• Teatr

    Biała Lokomotywa w Teatrze Ateneum

    Na spektakl  Biała Lokomotywa szedłem z nadzieją. Oprócz nadziei miałem też obawy – twórczość Stachury dobrze znam, widziałem wiele adaptacji, słuchałem różnych interpretacji, częściej byłem zawiedziony niż urzeczony. Tym razem spotkało mnie miłe zaskoczenie.

    Sam pomysł inscenizacyjny od pierwszych chwil wciągał w szukanie znaczeń. Nie chodzi tylko o przetykanie piosenek tekstami Stachury, to nic nowego. Istotą rzeczy był bardzo celny dobór tekstów, tak aby fragmenty pamiętników i prozy Stachury stanowiły wprowadzenie do tekstów śpiewanych. Paradoksalnie to duża sztuka, bo powiedzieć i zaplanować łatwo, ale zrobić trudno. Słuchałem nie tylko z przyjemnością, ale i zainteresowaniem.

    Edward Stachura, Biała Lokomotywa, reż. Jerzy Satanowski, występują Jan Janga Tomaszewski, Mirosław Czyżykiewicz, Wojciech Brzeziński, Teatr Ateneum

    Nic jednak nie może zastąpić ciekawej interpretacji, a ta w przypadku Białej Lokomotywy była bliska doskonałości. Pomysł, aby teksty Stachury śpiewali starsi faceci, o wyrobionych głosach, okazał się strzałem w dziesiątkę. Twórczość Stachury wyrastała z bolesnego doświadczenia, a cóż owe doświadczenie podkreślać może bardziej niż brzmienie, z którego przebija znajomość życia. Było to bardzo przekonujące, ale też wzruszające. W ustach ludzi, którzy niejedno przeżyli, a ich głosy stoją w proporcji do doświadczeń, bardzo prawdziwie brzmi, że przemienić w jasny, nowy dzień najsmutniejszą noc – to jest dopiero coś.

    Szczególnie dobre wrażenie robił Jan Janga Tomaszewski. Nie za często jest on obecny w masowych produkcjach. Pamiętam go z kilku roli drugoplanowych, ale zawsze zapadał mi w pamięć. Jest w nim coś magnetycznego, coś co przyciąga uwagę, a to przecież w aktorstwie jest najważniejsze. Wielka szkoda, że reżyserzy filmowi tak rzadko sięgają po jego kunszt aktorski. Mój wielki apel – róbcie to częściej, a wtedy i wy, i my widzowie na tym dobrze wyjdziemy.

    Na palmę pierwszeństwa w jakości inscenizacji i wykonania zasługuje Nie brookliński most. Pomysł, żeby zaśpiewać ten tekst na trzy różne głosy był doskonały i do tej pory mam go w uszach. Reżyserowi, Jerzemu Satanowskiemu należy się szacunek.

    Brakowało mi w spektaklu Piosenki dla Potęgowej. Tak pięknie można było ją wprowadzić celnym fragmentem z Całej jaskrawości. W razie jakby się udało tę piosenkę dołożyć do przedstawienia, idę na niego jeszcze raz. Zresztą i bez Potęgowej pójdę  raz jeszcze. Nie co dzień mamy do czynienia z czymś tak urzekającym.

    Na koniec najważniejsze. Spektakl był po prostu wzruszający i długo byłem pod jego wrażeniem. Dla mnie 10/10 i dodatkowo zaliczam do sił sensu za pomysł z trzema aktorami, za celny wybór tekstów, za najlepsze, jakie słyszałem wykonanie Brooklińskiego mostu i za obsadzenie Jangi Tomaszewskiego.

    Edward Stachura, Biała Lokomotywa, reż. Jerzy Satanowski, występują Jan Janga Tomaszewski, Mirosław Czyżykiewicz, Wojciech Brzeziński, Teatr Ateneum, wizyta styczeń 2015.

  • Militaria

    Kresowa Brygada Kawalerii w 1939

    Marcin Majewski, Kresowa Brygada Kawalerii w kampanii 1939 roku, IPN, okładka, recenzjaTo bardzo dobrze, że powstała monografia Kresowej Brygady Kawalerii (KBK). Nie cieszyła się ona szczególna estymą u historyków – jej boje we wrześniu były bezbarwne i chaotyczne, dowódcy się zmieniali, żaden z nich dobrze się nie zapisał na kartach historii.

    W sierpniu 1939 roku KBK dowodził gen. Marian Przewłocki. W skład brygady wchodziły: 12 p.uł. (dowódca ppłk Andrzej Kuczek) stacjonujący w Białokrynicy, 20 p.uł. (płk. Andrzej Kunachowicz) stacjonujący w Rzeszowie, 22 p.uł. (płk Władysław Płonka) stacjonujący w Brodach, 6 psk (ppłk Stefan Mossor) stacjonujący w Żółkwi oraz 13 dak (ppłk Janusz Grzesło) stacjonujący w Kamionce Strumiłowej (dowództwo w Brodach).

    Od samego początku KBK nie miała szczęścia. Najpierw 12 p.uł., który jako pierwszy został zmobilizowany w trybie alarmowym, po przetransportowaniu na teren operacyjny Armii „Łódź” został czasowo podporządkowany dowództwu Wołyńskiej Brygady Kawalerii (tej od Bitwy pod Mokrą) i nigdy już nie powrócił do swojej macierzystej jednostki. A na kilka dni przed wybuchem wojny KBK straciła swojego dowódcę, gen. Przewłocki został powołany na stanowisko dowódcy 2 Grupy Kawalerii, a dowodzenie przejął jego zastępca płk Hanka-Kulesza. Wspomniana Grupa Kawalerii zresztą nigdy nie powstała, a gen. Przewłocki znalazł się na klasycznym bocznym torze.

    Zupełnie inaczej z płk. Hanką-Kuleszą, ten znalazł się w samym centrum wydarzeń. Po wywagonowaniu się  do 3 września, brygada otrzymała rozkaz, aby rozpoznać lewy brzeg Warty a następnie przejść w rejon Rossoszycy, gdzie miała pozostać w dyspozycji dowódcy armii. Zniszczenie mostów dowódca armii zastrzegł do swojej decyzji. Rozkaz streszczam dokładnie, bo ma to zasadnicze znaczenie dla późniejszych wydarzeń. Hanka-Kulesza ten rozkaz literalnie wykonał, zameldował się w dowództwie Armii „Łódź” po kolejny. Jakże był zaskoczony, kiedy dowiedział się, że zostaje odwołany ze stanowiska dowódcy KBK za niewykonanie rozkazu, bowiem nie bronił uporczywie Warty odsłaniając skrzydło sąsiedniej 10 DP gen. Dindorf-Ankowicza, ponadto pozostawił niewysadzone mosty na Warcie. Wygląda na to, że pułkownik Hanka-Kulesza stał się kozłem ofiarnym mającym zdjąć odpowiedzialność za złe dowodzenie z szefostwa Armii „Łódź”.[1] Na jego miejsce mianowano płk. Grobickiego dotychczasowego dowódcę Sieradzkiej Brygady ON, wcześniej związanego z kawalerią.

    Wielkie dziękczynienie dla Mariusza Majewskiego za precyzyjne wyjaśnienie okoliczności odwołania Hanki-Kuleszy. Sprawa nie była jasna, a dla wielu historyków jedynym źródłem narracji w tej sprawie były pamiętniki gen. Rómmla i wyjaśnienia szefa sztabu Armii „Łódź” płk. Pragłowskiego. Obaj panowie niestety w tej sprawie mataczyli obciążając niesłusznie Hankę-Kuleszę, który zapewne do wybitnych nie należał, ale w tej konkretnej sprawie poniósł odpowiedzialność za cudze winy. Poza tym dobrze się stało, że człowiekowi, chociaż po latach, przywrócono dobre imię. To zawsze ważne.

    Po pierwszych dniach walk, KBK rozpoczęła proces głębokiego odwrotu, zgodnie z rozkazem dowódcy Armii „Łódź”. Podczas odwrotu utracona został łączność pomiędzy oddziałami, które coraz bardziej przemieszane, bez aktualnych rozkazów, w powiększającym się chaosie i rozdrobnieniu kontynuowały odwrót. Niestety, każdy oddział na własną rękę. Pojedynczo walcząc zostały bez większych walk zlikwidowane, tylko kilka szwadronów przedostało się za Wisłę. Na dodatek 8 września płk Grobicki udał się po rozkazy do Warszawy i już nie powrócił. Tak jak dowódca armii (gen. Rómmel) pozostawił ją swojemu losowi, tak Grobicki porzucił swoją brygadę pod Głownem.[2] Przykład szedł niestety od góry. Jak gdyby nigdy nic oczekiwał na podległe sobie oddziały po drugiej stronie Wisły, w rejonie Otwocka (na rozkaz Rómmla). Nazwę brygady nosiło już tylko kilka wyczerpanych szwadronów kawalerii.[3] Niedobitki pod dowództwem ppłk. Płonki z 22 p.uł. walczyły aż do 1 października w składzie grupy płk. Zieleniewskiego, dając przykład nie tylko bohaterstwa, ale i determinacji, a przede wszystkim tego, że brygada zasłużyła sobie na lepszy los niż zgotowali jej dowódcy wszystkich kolejnych szczebli.

    Z tego bardzo skrótowego przedstawienia losów KBK podczas kampanii wrześniowej nie wynika oczywiście jak dalece wnikliwa i szczegółowa jest książka. Pod tym względem jest wzorowa. Uznanie. Poza tym muszę wspomnieć o mapach ilustrujących szlak bojowy KBK. To bardzo ułatwia lekturę, a tak rzadko występuje w podobnych opracowaniach. Uznanie po raz wtóry.

    Dwóch rzeczy mi jednak zabrakło. Pierwsze pominięcie ma charakter zasadniczy, mianowicie autor nie wspomniał nawet o losach 4 batalionu strzelców wchodzącego co najmniej nominalnie w skład brygady. Rozumiem zafascynowanie kawalerią, ale żeby w ogóle o tym batalionie nawet nie wspomnieć, nawet jeśli był podporządkowany 10 DP?

    Druga kwestia jest na pograniczu zakresu merytorycznego książki. Chodzi mianowicie o pominięcie ppłk. Stefana Mossora przy obsadzie funkcji szefa sztabu Armii „Poznań” i powierzenie mu dowództwa 6 psk. Skoro znalazło się miejsce nawet na kilkuzdaniowe przedstawienie walk w 1920 roku pułków wchodzących w skład brygady, to chciałoby się coś dowiedzieć również na wzmiankowany temat, tym bardziej, że w literaturze przedmiotu podawane są różne powody tego zaskakującego „niepowołania”. Majewski co prawda wspomina o nim w nocie biograficzne Mossora (s. 177), ale podaje jednozdaniowe uzasadnienie dość rzadko spotykane w pracach historycznych.[4] A byłaby tak ciekawie, gdyby autor zechciał potraktować temat z taką samą wnikliwością, jak odwołanie płk. Hanki-Kuleszy.

    Trzecie pominięcie dotyczy 20 p.uł. Autor słowem nie wspomniał, że ten stacjonujący w Rzeszowie pułk był przewidziany do motoryzacji i miał wejść w skład 10 BK. Dowództwo pułku miało „chody” w Warszawie i wpłynęło na zmianę decyzji. W efekcie do 10 BK przyłączono 24 p.uł z Kraśnika powodując przy okazji taki absurd, że dowództwo 10 BK, dywizjony przeciwpancerny i rozpoznawczy miały siedzibę w Rzeszowie, ale jej podstawowa siła, czyli pułki kawalerii stacjonowały w Łańcucie i Kraśniku. W tym samym czasie w KBK 20 p.uł. (Rzeszów) był oddalony od 22 p.uł. (Białokrynica) o ponad 300 km. Tak się kończyło uleganie ułańskim fanaberiom, którzy kochali konie, a lekceważyli samochody.

    Przy tej ostatnie sprawie muszę się przyznać do bardzo brzydkiego uczucia. Mam niestety Schadenfreude, z powodu losów 20 p.uł. Mógł przejść do historii jako jeden z lepiej rozpoznawanych polskich pułków, a skończył dość nieciekawie, rozbity w czasie walk odwrotowych, zapisując raczej historię chaosu i nieszczęścia (poświęcenia nikomu nie ujmując) niż żołnierskiej chwały, takiej  jak pułku  24, który w 1939 roku nierozbity, w zwartym szyku przekroczył granicę węgierską i został odtworzony na Zachodzie. A wszystko przez to, że woleli smród końskiego łajna niż zapach spalin.

    Wracając do monografii KBK: to bardzo solidna, rzetelnie opracowana i szczegółowa praca, wypełniająca dotkliwą lukę w historiografii. Na dodatek wielki plus za wyjaśnienie sprawy płk. Hanki-Kuleszy oraz za zamieszczenie map i przyzwoitego indeksu nazwisk. Dla mnie 10/10.

    Marcin Majewski, Kresowa Brygada Kawalerii w kampanii 1939 roku, IPN Warszawa 2011



    [1] Siłą rzeczy przedstawiam cały problem odwołania płk. Hanki-Kuleszy bardzo pobieżnie, w książce zajmuje on ponad 20 stron (s. 53-74) i tylko zapoznanie się z tą analizą może dawać podstawy do wyciągania samodzielnych wniosków.

    [2] Miał rację prof. Wieczorkiewicz, kiedy,  oceniając dowodzenie podczas kampanii wrześniowej, mówił że ryba śmierdzi od głowy. Co należy rozumieć tak, że w tych miejscach, gdzie dowódcy armii panowali nad sytuacją, tam dużo lepiej spisywali się dowódcy dywizji i brygad kawalerii. Jak widać na wskazanym przykładzie, tam gdzie dowódcy armii je porzucali, tam i dowódcy niższego szczebla robili to samo ze swoimi jednostkami. Podobnie swoje dywizje porzucili płk Dojan-Surówka (2 DPLeg.) i gen. Bończa-Uzdowski (28 DP).

    [3] Największą siłę przedstawiał 1 pkaw KOP(ppłk Feliks Kopeć), podporządkowany jeszcze nad Wartą dowództwu KBK.

    [4] Mossor był do marca 1939 I oficerem sztabu inspektora armii gen. Kutrzeby. W sposób naturalny powinien zostać szefem sztabu armii dowodzonej przez Kutrzebę. Jako powód jego niepowołania Majewski podaje zasugerowanie w jednym z opracowań wydania zgody na przemarsz wojsk sowieckich przez Polskę. Zapewne podąża w tym przypadku za ustaleniami Jarosława Pałki w książce Generał Mossor (1886-1957). Biografia wojskowa. Dla porządku podaję, że wielu autorów sugeruje, że Mossor został odwołany ze stanowiska szefa sztabu Armii „Poznań”, np. Waldemar Rezmer, Armia „Poznań” 1939, Bellona Warszawa 1992 s. 24, a z ostatnich publikacji D. Koreś w biografii płk. Pragłowskiego (s. 228), o której to książce piszę tutaj. Opierają się oni na wspomnieniach Kopańskiego i Pragłowskiego.

  • Militaria

    Najlepszy dowódca, najlepsza dywizja

    W ocenie prof. Wieczorkiewicza, wybitnego znawcy kampanii wrześniowej, najlepiej dowodzoną w 1939 roku była 11 Dywizja Piechoty wchodząca w skład Armii „Karpaty”. Jej dowódcą był pułkownik Prugar-Ketling. To jego właśnie wspomnienia ośmielam się przypomnieć w niniejszej nocie. Warto podkreślić, że wspomnienia najlepszego dowódcy dywizji w 1939 roku powinny być lekturą obowiązkową dla każdego zainteresowanego tym okresem.

    11 DP nie miała szczęścia. Mobilizowana była podczas mobilizacji powszechnej, wyruszyła na front już w czasie trwania walk, transporty były bombardowane. Na dodatek, zmieniano rozkazy dotyczące rejonu wywagonowania. W efekcie: jeden batalion z każdego pułku został wyładowany daleko od obszaru ześrodkowania wszystkich pozostałych oddziałów dywizji, a chaos transportowy uniemożliwił dotarcie dywizyjnej kompanii przeciwpancernej i baterii przeciwlotniczej. Przyszło zatem jej walczyć w zgrupowaniu zmniejszonym o ok. 1/3 stanu wyjściowego.

    Dywizja płk. Prugar- Ketlinga wsławiła się kompletnym rozbiciem niemieckiego pułku SS „Germania”. Sukces to tym większy, że doszło do niego podczas walk odwrotowych dywizji. Zwykle w takiej sytuacji większość polskich jednostek walczyła o przeżycie i traciła zdolność do działań ofensywnych. W tym przypadku było inaczej. Jak do tego doszło? Pułkownik Prugar-Ketling zorientował się, że Niemcy najbardziej boją się walki w nocy i uderzenia Polaków na bagnety. Zadecydował zatem, że oddziały dywizji uderzą właśnie w nocy i na bagnety. Żeby zwiększyć determinację swoich żołnierzy, a jednocześnie osiągnąć efekt zaskoczenia rozkazał, aby żołnierze biorący udział w natarciu, zdali amunicję aż do rozładowania karabinów. Pozostały im tylko bagnety i tylko na nie mogli liczyć. Efekt był piorunujący. Przez linie niemieckie przewaliła się jakby ofensywa duchów. W dramatycznej ciszy, przerywanej gdzieniegdzie ogniem niemieckiej obrony, nastąpiła zagłada kilku oddziałów niemieckiego pułku. Tej posępnej atmosfery Niemcy nie wytrzymywali, nie podejmowali walki, salwowali się ucieczką, ginęli w złowrogiej ciszy.

    We wspomnieniach Prugara-Ketlinga uderza wiara w swoje wojsko. Z dużą pewnością wyrokował, że dany pułk, mimo osłabienia wyniszczającymi walkami odwrotowymi, niedożywiony i niewyspany, bez trudności sobie poradzi z kolejnym atakiem na niemieckie pozycje. Żołnierze tej wiary swojego dowódcy nie zawodzili i kolejne przeszkody na drodze dywizji były w uporczywych walkach usuwane (jak np. pod Łętownią czy w Lasach Janowskich). Dlatego właśnie była to dywizja najlepsza, 11 Karpacka Dywizja Piechoty. Aby pokazać wysiłek żołnierzy, warto podać zauważyć, że jak wynika z obliczeń, żołnierze dywizji licząc od pierwszych walk 8 września pod Dębicą do 20 września pod Lwowem przemaszerowali ok. 300 km. A w tym czasie przecież stoczyli wiele walk!

    Warto jeszcze zwrócić uwagę na trudności, jakie wynikały dla 11 DP z powodu rozkazów przychodzących z dowództwa Grupy Operacyjnej gen. Orlik-Łukoskiego. W kilku przypadkach zaplanowane już kontrataki nie dochodziły do skutku z powodu rozkazów, jakie otrzymywano z dowództwa GO. Sytuacja na froncie Armii „Karpaty” była specyficzna, bowiem polskim jednostkom stale groziło przeskrzydlenie. Miało to jednak ten skutek, że pojawiały się szanse na uderzenie w skrzydło niemieckich jednostek, które wysforowały się do przodu. Zwróćmy uwagę przy okazji, że polska armia była przez lata przygotowywana do walki manewrowej, a szanse na taką właśnie się pojawiały. Tak było pod Birczą nad Sanem. Atak był już przygotowany, współdziałanie z 1 psp uzgodnione, niestety rozkazy gen. Łukoskiego takie działania uniemożliwiły (s.30-35). Warto przyjrzeć się, dlaczego tak się stało. Nowy dowódca frontu gen. Sosnkowski miał taką samą koncepcję, gen. Fabrycy, dowódca Armii „Karpaty” również, nawet wydał w tej sprawie stosowne rozkazy. Problem w tym, że w dniu poprzedzającym planowane natarcie gen. Łukoski trzy razy zmieniał miejsce swojego postoju i był nieosiągalny zarówno dla podwładnych jak i przełożonych. Wysforowana do przodu niemiecka 2 DGór. miałaby niemały problem, jej czołowe oddziały zostałyby zapewne zupełnie rozniesione. W tym przypadku powiedzmy uczciwie, że gen. Łukoski zawiódł, za bardzo skoncentrowany był na odwrocie i nie zrozumiał rzeczy elementarnej: kontratak w dobrej sytuacji opóźnia działanie całego ugrupowania wroga.

    W książce poruszane są zagadnienia łączności radiowej. Nie była ona używana z następujących powodów: skompromitowanie szyfrów i zbyt mały zasięg w górach, nieprzekraczający 50 km (s. 45).

    Jeszcze ciekawostka: w skład dywizji wchodziły 48 pp, 49 pp i 53 pp. W pułku 49 zwanym huculskim żołnierze nosili kapelusz huculski podobny, choć nie tożsamy z kapeluszem noszonym w dywizjach strzelców podhalańskich.

    Podsumowując: książka bardzo ciekawa, lektura niezbędna dla zainteresowanych kampania wrześniową, korzystanie z niej bardzo ułatwiają szczegółowe mapy dołączone do tekstu. Oceniam 10/10. Odnoszę smutne wrażenie, że wspomnienia Prugara-Ketlinga umykają różnym badaczom kampanii wrześniowej i za rzadko są wykorzystywane jako źródło cennej wiedzy, tym cenniejszej, że wywodzącej się od generała odnoszącego sukcesy. Szkoda tylko, że te pamiętniki w ogóle nie zahaczają o okres dwudziestolecia.

    Bronisław Prugar-Ketling, Aby dochować wierności. Wspomnienia z działań 11. Karpackiej Dywizji Piechoty. Wrzesień 1939, Wydawnictwo „Odpowiedzialność i Czyn”, Warszawa 1990.

  • Militaria

    Biografia pułkownika Pragłowskiego

    Daniel Koreś, Generał brygady Aleksander Radwan-Pragłowski, IPN Warszawa 2012, recenzja, okładkaMam takie marzenie czytelnicze, by w końcu trafić na książkę historyczną, której autor jasno sprecyzowałby problemy badawcze, obudowałby je pytaniami, potem na owe pytania spróbowałby udzielić odpowiedzi i zsyntetyzowałby je w postaci rozstrzygnięcia problemów nurtujących co inteligentniejszych historyków. W tym marzeniu nacisk położony jest na słowo problemy, czyli explicite opisanie kwestii, które są kluczowe dla zrozumienia jakiejś epoki czy też, w przypadku monografii, dla zrozumienia zagadnień charakterystycznych dla danej tematyki.

    Jakkolwiek wydawałoby się to dziwne, to taka książka jest bardzo rzadkim ptakiem na niebie polskiej historiografii. Najczęściej mamy do czynienia z przedstawieniem tematyki badawczej w postaci problemów pozornych, czyli celem badań jest przedstawienie faktografii związanej z danym obszarem badawczym. Jeżeli jest to zrobione rzetelnie, to daje czytelnikom jakąś satysfakcje poznawczą. Problem w tym, że  to nie jest prawdziwe sproblematyzowanie tematu. Z prostej faktografii nie wynika rozstrzygniecie żadnego z poważniejszych zagadnień nurtujących historyków. Wśród rzetelnych historyków zajmujących się problematyką września 1939 panuje swoisty minimalizm badawczy, koncentrują się oni najczęściej na badaniach podstawowych, ustaleniu struktur walczących jednostek, prostej historii faktograficznej, kwestiach ilościowych, obsadzie personalnej. Czy to jednak prowadzi do jakiejś syntezy, do podsumowania, do pójścia dalej w odpowiedzi na pytanie, dlaczego przegraliśmy tę kampanię poniżej możliwości tak dużej i nieźle przygotowanej armii? Co mogliśmy zrobić lepiej?

    Książka Daniela Koresia jest w tym przypadku wyjątkiem. Autor co prawda nie przedstawił szerszych problemów badawczych, co w przypadku biografii zrozumiałe, ale wyselekcjonował zasadnicze kwestie z życiorysu swego bohatera i zamienił je w szersze, bardziej uniwersalne problemy. Wyjątkowe w tej książce jest przedstawienie wszystkich zagadnień związanych z płk. Pragłowskim[1]  na szerszym tle dającym możliwość głębszego zrozumienia poruszanych problemów.

    Dobrym przykładem mogą tu być poglądy Pragłowskiego na przyszłość polskiej kawalerii. Można je było po prostu zreferować, tak jak to robi większość historyków. Koreś jednak wybrał inny sposób narracji. Przedstawił mianowicie całą debatę w sprawach poruszanych przez Pragłowskiego, wskazał głównych dyskutantów, ich poglądy, różnice między nimi, delikatnie nawet próbował podsumowywać owe debaty. Więcej, w przypisach odniósł się również do dotychczasowej historiografii wskazując na oczywiste przekłamania, ale także na inne rzetelne badania w tej sprawie. Na marginesie: moją sympatię zdobył sobie Koreś polemiką z różnymi dziwacznymi poglądami Lecha Wyszczelskiego, który taśmowo produkuje kolejne książki, sadząc w nich sporo błędów i upowszechniając różne absurdalne opinie wprowadzające w błąd czytelników.

    Pragłowski był szefem sztabu Armii „Łódź”, a z dowodzeniem tą armią wiąże się kilka kontrowersji będących od lat przedmiotem dyskusji historyków. Pierwsza dotyczy przegrupowania całości sił armii na pozycje wysunięte, druga zaś dotyczy przeniesienia miejsca postoju dowództwa Armii i jej sztabu tak daleko na zaplecze, że utracono kontakt z dowodzonymi wojskami lub, jak chcą krytycy tej decyzji, porzucono własne wojska. Obie te kwestie Daniel Koreś zbadał nadzwyczaj szczegółowo, dotarł do wszystkich możliwych źródeł, zrekonstruował przebieg wydarzeń, a nawet spróbował dokonać oceny tych decyzji. Zwłaszcza ta pierwsza kwestia jest bardzo trudna do oceny, bo nie istnieje żadna miara efektywności czy racjonalności tych rozstrzygnięć. Mimo to Koreś spróbował znaleźć obiektywne miary, w oparciu o które można dokonać oceny. Taką miarą może być skuteczność w opóźnianiu posuwania się wojsk niemieckich. Szacunek! Rzadko kto z zawodowych historyków podejmuje się  ocen trudnych do zobiektywizowania, a jednocześnie wzbudzających dyskusje w środowisku. Cenna jest zarówno odwaga, jak kompetencja i nowatorskie podejście. Warto tylko dodać, że finalnie w tej sprawie Koreś wydaje pozytywną opinię dowództwu Armii „Łódź”.

    Druga sprawa to owe nieszczęsne przeniesienie dowództwa na głębokie zaplecze. Tutaj bardzo cenne jest ustalenie elementarnej faktografii. Pierwotnie nowym miejscem postoju miały być Brzeziny pod Łodzią. Okazały się one zniszczone, stale bombardowane i wtedy osobiście gen. Rómmel podjął decyzję o nowym miejscu postoju w Mszczonowie; późnej przenosząc je aż do Kołbieli, ale to akurat nie miało większego znaczenia, bo kontakt z wojskami już wcześniej został utracony. Pragłowski, o ile zawinił w tej sprawie, to tylko brakiem aktywności w przeciwdziałaniu decyzjom swojego dowódcy. Na jeden dodatkowy szczegół warto zwrócić uwagę. W literaturze przedmiotu panuje dość powszechne przekonanie, że rozkaz o przeniesieniu miejsca postoju sztabu do Kołbieli wydal Naczelny Wódz. Drobiazgowa analiza relacji wskazuje, ze to jednak Rómmel sam z siebie wydał taki rozkaz.[2] Sztab znajdujący się za Wisłą nie miał już żadnych, nawet hipotetycznych możliwości oddziaływania na losy powierzonej mu armii.

    Równie precyzyjnie Koreś odtwarza również trzecią wzbudzającą kontrowersje sytuację, związaną już tym razem z dowodzeniem Armią „Warszawa”, chodzi o nieudzielenie pomocy walczącym nad Bzurą wojskom gen. Kutrzeby, a skierowanie całego wysiłku wojskowego na wschód od Warszawy. Tutaj ocena działań spółki Rómmel/Pragłowski jest już jednoznacznie negatywna.

    Trzeba w tym miejscu zwrócić uwagę, że Daniel Koreś nie uległ chorobie większości biografów i nie stara się wybielić ani wytłumaczyć swojego bohatera. Zachowuje obiektywizm i – kiedy trzeba –  negatywnie podsumowuje działania Pragłowskiego. Kolejny powód do uznania.

    Podsumowując: dawno nie czytałem tak dobrej książki o wrześniu 1939 roku. Autor przytomnie zidentyfikował kluczowe, kontrowersyjne momenty aktywności swojego bohatera. Korzystając ze wszystkich dostępnych źródeł dokładnie je odtworzył, przedstawił na szerokim tle i nie uchylał się od ocen, nawet jeżeli były kłopotliwe dla opisywanej postaci. Jednym słowem same plusy, pochwały etc. Niewątpliwie  oceniam na 10/10 i jeszcze zaliczam do elitarnej kategorii sił sensu.

    Od tak wybitnej książki oczekuje się jednak więcej niż od normalnej „produkcji” naukowej, co najmniej z tego powodu, że rozbudza ona apetyt na jeszcze więcej niż daje. We mnie rozbudziła apetyt na dokładniejszy opis działalności sztabowej płk. Pragłowskiego. Jawi się ona jako skoncentrowana wyłącznie na wspomaganiu taktyczno-operacyjnym dowódcy armii. Szef sztabu w takiej konfiguracji to dodatkowy szef III Oddziału (Operacyjnego) swojego sztabu. Nic nie wiemy o jego działalności lub też jej braku w takim np. aspekcie jak łączność. Tym to istotniejsze, że zwłaszcza po odskoku do Mszczonowa sztab utracił łączność z dowodzonymi jednostkami. Tak się mówi, ale realnie oznacza to utratę łączności telefonicznej lub poprzez kurierów. Teoretycznie pozostawała łączność radiowa. Zarówno Armia, jak jej dywizje i pułki posiadały radiostacje, w które zostały wyposażone właśnie na taką okoliczność, gdy inne rodzaje łączności zawiodą. Dlaczego tego rodzaju łączności nie wykorzystano i czy w ogóle próbowano? Czy przed wybuchem wojny ćwiczono łączność radiową, czy opierano się wyłącznie na szkole kawaleryjskiej (Pragłowski i Rómmel to obaj kawalerzyści), gdzie „nic nie zastąpi” osobistego kontaktu, nawet jeżeli jest to kontakt w postaci rozmowy „po drucie” lub przez łącznika. A być może była to powszechna niechęć do nowinek technicznych?[3] W biografii szefa sztabu armii dobrze byłoby się do tych spraw odnieść.

    Drugie zagadnienie, którego zabrakło, to kwestie kwatermistrzowskie. Wiadomo, że w czasie kampanii wrześniowej stały intensywny odwrót spowodował kompletne zamieszanie, a nawet paraliż służb zaopatrzenia. Niektóre armie próbowały sobie z tym jakoś radzić, np. Armia „Pomorze” ściągnęła cały transport amunicji ze składu w Palmirach dla swoich jednostek. Wiele jednostek korzystając z bliskości swoich ośrodków zapasowych dokonywało stosownych uzupełnień. A jak było w Armii „Łódź”, czy szef sztabu w ogóle zajmował się takimi kwestiami, czy widział w nich problem wart zainteresowania? Służbowo niewątpliwie powinien, wszak podlegał mu IV Oddział sztabu, czyli kwatermistrzowski. Istniał co prawda także Kwatermistrz Armii, ale zapewne podlegał także szefowi sztabu.[4]

    Dotykamy tutaj dość ważnego problemu, mianowicie za jakie obszary odpowiadał szef sztabu? Daniel Koreś prześliznął się nad tym problem, ograniczając się jedynie do wymienienia wszystkich agend wchodzących w skład Kwatery Głównej Armii.[5] Brak natomiast jednoznacznego stwierdzenia, czy wszystkie te składniki podlegały szefowi sztabu i czy był w związku z tym odpowiedzialny za ich funkcjonowanie. Sądząc z opisu chyba tak, ale czy na pewno? Przepływ oficerów na to by wskazywał, na przykład płk Rola-Arciszewski dowódca broni pancernej w Kwaterze Armii w czasie działań wojennych został zastępcą szefa sztabu.[6] Przy okazji prostuję drobną nieścisłość: Rola-Arciszewski dowodził nie tylko dwoma kompaniami czołgów rozpoznawczych, jak pisze Koreś i jak stan oddziałów pancernych przydzielonych Armii „Łódź” by wskazywał, ale także 2 batalionem czołgów 7TP, który Armia „Łódź” prawem kaduka zagarnęła z Armii „Prusy”.[7] Jeśli odpowiadał za wszystkie te agendy, to jak przedstawiały się kwestie kwatermistrzowskie, co z uzupełnianiem oddziałów, jak dowodzono wspomnianym 2 batalionem pancernym (zaopatrzenie w paliwo!), jak funkcjonowała, czy dokładniej, jak nie funkcjonowała łączność radiowa. Warto by chyba coś o tym napisać.

    W dwóch sprawach mam ochotę na małą uwagę polemiczną. Koreś wielokrotnie, także we fragmentach poświęconych kampanii 1939 roku pisze o Pragłowskim, jako o wybitnym operatorze. Niestety w świetle jego wielu decyzji na stanowisku szefa sztabu Armii „Łódź” i „Warszawa” ta opinia wydaje się przesadzona. Na pewno był wybitnym teoretykiem, ale, generalnie mówiąc, jako szef sztabu armii się nie sprawdził. Zwłaszcza jego decyzje o zaangażowaniu większości sił Armii „Warszawa” w celu odtworzenia frontu na północnym wschodzie świadczy o jego kompletnym zagubieniu. Dodatkowo, o czym Koreś nigdzie nie wspomina, metoda dowodzenia zza biurka powodowała jego brak wiedzy o realnym stanie powierzonych mu oddziałów, ich sile i zdolności do akcji zaczepnych. Czy mimo to można nadal nazywać go wybitnym operatorem?

    Drugą kwestią jest odwołanie z funkcji dowódcy Kresowej Brygady Kawalerii płk. Hanki-Kuleszy. W dotychczasowej literaturze przedmiotu pokutuje narzucony przez Rómmla (i podtrzymywany przez Pragłowskiego) pogląd, że powodem była pasywność odwołanego pułkownika i niewykonanie przez niego rozkazu o obronie Warty. Dziś mamy jednak monografię Kresowej Brygady Kawalerii pióra Marcina Majewskiego, który precyzyjnie odtwarza okoliczności odwołania płk. Hanki-Kuleszy i dość jednoznacznie konstatuje, że pozbawienie go dowództwa było bezzasadne, rozkazy nieprecyzyjne, a Rómmel usiłował przez obarczenie winą płk. Hanki-Kuleszy odwrócić uwagę od swoich błędów w dowodzeniu.[8] Koreś tej sprawie poświęca tylko jeden przypis, referując w nim stanowisko Majewskiego i dla równowagi podając wyjaśnienia Pragłowskiego. Sam ostatecznego stanowiska w tej sprawie nie zajął.[9] Co gorsza, zamieścił w postaci wyjaśnień list Pragłowskiego z 1952 roku, który w ogóle nie dotyczy istoty sprawy. Ta bowiem nie tkwi w tym, gdzie była podstawa wyjściowa do działań Brygady Kresowej, ale w tym jak sformułowany był rozkaz dla Hanki-Kuleszy. Pragłowski nie miał zapewne do niego dostępu i snuł ogólnotaktyczne rozważania. Problem w tym, że rozkaz nic nie mówił o obronie Warty, a nakazywał wycofania się za tą rzekę, koncentracje w rejonie Rossoszycy i pozostawanie do dyspozycji gen. Rómmla. Ponadto wyraźnie mówił o tym, że decyzję o wysadzeniu mostów Rómmel zastrzega do swojej osobistej decyzji (z ich niewysadzenia też stworzył zarzut wobec Hanki-Kuleszy). To bardzo przykry przypadek, w którym Rómmel pospolicie mataczył, konfabulował, podfałszowywał dokumenty, a Pragłowski z Londynu wspierał go swoim głosem, biorąc udział w niesprawiedliwym obciążaniu Hanki-Kuleszy odpowiedzialnością za swoje własne błędy.

    Sprawa ma jeszcze drugi wymiar przez Koresia pominięty. Według pragmatyki przedwojennej za decyzję odpowiedzialny był dowódca, za sformułowanie rozkazu na piśmie szef sztabu. Za konkretny kształt rozkazu w sposób oczywisty odpowiada Pragłowski i powoływanie się na ustne polecenia inne niż w pisemnym rozkazie, wystawia Pragłowskiemu jak najgorszą opinię, jako szefowi sztabu. Przykro to powiedzieć, ale ma to charakter mataczenia i szukania winnych wszędzie na około w celu zdjęcia z siebie z odpowiedzialności za oczywiste (!) uchybienia, jak w przypadku niewysadzenia mostów na Warcie.

    Na koniec czysto osobista refleksja. Generał Rómmel i pułkownik Pragłowski stanowili zgrany i lojalny od końca tandem dowódczy. Rómmel jest postacią wybitnie niesympatyczną i zasługująca na fatalną oceną za dowodzenie i zachowanie w czasie kampanii wrześniowej, a później jego postawa także pozostawiała wiele do życzenia. Tak naprawdę zasługiwał za porzucenie swojej Armii „Łódź” na degradację, a co najmniej na swojego rodzaju infamię. Część winy spada także na Pragłowskiego[10] i patrzę na niego także bez sympatii. W ramach generalnej oceny dowodzenia armiami podczas kampanii wrześniowej był to bodaj najsłabszy tandem dowódczy (rywalizować może tylko z Dębem-Biernackim i jego szefem sztabu). Nadanie mu po wojnie stopnia generalskiego uważam za grubą pomyłkę i rażącą niesprawiedliwość, zwłaszcza w porównaniu z wieloma naprawdę wybitnymi dowódcami, których taki honor nie spotkał. Napisać o takiej postaci tak fascynującą książkę to doprawdy wielka sztuka. Zwłaszcza, a może właśnie dlatego, że Koreś nie przemilczał oczywistych wpadek bohatera. Jeszcze raz szacunek i jeszcze raz podkreślam: to doskonała książka, której lektura jest obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych wrześniem 1939 roku.

    Daniel Koreś, Generał brygady Aleksander Radwan-Pragłowski, IPN Warszawa 2012.



    [1] O Pragłowskim piszę jako o pułkowniku, bo taki stopień miał podczas kampanii 1939 roku, który to okres był najważniejszy w jego karierze. Generałem został mianowany z powodów „honorowych” dopiero w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Czy zasłużył sobie na taki honor? W moim przekonaniu nie.

    [2] D. Koreś, Generał brygady Aleksander Radwan-Pragłowski, s. 278.

    [3] Bodaj jedyna informacja w książce o posiadanej radiostacji w dowództwie armii wydaje się wskazywać na zakaz jej używania w przekonaniu, że zdradza ona miejsce pobytu dowództwa i sztabu. Wystawia to jak najgorszą opinię i Rómmlowi i Pragłowskiemu, bowiem jeżeli nawet mieli takie przekonanie, to nic nie stało na przeszkodzie, żeby nadajnik umieścić w jakieś odległości od dowództwa. Nic nie robienie w tej sprawie wskazuje, niestety, że strach zaburzył w tym tandemie dowódczym zdolność do racjonalnej refleksji. Wzmacnia to tezę o porzuceniu własnej armii w momencie dla niej krytycznym. O braku wiedzy technicznej nawet nie wspomnę. D. Koreś, Generał…, s. 272.

    [4] W przypadku Armii ‘Łódź” była to wyjątkowo sama osoba, ale nie unieważnia to kwestii podległości.

    [5] D. Koreś, Generał brygady Aleksander Radwan-Pragłowski, s. 227-230.

    [6] Pełnił te funkcje od 4 września 1939, s. 281, przypis 4.

    [7] Więcej pisałem o tym tutaj.

    [8] Marcin Majewski, Kresowa Brygada Kawalerii w kampanii 1939 roku, s. 53-74

    [9] D. Koreś, Generał brygady Aleksander Radwan-Pragłowski, s. 249, przypis 174.

    [10] Pragłowski do końca solidaryzował się ze wszystkimi decyzjami swojego dowódcy i bronił je do ostatniego, nie cofając się przed mataczeniem. Z jednej strony dobrze to świadczy o jego lojalności, z drugiej oznacza wzięcie na siebie współodpowiedzialności za decyzję i nie zawsze elegancki sposób ich obrony.

  • Militaria

    Wrzesień 1939 roku na Śląsku

    Jan Zieliński, Żołnierz nie odszedł bez walki…, recenzjaDawno nie czytałem tak frapującej książki historycznej. Omawiana tu pozycja to lekko zbeletryzowana opowieść o walkach, które toczyły się przez trzy pierwsze dni wrześniowe na Śląsku, a dokładnie na Górnym Śląsku. Za jego obronę była odpowiedzialna Grupa Operacyjna „Śląsk” pod dowództwem gen. Jana Jagmina-Sadowskiego. Czytelnik może oglądać tę skomplikowaną, rozpisaną na wiele pojedynczych potyczek historię oczami generała Sadowskiego. To wspaniały zabieg bardzo ułatwiający przyswojenie wszystkich, niekiedy złożonych zagadnień. Czyta się książkę z przyjemnością, a co niemniej ważne, z dużym zaangażowaniem emocjonalnym. Kilkukrotnie w czasie lektury musiałem wstać, zapalić papierosa, wypić kawę i ochłonąć, bo nie mogłem spokojnie czytać. Jak mawia młodzież – książka „mega wkręca”, ten kolokwializm jest tu zdecydowanie na miejscu.

    Dla zainteresowanych historią walk wrześniowych lektura ta jest szczególnie cenna, bowiem połapać się w tym morzu skomplikowanych szczegółowych jest naprawdę trudno. Normalnie w skład Grupy Operacyjnej wchodziły dwie wielkie jednostki, trochę oddziałów pozadywizyjnych, z marginalną rolą batalionów Obrony Narodowej. Na Śląsku wszystko było inaczej. Co prawda rzeczywiście gen. Jagmin Sadowski rozporządzał dwiema dywizjami piechoty, a to 23. katowicką i 55. rezerwową. Ale to tylko mylące nazwy. 55 DP rez. składała się wyłącznie z lokalnych batalionów Obrony Narodowej, które na Górnym Śląsku, inaczej niż w innych rejonach kraju, zostały zmobilizowane do stanu pełnych batalionów  rezerwowych. Z kolei pułki 23 DP wystawiały także czwarte bataliony, które po wybuchy wojny weszły w skład Oddziału Warownego. Oprócz tego istniał także batalion forteczny „Mikołów”, który tak naprawdę miał siłę pułku. Na dodatek w stanie na 1 września ugrupowanie bojowe wojsk polskich było niewąsko przemieszane i bataliony jednej dywizji były rozrzucone po całym terenie Śląska. Wszystko to razem decydowało o unikalnym, nietypowym charakterze wojsk broniących Śląska. Dzięki książce Jana Zielińskiego można sobie to wszystko wyobrazić.

    Ze Śląskiem wiąże się także poważna kontrowersja, która przez lata miała dzielić głównych uczestników wydarzeń. Chodzi mianowicie o decyzję gen. Szyllinga, dowódcy Armii „Kraków” o wycofaniu się ze Śląska w już w nocy z 2 na 3 września i porzuceniu całkiem rozległych fortyfikacji. Decyzję tę krytykował w swoich późniejszych wspomnieniach gen. Sadowski,  podobnie jak wielu komentatorów, na przykład  płk Porwit. Właśnie to postanowienie jest emocjonalną osią książki i od razu powiem, że autor rozumie, a nawet uzasadnia i tłumaczy trudną decyzję gen. Szyllinga. Smutek z porzucania skutecznie bronionego Śląska jednak pozostał. W tym kontekście tytuł książki Żołnierz nie odszedł bez walki… staje się zrozumiały.

    Gwoli wyjaśnienie wspomnianej kontrowersji dotyczącej ewakuacji całej Armii Kraków, dopowiedzmy tylko, że jej determinantą było zagrożenie podwójnego oskrzydlenia: od północy po rozbiciu 7 DP i utracie kontaktu z Armią „Łódź” i od południa, gdzie 10 BK płk. Maczka wraz z pułkiem KOP powstrzymywała cały niemiecki korpus pancerny.

    Do zasadniczych zalet książki należą szkice sytuacyjne wykonane przez gen, Sadowskiego, bardzo ułatwiają orientację i pomagają zlokalizować mniejsze oddziały.

    Jest to jedna z najciekawszych książek poświęconych wrześniowi 1939. Mimo zbeletryzowanej formy niesie spory ładunek wiedzy szczegółowej, bo Jan Zieliński należy do najlepszych znawców tej tematyki i jest godny zaufania nawet jeżeli nadał książce formę popularną, 10/10

    Jan Zieliński, Żołnierz nie odszedł bez walki…, Wydawnictwo Śląsk, Katowice 1981

  • Militaria

    Polskie minowce, polskie stocznie

    Blog miał być o książkach, a chwilowo zamienił się w blog filmowy. Tym razem o książce, notka lekko spóźniona, ale dobrze oddaje, czym się aktualnie zajmuję. Lada moment zacznie się odrabianie zaległości.


    Marcin Wawrzynkowski, Minowce typu Jaskółka, Wielki Leksykon Uzbrojenia Wrzesień 1939 t. 20Od długiego czasu zbieram się, aby napisać coś o serii wydawniczej Wielki Leksykon Uzbrojenia Wrzesień 1939. Przedsięwzięcie zbliża się do końca, ale lepiej późno niż wcale. Oceniam je bardzo wysoko, zebranie wokół tego pomysłu najlepszych autorów dało w efekcie prace znacznie przewyższające swoją wartością to, czego moglibyśmy oczekiwać od kolorowych zeszycików. To rewelacyjne kompendium wiedzy o polskiej armii okresu dwudziestolecia międzywojennego. Uwagi mam jedynie do strony ilustracyjnej. Publikowanie ogromnych zdjęć na cała rozkładówkę wydaje się mało uzasadnione, zwłaszcza gdy robi się z tego świętą zasadę wydawniczą, bo niekiedy nie dysponujemy zdjęciami stosownej jakości do takiego powiększenia. Natomiast kosztem tych zdjęć przydałoby się więcej tekstu, zwłaszcza, że w przypadku wielu elementów uzbrojenia przez wiele najbliższych lat nic się więcej nie napisze ponad to, co znalazło się w Leksykonie. Ale to tylko łyżka dziegciu w beczce miodu.

    W przypadku minowców zafascynował mnie fakt, że były to pierwsze okręty wojenne wybudowane w Polsce. Bez licencji (jak w przypadku działek ppanc. 37 mm), bez współpracy obcych specjalistów, bez kopiowania cudzych wzorów.

    Proces produkcyjny zorganizowano tak, aby zminimalizować eksport i jednocześnie poprzez zamówienia na polskim rynku stworzyć podwaliny polskiego zaplecza przemysłowego do budowy kolejnych okrętów lub statków na potrzeby cywilne. Niekiedy przekonywano polskie firmy do podjęcia zamówienia (jak w przypadku mebli stalowych), niekiedy tolerowano braki i modyfikacje już zamontowanego na okrętach sprzętu (jak w przypadku pomp elektrycznych). Przyjęto zasadę, że akceptowane są polskie oferty o ile przekraczają poziom cenowy ofert zagranicznych nie więcej niż o 10%.

    Pierwsza partię (4 sztuki) budowano w trzech różnych miejscach, dwa w modlińskiej stoczni rzecznej („Czajka” i „Rybitwa”), po jednym w warsztatach portowych Marynarki Wojennej w Gdyni („Jaskółka”) i w Stoczni Gdyńskiej („Mewa”). Pierwotnie przewidziana do produkcji całego zamówienia stocznia modlińska nie miała wystarczających mocy przerobowych. Od nazw okrętów zwano je pieszczotliwie „ptaszkami”

    Pomysł został zrealizowany doskonale. Projekt autorstwa inż. inż. Aleksandra Potyrały i Dominika Małeckiego był bardzo udany, a proces budowy przebiegał bez większych zakłóceń. Okręty okazały się bardzo eleganckimi, dzielnymi na morzu jednostkami, weszły do służby w końcu 1935 roku. Uzbrojone w armatę 75 mm Schneidera wz. 28, dwa ckm przeciwlotnicze 7,92 mm Maxima.

    Nic dziwnego, że podjęto decyzję o wybudowaniu kolejnych dwóch jednostek („Czapla” i „Żuraw”). Tutaj jednak zaczęły się schody, bo zwodowane jednostki okazały się awaryjne. Kłopoty wystąpiły zwłaszcza z silnikami budowanymi przez PZInż. na licencji szwedzkiej. W efekcie w czasie kampanii wrześniowej były prawie nieprzydatne. Nasuwa się refleksja, że być może wysiłek włożony w uruchomienie polskiego przemysłu stoczniowego był chybiony. Od zwodowania okrętów do ich wcielenia do Marynarki Wojennej upłynął rok, strawiony na walkę z awariami silników i maszynki sterowej. Choć trzeba przyznać, że proces budowy był szybszy niż pierwszej serii. Na dodatek silniki PZInż. dostarczył z opóźnieniem. Tak jakby nie opanował produkcji, a nawet zapomniał, czego się nauczył przy produkcji pierwszych dwóch silników dla wcześniejszej partii minowców (dwa silniki dostarczyli Szwedzi w ramach umowy na zakup licencji).

    W zeszycie po macoszemu potraktowano kwestię uzbrojenia. Wiadomo na przykład, że drugiej partii minowców przewidziano armatę 75 mm, autor nie zamieścił informacji, że chodziło o model Canona Mle 1928, który nie został na czas dostarczony i w efekcie zamontowano stare działo 75 mm wz. 97 (dlaczego określane jako „uniwersalne”?) na podstawie morskiej, prawdopodobnie ze starych zapasów artylerii wojsk lądowych. Ale czy w tym przypadku Wikipedii można wierzyć? Niestety autor skazał nas na domysły nie zamieszczając stosownych informacji. Co do uzbrojenia przeciwlotniczego napisał „przewidziano” zdwojone nkm 13,2 mm Hotchkissa, a jakie zamontowano i czy w ogóle? Sprawa niebanalna z racji na udział minowców w bitwie powietrzno-morskiej 1 września 1939 roku. Ponadto uwaga do redakcji: warto ujednolicić pisownię nazw okrętów – z cudzysłowem, czy bez, w różnych zeszytach jest rożnie.

    Doskonale został opisany udział minowców w walkach na polskim wybrzeżu. To wielki plus.

    Drobne braki nie przesłaniają bardzo pozytywnej oceny całości. Dla mnie 9/10 za owo nieszczęsne uzbrojenie i śladowe informacje o drugiej serii minowców.

    Marcin Wawrzynkowski, Minowce typu Jaskółka, Wielki Leksykon Uzbrojenia Wrzesień 1939 t. 20, Edipresse Warszawa 2013.

  • Film

    Bułgarska lekcja, Takie są zasady

    Na projekcję trafiłem już po ogłoszeniu listy laureatów 30 Warszawskiego Festiwalu Filmowego, wiedziałem, na co idę. Lekcja zrobiła na mnie, na innych zresztą widzach również, ogromne wrażenie. Na nagrodę zdecydowanie zasłużyła.

    Lekcja, reż. Kristina Grozeva, Petar Valchanov

    W pewnej szkole w Bułgarii, w  jednej z klas dochodzi do kradzieży portfela. Młoda nauczycielka jest zdeterminowana, żeby znaleźć złodzieja wśród swoich uczniów. W tym samym czasie ona sama popada w poważne tarapaty finansowe z powodu niespłacanego kredytu. Przychodzi komornik, za trzy dni ma już dojść do licytacji jej rodzinnego domu. Sytuacja jest dramatyczna. W końcu kobieta decyduje się na wzięcie bierze chwilówki  w podejrzanej firmie pożyczkowej. Jak zwykle w takich sytuacjach, nie może go spłacić, jest poddawana różnym upokarzającym presjom, z propozycją usług seksualnych włącznie. W końcu decyduje się rozwiązać swój problem wykonując skok na bank. Akcja się udaje, o dziwo, ale w tym samym czasie znajduje klasowego złodzieja, którego z taką pasją szukała. Oczywiście winę mu darowuje, przy jej wyczynach –  to zgoła pikuś.

    Film jest bardzo szybki. Ilość wydarzeń, zwrotów akcji, zaskoczeń jest naprawdę duża. Tempo mamy jak we thrillerze, mimo iż ostatecznie to kino społeczne z głębszą refleksją.

    Kilka z tych filmowych epizodów daje do myślenia, jak np. ten z pułapką na szkolnego złodzieja poprzez pozostawienie znaczonego banknotu. Presja na demaskację zła obraca się przeciwko nauczycielce, która ma z tego powodu niemałe kłopoty w swoich sprawach finansowych. Czy warto było, warte zastanowienia. Takich kwestii jest w filmie więcej. Dla mnie stanowi o jego sile. Tempo i sprawność filmowa ma znaczenie drugorzędne.

    Ważne dla mnie jest także, że nauczycielka, główna postać filmu, jest osobą uporządkowaną, o silnych tendencjach moralnych, czasem wręcz fundamentalnych, a jednocześnie wzbudza naszą sympatię, kibicujemy jej dzielności, bardzo chcemy, aby udało się wywinąć z lecącej na nią gilotyny finansowej.

    To drugi na festiwalu film bułgarski, w którym detonatorem nieszczęść jest komornik licytujący dom rodzinny za niespłacony kredyt (także Dzień sądu/Judgment). To chyba jakiś szczególny problem Bułgarii, a może nawet sygnał dla jej władz.

    Bardzo wysoko oceniam ten film. Połączenie kina refleksji moralnej z tempem thrillera, apetycznie zarysowana bohaterka dało bardzo dobry efekt, nie dziwię się, że wygrał kategorię debiutów, 10/10.

    Takie są zasady

    Ten film to całkowite przeciwieństwo Lekcji. Dzieje się mało, spokojnie, z namysłem, szczegóły mają znaczenie.

    Widzimy normalną, niespiesznie żyjącą rodzinę. Właściwie archetyp rodziny. Rutynowo toczą się codzienne sprawy: budzik, śniadanie, praca, zakupy, obiad, telewizor. Każda z tych czynności pokazana jest z uwagą, z sympatią dla tych prostych ludzi, którzy sprzeczają się jak smażyć kotlety. Afirmacja spokojnego życia to w moich oczach duży plus.

    Takie są zasady/Takva su pravila, reż. Ognjen Sviličić

    W życie tej skromnej rodziny niespodziewanie wdziera się dramat. Jedyny syn bohaterów filmu wraca do domu pobity, ale nic nie wskazuje na poważniejsze problemy zdrowotne. Następnego dnia już nie żyje.

    W tym momencie zaczyna się najciekawsza część filmu. Początkowo rodzice nie mogą uwierzyć w tę wiadomość i to w jak najbardziej dosłownym sensie. Przecież aparatura jest podłączona, niedawno mieli z nim kontakt, to niemożliwe, aby umarł. Informacja ich totalnie ogłusza. Są w szoku. Działają niby normalnie, ale w gruncie rzeczy tylko mechanicznie. Życie dla nich straciło smak. Studium tego wstrząsu jest doskonałe.

    Niestety w tym momencie musiała zwyciężyć poprawność. Ojciec zmarłego chłopca odszukuje sprawcę pobicie i sam go zdrowo tłucze. Przemoc rodzi przemoc. Po raz tysięczny międli się ukochaną tezę poprawnościowców. A mógł wyjść taki oryginalny film.

    Zasłużona nagroda za reżyserię. Tak celnie oddać nastroje tych zwykłych rodziców i to używając prostych środków, taki rysunek cienkim piórkiem, klasa. Za reżyserię, za ciekawy portret chorwackiej rodziny 10/10, za namolną poprawność finału obniżam do 8/10.

    Lekcja, reż. Kristina Grozeva, Petar Valchanov, Bułgaria 2014, pierwsza nagroda w konkursie 1-2 WFF

    Takie są zasady/Takva su pravila, reż. Ognjen Sviličić, Chorwacja 2014, nagroda za najlepszą reżyserię.

  • Film

    Kino chińskie

    Na warszawskim festiwalu udało mi się upolować film chiński. Wybrałem się na niego z racji wcześniejszego zainteresowania chińskimi tematami. Spodziewałem się raczej egzotyki i ciekawostek obyczajowych. Tymczasem trafiłem na bardzo interesujący film.

    Binguan/Trumna w górach, reż. Xin Yukun

    Tłem akcji jest wioska w górach, na odludziu. Na pierwszy rzut oka fabuła jest prosta. Zostaje znalezione ciało, zwęglone w czasie pożaru suchych traw. Są kłopoty z jego identyfikacją. Ciąg wielu przypadków powoduje, że ciało jest po kolei przypisywane trzem kolejnym osobom. Ostatnia identyfikacja zwęglonych szczątków ma dla rodziny charakter pozorny, niezależny od ich faktycznych domysłów, a spowodowana jest chęcią uniknięcia kłopotów finansowych. Ostatecznie ciało zostaje niepochowane.

    Równolegle z akcją o charakterze thrillera mamy kilka opowieści o sprawach rodzinnych, miłosnych, inicjacyjnych. Przenikanie się wątków jest podobne do filmów Iñárritu, zresztą do pokrewieństwa z nim chiński reżyser się przyznaje. To snucie wielu opowieści, patrzenie na te same sytuacje z rożnych stron, może nie jest formalnie odkrywcze, ale dobrze zastosowane daje bardzo interesujące efekty, jak w przypadku Trumny w górach. Widz jest zmuszony ciągle dokonywać reinterpretacji tego, co już wcześniej widział. Nowe puzzle zmieniają wizerunek układanki.

    Dla widza spoza Chin to także ciekawe kino społeczne, dające obraz chińskiej wsi. Mało, bardzo mało o niej wiemy, poza tym, że biedna i pozostającą ciągle na marginesie przemian (co nie do końca zresztą jest prawdą). Film pozwala wyrobić sobie chociaż mgliste przekonanie na ten temat.

    Niezależnie od wszystkich wrażeń właściwych dla widza, nachodzi mnie refleksja natury ogólniejszej. Ten film dowodzi, że dzisiejsze Chiny to nie jest już kulturalny zaścianek z tanią siłą roboczą. Ponadto, co wiem ze spotkania z reżyserem, od myśli o stworzeniu tego filmu do zakończenia jego realizacji upłynęło 12 miesięcy. Rosnąca potęga chińskiej gospodarki i łatwość znalezienia finansowania przekuwają się w sukces artystyczny. Ciekawe i warte analizy.

    Film nie jest arcydziełem, łatwo dostrzec w nim uproszczenia, czy nawet potknięcia reżyserskie. Ale ma w sobie potencjał, świeżość w opowiedzeniu historii prostych ludzi z ubogiej wioski w sposób naprawdę ciekawy. Oceniam 9/10.

    PS Okazało się właśnie, że Trumna w górach wygrała Konkurs Międzynarodowy, czyli główną część Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Gratuluję. Też dostrzegałem w tym filmie potencjał. Z tych kilku filmów, które oglądałem lepszy jednak był chyba estoński Na skrzyżowanie wiatrów – oryginalność, poezja, trudny temat do artystycznego przedstawienia. Jury w chińskim obrazie doceniło zapewne sposób narracji, nie tylko wielowątkowy, ale także zmieniający sposób rozumienia faktów, w zależności od tego, czyimi oczami na nie patrzymy. To zawsze jest ciekawe i wnosi coś nowego do zwykłych narracji. Na koniec jeszcze jedno zdjęcie z filmu.

    PS2 Film estoński Na skrzyżowanie wiatrów/In the Crosswind otrzymał nagrodę Jury Ekumenicznego. Równie dobrze mogło być z tymi filmami odwrotnie.

    Trumna w górach/Binguan, reż. Xin Yukun

    Trumna w górach, reż. Xin Yukun, Chiny 2014

  • Film

    Chagall

    Mój ChagallW moim gabinecie wisi kilka reprodukcji Chagalla z okresu „niebieskiego”. Kiedy podnoszę wzrok sponad monitora widzę obraz: okno z bukietem białych róż, a za nim unoszącą się szczęśliwą pannę młodą. Skoro pojawił się na warszawskim festiwalu film o Chagallu było jasne, że muszę go zobaczyć.

    Fabuła filmu koncentruje się tylko na fragmencie życia Chagalla, kiedy to w Witebsku, po rewolucji stworzył szkołę plastyczną. Marzyło mu się, że Witebsk stanie się miastem artystów. Jako wykładowcę ściągnął do swojej szkoły Kazimierza Malewicza, twórcę suprematyzmu, zresztą z pochodzenia Polaka. Film opowiada o artystycznym dialogu, kontrowersji, pomiędzy nim a Chagallem.

     

    Suprematyzm to nowy kierunek, który przeciwstawiał się naśladownictwu rzeczywistości przez sztukę. Sztuka to coś więcej, jej zadaniem jest kreowanie nowego świata, zerwanie z opisywaniem rzeczywistości na rzecz jej tworzenia. W efekcie powstawała czysta abstrakcja i kompozycje geometryczne. Oczywiście rewolucja, w mniemaniu Malewicza, oznaczała również nową jakość w sztuce. Szczytowym osiągnięciem tej idei była kompozycja Białe na białym, prezentowana poniżej. Łatwo zgadnąć, że przy takiej idei malarstwo Chagalla jawiło się jako sztuka mieszczańska. Musiało to prowadzić do starcia. Według twórców filmu Malewicz w Witebsku je wygrał. W dłuższej perspektywie spór pozostaje nierozstrzygnięty, pamiętamy Chagalla, ale Malewicz zaliczany jest klasyków malarstwa abstrakcyjnego, a jego obraz Czerwony klinem w białych (obecny zresztą w filmie) był prezentowany podczas otwarcia Igrzysk w Soczi.

    Kazimierz Malewicz Białe na białym

    Stworzenie pełnego rozmachu filmu fabularnego, którego celem jest pokazanie artystycznej dysputy, jest godne szacunku. Tym bardziej, że film pokazuje cały rewolucyjny kontekst, w którym ta kontrowersja mogła wzrastać. Naprawdę ciekawe.

    Chagall-Malewicz, na fotografii Kazimierz Malewicz w swojej pracowni

    Oprócz realności fabularnej jest też w filmie czysta plastyka. Całe jego fragmenty utrzymane są w kolorystyce chagallowskiej, mamy wrażenie zanurzenia się w jego wizji artystycznej. Na mnie to działało i odbierałem te zabiegi z przyjemnością.

    Do poważnych mankamentów Chagalla-Malewicza zaliczam tendencję do naśladowania kina hollywoodzkiego. Tworzenie sytuacji uproszczonych emocji wciągających widza, przechodzenie w melodramat, chwilami w musical, dążenia do finałowej kulminacji, to wszystko zabiegi raczej kina masowego niż artystycznego. Wydaje się, że zwłaszcza przy takich produkcjach lepiej szukać własnego języka filmowego, niż naśladować wzorce komercyjne.

    Mimo tych zastrzeżeń film zaliczam do udanych, o interesującej fabule i ciekawej plastyczności. Za odwagę podjęcia tak wysublimowanego tematu podwyższam ocenę końcową do 9/10.

    Chagall – Malewicz, reż. Alexander Mitta, Rosja 2014.

  • Film

    Estonia, komunizm, wywózki

    Bieg spraw życiowych sprawił, że po raz pierwszy od wielu lat mam możliwość uczestniczyć w pokazach Warszawskiego Festiwalu Filmowego. To instytucja, która bardzo cenię i lubię, jeśli tylko czas pozwala to biegnę na kilka filmów. O kilku z nich postaram się napisać. Zaczynam od estońskiego obrazu Na skrzyżowaniu wiatrów (In the Crosswind).

    Na skrzyżowaniu wiatrów, In the Crosswind, reż. Martti Helde, Estonia

    Film porusza klasyczny temat martyrologiczny, mianowicie wywózki na Syberię. W Polsce takie tematy bardzo, bardzo słabo się przebijają, zawsze rozlega się chór krzyczący, że mamy dość martyrologii i filmów bogoojczyźnianych. Argument, że takich filmów prawie nie ma, że powstaje jeden na kilka lat, bynajmniej krzykaczy nie płoszy. Walczą zatem ze swoimi kompleksami, a nie z realnymi wydarzeniami. Syberiada polska była wyjątkiem i to na dodatek średnio udanym.

    Bardzo mnie ciekawiło, jak z tematem poradzą się Estończycy, mały naród, mały kraj, trzydziestokrotnie mniejszy od Polski, zatem nie dorównujący wielkością naszemu województwu. Ma to pewne znaczenie. Skoro w Polsce trudno jest zdobyć kilka milionów na film, zwłaszcza taki mało poprawny, siłą rzeczy w Estonii trudność musi być trzydzieści razy większa. Poza tym, w kraju, gdzie nie ma normalnej pełnowymiarowej produkcji filmowej, jak robić raz na jakiś czas dobry film? A przypominam, że na Warszawskim Festiwalu Filmowym w 2007 roku nagrodę Jury dostał estoński film Klasa. Można zatem nawet w malutkim kraju robić wielkie filmy.

    Wracając do głównego wątku. Najbardziej mnie ciekawiło, jaką formą dla filmu wybierze reżyser: klasyczną, nowatorską, awangardową (to bliskie kinu skandynawskiemu, do którego przynależy Estonia). Poza tym musieli się liczyć z ograniczeniami budżetowymi i – prawdopodobnie – brakiem profesjonalnego środowiska filmowego.

    Po zakończeniu projekcji wyszedłem naprawdę poruszony. Przede wszystkim forma. Reżyser wymyślił coś niebywałego. Scenariusz oparł o listy Erny, kobiety wywiezionej wraz z dzieckiem na Syberię. Adresowane były one do męża, nie wiemy, czy były wysłane, najpewniej nie. Są jednak literacko piękne. Krótkie, poetyckie, dramatyczne w swojej lakoniczności. Ilustracją do nich są zatrzymane obrazy. Widzimy na przykład scenę z wyrębu lasu. Mnóstwo ludzi, zesłańcy, rosyjscy cywile, sągi drzewa – wszystko zastygłe, bez ruchu, w pół gestu. W ruchu jest tylko kamera, pokazująca poszczególne osoby z różnych stron, zaglądająca za ścięte drzewa, powoli myszkująca pomiędzy wszystkimi elementami sceny. Zaglądająca do domu, a w domu do pokoju, tu też ludzie w bezruchu, możemy ich dokładnie, niespiesznie obejrzeć. Ludzie w tej konwencji są jakby poważniejsi, bardziej posągowi. To fenomenalny pomysł. Jak to wygląda, można zobaczyć tutaj.

    Odejście od klasycznej narracji i klasycznie pokazywanej fabuły pozwala na nowo spojrzeć na dramat deportowanych. A jest tu co oglądać. Sowieccy żołnierze wdzierają się w życie szczęśliwej rodziny. Jest 14 czerwca 1941. Wojna, która za chwilę wybuchnie, niczego nie cofnie. Z tobołkiem w ręce załadowują do wagonów. W wagonie Erny upychają 51 osób, żywych wysiada na Syberii o dziesięć mniej. Straszne. A później jest jeszcze gorzej. Trudno pisać. Córeczka umiera, kierownik kołchozu gwałci Ernę. Ostatecznie jednak przeżyła. Po odwilży wróciła do Estonii i znów napisała do męża. On jednak jeszcze w 1941 r. też wysłał do niej list, w którym napisał, że ma stanąć przed sądem i szczerze dodawał, że spodziewa się śmierci, jaka już dotknęła jego towarzyszy. Starał się też  dodać jej otuchy pisząc, że kiedyś spotkają się, on jako wiatr ze wschodu, ona wiatr z zachodu. W pewnym sensie tym spotkaniem jest ten film, Na skrzyżowaniu wiatrów. Rzeczywiście tu spotkały się ich listy, ich ból, ich miłość.

    Reżyser filmu zasługuje na uznanie, rzeczywiście stworzył obraz zapadający w pamięć, niemożliwy do podrobienia, naraz plastyczny (kino obrazów), literacki (wszystko dookoła pięknych listów) oryginalny. W mojej ocenie 10/10. Rzadka ocena wśród filmów.

    Na koniec jeszcze refleksja historyczna. Wywózki, zesłania, aresztowania sowieckie stanowiły dla małych narodów bałtyckich straszliwy cios. Wywieziono blisko 600 tys. ludzi spośród ok 6 mln mieszkańców. To pachnie czystką etniczną i zagładą. Dodatkowy plus ma u mnie reżyser za napisy końcowe, w których te wszystkie represje deportacyjne, łagrowe i więzienne nazwał sowieckim Holocaustem. Jasne nazwanie tych spraw po imieniu jest rzadkie, a przez to szczególnie cenne. Szacunek.

    PS Film dostał nagrodę Jury Ekumenicznego. Bardzo się cieszę, gratuluję, to naprawdę ważny obraz. Mam nadzieję, że pojawi się w Polsce w kinach studyjnych.

    Na skrzyżowaniu wiatrów (In the Crosswind), reż. Martti Helde, Estonia 2014