami w języku służb nazywa się specjalnie wyszkolonych oficerów, którzy pod przybraną tożsamością prowadzą działalność na terenie innego kraju. To bardzo, bardzo wymagająca służba. Proszę sobie wyobrazić, że ktoś po kilkuletnim szkoleniu decyduje się na dwudziesto- trzydziestoletni pobyt w obcym kraju pod przybraną tożsamością, idealnie wtapiając się w społeczeństwo aktualnie zamieszkiwanego państwa. Do tego ponosi niemałe ryzyko ujawnienia, zagrożonego bezwzględnie więzieniem, bo w ich przypadku nie ma przecież mowy o immunitecie.

    W jakim celu używa się nielegałów? Do prowadzenia szczególnie ważnych agentów, których mógłby zdekonspirować kontakt z normalnymi rezydentami służb, poddawanymi przecież kontroli i inwigilacji. Po drugie utrzymuje się ich jako „śpiochów”, którzy są przygotowani do przejęcie kontaktów z agenturą w przypadku wojny, kiedy znikają oficjalni rezydenci. Po trzecie wreszcie, przygotowywani są do działalności dywersyjnej na zapleczu wroga w przypadku konfliktu zbrojnego. Wtedy, poza rozpoznaniem kluczowych obiektów, ich działalność ograniczona jest do minimum. Jak widać z tego zestawienia, nielegałowie są bodaj najgroźniejszą grupą w obszarze służb specjalnych, a ich obecność świadczy o fundamentalnym zainteresowaniu danym krajem i to bynajmniej nie w celach pokojowej infiltracji wywiadowczej. Dodajmy do tego, że szkolenie, uplasowanie i utrzymywanie tej grupy agentów jest potwornie kosztowne i związane z kolosalnym wysiłkiem służb.

    No i bodaj najważniejsza informacja – nielegałami posługuje się tylko Rosja, a wcześniej oczywiście Związek Sowiecki. Państwa demokratyczne nie narażają swoich oficerów na takie ryzyko i nie stawiają przed nimi wymagania pozostawania w służbie na terenie obcego państwa przez kilkadziesiąt lat i to pod obcą tożsamością.

    Autor w swojej pracy przedstawił zarówno analizę metod pracy nielegałów jak i historię operacji o nich opartych. Ku sporemu zaskoczeniu okazuje się, że wraz z końcem zimnej wojny ta historia nie uległa zakończeniu. W czerwcu 2010 roku aresztowano 10 nielegałów w Stanach Zjednoczonych a jedenastego na Cyprze. Opinia publiczna była zszokowana zakresem penetracji społeczeństwa amerykańskiego przez rosyjskie służby specjalne i to z wykorzystaniem tak zaawansowanej i ryzykownej metody, jaką jest posługiwanie się oficerami pod cudzą tożsamością. Dodajmy do tego kilku takich agentów aresztowanych wcześniej na terenie Kanady.

    Do ciekawostek należy pewna historia z Izraela. Tam mianowicie w 1983 roku Szin Bet aresztowało w Marcusa Awrama Klinberga agenta, (być może nielegała), który systematycznie od blisko trzydziestu lat informował Związek Sowiecki o izraelskich badaniach w zakresie broni biologicznej i chemicznej. A wiedzę miał z pierwszej ręki, bo pracował jako naukowiec w ośrodku Nes-Cyjon (Cud Syjonu), stanowiącym centrum takich badań w Izraelu. Do ciekawostek należy fakt, że urodził się w Warszawie, w Polsce skończył szkołę i rozpoczął studia medyczne. Po 1939 związał się jednak ze Związkiem Sowieckim. Aż do śmierci.

    Autor książki, Andrzej Kowalski jest pułkownikiem polskiego kontrwywiadu, byłym dowódcą Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Przez piętnaście lat był w służbie kontrwywiadowczej. To bardzo dobrze, że doświadczony oficer publicznie dzieli się swoją wiedzą. Nie żeruje na sensacyjnych tematach, ale pisząc ściśle merytoryczne opracowanie buduje w społeczeństwie wiedzę o realnych zagrożeniach. W analizach zamieszczonych w książce czuć specjalistę od kontrwywiadu, który od razu, niejako odruchowo, wychwytuje podstawowe prawidłowości, sposoby działania, a zwłaszcza przechwytywania tożsamości i budowania legendy tworzącej życiorys oficera pod przybraną tożsamością.

    Po doskonałej książce o nielegałach aż prosi się, żeby tak kompetentny autor zajął się jeszcze bardziej skomplikowanym ale i ciekawszym tematem, jakim są agenci wpływu. Patrząc tylko na doświadczenia z Polski, jestem pewien, że temat jest gorący i zarówno służbom jak i opinii publicznej przydałaby się kompetentna analiza tego tematu.

    Z osiągnięć pułkownika Kowalskiego, jako autora ciekawej książki jestem jako czytelnik bardzo zadowolony, ale muszę przyznać, że nurtuje mnie pytanie, jak to się dzieje, że oficer o tym stopniu kompetencji, względnie młody (chyba nie przekroczył pięćdziesiątki) znajduje się poza polskimi służbami? Jak by powiedział Kisiel „a jak myślisz koteczku?”

    Na koniec jeszcze refleksja doraźna. Ilu takich agentów znajduje się Polsce? Ilu mamy śpiochów budzonych tylko wtedy, kiedy Rosja ma jakieś strategiczne interesy? A ilu obudzono dla propagandowego wsparcia Rosji po agresji na Ukrainę? Powiedzmy sobie szczerze, polskie służby nie mają w tym zakresie wielkich  osiągnięć, a najbardziej do tego powołane Wojskowe Służby Informacyjne nie miały żadnych, natomiast same były infiltrowane przez agenturę ze wschodu, zresztą wykrytą przez służby cywilne. Nie ma się zatem czemu dziwić, że z Polski nie mamy żadnych danych dotyczących czasów ostatnich. Sam jednak fakt zainteresowania się pułkownika Kowalskiego akurat tym problemem świadczy, że mamy o czym myśleć i czego się obawiać.

    W sposób dowodny Polska znalazła się w zakresie działań nielegałów przy okazji operacji „Progress”. Zaczęła się ona w 1968 roku w Czechosłowacji. Władze Związku Sowieckiego były tak zaniepokojone sytuacja w tym kraju, że nasłały na niego całe tabuny oficerów operujących pod tożsamością obywateli państw zachodnich. Jak ważna była to dla nich kwestia, niech świadczy fakt, że wykorzystali do tego już „zalegendowanych” na Zachodzie ludzi, zwiększając w ten sposób ryzyko ich ujawnienia. Ten sam mechanizm został zastosowany w Polsce podczas karnawału „Solidarności”. Wiemy o kilku sowieckich tajniakach występujących pod personaliami obywateli zachodnich, którzy prowadzili wtedy w Polsce działalność rozpoznawczą. Ta metodyka jest w każdej chwili gotowa do powtórzenia.

    Jak z powyższych uwag widać książkę oceniam bardzo wysoko, 10/10 i zaliczam do sił sensu za postawienie meritum ponad sensacyjność. Szkoda tylko, że wydawnictwo nie dołożyło swojej cegiełki do jakości książki i wydało ją bez opracowania redakcyjnego, ale lektura i tak jest interesująca, choć miejscami chropawa.

    Andrzej Kowalski, Rosyjski sztylet. Działalność wywiadu nielegalnego, LTW Łomianki 2013.

  • Teatr

    Wakacyjne teatry

    Po zejściu z wysokich Tatr jeden nocleg spędziliśmy w Zakopanem i tak się szczęśliwie złożyło, że udało nam się nabyć bilety do teatru im. Witkiewicza. Trafiliśmy na sztukę autorstwa patrona teatru pod tytułem Metafizyka dwugłowego cielęcia. To bardzo rzadko grana sztuka, która na dodatek od początku (napisana była w 1921 roku)  nie miała szczęścia – Witkacy sam przygotowywał jej premierę w zakopiańskim Teatrze Formistycznym w 1927 roku, ale na skutek nieporozumień i kradzieży pieniędzy przez kasjera teatr przestał istnieć, podobnie 10 lat później nie udało się doprowadzić do premiery w Towarzystwie Teatru Niezależnego, który także został rozwiązany. Teraz na 30-lecie zakopiańskiego teatru i na 130-lecie urodzin Witkacego do premiery wreszcie doszło.

    Stanisław Ignacy Witkiewicz, Metafizyka dwugłowego cielęcia, reż. Andrzej Dziuk, Teatr im. St. I. Witkiewicza Zakopane

    Metafizyka dwugłowego cielęcia to w istocie Bildungsdrama, sztuka o dojrzewaniu i odkrywaniu swojej tożsamości. Oczywiście u Witkacego nic nie jest klasyczne – główny bohater, Karmazyniello, nie osiąga żadnego podwyższonego stopnia samoświadomości. On walczy z próbami narzucenia mu nie tylko modelu życia, ale wręcz modelu osobowości, jak mówi jego ojczym prof. Mikulini „będziesz żył tak, jak ja chcę”, ale z kontekstu jasno wynika, że bardziej chodzi o to, że „będziesz tym, kim ja chcę”. Osią dramatu jest konflikt lub może rywalizacja rodziców z księciem Ludwikiem Parvisem, który proponuje młodzieńcowi inną drogę rozwoju i „stworzenie wolnej, niezależnej od niczego siły”, a więc drogę autokreacji, z tym, że opartej raczej o ciało niż o ducha. Swojemu załamanemu podopiecznemu, mającemu myśli samobójcze, Parvis podsuwa swoją siostrę Mirabellę. Karmazyniello zakochuje się w niej, bo odnajduje w ukochanej portret swojej młodej matki. Nieoczekiwanie musi o Mirabellę rywalizować ze swoim ojcem, właściwie z tego samego powodu, bo ów również odkrywa w Mirabelli swoją żonę sprzed lat. Ta rywalizacja ojciec-syn o żonę-matkę przypomina Kurkę wodną, gdzie rysuje się podobny konflikt. No i trzeba dodać, że wszystko rozgrywa się na wyspach Polinezji i w Australii, co z kolei jest pokłosiem wypadu młodego Witkiewicza w tamte rejony świata wraz z mistrzem Bronisławem Malinowskim.

    Stanisław Ignacy Witkiewicz, Metafizyka dwugłowego cielęcia, reż. Andrzej Dziuk, Teatr im. St. I. Witkiewicza Zakopane

    Po obejrzeniu tego spektaklu miałem klasyczne uczucia ambiwalentne. Poszczególne sceny były rozegrane wzorowo. Dekoracje, kostiumy, gra aktorów czy dramaturgia były w wielu momentach po prostu doskonałe – odwoływały się zarówno do najlepszych osiągnięć zakopiańskiego teatru, ale miały też w sobie coś ze specyficznego ducha witkiewiczowskiego. Z drugiej strony całość była jakaś miałka, nie do końca spójna, a chwilami ocierała się o kicz, bowiem wybitne wizualnie sceny były nośnikami banalnych treści, jakby pisanych przez siedmiolatka. Parokrotnie miałem też wrażenie kompletnej nieciągłości akcji. W przenośni można powiedzieć, że poszczególne koraliki były piękne, niektóre przypominały perły, ale nie tworzyły jednolitego łańcucha. Myślę, że w tle tych ułomności był nienajlepszy tekst Witkacego, który nieprzypadkowo był tak rzadko wystawiany.

    Streszczenie głównych wątków sztuki, jakie powyżej zostało dokonane, ma charakter uporządkowanego przedstawienia zagadnień, które w sztuce pojawiały się w sposób chaotyczny, nie tworząc bynajmniej konsekwentnych, ciekawie zarysowanych całości.

    Stanisław Ignacy Witkiewicz, Metafizyka dwugłowego cielęcia, reż. Andrzej Dziuk, Teatr im. St. I. Witkiewicza Zakopane

    Podsumowując: Metafizyka dwugłowego cielęcia jest na pewno spektaklem wartym zobaczenia, który w wielu momentach dostarczy niebanalnych wrażeń, ale od całokształtu za dużo bym nie oczekiwał. Biorąc powyższe pod uwagę, jednej oceny wystawić nie sposób.

    Idąc dalej – w czasie wypadu do Trójmiasta udało się odwiedzić Teatr Wybrzeże i zobaczyć Czarownice z Salem. O fabule nie będę pisał, bo sztuka jest dobrze znana z filmu i teatru telewizji. Powiem tylko tyle, że w mojej świadomości (a myślę, że i powszechnej także) funkcjonuje trochę inaczej niż została rzeczywiście napisana. U Millera nie chodzi o motywowane religijnie polowanie na czarownice, ale o psychologię poszczególnych postaci z uwypukleniem faktu, że całą sprawę sądową sprowokowały dziewczęta kłamiąc i fałszywie oskarżając swoje koleżanki. Dołączył do nich lokalny pastor też przecież nie z powodów religijnych, ale z chęci odbudowania swojej nadwyrężonej pozycji w lokalnej społeczności, zresztą chęci wyraźnie powodowanej materialną zachłannością. Przyjezdny pastor, ekspert od opętania, który jako jedyny kierował się przesłankami wynikającymi z wiary, po początkowym zainteresowaniu, wycofał się z procesu, bo pojął, jak dziwacznymi motywacjami kierują się oskarżycielki.

    Artur Miller, Czarownice z Salem, reż. Adam Nalepa, Teatr Wybrzeże w Gdańsku

    Spektakl odebrałem jako doskonały; z jednej strony oryginalny dramaturgicznie, ale z drugiej wierny tekstowi autora (co coraz rzadsze w „nowym” teatrze). Bardzo ciekawy, impresyjny, dający do myślenia. Główne wątki narracyjne zostały przedstawione w sposób uwypuklający ich głębię. Mamy kolejne postacie, które kierując się niskimi pobudkami nakręcają zbiorowe szaleństwo, mamy jednostki próbujące walczyć o prawdę, mamy dramatyczną walkę o wierność samemu sobie, mamy wreszcie owładnięte zbiorowym szaleństwem pannice oskarżające kolejnych ludzi o uleganie siłom nieczystym. Każdy z tych wątków wart jest osobnego przemyślenie i przynajmniej mnie spektakl do takiego przemyślenia skłaniał.

    Czarownice z Salem wystawione zostały przez Adama Nalepę w taki sposób, że mogą się dziać w każdym czasie – zarówno dzisiaj, jak i w XVIII wieku, którego akcja sztuki dotyczy. To duży plus. Łatwiej się konfrontować z problemami i widzieć je w dzisiejszej plastyczności.

    Artur Miller, Czarownice z Salem, reż. Adam Nalepa, Teatr Wybrzeże w Gdańsku

    Na jeden wątek scenograficzny muszę nawet w pobieżnej recenzji zwrócić uwagę. Na scenie znajduje się prawdziwe, grząskie, wilgotne błoto. Zostawia ślady, potrafi ubrudzić, umożliwia innym ubrudzenie kogokolwiek. To bardzo celna metafora, a tym ciekawsza, że nigdy czegoś takiego na scenie nie widziałem.

    Warto też wspomnieć o doskonałej grze aktorów, z wyrównanego zespołu trudno kogokolwiek wyróżniać, ale aktorzy dostosowali się do wysokiego poziomu reżyserii. Generalna ocena sztuki 10/10 i zaliczam do sił sensu za wzorcowe połączenie wierności wobec tekstu z oryginalną dramaturgią.

    Na koniec jeszcze muszę wspomnieć o przedstawieniu Piosenka jest dobra na wszystko, Teatru Miejskiego w Gdyni wystawianego na Scenie Letniej, czyli na plaży w Gdyni Orłowie. Stanowi je montaż piosenek ze wcześniejszych przedstawień gdyńskiego teatru wzbogaconych o takie przeboje jak „S.O.S.”, „Rodzina”, „Ja się boję sama spać”, „Tango Anawa”, „Świecie nasz” czy tytułowa „Piosenka jest dobra na wszystko”.

    Piosenka jest dobra na wszystko, Teatr Miejski w Gdyni im. Gombrowicza, Scena Letnia na plaży w Gdyni Orłowie

    To oczywiście inna waga niż sztuki wcześniej przedstawiane, ale zdecydowanie warte zauważenia, że względu na jakość aranżacyjną tych piosenek. Wiele z nich została zaśpiewanych i „zagranych” w sposób absolutnie nowatorski i oryginalny. Na dodatek całość miała bardzo bezpretensjonalny charakter. Aktorzy bawili się w czasie spektaklu równie dobrze jak widownia, co powodowało, że czas wszystkim upłynął w luźnej, przyjemnej atmosferze wzbogaconej o zaskakujące doznania artystycznego powodowane ciekawym, niebanalnym sposobem wykonania znanych piosenek. Duży plus dla całego zespołu wykonawczego. Trzeba umieć znaleźć się w repertuarze poważnym z wysokiej półki, ale bodaj czy nie trudniej jest odnaleźć się w sztuce lekkiej, ale smakowicie zagranej.

    Piosenka jest dobra na wszystko, Teatr Miejski w Gdyni im. Gombrowicza, Scena Letnia na plaży w Gdyni Orłowie

    Osobna uwaga należy się samej Scenie Letniej na plaży w Orłowie. Szum morza, zapadający powoli zmrok, plaża, niebo, morze i  statki na horyzoncie – to niebywała wręcz sceneria. Zawsze, kiedy mogę, odwiedzam to miejsce. Klimat jest niepowtarzalny. Na dodatek nieoczekiwane wydarzenia atmosferyczne są dodatkowym reżyserem spektaklu. W moim przypadku, była to krótka, intensywna, letnia ulewa. Widzowie mieli parasole, aktorzy nie, zachowywali się jednak, jak gdyby nigdy nic. Uznanie.

    W czasie wakacji w Trójmieście zdecydowanie polecam, 9/10.

    Stanisław Ignacy Witkiewicz, Metafizyka dwugłowego cielęcia, reż. Andrzej Dziuk, Teatr im. St. I. Witkiewicza Zakopane.

    Artur Miller, Czarownice z Salem, reż. Adam Nalepa, Teatr Wybrzeże w Gdańsku.

    Piosenka jest dobra na wszystko, Teatr Miejski w Gdyni im. Gombrowicza, Scena Letnia na plaży w Gdyni Orłowie.

  • Książki

    Sprawa Colliniego, doskonały kryminał na wakacje

    Ferdinand von Schirach, Sprawa Colliniego, okładka, recenzjaTym razem będzie lekko i wakacyjnie. Sprawa Colliniego to bardzo inteligentny kryminał, choć w istocie rzeczy książka wymyka się prostym klasyfikacjom gatunkowym.

    Jak na powieść sensacyjną zaczyna się zdumiewająco, od pierwszych bowiem stron wiadomo, kto i w jaki sposób dokonał morderstwa. Tytułowy Fabrizio Collini, prosty robotnik włoskiego pochodzenia, zamordował z zimną krwią 87-letniego przemysłowca i w okrutny sposób zmasakrował ofiarę. Kompletnie niejasny pozostaje jednak motyw. Sam winowajca odmawia składania wyjaśnień.

    Sprawę prowadzi młody adwokat z urzędu, Caspar Linen. To jego pierwsza poważna sprawa sądowa. Na dodatek okazuje się, że był on emocjonalnie związany z ofiarą, co powoduje, że ma poważne wątpliwości, czy w ogóle może podjąć się skutecznej obrony swojego klienta. To pierwsza poważna komplikacja, która od razu dobrze wprowadza nas w klimat książki. Młody prawnik zmaga się w czasie trwania jej akcji z wieloma wyborami etycznymi. Podlega różnym naciskom. Okazuje się bowiem, że obrona Fabrizio Colliniego wymaga rozgrzebania życiorysu ofiary i wywleczenia na światło dzienne bardzo niebudujących szczegółów z tego życiorysu. Mówiąc wprost chodzi o zbrodnie wojenne, a przypominam o głębokich związkach (prawie rodzinnych) młodego prawnika z zamordowanym przemysłowcem. Obowiązek wobec klienta, a nawet głębiej, wobec prawdy i sprawiedliwości, przeważa. Przecież oskarżony, niezależnie od tego jak okropną zbrodnię popełnił, może, siedząc w więzieniu, liczyć tylko na swojego obrońcę. Mamy tu do czynienia z poważną refleksję na temat etyki zawodu adwokata. Na marginesie dodam, że ta refleksja jest również aktualna w polskiej rzeczywistości.

    Nie chcę zdradzać istoty fabuły, ale jak już z tego zarysu treści można się domyśleć, swoimi korzeniami zbrodnia sięga do czasów II wojny światowej i ma charakter zemsty. Problem jednak w tym, że jest to zemsta niejako „zastępcza”, ponieważ niemiecki wymiar sprawiedliwości nie poradził sobie z sądowym rozliczeniem zbrodni wojennych. Tu dotykamy drugiego fundamentalnego dla książki problemu – rozliczenia się Niemców ze swoją nazistowską przeszłością. Jak powszechnie wiadomo, to rozliczenie było bardzo ułomne i znakomita większość zbrodniarzy wojennych uniknęła jakiejkolwiek odpowiedzialności. Polakom bardzo łatwo przychodzi wytykanie tego Niemcom, choć warto zauważyć, że Sprawę Colliniego napisał jednak Niemiec, a pod jej wpływem powołano komisję w niemieckim ministerstwie sprawiedliwości mającą wyjaśnić wpływ hitlerowskich prawników na powojenne prawodawstwo.

    We mnie tego typu sprawy sprawy wzbudzają refleksję, jak Polacy poradzili sobie ze swoja komunistyczną przeszłością. Może zamiast bić się w cudze piersi, lepiej uderzyć się we własne? Tym bardziej, że dzieje tych rozliczeń bynajmniej nie są zakończone i nie przynależą tylko do sfery zainteresowań historyków, chociaż i w tej materii byłoby niejedno do powiedzenia.

    Wracam do Sprawy Colliniego. Na podkreślenie zasługuje zwięzłość książki. Całość złożonej przecież fabuły przedstawiona jest na 150 stronach tekstu. Nie ma tu rozwlekłości, nic nie jest zbędne. Czyta się szybko i z wzrastającym zainteresowaniem. Na końcu zaś pozostajemy w zadumie. Czyli książka daje to wszystko, czego oczekujemy od dobrego kryminału. Dla mnie 10/10. Za pogłębioną refleksję na temat rozliczeń z własną historią zaliczam do „sił sensu”.

    Ferdinand von Schirach, Sprawa Colliniego, Wydawnictwo WAB, Warszawa bdw [2013]. Przy okazji – nie rozumiem skąd u wydawców ten prymitywny odruch nieujawniania roku wydania książki. W dobie internetu można z dokładnością do dnia ustalić, kiedy książka została wprowadzona na rynek. Nie ma tu co udawać i sztucznie przedłużać „świeżość” danej książki. Żenujące…

  • Książki

    Współczesne Chiny

    Peter Hessler, Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach, Wydawnictwo Czarne, seria reportażowa, recenzja, okładkaDo tej pory w ramach fascynacji Chinami poczytałem trochę o historii i kulturze tego kraju. Tym razem trafiłem na rzecz jak najbardziej współczesną, która bardzo precyzyjnie odmalowuje obraz społeczeństwa będącego w fazie gwałtownych przemian.

    Książka składa się z trzech części. Pierwsza to opis podróży wzdłuż wielkiego muru. W mojej opinii część najsłabsza, ale najczęściej występująca w recenzjach tej książki. Niestety wskazuje to na smutny fakt, że większość recenzentów książki do końca nie przeczytała, bo ta właśnie część jest tyleż malownicza, co poznawczo bezpłodna. Trochę się dowiadujemy o realiach wielkiego muru, który nawiasem mówiąc wygląda zupełnie inaczej niż sączy nam kultura masowa i bynajmniej nie jest widoczny z satelitów. Poza tym jest to tylko relacja z kolejnych pustyń, skalistych bezludnych pustkowi i kiepskich dróg.

    Natomiast pozostałe dwie części są mniej spektakularne, ale doprawdy bardziej fascynujące. Pierwsza to reportaż z zapadłej chińskiej wsi, druga to opis tworzącej się, a następnie rozwijającej się nowej strefy ekonomicznej w mieście Lishui, leżącym w południowej części prowincji Zheijang (jeśli to komuś coś mówi). Obie relacje powstały w ten sam sposób. Autor najpierw przez pewien czas mieszkał wśród ludzi, których losy są kanwą jego opowieści, a następnie wielokrotnie odwiedzał te miejsca, aby zobaczyć co się w nich zmieniło, a co pozostało po staremu. Dzięki takiej formule poznawczej otrzymujemy naprawdę wnikliwy, a przez to fascynujący materiał umożliwiający zrozumienie, co się w Chinach naprawdę dzieje. Najtrudniej sobie bowiem wyobrazić, jak żyją normalni ludzie, którzy harują po kilkanaście godzin, ale w sumie tworzą gigantyczną potęgę gospodarczą państwa Środka, które jest już na ostatniej prostej, aby zdystansować Stany Zjednoczone i zostać mocarstwem nr 1 współczesnego świata. W jakimś sensie jest to zależne od tego, co się dzieje na szczytach władzy, od kluczowych decyzji o charakterze gospodarczym. Naprawdę jednak, jest to suma ogromnej ilości takich wydarzeń, jakie opisuje Hessler.

    Trudno obserwacje Hesslera, zajmujące kilkaset stron, zawrzeć w krótkim podsumowaniu jego książki, na kilka rzeczy jednak koniecznie trzeba zwrócić uwagę.

    Pierwsza to rozmach inwestycyjny. Wspomniane powyżej miasto Lishui jest bodaj nikomu z czytających te słowa nieznane, nie jest jednak jakąś zapadłą dziurą; to odpowiednik naszego województwa, co prawda raczej lubuskiego niż śląskiego, ale jednak. Postanowiono w tym mieście wybudować strefę przemysłową. Rozpoczęto od – drobiazg – zrównania z ziemią kilku gór, tak aby na płaskim terenie wybudować nowe hale fabryczne. To miasto (prowincja) buduje te hale wraz z niezbędnym minimum infrastruktury. Jako „dodatek” do kilku tego typu inwestycji w prowincji postanowiono wybudować kilkaset (!) kilometrów autostrady, bo ta przechodząca już przez prowincję Zheijang była zbyt przeciążona. Wielkość tego typu inwestycji jest uderzająca. A dodajmy, że wybudowanie tego wielkoobszarowego parku przemysłowego to koszty sięgające miliardów dolarów. Natomiast eksport z prefektury Lishui to w przybliżeniu 1/3 eksportu całej Polski. Dane w tej sprawie mają charakter poglądowy z racji na powierzchowność informacji w książce, ale nawet na dużym poziomie ogólności pokazują skalę zjawiska. Dodajmy tylko, że Lishui to jedna z 13 prefektur prowincji Zhejiang, a ta z kolei jest jedną z 33 prowincji składających się na Republiką Chińską (wliczając w to Hongkong  i Makao)

    A jak to wygląda od strony mikroprzedsiębiorstwa zasiedlającego część jednej z nowowybudowanych fabryk? Hessler dokładnie przyjrzał się startowi fabryki produkującej kółka metalowe do biustonoszy. Tylko ten jeden produkt. Kiedyś był to bardzo opłacalny dział produkcji, dzisiaj jest gorzej, bo na rynku panuje konkurencja i wiele fabryk wytwarza owe kółka. Kilkadziesiąt kobiet znajduje zatrudnienie przy ich produkcji. Co ciekawe: właściciel wcale nie chce zatrudniać nieletnich, to 15-, 16-letnie dziewczyny przekłamują swój wiek, często zresztą bardzo wiarygodnie. A tak na marginesie: później biustonosze z owymi kółkami trafią do którejś ze znanych sieci i podnosi się larum, że międzynarodowe koncerny zatrudniają dzieci, a wykładowcy etyki rozważają zgubne skutki globalizacji. Dla porządku dodajmy, że znana Hesslerowi 16-latka pracując w akordzie ma  takie same stawki, jak inne kobiety, a zarabia od nich więcej, bo zręczniej owymi kółkami obraca. Tak wygląda od zaplecza wyzysk dzieci.

    W historii opisywanej fabryczki, najciekawsza dla mnie była jednak opowieść o podstawowej maszynie, która z drutu owe kółka wytwarza i obleka je plastikiem. Pierwotnie ten rodzaj maszyny był sprowadzany z Niemiec, ale później została ona podrobiona przez Chińczyków mało przejmujących się prawami patentowymi, autorskimi i wszelakimi innymi. Wygląda mniej elegancko, coś się w niej zacina, wymaga napraw, ale jest znacznie tańsza, co przekłada się na cenę kółek i w związku z tym na atrakcyjność cenową ich aktualnego producenta. Oznacza to, jak mawiają ekonomiści, osiąganie przewagi konkurencyjnej. Gdzie nam się z tym równać?

    Równie ciekawa była część poświęcona chińskiej wsi. Analitycy spraw chińskich najczęściej zwracają uwagę, że bieda i zacofanie tamtejszej wsi jest potencjalnie najgroźniejszym czynnikiem destabilizacji, a mówiąc wprost, wybuchu społecznego. Wizerunek przedstawiony przez Hesslera tego raczej nie potwierdza. Na wsi odbywa się sporo procesów modernizacyjnych, przede wszystkim pojawia się tam wiele przedsięwzięć usługowych. We wsi opisanej przez Hesslera są to przede wszystkim mikroprzedsiębiorstwa z branży turystycznej, coś w rodzaju znanej w Polsce agroturystyki, a więc minipensjonaty czy bary lub restauracyjki. Rzuca się w oczy duża aktywność ludności rolniczej w poszukiwaniu dodatkowych źródeł zarobku, większa na pewno niż w wielu krajach postkomunistycznych z byłego bloku sowieckiego. Zatem można powiedzieć, ze na chińskiej wsi dzieje się lepiej, niż to się wydaje zachodnim obserwatorom. Na pewno nie widać jakichkolwiek zarodków ewentualnego buntu o podłożu ekonomicznym.

    W podsumowaniu trzeba powiedzieć, że Przez drogi i bezdroża to najciekawsza książka o współczesnych Chinach, jaką czytałem. Daje pogląd o tym, jak rzeczywiście wygląda życie na chińskiej prowincji, a ta prowincja to przecież znakomita większość Chin. I jeszcze raz powtórzę: uderza ogromny dynamizm rozwojowy Chińczyków,  który wskazuje, że droga do stania się światowym mocarstwem nr 1 jest wysoce prawdopodobna. Oceniam na 10/10 i polecam wszystkim zainteresowanym współczesnymi Chinami. Proszę się nie zniechęcać okładką nie korespondującą z treścią.

    Peter Hessler, Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013, seria reportażowa.

  • Książki

    Komuniści walczący z zakonnicami

    Ewa Kaczmarek MChR, Dlaczego przeszkadzały. Polityka władz partyjnych i rządowych wobec żeńskich zgromadzeń zakonnych w Polsce w latach 1945-1956, okładka, recenzjaW polityce władz komunistycznych zakony chrześcijańskie zawsze były solą w oku i zawsze były prześladowane. Tak było w Rosji, tak było też w krajach demokracji ludowej. Polski ten trend nie ominął. Komuniści widzieli w zamkniętych wspólnotach klasztornych, nie poddających się infiltracji z zewnątrz, rzeczywistość tajemniczą i groźną. Podejrzewali zakonników i zakonnice o różne niecne czyny, ale przede wszystkim widzieli w nich wroga politycznego. Determinacja zakonów w głoszeniu prawd chrześcijańskich była dla nich zasadniczym zagrożeniem, stojącym w poprzek drogi budownictwa socjalistycznego. Tu się nie mylili.

    Książkę na temat tej drogi przez komunistyczne ciernie przygotowała Ewa Kaczmarek ze zgromadzenia Misjonarek Chrystusa Króla. Omawia ona całokształt polityki polskich władz komunistycznych wszystkich szczebli wobec żeńskich zgromadzeń zakonnych w latach 1945-1956. Zatem mamy tu rozdziały poświęcone polityce wyznaniowej komunistów, czyli tak naprawdę polityce antywyznaniowej, omówienie procedur  administracyjnej walki ze zgromadzeniami (w rozbiciu na: prawo o stowarzyszeniach, przejęcia „dóbr martwej ręki”, ustawodawstwo podatkowe i gospodarkę lokalową), wreszcie część poświęconą eliminacji zakonów z życia publicznego w obszarach: oświaty, służby zdrowia, działalności charytatywnej i opiekuńczej oraz pracy w parafiach. Osobno omówiono sytuację zakonów na Ziemiach Zachodnich, w tym zwłaszcza Akcję X2 i zamykanie zakonnic w obozach pracy. Dziwi, że nie poświęcono osobnego rozdziału represjom karno-sądowym, a przecież w latach 1946-1956 aresztowano ponad 70 zakonnic.

    Mnóstwo informacji zawartych w książce jest bardzo ciekawych i powoduje różne dalsze refleksje. Chociaż o kilku postaram się napisać.

    Jak wspomniałem, komuniści zakonów po prostu się bali. To, co widzieli od razu: odcięcie od świata, klauzura, wewnętrzne reguły, brak chęci do kolaboracji z nimi, wszystko to ten strach jeszcze podsycało. Zatem głównymi pragnieniem UB było posiadać w klasztorach agenturę, która z jednej strony dostarczałaby informacji, a z drugiej realizowała zadania dezintegracyjne. Był to temat numer jeden dla departamentów UB nakierowanych na walkę z Kościołem. Mimo zaangażowania całej struktury bezpieczniackiej efekty były bardzo mizerne. Udało się zwerbować jedynie 33 zakonnice z ogólnej liczby 27 300 i 20 osób świeckich, na dodatek część z nich odmawiała po krótkim czasie współpracy. Ciekawe, że w zakonach męskich wynik akcji werbunkowej był dużo lepszy, pozyskano 148 współpracowników (świeckich i duchownych) na 9000 zakonników. Zatem dla zakonów żeńskich współczynnik nasycenia agenturą wynosił 1:515, podczas gdy dla męskich 1:61. Dodajmy do tego całkiem sporą liczbę jawnych współpracowników w postaci „księży patriotów”. Odporność sióstr na próby pozyskiwania agentów była wprost rewelacyjna, a wydaje się, że ciągle ten fakt nie jest doceniany. Jeden z wniosków, jaki płynie z tych liczb, jest taki: Kościół powinien działania wymagające szczególnej dyskrecji opierać raczej o kobiety – zakonnice niż o mężczyzn – księży, mimo iż na pierwszy rzut oka wydawało by się, że powinno być odwrotnie. Nic mi jednak nie wiadomo, aby władze kościelne wyciągały z tej rzeczywistości wnioski podobne do przedstawionych powyżej. Zakonnice były i są nadal zdecydowanie niedoceniane w działaniach Kościoła.

    Podsumowaniem wątku o agenturze niech będzie cytat z ubeckiego dokumentu: werbowane zakonnice nie kwalifikowały się na tajnych informatorów z powodu fanatyzmu przez nas nierozpoznanego. Fascynuje mnie zwłaszcza to zaniepokojenie, że ten fanatyzm był przez UB nierozpoznany.

    Warto przy tym zwrócić uwagę, że także w działaniach jawnych siostry zachowywały nawet w najczarniejszych momentach hart ducha. Nie współpracowały z komunistami, nie porzucały habitu, nie dawały się zastraszyć. Nawet w obozach pracy próbowały utrzymać niezależność i autonomię zarządu przez własne przełożone, podczas gdy nasłani księża patrioci jawnie kolaborowali z komunistami, w tym również w działaniach na szkodę Kościoła. W końcu doszło do tego, że siostry odmawiały spowiadania się u kapelanów przydzielonych przez władze do obozów pracy. Powinno to również skłaniać do refleksji.

    Skoro pojawił się termin „obozy pracy” to warto wyjaśnić skąd się wzięły. Władze PRL mianowicie postanowiły wysiedlić zakonnice z Ziem Odzyskanych, zwłaszcza z Górnego i Dolnego Śląska. Oficjalną motywacją, było pozostawanie w domach zakonnych na tych terenach sióstr narodowości niemieckiej, co podważać miało polskość tych terenów. Akcja wysiedleń miała kryptonim X2. Oczywiście cele deklarowane miały się nijak do rzeczywistych intencji. Chodziło po prosu o likwidację  żeńskich zakonów. W przypadku sukcesu, można by akcję powtórzyć na innych terenach. Wysiedlone zakonnice zgromadzono w kilku zbiorczych klasztorach i zmuszono do wykonywania zadanych prac, oczywiście nie wolno im było tych miejsc opuszczać, chyba że któraś z zakonnic deklarowała wystąpienie z zakonu lub gotowość do wyjazdu za granicę. W istocie więc owe rzekome zbiorcze klasztory miały charakter obozów pracy. Ogółem do obozów pracy przesiedlono 1053 zakonnic, a kolejne 247 przesiedlono do domów prowincjalnych zgromadzeń. Można powiedzieć, parafrazując hitlerowski termin Judenfrei, że tereny Górnego i Dolnego Śląska miały stać się Klosterfrei. Na szczęście do tego doszło. Trudno powiedzieć, dlaczego władze komunistyczne odstąpiły od drugiego etapu wysiedleń, który miał całkowicie zlikwidować życie zakonne na Śląsku.

    Sposób przeprowadzenia akcji wysiedlenia sióstr był tak bardzo podobny do akcji likwidacji zakonów w Czechosłowacji, że jest wysoce prawdopodobne, że albo Polacy konsultowali się z Czechami, albo obie akcje miało to samo źródło u sowieckich decydentów. Oczywiście natychmiast przypomniała mi się niedawno przeczytana i zrecenzowana książka Siła słabych i słabość silnych o prześladowaniu Kościoła na Słowacji w czasach realnego socjalizmu. Pewnym tropem, co do inspiracji owych antyzakonnych akcji może być fakt, że w 1953 roku utworzono osobny Departament XI dedykowany do walki z Kościołem, a na jego czele stał płk Karol Więckowski, sowiecki oficer białoruskiego pochodzenia.

    Warto jeszcze wspomnieć, że przesiedlenia zakonnic odbywały się już po uwięzieniu Prymasa Wyszyńskiego, kiedy wielu dostojników kościelnych ze strachu lub oportunizmu położyło uszy po sobie. Niektórzy z nich, a jest to wyjątkowo ohydna karta w historii Kościoła, wspierali komunistów dokonujących wysiedlenia sióstr zakonnych.

    Rzuca się w oczy również zaciekłość władz komunistycznych w prześladowaniu zakonnic. Najczęściej było tak, że jeśli podejmowano jakieś kroki represyjne, to wykonywano je z naddatkiem. Dobrym przykładem jest tu przejęcie dzieł prowadzonych przez zakonnice (szpitale, szkoły, ochronki, domy opieki). Zgodnie z komunistycznym prawem (o ile można to nazwać prawem, zwłaszcza w świetle późniejszych decyzji administracyjnych i wyroków sadowych) zajęciu nie podlegały pomieszczenia klasztorne, ale w realu one również były często przejmowane, podobnie było również z nieruchomościami i żywnością. Komuniści sami tworzyli „prawo”, jakie chcieli, ale i tak było ono za mało represyjne. Stąd częste przypadki jego nadużywania i przekraczania. Świadczy to wyraźnie, iż prawdziwym celem komunistów była całkowita likwidacja zakonów, a „prawo” było tylko parawanem i służyło tylko propagandowemu mydleniu oczu wiernych i osłabianiu woli oporu represjonowanych.

    Podsumowując: bardzo ciekawa książka inspirująca do różnych dodatkowych przemyśleń. Bardzo rzetelna, jeżeli chodzi o bazę źródłową, która pochodzi z wielu archiwów kościelnych i cywilnych. W mojej ocenie 9/10.

    Ewa Kaczmarek MChR, Dlaczego przeszkadzały. Polityka władz partyjnych i rządowych wobec żeńskich zgromadzeń zakonnych w Polsce w latach 1945-1956, VIZJA Press & IT, Warszawa 2007.

  • Teatr

    Hannah Arendt

    Rzecz o banalności miłości

    Spektakl dotyczy kilkuletniego romansu Hanny Arendt, młodej studentki  filozofii ze swoim mistrzem profesorem Martinem Heideggerem. Nie byłoby w tym romansie nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że Hannah Arendt była Żydówką, a Martin Heidegger orędownikiem nazizmu na wyższych uczelniach. Co prawda flirt zaczął się jeszcze w latach dwudziestych, kiedy specyficzne poglądy Heideggera nie były jeszcze jasne, a po dojściu Hitlera do władzy definitywnie się zakończył, ale i tak pozostaje otwarte pytanie, jak to było  w ogóle możliwe. Kluczowa była wspólna fascynacja filozofią, ów, wspominany przez Arendt, apetyt na myślenie. Do tego doszło z jednej strony  urzeczenie wybitnym profesorem będącym u szczytu swoich twórczych możliwości, a z drugiej zauroczenie młodą, piękną, ale też i nadzwyczaj bystrą studentką. Wygląda na to, że miłość była silniejsza niż oczywiste bariery.

    Savyon Liebrecht, Rzecz o banalności miłości, reż. Feliks Falk, Agnieszka Grochowska jako młodsza Hanna Arendt, Piotr Adamczyk jako młodszy Martin Heidegger, recenzja

    Jeszcze ciekawsze było pokazane w sztuce spotkanie z lat pięćdziesiątych. Heidegger był obiektem dochodzenia komisji denazyfikacyjnej i miał zakaz nauczania, Arend była wschodzącą gwiazdą nauk humanistycznych, kończyła właśnie Korzenie totalitaryzmu.  Oczekiwała od swojego kochanka wyjaśnienia, jak był możliwy jego flirt z nazizmem. Jak przystało na intelektualistkę, chciała zrozumieć jego motywy. Nie były one ani przekonujące, ani dokładnie wyjaśnione, to najsłabszy punkt Banalności miłości. Mimo doświadczenia Holocaustu, w pełni świadoma Arendt i tak zachowuje cień dawnego uczucia wobec swojego niegdysiejszego mistrza. To raczej tajemnica niż banalność miłości, jeśli odnieść się do tytułu sztuki.

    Cała rzecz jest ciągle fascynująca i ciągle, mimo wyjaśnienia wszystkich okoliczności, trudna do pojęcia. Miłość niejedno ma imię. Nie potrafię tego inaczej spuentować.

    Bardzo ciekawy był w sztuce wątek „niemieckości”. Okazało się bowiem, nie wchodząc w szczegóły fabularne, że Żydzi pochodzący z Niemiec jeszcze długo po wojnie zachowywali zainteresowanie kulturą niemiecką, językiem, Goethem itd. Korci mnie, aby dodać, że podobnie Żydzi polscy, mimo wszystkich przykrych doświadczeń, bardzo często zachowywali żywy związek z kultura polską, przechowywali polskie tradycje i ściągali polskie książki, a nawet wydawali prasę polskojęzyczną. A dzisiejsi emigranci ze Związku Sowieckiego nadal oglądają w Izraelu stacje rosyjskojęzyczne i bardziej ich interesuje sytuacja w piśmiennictwie rosyjskim niż hebrajskim. To bardzo ciekawy fenomen: Żydzi asymilujący się do kultur narodów, wśród których żyli, zachowujący bardzo silny związek z tymi kulturami i to pomimo, iż doświadczali wiele złego ze strony tych narodów. Zauroczenie jednak trwa nadal. A może to zawiedziona miłość…

    Kilka słów o aktorstwie. Tak dobrze zagranej sztuki dawno nie widziałem. Zwłaszcza doskonały był duet kobiecy Agnieszka Grochowska i Teresa Budzisz-Krzyżanowska grający Hannę Arendt w różnych porach jej życia. To było po prostu upojne. To bodaj najlepszy w Polsce duet aktorek z dwóch różnych pokoleń. Feliks Falk, który spektakl wyreżyserował, miał tutaj intuicję fenomenalną.

    Bardzo ciekawym uzupełnieniem Rzeczy o banalności miłości jest niedawno obejrzany film Hannah Arendt, który mówi o zupełnie innym fragmencie biografii naszej bohaterki. Rzecz dotyczy reportaży Arendt z procesu Eichmanna, które znalazły się później w książce Eichmann w Jerozolimie. Wiele z jej opinii wzbudziło żywe protesty ze strony żydowskiej diaspory, a zwłaszcza mieszkańców Izraela. Chodziło zwłaszcza na przykład o twierdzenie, że żydowskie władze gett, tzw. Judenraty miały swój udział w zagładzie, a ponadto o  samo określenie „banalność zła”, co w opinii wielu Żydów miało deprecjonować diaboliczny wymiar Holocaustu. Ze strony Hanny Arendt wygłaszanie takich poglądów świadczyło o kolosalnej odwadze, ale przede wszystkim o wierności  swoim poglądom, o tym że myślenie i wnioskowanie jest poza sferą ideologii, poprawności, lojalności narodowej itd. W tym sensie Hannah Arendt powinna być patronką wszystkich intelektualistów, którym przypomina (i przypominać będzie), że przyzwoitość myślowa jest regułą wszechobowiązującą i wymaga odwagi, a podporządkowanie ideologiom (tak dzisiaj powszechne) jest zaprzeczeniem owej przyzwoitości.

    Kadr z filmu Hannah Arendt, reż. Margarethe von Trotta, Barbara Sukowa jako Hannah Arendt, recenzja

    W role Hanny Arendt wcieliła się Barbara Sukowa. Zagrała wspaniale, ale i tak postać Arendt w moich oczach wiązać się będzie z twarzą Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej.

    Savyon Liebrecht, Rzecz o banalności miłości, reż. Feliks Falk, w głównych rolach Agnieszka Grochowska (Młodsza Hanna Arendt), Teresa Budzisz-Krzyżanowska (Starsza Hanna Arendt), Piotr Adamczyk (Młodszy Martin Heidegger), Andrzej Grabowski (Starszy Martin Heidegger), spektakl z 2011, kilkakrotnie powtarzany (jak najbardziej zasadnie) w Teatrze TV.

    Hannah Arendt, reż. Margarethe von Trotta, premiera 2012, w Polsce 24 stycznia 2014, w roli głównej Barbara Sukowa.