• Książki

    Czas przeszły dokonany Adama Pragiera

    Adam Pragier, Czas przeszły dokonanyAż dziw, że dopiero teraz ukazały się w Polsce wspomnienia Adama Pragiera. Do tej pory miały tylko jedno wydanie w Londynie w roku 1966. Zatem chwała Muzeum Historii Polski za opublikowanie tej pozycji w ramach serii 100-lecie Niepodległości Wspomnienia i pamiętniki.

    Adam Pragier był działaczem socjalistycznym, został wybrany posłem z listy PPS w 1922 i 1927 roku, był więźniem brzeskim, brał udział w konstruowaniu pierwszego polskiego rządu emigracyjnego a potem zasiadał w londyńskiej Radzie Narodowej. Można powiedzieć, że miał dobre miejsca do obserwacji polskiego życia politycznego.

    Do ciekawszych doświadczeń autora należało zasiadanie w komisjach sejmowych, które dzisiaj nazwalibyśmy śledczymi. Zwłaszcza ciekawe było regularne śledztwo, jakie Pragier przeprowadził w sprawie wybuchu w warszawskiej cytadeli.[1] Miał dzięki temu informacje z pierwszej ręki, a wskazują one na wieloaspektową rolę prowokacji policji politycznej w zakresie ustalenia winnych. Wydaje się, że przypisanie zamachu Bagińskiemu i Wieczorkiewiczowi było nieprawidłowe, a do wybuchu doszło przez przypadek.

    Bardzo ciekawe są też uwagi Pragiera o sformowaniu rządu gen. Sikorskiego w 1939 roku. Autor wspomnień znalazł się bowiem w Paryżu jako jeden z pierwszych polityków emigrujących z kraju i brał od początku udział w rozmowach, jakie toczyły się w tym gorącym okresie. Szczególnie interesujące są informacje o kulisach powołania Adama Koca jako ministra w pierwszym rządzie Sikorskiego, a Koc był przecież czołowym politykiem sanacyjnym, a od tej linii politycznej ówcześnie odcinano się jak tylko było można.

    Pragier był zdecydowanym przeciwnikiem paktu Sikorski – Majski w takim kształcie, w jakim ostatecznie został podpisany. Kontrowersja dotyczyła sprawy granicy z 1939, a dokładnie chodziło o brak gwarancji jej nienaruszalności. Sprawa jest dobrze historykom znana, natomiast Pragier podaje sporo szczegółów towarzyszących samemu podpisaniu paktu i dalszego sporu, jaki w kręgach emigracyjnych był przez dłuższy czas toczony.

    W niektórych sprawach poglądy Pragiera są jednak zdumiewające, na przykład gdy chodzi o komunistów. Na pewno źle oceniał bolszewików i politykę władz sowieckich, to bezsporne. Natomiast jak pisze o osobistych kontaktach z polskimi komunistami, to zawsze wyraża się o konkretnych ludziach bardzo ciepło, co stanowi kontrast zwłaszcza w odniesieniu do piłsudczyków, o których bodaj bez wyjątku pisze źle lub bardzo źle, a wielu z nich było przecież jego partyjnymi kolegami w PPS. Ta dziwna ambiwalencja miała skutki też w innych opiniach. Na przykład Pragier twierdzi, że w PPS nie było sympatii prokomunistycznych (co jest oczywistą nieprawdą), a tzw. lewica PPS to w istocie przeciwnicy Piłsudskiego (t.1, s. 495). Z kolei niewiele dalej pojawia się już inna opinia, że jednak lewica PPS istniała i miała tendencje rewolucyjne (t.2, s. 6). Wynika z tego tyle, że Pragier usiłował za wszelką ceną oczyścić swoja partię z zarzutów o posiadanie skrzydła, które wyrażało sympatię do komunizmu.

    W omawianych wspomnieniach jest wiele tego typu smaczków, na przykład portretów ludzi, których autor miał szansę poznać. Dodać jednak trzeba, że niezależnie od walorów merytorycznych, książka jest napisana bardzo ciekawie i czyta się ją jednym tchem. Poza tym Pragier bardzo szczerze wyraża różne sądy. Sumarycznie rzecz biorąc jej lektura jest bardzo interesująca poznawczo i jednocześnie daje dużo radości z obcowania z dobrze napisanym tekstem. Czytać koniecznie.

    Adam Pragier, Czas przeszły dokonany, opracowanie Andrzej Friszke i Ewa Pejaś, Muzeum Historii Polski, Warszawa 2018, t. 1-3.


    [1] W artykule poświęconym tej sprawie w Wikipedii (https://pl.wikipedia.org/wiki/ Zamach_w_Cytadeli_Warszawskiej) występuje błąd – Pragier nie był przewodniczącym tej komisji, był nim Stanisław Kozicki z Narodowej Demokracji. Zresztą twórca tego artykułu nie znał wspomnień Pragiera, co pokazuje, jak ważną rzeczą było ich polskie wydanie.

  • Książki

    Skoruń Macieja Płazy i Uprawa roślin południowych metodą Miczurina Weroniki Murek

    Maciej Płaza, Skoruń, WAB Warszawa 2015, recenzja, okładkaGłównie czytam literaturę faktu., zresztą po zapisach w blogu to widać. Postanowiłem nabrać orientacji, co się dzieje w polskiej prozie. Wybrałem drogę na skróty i skorzystałem z nominacji w Nagrodzie Literackiej Gdynia.  Wybrałem kilka pozycji.

    Na pierwszy ogień poszedł Skoruń Macieja Płazy, który zresztą wygrał Gdynię w kategorii Proza. To ciekawa opowieść o dzieciństwie i dojrzewaniu chłopca w środowisku wiejskim. Tytułowy skoruń to leń i obibok, za którego był uważany bohater książki. Chłopiec ciężko pracuje w gospodarstwie, opinia na jego temat była zgoła niesłuszna i raczej odbijała surowość rodziców niż stan faktyczny. Już z tego można się domyślić, że konflikt z twardym ojcem i religijną matką był lejtmotywem dzieciństwa bohatera.

    Skoruń jest pięknie napisany. Rodzinne gospodarstwo jest przedstawione z czułością. Na pewno nigdzie indziej nie czytałem takiego opisu sadu i pracy w nim. Akcja książki rozgrywa się nad Wisłą, zatem niezbadana rzeka, wały i powodzie stale nam towarzyszą. Wszystko to razem buduje klimat nieco tajemniczy, stopniowo poznawany przez dojrzewającego chłopca, ale ojciec do końca pozostaje niepojęty. Wiele wydarzeń ma swoje trudne do poznania korzenie w historii, zarówno tej wielkiej, jak okupacja, jak i małej, jak rodzinne spory wokół testamentu. Rozwikływanie tych zagadek stanowi jeden z podstawowych wątków książki.

    W tej nieco magicznej rzeczywistości pojawia się wiele niebanalnych postaci. Jakie realia przyrodnicze i historyczne, tacy ludzie. Ciekawi, niebanalni, mający swoje tajemnice.

    Powieść jest pisana w pierwszej osobie i ukazuje tak sugestywnie wiejską rzeczywistość, że nie sposób uwolnić się od przekonania, że autor naprawdę napisał prozę wspomnieniową. W jakim stopniu jednak opiera na własnych doświadczeniach, a w jakim posługuje się fikcją? Wydaje się, że i jedno, i drugie jest w niej obecne.

    Wreszcie najważniejsze – książkę się po prostu dobrze czyta. Pobudza ciekawość, wciąga. Jedocześnie pokazuje świat, jakiego już chyba nie ma. A może tylko autor tak gra z czytelnikiem, celowo wytwarzając atmosferę ludowej Atlantydy, której dzisiaj na próżno szukać? Jakby nie było, książka robi wrażenie. Wcale się nie dziwię, że w Gdyni dostała nagrodę.

    Weronika Murek, Uprawa roślin południowych metodą Miczurina, Czarne, Wołowiec 2015, recenzja, okładkaSięgnąłem również po zbiór opowiadań Uprawa roślin południowych metodą Miczurina. To proza całkowicie innego gatunku. Oparta o stworzenie jak najdziwaczniejszych, nieprawdopodobnych, sytuacji. Ograniczmy się tylko do wskazania, że osią pierwszego opowiadania jest jednoczesne występowanie ciała zmarłej dziewczyny i tej samej żywej osoby, która bierze normalny udział w we własnych przygotowaniach pogrzebowych. Dalej jest jeszcze oryginalniej. Życzliwi powiedzieliby, że chodzi o nieokiełznaną wyobraźnię. Dla mnie to jednak pospolite dziwaczenie, szukanie za wszelką cenę efektu zaskoczenia. Ani twórcze, ani ciekawe. Czytałem z narastającym dysgustem.

    Zgodnie z najlepszym literackimi regułami: dziwacznej treści odpowiada taka sama forma. Dialogi nie mają ciągłości, akapity pozostają między sobą bez logicznego związku, postacie pojawiają znikąd i tak samo znikają. Niektórym się to podoba, skoro książka została nominowana do nagrody w Gdyni. Może takie są współczesne kryteria prozy artystycznej. Dla mnie to raczej wysilona hucpa stwarzająca tylko pozory artyzmu. Równie dobrze mógłby się pojawiać gadający czajnik, latający dywan i człowiek o trzech nogach. Tylko co w tym ciekawego i oryginalnego?

    Maciej Płaza, Skoruń, WAB Warszawa 2015

    Weronika Murek, Uprawa roślin południowych metodą Miczurina, Czarne, Wołowiec 2015.

  • Książki

    Przejmująca proza Janusza Krasińskiego

    Janusz Krasiński, Twarzą do ściany, Arcana Kraków 2006, recenzja, okładkaJakiś czas temu przeczytałem książkę Janusza Krasińskiego Na stracenie, która była pierwszą częścią autobiograficznej tetralogii. Będąc pod jej wrażeniem zrecenzowałem ją  tu. Miałem nadzieję, że każdy kolejny tom uda mi się osobno opisać. Nie udało się, mimo iż Krasiński jest tego wart. Czas płynął, książki były czytane przez wiele osób, a ja dopiero dzisiaj wracam do przyjemnego, choć trudnego obowiązku recenzenckiego.

    Bohaterem całej tetralogii jest Piotr Bolesta, niewątpliwie porte parole autora. To oryginalna konwencja. Z jednej strony jest to na pewno literatura autobiograficzna. Wszystko, co udało się sprawdzić z życiorysu autora, znajduje się w jego powieści. Z drugiej jednak strony umożliwia swobodniejszą narrację niż w klasycznej autobiografii.

    Najbardziej wstrząsający z omawianych tu tomów jest ten więzienny. Autor miał przeżycia nieprawdopodobne. Do plusów należało to, że jako bardzo młody człowiek zetknął się w zbiorowej celi z wybitnymi postaciami polskiego życia politycznego, intelektualnego i wysokimi oficerami Państwa Podziemnego. Z najważniejszych trzeba tu wymienić: ks. prof. Jana Stępnia, Ryszarda Krzywickiego-Jamonta (adiutanta gen. Bora-Komorowskiego), płk. Wacława Lipińskiego, Kazimierza Gorzkowskiego (m. in. kierownika wydziału więziennego KG AK), Tadeusza Płużańskiego (współpracownika  rtm. Pileckiego po 1945), Władysława Bartoszewskiego czy Adama Obarskiego (działacz PPS-WRN). Był to swoisty uniwersytet dla wchodzącego w dorosłość człowieka.

    W więzieniu doświadczył też ciężkich prześladowań. Na przykład został umieszczony w jednej celi z prątkującym gruźlikiem, a po zarażeniu gruźlicą odmówiono mu leczenia antybiotykami. Życie zawdzięcza lekarzom, którzy jako witaminę C dawali mu w zastrzykach „popłuczki” z ampułek peniciliny.

    Janusz Krasiński, Niemoc, Arcana Kraków 2006, recenzja, okładkaDoświadczenia śledztwa i pobytu w więzieniu trwale naznaczyły osobowość późniejszego pisarza. Dodajmy do tego, że w czasie wojny został zamknięty w Auschwitz, a później przeszedł także przez Flosenbürg i Dachau. Wątki związane z jego dramatycznymi przeżyciami odnajdujemy w całej jego twórczości, także tej powstałej w zasięgu cenzury PRL (więzienna sztuka Czapa, czy obozowy Wózek). Najpełniejszy wyraz jednak znalazła w omawianej twórczości autobiograficznej. Po 1989, bez presji cenzury, mógł w końcu wyrzucić z siebie to okropne doświadczenie, które zaciążyło nad całym jego życiem, a jednocześnie zdominowało jego prace literackie. Najtrafniej wyraził to sam Krasiński w wywiadzie na dwumiesięcznika „Arcana” w 2008 roku. „Niewątpliwie moją obsesją jest mój życiorys, bardzo skomplikowany i powiedziałbym, że do dziś tragiczny. Obsesją jest też konieczność, potrzeba przekazania tego, co się przeżyło innym, jako doświadczenia, które, nie zakłócając szczęśliwego życia młodym, pozostawiałoby w ich świadomości fakt, że istnieje zawsze alternatywa, że nigdy nie wiadomo, co może się w życiu zdarzyć. Ja też byłem kiedyś dzieckiem, byłem szczęśliwy, po czym to się nie tyle skończyło, co momentalnie urwało.”

    Janusz Krasiński, Przed agonią, Arcana Kraków 2007, recenzja, okładkaWarto się zastanowić, jak traumatyczne musiały być jego doświadczenia, jak głęboko musiały przeorać jego psychikę, skoro nawet po 50 latach nie potrafił się od nich uwolnić. Nie potrafił zrzucić z siebie tego ciężaru niegodziwości, którego doświadczył w młodości. Mam nadzieję, że przelanie tych doświadczeń i otwarte mówienie o ich skutkach dla jego późniejszego życia odegrało jakąś rolę terapeutyczną i w końcówce swego życia już był mniej wciśnięty w ziemię.

    Trzeba koniecznie dodać, że Krasiński mimo dramatycznych doświadczeń nie jest w swojej prozie egzaltowany czy przesadny. Ogranicza się tylko do faktów, wydarzeń. To one mają wstrząsającą moc i powodują, że nie sposób jego książek zapomnieć. Robią wrażenie.

    Janusz Krasiński już nie żyje. Jedyne co możemy mu dać to pamięć (jak napisała Książkowiec) i uznanie (jak dodaję od siebie).

    Janusz Krasiński, Twarzą do ściany, Arcana Kraków 2006

    Janusz Krasiński, Niemoc, Arcana Kraków 2006

    Janusz Krasiński, Przed agonią, Arcana Kraków 2007

  • Film

    Obce ciało Zanussiego

    Trudno było obejrzeć ten film. Trzy tygodnie po premierze, w Warszawie nie było ani jednego spektaklu przez cały tydzień. Małe zainteresowanie ? Wątpię. Raczej cenzura prewencyjna lub tylko popisy walczącej poprawności. W końcu udało mi się film zobaczyć w lokalnym kinie w Grodzisku Mazowieckim i sala była do połowy wypełniona. Kino to wcale nie jest małe, zatem frekwencja była chyba na tyle dobra, że nie uzasadniała, dlaczego w wielkich sieciach film przestano grać. Na pewno więcej osób ma o filmie wyrobione zdanie, niż go oglądało. Chwilami myślę, że dotyczy to także zawodowych recenzentów.

    Agata Buzek i zakochany w niej Riccardo Leonelli, Obce ciało, reż. Krzysztof Zanussi

    Główna oś fabularna filmu jest dość prosta. Angelo i Kasia (Agata Buzek) poznają się we Włoszech, gdzie razem uczestniczyli w grupie modlitewnej Focolari. Zakochują się w sobie, ale Kasia podejmuje decyzję o wstąpieniu do klasztoru. Wraca do Polski i realizuje swoje powołanie. Trwa w nim niezależnie od nacisków swojego ojca nieakceptującego jej decyzji i próśb zakochanego Angela, który też przyjeżdża do Polski i podejmuje pracę w korporacji. Tam spotyka Kris (Agnieszka Grochowska), bezwzględną i demoniczną menedżerkę. Świat korporacji jest całkowicie odmienny od dotychczasowych doświadczeń Angela. Warto podkreślić, że zachowania młodych ludzi związanych z ruchem religijnym są dość realistyczne, podobnie jak atmosfera wyścigu szczurów w korporacji. Szokiem może być tylko zestawienie tych diametralnie różnych środowisk.

    W zasadzie zgadzam się z Zanussim. Świat rzeczywiście jest pęknięty na dwie części: ludzi wierzących, a w każdym razie otwartych na wartości chrześcijańskie i niewierzących libertynów (nie liberałów) oglądających świat przez pryzmat ideologicznych poprawności, kariery, pieniędzy, bo przecież nie innych wartości. Problem tylko w tym, że ten podział ma światłocienie, a w filmie Zanussiego ich zabrakło. W życiu zwykle nic nie jest proste i o takich nieprostych przypadkach warto robić filmy.

    Mimo tego zastrzeżenia Obce ciało obejrzałem z przyjemnością, może dlatego, że pogląd Zanussiego wyrażony w tym filmie podzielam. Warto mówić o świecie ludzi wierzących, tym bardziej że jest on spychany do wyznaniowego getta i prawie nieobecny w normalnym obiegu filmowym. Jeśli temat wiary w nim się pojawia, to najczęściej tylko po to, aby te wartości zakwestionować, obnażyć hipokryzję prawdziwą lub urojoną. W każdym razie celem jest zwykle jakaś demaskacja lub wprost atak na wartości chrześcijańskie. W mojej opinii dobrze, że Zanussi mówi o tych problemach innym językiem, życzliwym dla świata imponderabiliów.

    Z szansy wykreowania postaci zarysowanych mocną kreską skorzystała Agnieszka Grochowska. Kreowana przez nią businesswoman robi wrażenie. To prawdziwa modliszka. Możliwości aktorskie ma Grochowska niebywałe, zwłaszcza jak porównać to z innymi jej rolami, jak na przykład Danuty Wałęsowej w Człowieku z nadziei czy Hanny Arendt w sztuce Rzecz o banalności miłości. Zaryzykuję twierdzenie, że to najwybitniejsza współczesna polska aktorka. Jedną z głównych ról zagrała Agata Buzek, przypadła jej jednak do zagrania postać tyleż wyrazista, co bez ujawnionych głębszych motywacji. Ile mogła, tyle zagrała. Mam tylko uwagę, że aktorki o fizis anorektycznej, same siebie degradują do wąsko specyficznych ról. Szkoda, bo akurat tę aktorkę lubię i cenię.

    Agnieszka Grochowska, Obce ciało, reż. Krzysztof Zanussi, recenzja

    W ostatnich dniach Obce ciało zaliczyło sporo nominacji do nagrody Węży, czyli takich polskich malin dla najgorszych filmów. Nie do końca rozumiem, dlaczego ten akurat film zaliczać do najgorszych w Polsce produkcji, ale przyjmuję do wiadomości, że komuś się nie podoba. Zdumiało mnie natomiast mianowanie Agnieszki Grochowskiej w kategorii najgorszej roli żeńskiej. Tutaj mamy do czynienia z jawnym absurdem. Grochowska zagrała doskonale, choć rozumiem, że jak film się komuś nie podobał, to i jedna z głównych postaci też do gustu nie przypadła. Co ma jednak do tego kreacja aktorska? To całkiem dziecinne identyfikować postać z aktorką, która ją gra. Grochowska zagrała wzorowo, tworząc dokładnie taką osobowość, jaka wynikała z koncepcji filmu. To dla niej ogromny plus, a nie powód do piętnowania. Nie znajduję innego wytłumaczenia niż światopoglądowe zacietrzewienie. Krytyczni wobec filmu recenzenci zarzucali Zanussiemu stworzenie nierealistycznego, uproszczonego świata. A tymczasem sami okazali się ideologicznymi prostakami glanującymi każdego, kto ma inne niż oni poglądy. A wszystko pod szyldem tolerancji i otwartości. Tylko co to ma wspólnego z prawdziwa krytyką filmową.

    Film zdecydowanie warty obejrzenia, niebanalny, podejmujący rzadko goszcząca na polskich ekranach problematykę. Ci, którzy zarzucają Zanussiemu wyprodukowanie kiczu, dają raczej wyraz swojej ideologicznej zawziętości, niż merytorycznej oceny. Jeżeli nie będziemy oczekiwali arcydzieła, a jedynie ciekawego obrazu przedstawiającego  jakąś diagnozę społeczną, nie wyjdziemy zawiedzeni. Dla mnie 8/10.

    Obce ciało, reż. Krzysztof Zanussi, Polska, Rosja, Włochy 2014

  • Film,  Książki,  Militaria

    Sosabowski, Montgomery, Holendrzy i Polacy

    Stanisław Sosabowski, Droga wiodła ugorem, okładka, recenzjaPierwszą osoba, która spotkała polskich spadochroniarzy lądujących na holenderskiej ziemi pod Arnhem, była Cora Baltussen. Wyszła im naprzeciw zapewne dlatego, że jako jedna z nielicznych w okolicy znała język angielski. Udzieliła Polakom niezbędnych informacji na temat znajdujących się w okolicy Niemców, zaopiekowała się rannymi. Tak zaczęły się dzieje pewnej szczególnej przyjaźni. Pani Cornelia Baltussen utrzymywała przyjacielskie kontakty z żołnierzami Brygady Spadochronowej także po wojnie, zorganizowała komitet Driel-Polen (Driel to miasteczko, które zajęła Brygada po wylądowaniu w Holandii). Dbała też o dobre imię polskich spadochroniarzy, zabiegała o nadanie im odznaczeń holenderskich. Mimo pozytywnego stanowiska królowej holenderskie ministerstwo obrony wciąż odmawiało nadania tych odznaczeń. Już w latach dwutysięcznych narastała w tej sprawie coraz większa presja społeczna. Po rozgrzebaniu archiwaliów okazało się, że holenderskie ministerstwo działało pod brytyjskie dyktando i wyszła na jaw jeszcze ciekawsza historia związana z mnożeniem przez Anglików zarzutów wobec gen Sosabowskiego i wobec Brygady Spadochronowej. W Polsce niestety historia zapomniana, a zdecydowanie warta pamięci.

    Chodziło mianowicie o to, że Anglicy, a dokładnie gen. Browning, dowódca brytyjskiego Korpusu Spadochronowego, po bitwie pod Arnhem wystąpili z żądaniem odwołania z funkcji gen. Sosabowskiego, co zresztą się niestety stało. Najciekawsza była argumentacja: współpraca z gen. Sosabowskim bywa trudna, a poza tym pod Arnhem Polacy pod jego dowództwem unikali walki i nie udzielili Brytyjczykom stosownej pomocy. Ta ostatnia przesłanka jest po prostu podła i warto o tym jasno mówić. Sosabowski przed rozpoczęciem operacji „Market Garden” zgłaszał do niej wiele zastrzeżeń. Pod jego wpływem wprowadzone do planu modyfikacje. Przebieg wydarzeń potwierdził, że operacja miała istotne wady w planistyce, a wątpliwości gen. Sosabowskiego potwierdziły się w całej rozciągłości. Z kolei gen. Montgomery brał na siebie całą odpowiedzialność za planowanie tej operacji, ale do oczywistych błędów wcale nie miał zamiaru się przyznać. Trzeba było znaleźć kozła ofiarnego, a Sosabowski się do tego dobrze nadawał, bo można było upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu: znaleźć winnego i pozbyć się niepokornego generała. Jego niepokorność polegała na stałej walce o właściwe zabezpieczenie polskich interesów, co w Londynie Sikorskiego bynajmniej nie było tak powszechne, jak by się wydawało. Chodziło na przykład o status samodzielności brygady, o zapewnienie jej użycia w całości jako odrębnej jednostki (pod Arnhem było inaczej), o wykorzystanie jej w walce dopiero po zamknięciu pełnego cyklu szkoleniowego itd.

    Generał Sosabowski w akcji pod ArnhemOperacja „Market Garden” się skończyła, a gen. Browning wystąpił do Sosabowskiego o wytypowanie do odznaczenie szczególnie bohaterskich polskich żołnierzy. Po kolejnych kilkunastu dniach sytuacja się zmieniła, tym razem mówiono u unikaniu walki, a nie o bohaterstwie. Stał za tym gen. Montgomery, który zamierzał siebie wybielić kosztem oczernienia polskich spadochroniarzy tak nieudolnie użytych pod Arnhem. To właśnie było z jego strony paskudne . Co więcej, Polacy wydają się o całej tej rzeczywistości zapominać. Jak się wczytać we wspomnienia Sosabowskiego, to właściwie jest to jasne, w kilku książkach też mniej lub bardziej dokładnie sprawa jest opisana, ale z szerszej świadomości historycznej Polaków sprawa została wyparta. O Montgomerym różne rzeczy się w Polsce pisze, ale o tym akcie podłości zwykle się zapomina. Moim zdaniem warto o tym mówić, postać gen. Montgomery’ego powinna być w Polsce objęta historyczną infamią, tak haniebnych zachowań nie powinno się puszczać płazem.

    Inaczej niż Polacy (tak rzekomo skoncentrowani na swojej historii) Holendrzy nie zapomnieli. Do wysiłków Cory Baltussen mających na celu przywrócenie Brygadzie Spadochronowej dobrego imienia i jednocześnie wyrażenie wdzięczności jej żołnierzom a zwłaszcza jej dowódcy przyłączyli się kolejni młodzi ludzie, w tym dziennikarze. Sprawa zrobiła się w Holandii głośna (inaczej niż w Polsce). Kunktatorstwo ich Ministerstwa Obrony było coraz bardziej irytujące. W końcu udało się doprowadzić do nadania Sosabowskiemu pośmiertnie Orderu Brązowego Lwa, a sztandarowi brygady Orderu Wojskowego im. Króla Wilhelma I, najwyższego holenderskiego odznaczenia wojennego. Na uroczystości wręczenia tych odznaczeń była holenderska królowa, mnóstwo ichniejszych oficjeli, a w głównym kanale telewizji była pełna transmisja plus sporo dodatkowa materiałów filmowych o Polakach. W Polsce sprawa przeszła prawie niezauważona, a najwyższym reprezentantem władz z Warszawy był minister Janusz Krupski szef Urzędu ds. Kombatantów. Na szczęście lokalna TVP Szczecin przygotowała na ten temat film Honor generała w reż. Joanny Pieciukiewicz, dzięki czemu posiadam jakieś informacje na ten temat, którymi zresztą się właśnie dzielę.

    Grób gen. Sosabowskiego na warszawskich Powązkach wojskowych

    Bardzo się cieszę, że Holendrzy pamiętali i pomimo serwilistycznego stanowiska własnego Ministerstwa Obrony ostatecznie doprowadzili do odznaczenie Sosabowskiego. Haniebne zachowanie generałów Montgomery’ego i Browninga powinno być w Polsce pamiętane i ci panowie powinni być oceniani proporcjonalnie do swojej podłości. A TVP Historia podziękowania za emisję Honoru generała.

    Honor generała, film w reż. Joanny Pieciukiewicz, Polska 2007.

    Stanisław Sosabowski, Droga wiodła ugorem, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1990.

  • Książki

    O śmierci polskich alpinistów na Broad Peak

    Jacek Hugo-Bader, Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak, recenzjaW marcu zeszłego roku cała Polska była poruszona informacją o śmierci dwóch polskich alpinistów w czasie zimowego zdobycia Broad Peak, ośmiotysięcznika leżącego w Karakorum. Pikanterii całej sprawie dodawały doniesienia, że obaj zaginieni wspinacze zostali porzuceni przez swoich współtowarzyszy w czasie zejścia ze zdobytego szczytu. Pojawiały się kolejne doszczegółowienia, później raport polskiego związku alpinizmu, który, jak sobie przypominam, mówił o braku odpowiednich kwalifikacji moralnych i nie zachowaniu „braterstwa liny” przez ocalonych. Rzecz zrobiła się głośna, myślę że każdy choć trochę zainteresowany górami coś o tym wiedział i miał w tej sprawie swoje stanowisko.

    W Karakorum zginęli Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski, przeżyli Adam Bielecki i Artur Małek. Brat tego pierwszego Jacek Berbeka już w kilka dni po tragedii ogłosił, że organizuje wyprawę mającą za cel odnalezienie i pochowanie ciał zaginionych. Właśnie do tej wyprawy podłączył się Jacek Hugo-Bader, który zamierzał napisać z niej reportaż, a także nakręcić film, który jak mi się wydaje nigdy nie powstał. Tytuł książki odnosi się do tego filmu. Co więcej, wiele jej fragmentów również do niego się odnosi poprzez opisywanie poszczególnych scen niepowstałego filmu. Wydaje mi się to zabiegiem całkowicie chybionym. Opowiadać słowami sceny z filmu, którego nie można zobaczyć, bo nie powstał? Pachnie lipą. Czytać, zamiast oglądać. To pierwszy poważny minus tej książki i jeszcze na dodatek odzwierciedlony w tytule. Jaki film? O co chodzi? Że niby ten reportaż to jest jakiś film? Bardzo cienkie i pretensjonalne.

    Skoro jesteśmy przy minusach, to zwrócę uwagę na najbardziej mnie irytujący. Hugo-Bader w wielu miejscach podkreśla, jak to był przez współuczestników wyprawy sekowany, jak go pomijano przy częstowaniu się ciasteczkami, jak nie docierały do niego informacje. Już to samo robienie z siebie ofiary jest mało pociągające, do rzeczy poważniejszych należą takie sytuacje, kiedy Hugo-Bader sam robi rzeczy mało lojalne i nawet po fakcie, pisząc książkę nie widzi swoich faut pas. Tak zdarzyło się w przypadku wywiadu, który udzielił Tygodnikowi Powszechnemu tuż przed wyjazdem na wyprawę, nie poinformował o tym swoich towarzyszy, a powiedział w nim, że są oni objęci amokiem wspinaczkowym i ich celem jest zdobycie Broad Peak i K2. Dodajmy, że obie informacje były całkowicie nieprawdziwe. Poza tym, jak rzecz postrzegam, jedynym celem tego wywiadu było komercyjne przygotowanie przyszłego filmu i książki-reportażu. Za coś takiego powinni go w ogóle wyrzucić z wyprawy, jako nielojalnego, skomercjalizowanego faceta. Dziwi mnie, że Hugo-Bader tego w ogóle nie rozumie, mimo iż ma siebie za specjalistę od intuicji i tych różnych delikatności.

    Dla równowagi powiem, co należy do plusów książki. Bezapelacyjnie najciekawsze są rozmowy z uczestnikami tragicznie zakończonej wyprawy na Broad Peak. Cały tekst jest nimi inkrustowany i to nawet dobrze, że te najbardziej frapujące fragmenty są dawkowane powoli, a czytelnik ma czas na spokojne przetrawienie tych bardzo emocjonujących kwestii czytając sobie o nudnym życiu w bazie wyprawy poszukiwawczej. Trochę tak, jak mama mól mówiła do małych molątek: kto nie zje flanelki nie dostanie karakułów. najpierw trzeba przebrnąć przez nudne kawałki ze wspominkami Hugo-Badera, a potem można emocjonować się kolejnymi odcinkami rozmów z Adamem Bieleckim, Arturem Małkiem czy Krzysztofem Wielickim, czyli uczestnikami owego zimowego zdobycia Broad Peak.

    Od tej w sumie nudnej narracji o przeżyciach Hugo-Badera w czasie powrotu na Brod Peak jest jeden wyjątek, są to rozmowy z narzeczoną pozostałego w mrozie Tomka Kowalskiego i jego rodzicami. Wiąże się z nimi najbardziej wzruszający moment książki, kiedy to owi rodzice w kontekście związku ich syna z Agnieszką i jej postawy po zamarznięciu Tomka na Broad Peak mówią: Agnieszka jest już nasza. Co by dalej w jej życiu nie było, zawsze będzie w rodzinie. (s. 162)

    Z Tomkiem Kowalskim związana jest jeszcze jedna w swoim czasie nieprawdopodobnie nagłośniona historia, mianowicie ta, że do ataku szczytowego wyszedł w rakach mających inny przód i inny tył a związanych linką, co miało rzekomo być dowodem na karygodne ubóstwo wyprawy i brak odpowiedniego nadzoru ze strony jej kierownictwa. Na szczęście w rozmowie z autorem Adam Bielecki wyjaśnia, że Tomek Kowalski był ekspertem od nowinek sprzętowych i z premedytacją zmontował takie raki, używając tyłów z lekkich raków aluminiowych, co powodowało istotne zmniejszenie ich wagi. W strefie śmierci, powyżej 8000 tys. m każdy gram robi różnicę. Zmniejszenie o 200 g wagi raków razy pięć tysięcy kroków oznacza wtaszczenie tony ciężaru mniej na szczyt. Oczywiście jest ryzyko związane z taką przeróbką, ale Tomek Kowalski ocenił, że warto je podjąć. To dobrze, bardzo dobrze, że ten dość demagogiczny zarzut o ubóstwie prowadzącym do śmierci został wyjaśniony.

    Wyprawa poszukująca ciał odnalazł w górach tylko Tomka Kowalskiego. Zamarzł przypięty do liny na środku szlaku wiodącego na szczyt. Ukształtowanie terenu w tamtym miejscu powodowało, że wspinacze zmierzający na Broad Peak właściwie musieli po nim przejść. Brr.., aż się wzdrygnąłem, jak się o tym dowiedziałem. Bardzo się cieszę, że udało go się wykuć z lodu i godnie pochować, jak przynależało himalaiście.

    Króciutki, ale bardzo wzruszający fragment poświęcony jest rodzinie Macieja Berbeki. Hugo-Bader rozmawiał z jego żoną, Ewą Dyakowską-Berbeką, bardzo zdolną i twórcza plastyczką, scenografką Teatry im. Witkiewicza w Zakopanem. To ona mówi zapadające w pamięć słowa dotyczące zgody na pierwsze wyjazdy męża w Himalaje zaraz po urodzeniu ich najmłodszego dziecka – nie mogłam mu tego zrobić. Co? Miałam powiedzieć ja albo góry. Zresztą ucieszyła się, kiedy zadzwonił Wielicki z propozycja wyjazdy na Broad Peak. Ta wyprawa należała się Maćkowi. Aby zrozumieć dlaczego mu się należała trzeba sięgnąć do historii. W roku 1988 Maciej Berbeka atakował w zimę Broad Peak. Wszedł po zmroku na przedwierzchołek Rocky Summit, wydawało mu się, że jest już na szczycie, zgłosił to do bazy. W bazie wszyscy wiedzieli, gdzie jest naprawdę, bo widzieli światełko jego czołówki. Nic mu jednak nie powiedzieli, bo dalsza wspinaczka oznaczałaby samobójstwo. Schodził ze świadomością zdobycia góry, później przyszło bolesne rozczarowanie. Teraz można zrozumieć, dlaczego mu się ta wyprawa należała.

    Skoro jesteśmy już przy pani Dyakowskiej, to musze wspomnieć o znanej mi wystawie „W drodze”. Wspomnę tylko, że jednym z motywów przewodnich jej prac jest właśnie jej mąż, Maciej Berbeka w górach. Nie mogę znaleźć w internecie prac z tej wystawy, zamieszczam podobne, a także zdjęcie Państwa Berbeków w górach.

    Ewa Dyakowska-Berbeka, praca plastycznaEwa Dyakowska-Berbeka i Maciej Berbeka, razem gdzieś w górach

    Na koniec moje refleksje o zimowej wyprawie na Broad Peak i o przyczynach tragedii. Myślę, że Polski Związek Alpinizmu znacznie za mocno ocenił tych, którzy przeżyli czyniąc ich współodpowiedzialnymi za śmierć towarzyszy. Argument o straceniu „braterstwa liny” jest niewiarygodny, bowiem bodaj na wszystkich zimowych wyprawach ich uczestnicy schodzili osobno. To było konieczne, bo w tak ekstremalnych warunkach nie sposób na kogoś czekać, nie sposób też iść nieswoim tempem. W lato można to sobie wyobrazić, w zimie przy temperaturach w granicach -30ºC jest to niemożliwe. Tam każdy idzie w swoim tempie i sam walczy o przeżycie. Każdy idący w góry w takich warunkach o tym wie. Podgrzewanie atmosfery nie służy sprawie.

    Jak wspomniałem Maciej Berbeka miał pozamerytoryczny powód, aby na ta wyprawę pojechać mimo zaawansowanego wieku (59 lat). Miał zatem pozasportowa presję, aby na szczyt wejść. Tomek Kowalski z kolei marzył, zapisać się na kartach historii i dokonać czegoś po raz pierwszy, to go motywowało do uczestnictwa w tej wyprawie. To ważne, że dwóch himalaistów miało motywacje pozasportowe, które wpływały na ich decyzje.

    Do ostatniego ataku na szczyt założenie było takie, że idą w dwóch zespołach: Bielecki i Małek oraz Berbeka z Kowalskim. Ten pierwszy zespól okazał się silniejszy i gdyby utrzymano w mocy wcześniejsze ustalenia, to właśnie oni zaatakowali by szczyt. W przypadku sukcesu byłby to koniec wyprawy, w przypadku porażki atakowałby drugi zespół. W ostatniej chwili, już na górze grupa wspinaczy podjęła decyzje o wspólnym ataku szczytowym całego zespołu. Motywacja była jasna, ale niestety okazało się śmiertelna. Myślę, że w tym ostatnim rozstrzygnięciu należy szukać przyczyny tragedii.

    Sumarycznie książkę oceniam bardzo wysoko. Ma swoje braki, ale i tak dobrze wprowadza w cały kontekst dramatycznej wyprawy na Broad Peak. Dla mnie 8/10

    Jacek Hugo-Bader, Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak, Znak Kraków 2014

  • Militaria

    Wrzesień 1939 roku na Śląsku

    Jan Zieliński, Żołnierz nie odszedł bez walki…, recenzjaDawno nie czytałem tak frapującej książki historycznej. Omawiana tu pozycja to lekko zbeletryzowana opowieść o walkach, które toczyły się przez trzy pierwsze dni wrześniowe na Śląsku, a dokładnie na Górnym Śląsku. Za jego obronę była odpowiedzialna Grupa Operacyjna „Śląsk” pod dowództwem gen. Jana Jagmina-Sadowskiego. Czytelnik może oglądać tę skomplikowaną, rozpisaną na wiele pojedynczych potyczek historię oczami generała Sadowskiego. To wspaniały zabieg bardzo ułatwiający przyswojenie wszystkich, niekiedy złożonych zagadnień. Czyta się książkę z przyjemnością, a co niemniej ważne, z dużym zaangażowaniem emocjonalnym. Kilkukrotnie w czasie lektury musiałem wstać, zapalić papierosa, wypić kawę i ochłonąć, bo nie mogłem spokojnie czytać. Jak mawia młodzież – książka „mega wkręca”, ten kolokwializm jest tu zdecydowanie na miejscu.

    Dla zainteresowanych historią walk wrześniowych lektura ta jest szczególnie cenna, bowiem połapać się w tym morzu skomplikowanych szczegółowych jest naprawdę trudno. Normalnie w skład Grupy Operacyjnej wchodziły dwie wielkie jednostki, trochę oddziałów pozadywizyjnych, z marginalną rolą batalionów Obrony Narodowej. Na Śląsku wszystko było inaczej. Co prawda rzeczywiście gen. Jagmin Sadowski rozporządzał dwiema dywizjami piechoty, a to 23. katowicką i 55. rezerwową. Ale to tylko mylące nazwy. 55 DP rez. składała się wyłącznie z lokalnych batalionów Obrony Narodowej, które na Górnym Śląsku, inaczej niż w innych rejonach kraju, zostały zmobilizowane do stanu pełnych batalionów  rezerwowych. Z kolei pułki 23 DP wystawiały także czwarte bataliony, które po wybuchy wojny weszły w skład Oddziału Warownego. Oprócz tego istniał także batalion forteczny „Mikołów”, który tak naprawdę miał siłę pułku. Na dodatek w stanie na 1 września ugrupowanie bojowe wojsk polskich było niewąsko przemieszane i bataliony jednej dywizji były rozrzucone po całym terenie Śląska. Wszystko to razem decydowało o unikalnym, nietypowym charakterze wojsk broniących Śląska. Dzięki książce Jana Zielińskiego można sobie to wszystko wyobrazić.

    Ze Śląskiem wiąże się także poważna kontrowersja, która przez lata miała dzielić głównych uczestników wydarzeń. Chodzi mianowicie o decyzję gen. Szyllinga, dowódcy Armii „Kraków” o wycofaniu się ze Śląska w już w nocy z 2 na 3 września i porzuceniu całkiem rozległych fortyfikacji. Decyzję tę krytykował w swoich późniejszych wspomnieniach gen. Sadowski,  podobnie jak wielu komentatorów, na przykład  płk Porwit. Właśnie to postanowienie jest emocjonalną osią książki i od razu powiem, że autor rozumie, a nawet uzasadnia i tłumaczy trudną decyzję gen. Szyllinga. Smutek z porzucania skutecznie bronionego Śląska jednak pozostał. W tym kontekście tytuł książki Żołnierz nie odszedł bez walki… staje się zrozumiały.

    Gwoli wyjaśnienie wspomnianej kontrowersji dotyczącej ewakuacji całej Armii Kraków, dopowiedzmy tylko, że jej determinantą było zagrożenie podwójnego oskrzydlenia: od północy po rozbiciu 7 DP i utracie kontaktu z Armią „Łódź” i od południa, gdzie 10 BK płk. Maczka wraz z pułkiem KOP powstrzymywała cały niemiecki korpus pancerny.

    Do zasadniczych zalet książki należą szkice sytuacyjne wykonane przez gen, Sadowskiego, bardzo ułatwiają orientację i pomagają zlokalizować mniejsze oddziały.

    Jest to jedna z najciekawszych książek poświęconych wrześniowi 1939. Mimo zbeletryzowanej formy niesie spory ładunek wiedzy szczegółowej, bo Jan Zieliński należy do najlepszych znawców tej tematyki i jest godny zaufania nawet jeżeli nadał książce formę popularną, 10/10

    Jan Zieliński, Żołnierz nie odszedł bez walki…, Wydawnictwo Śląsk, Katowice 1981

  • Książki

    Zychowicz o Powstaniu Warszawskim

    Piotr Zychowicz, Obłęd 44, czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie, recenzjaDługo się zastanawiałem, jak o tej książce pisać. Już w trakcie lektury powodowała skrajne reakcje. Bywało, że planowałem odpowiedzieć na inwektywy autora również inwektywami. Sprawiedliwości stałoby się zadość, ale niestety musiałbym zacząć walczyć tą samą, nieakceptowaną bronią, co autor. Postaram się pisać rzeczowo i spokojnie.

    Zychowicz jest publicystą bardzo interesującym. Sprawia wrażenie bardzo dobrze zorientowanego, swoje opinie dobrze uzasadnia. Jest przekonywujący. Na pewno jego książka będzie wpływała na powszechną opinię o celowości Powstania. Warto zatem dawać wyraz niezgodzie na jego poglądy, oczywiście o ile ktoś się z nimi nie zgadza. Stąd, mimo różnych oporów, zdecydowałem się na napisanie poniższej recenzji.

    Książka nie jest, jak sugerowałby tytuł, poświęcona tylko Powstaniu Warszawskiemu (a zwłaszcza udowodnieniu tezy jak bardzo było ono bezsensowne), ale także zupełnie innym sprawom, a to zgubnemu paktowi Sikorski-Majski, a to Akcji Burza, a to polityce oddziałów partyzanckich współpracujących z Niemcami w celu walki z partyzantką sowiecką. Zychowicz porusza całą masę problemów, strzelając kolejnymi jak z karabinu maszynowego. Odnieść się do nich wszystkich  nie sposób, bo trzeba by napisać nową książkę. Można jedynie wybrać kilka tematów szczególnie kontrowersyjnych.

    Zacznijmy chronologicznie od Paktu Sikorski-Majski. Najpierw kilka generaliów: Zychowicz jest programowo antysowiecki, co jest mi bliskie. Opowiada się też za koncepcją „dwóch wrogów”, ale powiela przy tym dyskusje, jakie odbywały się ówcześnie na emigracji, identyfikując się ze stanowiskiem jednej ze stron, a to już budzi mój głęboki sprzeciw, ze względu na jałowość takiego rozumowania. W przypadku Paktu Sikorski-Majski, zgodnie ze swoją metodologią myślenia, Zychowicz natychmiast utożsamia się z jego przeciwnikami, używa ich argumentów i fundamentalnie ten pakt krytykuje nieomalże jako zdradę narodową. Specjalnie dokładnie swojego stanowiska nie uzasadnia, ogranicza się do argumentów antysowieckich i do traktowania tego sojuszu jako zaprzaństwa wobec faktu napaści przez Związek Sowiecki na Polskę w 1939 roku. Problem w tym, że stosuje tutaj przewrotne rozumowanie, bowiem oceniając decyzje dotyczące Planu „Burza” i Powstania Warszawskiego głównie szermuje argumentem oszczędzania polskiej krwi i minimalizacji strat po polskiej stronie. W przypadku jednak Paktu Sikorski-Majski w ogóle tego rodzaju argumentacji nie stosuje, a przecież główną zaletą tego porozumienia było wypuszczenie z łagrów setek tysięcy polskich obywateli i ewakuacja stu kilkudziesięciu tysięcy z nich spod panowania zbrodniczego komunizmu. Stanowisko Zychowicza w tym przypadku, podobnie jak w wielu innych, wydaje się polegać na powtarzaniu argumentacji Józefa Mackiewicza niejako „w ciemno”, bez refleksji, bez spojrzenia z perspektywy dzisiejszej wiedzy. Tutaj czysta ideologia antysowiecka nie wystarcza. Powtarzam, ideologia mi bliska, ale amicus Plato, sed veritas magis.

    Skoro jesteśmy przy politycznych wątkach książki, to warto zatrzymać się przy misji premiera Stanisława Mikołajczyka, który próbował porozumieć się ze Stalinem i obronić, ile się da, w kwestii granic i utrzymania przez Polskę niezależności. Zychowicz krytykuje go w czambuł, odsądza od czci i wiary. Zwracam jednak uwagę, że ówcześnie nie było jasne, jak zachowa się Związek Sowiecki wobec Polski, sprawa granic nie była jednoznacznie przesądzona. Dzisiaj wiemy, że jego misja była skazana na porażkę i jakiekolwiek wysiłki nie przyniosłyby żadnego rezultatu. Ale to wiemy dzisiaj, wtedy tego nikt nie wiedział. Fakt, że już wtedy Mikołajczyk był krytykowany za ustępliwość wobec Rosji Sowieckiej, niczego tu nie zmienia. Wobec wielu niepewności obowiązkiem polityka odpowiedzialnego za losy państwa i narodu było szukać rozwiązań chociaż częściowo minimalizujących zależność Polski od Rosji. Gorące przywitanie Mikołajczyka w kraju w 1945 wydaje się potwierdzać, że ludzie, którzy zmuszeni zostali do życia w warunkach sowieckiej okupacji, myśleli podobnie. Na emigracji można było uprawiać splendid isolation, w kraju już nie.

    Zwracam również uwagę, że sprawa granic była w 1944 roku otwarta i pozostawienie jej przez polskich polityków loterii rozstrzygnięć międzynarodowych było lekkomyślnością. Tutaj warto się zatrzymać i przypomnieć podstawowe fakty. Na konferencji w Teheranie, wbrew temu co się powszechnie uważa, nie zapadły kluczowe decyzje w tej sprawie. Churchill zgodził się jedynie, a i to w luźnej rozmowie, na linię Curzona, ale nie przesądzało to np. przynależności Lwowa ani nie rozstrzygało przyszłości Prus Wschodnich, także przebieg granicy zachodniej był kwestią otwartą. W czasie, kiedy Mikołajczyk zabiegał  o zorganizowanie wizyty w Moskwie, toczyła się wymiana not dyplomatycznych miedzy Churchillem a Stalinem, utrzymana w tonie sporu i narastającego napięcia. Nic tu nie szło gładko. Na polskie naciski Churchill odpowiadał, że robi co może i niech Mikołajczyk spróbuje osobiście porozumieć się ze Stalinem, bo być może uda mu się więcej osiągnąć w bezpośrednim kontakcie, niż Anglikom w trybie negocjacji na odległość. Wcale mnie dziwi, że w takiej sytuacji Mikołajczyk zgodził się na pertraktacje ze Stalinem, nawet jeżeli warunki tych negocjacji były upokarzające.

    W tej sprawie warto powtórnie zwrócić uwagę, że głosy krytyki pochodziły głównie ze środowisk emigracyjnych, z kraju płynęło raczej wsparcie dla inicjatywy Mikołajczyka. To raczej zrozumiałe, bowiem ci którzy wiedzieli, ze są skazani na bolszewicki najazd i komunistyczne porządki akceptowali każde rozwiązanie dające chociaż cień nadziei na ochronę polskiej substancji narodowej. Z perspektywy Londynu można było być pryncypialnym, niektórzy mogli planować ucieczkę i emigrację (jak Józef Mackiewicz, mistrz Zychowicza). Cały naród nie mógł jednak emigrować i – czy chciał, czy nie – musiał znaleźć się pod sowieckim butem. Bardzo było nieobojętne, jaki to but będzie. Zychowicz budzi mój głęboki sprzeciw tak jednostronnie potępiając politykę Mikołajczyka i wmawiając w niego sympatie prokomunistyczne, a jednocześnie celowo przemilczając jej uwarunkowania. Tłukąc w Mikołajczyka jak w bęben, sam nie chce zrozumieć i innym nie daje. Miesza mniej wyrobionym czytelnikom w głowach. Mam przykre podejrzenie, że manipuluje faktami celowo (będzie jeszcze o tym mowa), wyostrza stanowiska, a później odpowiadając na ataki rozwścieczonych czytelników odpowiada, że to tylko publicystyka i ma ona swoje prawa. Problem w tym, że ci, którzy jego atakują, też mają takie samo prawo do publicystycznych uproszczeń i wyostrzeń. Jak Kali kraść krowy to dobrze, ale jak Kalemu to bardzo źle.

    Wśród publicystycznych „uproszeń” najbardziej irytowało mnie nazywanie dowódców Armii Krajowej kolaborantami Sowietów. Zychowicz bowiem stworzył taką konstrukcję myślową, że kolaborantem jest ten, kto działa na rzecz wrogiego państwa, a ponieważ wybuch Powstania leżał w sowieckim interesie, to spokojnie można odpowiedzialnych za wybuch Powstania nazywać kolaborantami. I w ten sposób Komenda Główna AK została sowieckim kolaborantem. Taki rodzaj argumentacji jest nieakceptowalny pod żadnym pozorem. W tej kwestii odstępuję od rzeczowej argumentacji i jedyne co mam powiedzenia, to to że Zychowicz też jest sowieckim kolaborantem, bo to w sowieckim interesie leży podważanie sensu Powstania, komuniści w PRL przecież robili to z konsekwentną zajadłością. Ciekawe tylko dlaczego, skoro wybuch Powstania leżał w ich interesie?

    Wróćmy do przerwanego wątku chronologicznego. Po Sikorskim i Mikołajczyku Zychowicz przejechał się po Akcji „Burza” utrzymując, że było to całkowicie zbędne współdziałanie z Sowietami, powodujące po stronie AK niemałe straty w ludziach. Jako pozytywny kontrprzykład pokazał epopeję Brygady Świętokrzyskiej NSZ. Trzeba zauważyć, że autor pominął w tym przypadku, jak i w wielu innych, uwarunkowania, które za Akcją „Burza” stały. W tym przypadku chodziło między innymi o to, że w korespondencji z Churchillem  Stalin oskarżał polskie podziemie o kolaborowanie z Niemcami, a co najmniej o bezczynność. Zarzuty nie były całkiem wyssane z palca, biorąc pod uwagę cichą lokalną współpracę z Niemcami „Ragnera” i „Lecha” na Nowogródczyźnie a także „Góry” i „Łupaszki” na Wileńszczyźnie. Nic dziwnego, że KG AK przeciwdziałała takim zachowaniom. Nic sprawie polskiej na arenie międzynarodowej bardziej nie szkodziło, niż współpraca z Niemcami skierowana przeciwko Rosjanom (we wspomnianych przypadkach przeciwko ich partyzantce). Ponadto w rzeczy samej „Burza”, jakkolwiek militarnie była współpracą z Armią Czerwoną, to politycznie była skierowana przeciwko Sowietom, bowiem zmuszała ich, przynajmniej w założeniu, do konfrontacji z ujawnionymi polskimi władzami, które miały wystąpić wobec Armii Czerwonej w roli gospodarza na opanowanym przez AK terenie. W rzeczywistości terenu żadnego nie udało się opanować, a Sowieci bez zbędnych ceregieli aresztowali wszystkich, którzy wobec nich się ujawnili w trakcie wspólnych walk. Przynajmniej tak było na terenach wschodnich zajętych przez Rosjan w 1939. Jak będzie na terenach, które komuniści uważali za polskie, nikt nie wiedział.

    Warto już w tym miejscu zauważyć, że fiasko Akcji „Burza” polegające na tym, że nie udało się opanować żadnych większych obszarów przed wkroczeniem wojsk sowieckich i zorganizować na nich polskiej administracji wiernej rządowi w Londynie, było jedną z głównych przesłanek do weryfikacji wcześniejszych planów i legło u postaw decyzji o Powstaniu Warszawskim. Akurat tej zasadniczej przesłanki Zychowicz nie zauważa. Jest ona mu oczywiście znana, bo dokładnie została opisana przez prof. Jana Ciechanowskiego[1], na którego Zychowicz nieustannie się powołuje w zakresie jego krytycznych uwag o sensie Powstania Warszawskiego. Tematy niewygodne Zychowicz skrzętnie pomija, bo zakłóciłyby one tok jego wywodu o genezie Powstania, jako nieoczekiwanym wybuchu szaleństwa wśród wyższych dowódców AK lub po prostu działaniem sowieckich agentów na szczycie władz AK. Uniemożliwiłoby także wywód na temat niezgodności idei Powstania z wcześniejszymi planami.

    Rzeczywiście, do lipca 1944 nikt powstania w Warszawie nie planował, Zychowicz wywala otwarte drzwi, a szczerze powiedziawszy celowo żongluje faktami. Początkowo miała wystarczyć Akcja „Burza”, która była pomyślana jako polityczna manifestacja wobec Sowietów wykonana za pomocą oddziałów wojskowych. W marcu 1944 Bór-Komorowski podjął decyzję o wyłączeniu Warszawy z planu „Burza”. Broń ze zrzutów i z własnej produkcji kierowano zatem do wschodnich obwodów AK. Jeszcze 7 lipca zadecydowano o wysłaniu z Warszawy ogromnych ilości broni.[2] a 14 lipca w depeszy do Londynu Bór meldował że „powstanie nie ma widoków powodzenia”. Docierające informacje o fiasku Akcji „Burza” były przesłanką do zmiany planów przez KG AK. Uznano, że Warszawa jest  jedynym miejscem, które – jak się wydawało – będzie można opanować przed wejściem Rosjan. Rozpoczęto przygotowania. Zatem wysyłanie broni na wschód przed 15 lipca, to  nie była głupota ani lekkomyślność KG AK. Po prostu wcześniejsze plany były inne. Zychowicz z premedytacją tego ciągu wydarzeń nie przedstawia, bo uniemożliwiało by mu to kolejne filipiki na temat zbrodniczej niekompetencji dowództwa AK.

    Zacietrzewienie autora przejawia się m.in. w tym, że nie zważając na brak swojej kompetencji w sprawach wojskowych, wypowiada się na te tematy tylko po to, aby przypiąć kolejną łatkę dowódcom AK. Aspekty militarne Powstania nie są przecież przedmiotem tej książki. Rozważmy choćby zarzut o zmianę godziny wybuchu Powstania z nocnej na 17.00. Wbrew temu, co myśli  Zychowicz, była to bardzo celowa korekta. Proszę sobie wyobrazić koncentrację wielu tysięcy powstańców podczas godziny policyjnej, transport broni, przemarsz na pozycje wyjściowe. Zakończyłoby się to jatką jeszcze przed godziną „W”. Jakie to szczęście, że Zychowicz to tylko dzisiejszy publicysta i nie miał żadnego wpływu na ówczesne wydarzenia, bo jego pomysły doprowadziłyby do jeszcze gorszej klęski niż nastąpiła.

    Cała 500-stronnicowa książka jest poświęcona krytyce wszystkich możliwych decyzji rządu emigracyjnego i dowództwa AK. W zamian za krytykowane decyzje Zychowicz przedstawia w jednym zdaniu program pozytywny „nic nie  robić”. To pomysł rzeczywiście oryginalny. Politycy odpowiedzialni za losy narodu, przyjmują opcję „co będzie, to będzie”, sprzymierzeni bez naszego udziału ustalają nam granicę, co prawda i tak to zrobili, ale jednak zachodnia granica znalazła się na Odrze i Nysie Łużyckiej dlatego, że byliśmy członkiem zwycięskiej koalicji. Armia Krajowa pozostanie „z bronią u nogi” i przed wejściem Sowietów zostanie rozwiązana. To program rzeczywiście doskonały. Trzeba go rozbudować o zalecany przez autora sojusz lub chociaż zawieszenie broni z Niemcami i skierowanie luf przeciwko Sowietom. To na pewno by pomogło i tym żołnierzom, i ludności cywilnej, o którą tak dba Zychowicz. W tym samym czasie II Korpus powinien odmówić walki, a Dywizja Pancerna gen. Maczka i Brygada Spadochronowa pozostałyby do końca wojny w koszarach, z racji na oszczędzanie żołnierskiej krwi. To na pewno zbudowałoby etos narodowy na czas komunizmu. Moglibyśmy być z tego dumni, w końcu Polacy okazaliby się realistami. Dodać do tego należałoby jeszcze gnicie w łagrach kilkuset tysięcy Polaków, którzy wyszli z obozów po Pakcie Sikorski-Majski, a należałoby go natychmiast uznać za niebyły (zaprzaństwo narodowe i prosowiecki prozelityzm). Przy okazji rozwiązałby się problem z bitwą pod Monte Cassino, tak negatywnie ocenianą przez Zychowicza, bo tych walczących polskich żołnierzy by tam nie było, albowiem umieraliby w łagrach. Cały zaś naród pozostały w kraju powinien udać się na emigrację, tak jak Brygada Świętokrzyska NSZ.[3] Wielki exodus razem z ludnością niemiecką, jak nie przymierzając ucieczka z Prus Wschodnich. Wobec takiego planu pozostaję bezradny. Każdy niech sam oceni jego sens.

    Proszę czytelników mojego bloga o wybaczenie, ale do sedna książki, czyli do  decyzji o wybuchu Powstania Warszawskiego nie jestem w stanie się odnieść. Ilość przekłamań, pominięć, celowej manipulacji, złośliwości i inwektyw jest tak duży, że o ciekawym skądinąd meritum rozmawiać jest bardzo trudno. Nie na podstawie tej książki.

    Poza tym wątpię, czy jakakolwiek polemika ma sens. Każdy bowiem, kto ją podejmuje, zaliczany jest do obozu „mitomanów powstańczych” niezależnie od tego, co napisze. Autor i zwolennicy jego poglądów, jak np. Sławomir Cenckiewicz (zresztą doskonały historyk) są całkowicie impregnowani na głosy krytyki. Przypuszczam zresztą, że jest to postawa świadoma i przemyślana. Rozgłos zyskuje się dzięki wyrazistym tezom, prowokacjom, szalonym koncepcjom. Takie rzeczy zostają zapamiętane, kto zaś pamięta o dziesiątkach solidnych prac historycznych, czy przebijają się one do świadomości?

    W kwestiach formalnych absolutnym skandalem jest brak przypisów. Rozumiem, że w pracy popularnej można je ograniczyć, rozumiem, że mogą zostać przeniesione na tył książki, ale nie rozumiem sytuacji, kiedy nie ma ich w ogóle, a do zupełnie nieakceptowalnych zaliczam brak podawania źródeł cytatów. Nie chodzi mi w tym przypadku o jakąś abstrakcyjną poprawność metodologiczną, ale o bardzo konkretne powody takiej negatywnej oceny. Na przykład Zychowicz często powołuje się na płk. Janusz Bokszczanina, oficera KG AK, przeciwnika Powstania. Nie podając źródła swojej wiedzy o stanowisku pułkownika, autor uniemożliwia czytelnikom nie tylko weryfikację, ale elementarną refleksję nad tym źródłem. Domyślam się jedynie, że chodzi o relacje, jakie w 1965 płk Bokszczanin złożył prof. Janowi Ciechanowskiemu.

    Do prof. Ciechanowskiego mam zaufanie, na pewno wiernie oddał w swojej notatce poglądy swojego interlokutora. Powinno jednak budzić zastanowienie, że takie stanowisko pojawia się dwadzieścia lat po wydarzeniach i po różnych polemikach w środowisku polskiej emigracji. Czy zatem przedstawione wtedy poglądy są na pewno wiarygodne? Z innych źródeł wiemy, że rzeczywiście płk Bokszczanin należał do przeciwników Powstania, ale jak się wydaje tylko raz zgłosił obiekcje w sprawie decyzji o Powstaniu, później zaś lojalnie współpracował we wszystkich przygotowaniach. Czy zatem na pewno tworzenie wokół pułkownika aury jedynego sprawiedliwego jest zasadne?[4] Jeżeliby Zychowicz poświęcił w swojej książce choć ułamek miejsca na refleksje źródłoznawcze, byłoby łatwiej na to pytanie odpowiedzieć. Bez tego pozostaje tylko, tak jak w wielu przypadkach, potraktować opinie Zychowicza jako felietonistykę, a w zakresie faktografii skomentować „może tak było, a może nie”, bo skąd niby mielibyśmy czerpać pewność, że w zakresie ustalenia prostych faktów Zychowicz się nie myli. Źródeł swojej wiedzy nie podaje, a jak głosi znana maksyma „twierdzenia bez dowodu odrzucam bez powodu”. Poza tym, jak łatwo się domyślać, w przypadku płk. Bokszczanina, zapomnienie podania źródła może mieć charakter celowy.

    W tym miejscu trzeba jednak dopisać kilka zdań o warsztacie historyka. Do jego elementarnych obowiązków należy wewnętrzna i zewnętrzna krytyka źródła historycznego (1 i 2 rok studiów), bez tego nie ma naukowo uprawianej historii. Prawdziwy badacz zawsze zadaje sobie pytanie na temat oryginalności źródła, wiarygodności zawartych w nim informacji i wreszcie, co twórca źródła ma naprawdę nam do powiedzenia. Zychowicz nigdy, powtarzam, nigdy nie zadaje swoim źródłom informacji takich pytań. W ciemno i arbitralnie jedne z nich uważa za słuszne i wiarygodne, a inne pomija milczeniem. Już to samo dyskwalifikuje go jako poważnego historyka. Przykładów nierzetelności lub manipulowania źródłami można podać wiele. Praktycznie co drugi rozdział rodzą się jakieś wątpliwości, a rozdziałów jest ponad 50. Proszę zwrócić uwagę, że tylko zasygnalizowanie jednej sprawy związanej z płk. Bokszczaninem zajęło półtorej strony tekstu, a gdzie temu do poważniejszej dyskusji na ten temat. Zrozumiała staje się wyrażona na początku tej notki opinia, że tak naprawdę polemizując z Zychowiczem trzeba by napisać nową książkę.

    Podsumowując: Zychowicz porusza w sposób fascynujący bardzo ważne tematy związane z Powstaniem Warszawskim, łączy je z całokształtem polskiego stanowiska wobec Związku Sowieckiego w czasie II wojny światowej, szkoda jednak że już nie łączy tego ze sprawą polską na arenie międzynarodowej tego okresu. Wiele jego pochopnych wniosków straciłoby wtedy sens. Na pewno Obłęd ’44 wejdzie na stałe do świadomości historycznej Polaków. Bardzo żałuję, że wiedziony pasją publicystyczną (lub względami marketingowymi) Zychowicz niepotrzebnie wyostrza swoje wnioski i w sposób absolutnie niedopuszczalny, nawet w publicystyce, formułuje oceny wobec postaci historycznych. To irytuje do takiego stopnia, że uniemożliwia racjonalne potraktowanie jego poglądów i jednocześnie skłania do równie uproszczonych, choć zasłużonych, ocen samego autora. Ja sam na podstawie tak jednostronnych argumentów i wobec zasadniczych braków warsztatowych autora nie jestem w stanie wyrobić sobie jednoznacznego poglądu na sprawę. Szkoda.

    Książkę otrzymałem w prezencie, za który darczyńcom niniejszym bardzo dziękuję.

    Piotr Zychowicz, Obłęd ’44, czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie, Dom Wydawniczy Rebis Poznań 2013.



    [1] Jan Ciechanowski, Powstanie warszawskie. Zarys podłoża politycznego i dyplomatycznego, PIW Warszawa 1984, s. 335nn

    [2] Warto zauważyć, że przekazano trzykrotnie więcej pistoletów maszynowych, niż pozostało do dyspozycji oddziałów warszawskich, wyekspediowano również wszystkie posiadane miotacze ognia, które w starciach partyzanckich miały śladowe znaczenie, a walkach miejskich ogromne, tutaj błąd planistyczny był zasadniczy, niezależnie od wszystkich przedstawionych w tekście uwarunkowań decyzyjnych.

    [3] O Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ myślę dobrze. Trzeba tylko zwrócić uwagę, że nie był to dobry pomysł na całe podziemie akowskie. Istniała groźba, że pod wpływem Stalina moglibyśmy zostać zakwalifikowania do państw Osi, a nie do obozu aliantów, zwłaszcza jak jednostki PSZ odmówiłyby walki, co sugeruje Zychowicz.

    [4] Pułkownika Bokszczanina cenię niezmiernie nie tylko za jego udział w walce AK, ale także za dowodzenie 10 pułkiem strzelców konnych walczącym w ramach 10 BK gen. Maczka i późniejszą walką w ramach WiN. Jakbym go jednak nie poważał, to pytania o wiarygodność opinii wyrażanych po 20 latach od wydarzeń trzeba zadawać. Poza tym dookoła domniemanej twardej opozycji Bokszczanina Zychowicz buduje cały mit: Zwolennikom walki opór stawił pułkownik Bokszczanin i skupiona wokół niego grupa oficerów, która wezwała oponentów do opamiętania. Dyskusje przybierały coraz bardziej dramatyczny obrót… (s. 266) Nie wiem skąd Zychowicz wie o całej „grupie oficerów” i o „dramatycznym obrocie dyskusji”. I ten wielokropek na końcu sugerujący, że coś tam jeszcze ewentualnie byłoby do powiedzenia.

  • Militaria

    Polskie minowce, polskie stocznie

    Blog miał być o książkach, a chwilowo zamienił się w blog filmowy. Tym razem o książce, notka lekko spóźniona, ale dobrze oddaje, czym się aktualnie zajmuję. Lada moment zacznie się odrabianie zaległości.


    Marcin Wawrzynkowski, Minowce typu Jaskółka, Wielki Leksykon Uzbrojenia Wrzesień 1939 t. 20Od długiego czasu zbieram się, aby napisać coś o serii wydawniczej Wielki Leksykon Uzbrojenia Wrzesień 1939. Przedsięwzięcie zbliża się do końca, ale lepiej późno niż wcale. Oceniam je bardzo wysoko, zebranie wokół tego pomysłu najlepszych autorów dało w efekcie prace znacznie przewyższające swoją wartością to, czego moglibyśmy oczekiwać od kolorowych zeszycików. To rewelacyjne kompendium wiedzy o polskiej armii okresu dwudziestolecia międzywojennego. Uwagi mam jedynie do strony ilustracyjnej. Publikowanie ogromnych zdjęć na cała rozkładówkę wydaje się mało uzasadnione, zwłaszcza gdy robi się z tego świętą zasadę wydawniczą, bo niekiedy nie dysponujemy zdjęciami stosownej jakości do takiego powiększenia. Natomiast kosztem tych zdjęć przydałoby się więcej tekstu, zwłaszcza, że w przypadku wielu elementów uzbrojenia przez wiele najbliższych lat nic się więcej nie napisze ponad to, co znalazło się w Leksykonie. Ale to tylko łyżka dziegciu w beczce miodu.

    W przypadku minowców zafascynował mnie fakt, że były to pierwsze okręty wojenne wybudowane w Polsce. Bez licencji (jak w przypadku działek ppanc. 37 mm), bez współpracy obcych specjalistów, bez kopiowania cudzych wzorów.

    Proces produkcyjny zorganizowano tak, aby zminimalizować eksport i jednocześnie poprzez zamówienia na polskim rynku stworzyć podwaliny polskiego zaplecza przemysłowego do budowy kolejnych okrętów lub statków na potrzeby cywilne. Niekiedy przekonywano polskie firmy do podjęcia zamówienia (jak w przypadku mebli stalowych), niekiedy tolerowano braki i modyfikacje już zamontowanego na okrętach sprzętu (jak w przypadku pomp elektrycznych). Przyjęto zasadę, że akceptowane są polskie oferty o ile przekraczają poziom cenowy ofert zagranicznych nie więcej niż o 10%.

    Pierwsza partię (4 sztuki) budowano w trzech różnych miejscach, dwa w modlińskiej stoczni rzecznej („Czajka” i „Rybitwa”), po jednym w warsztatach portowych Marynarki Wojennej w Gdyni („Jaskółka”) i w Stoczni Gdyńskiej („Mewa”). Pierwotnie przewidziana do produkcji całego zamówienia stocznia modlińska nie miała wystarczających mocy przerobowych. Od nazw okrętów zwano je pieszczotliwie „ptaszkami”

    Pomysł został zrealizowany doskonale. Projekt autorstwa inż. inż. Aleksandra Potyrały i Dominika Małeckiego był bardzo udany, a proces budowy przebiegał bez większych zakłóceń. Okręty okazały się bardzo eleganckimi, dzielnymi na morzu jednostkami, weszły do służby w końcu 1935 roku. Uzbrojone w armatę 75 mm Schneidera wz. 28, dwa ckm przeciwlotnicze 7,92 mm Maxima.

    Nic dziwnego, że podjęto decyzję o wybudowaniu kolejnych dwóch jednostek („Czapla” i „Żuraw”). Tutaj jednak zaczęły się schody, bo zwodowane jednostki okazały się awaryjne. Kłopoty wystąpiły zwłaszcza z silnikami budowanymi przez PZInż. na licencji szwedzkiej. W efekcie w czasie kampanii wrześniowej były prawie nieprzydatne. Nasuwa się refleksja, że być może wysiłek włożony w uruchomienie polskiego przemysłu stoczniowego był chybiony. Od zwodowania okrętów do ich wcielenia do Marynarki Wojennej upłynął rok, strawiony na walkę z awariami silników i maszynki sterowej. Choć trzeba przyznać, że proces budowy był szybszy niż pierwszej serii. Na dodatek silniki PZInż. dostarczył z opóźnieniem. Tak jakby nie opanował produkcji, a nawet zapomniał, czego się nauczył przy produkcji pierwszych dwóch silników dla wcześniejszej partii minowców (dwa silniki dostarczyli Szwedzi w ramach umowy na zakup licencji).

    W zeszycie po macoszemu potraktowano kwestię uzbrojenia. Wiadomo na przykład, że drugiej partii minowców przewidziano armatę 75 mm, autor nie zamieścił informacji, że chodziło o model Canona Mle 1928, który nie został na czas dostarczony i w efekcie zamontowano stare działo 75 mm wz. 97 (dlaczego określane jako „uniwersalne”?) na podstawie morskiej, prawdopodobnie ze starych zapasów artylerii wojsk lądowych. Ale czy w tym przypadku Wikipedii można wierzyć? Niestety autor skazał nas na domysły nie zamieszczając stosownych informacji. Co do uzbrojenia przeciwlotniczego napisał „przewidziano” zdwojone nkm 13,2 mm Hotchkissa, a jakie zamontowano i czy w ogóle? Sprawa niebanalna z racji na udział minowców w bitwie powietrzno-morskiej 1 września 1939 roku. Ponadto uwaga do redakcji: warto ujednolicić pisownię nazw okrętów – z cudzysłowem, czy bez, w różnych zeszytach jest rożnie.

    Doskonale został opisany udział minowców w walkach na polskim wybrzeżu. To wielki plus.

    Drobne braki nie przesłaniają bardzo pozytywnej oceny całości. Dla mnie 9/10 za owo nieszczęsne uzbrojenie i śladowe informacje o drugiej serii minowców.

    Marcin Wawrzynkowski, Minowce typu Jaskółka, Wielki Leksykon Uzbrojenia Wrzesień 1939 t. 20, Edipresse Warszawa 2013.

  • Książki

    Historia Piastów w ujęciu Cherezińskiej

    Elżbieta Cherezińska, Korona śniegu i krwi, okładka, recenzjaAkcja dzieje się podczas rozbicia dzielnicowego. Potężne państwo pierwszych Piastów rozpadło się na księstwa, którymi rządzą skłóceni ze sobą Piastowie. Od wielu lat Polska nie ma króla, a na Wawelu zasiadają książęta, władający w najlepszym razie tylko Małopolską.

    Głównym bohaterem jest młody książę Przemysł II, który ma objąć władzę w całej Wielkopolsce. To ważne, bo pozostałe dzielnice, Śląsk, Mazowsze, czy Kujawy dzielą się na coraz drobniejsze księstewka. W tym kontekście Przemysł II ma szansę na zjednoczenie głównych dzielnic Polski i otrzymanie z Rzymu korony królewskiej. Skromny kantor katedry gnieźnieńskiej, Jakub Świnka odkrywa stare dokumenty, zaczyna rozumieć, że rozbicie dzielnicowe jest klątwą ciążącą nad królestwem Piastów. Jest gotów zrobić wszystko, aby młodemu księciu dopomóc przezwyciężyć tę klątwę. Jest nadzieja.

    Równolegle powieściowa akcja dzieje się także we Wrocławiu, stolicy największego księstwa śląskiego, na dworze Mściwoja, władcy Pomorza Gdańskiego, na Wawelu, gdzie zasiadają na tronie książęcym Bolesław Wstydliwy i jego żona św. Kinga. Książka przedstawia całą panoramę polityczną ówczesnej Polski. Wątki romansowe przecinają się z koniecznościami politycznymi, intrygi dworskie z militarnymi starciami, prawdziwi książęta mieszają się z postaciami rodem z fantasy.

    Cherezińska włożyła sporo trudu w bardzo kompetentny research historyczny. Nie tylko, że nie mam żadnych zastrzeżeń (a to bardzo rzadkie), ale wręcz jej kompetencja wzbudza mój podziw. Od czasu do czasu miałbym co prawda ochotę z nią podyskutować o interpretacji niektórych wydarzeń, ale to jak dialog z mistrzem, a nie polemika. A najchętniej to bym zobaczył kontynuację Korony śniegu i krwi, bo i przypadki Łokietka są ciekawe, później incydent z Wacławem czeskim, występującym w już wydanej książce, a Kazimierz Wielki to już miód dla autorek uwzględniających rolę kobiet w historii. Nie wspominam nawet o ciekawych przemianach w księstwach śląskich tego okresu.

    Książka mogła by być dobrym uzupełnieniem w nauczaniu historii, nawet takie propozycje pojawiły się w blogosferze. Nawet nie bardzo szkodziłyby w tym wątki fantasy i lekkie bredzenie o starszej krwi i odbrązowionych czarownicach, natomiast nie wyobrażam sobie nauczyciela, który poleciłby uczniom jako lekturę uzupełniającą książkę z taką ilością scen łóżkowych. Szkoda, że autorkę tu poniosło, bo książka mogła zagościć w polskich szkołach nadając nauczaniu historii poblask ciekawości. Sumarycznie mogłoby się okazać, że pominiecie tych scen daje większy sukces komercyjny, bo rynek odbiorców byłby dużo szerszy.

    Popularność tej książki pokazuje, jak duża jest potrzeba dobrze napisanej, kompetentnej powieści historycznej. Niestety pokazuje również, że bez elementów fantasy czy odważnych scen damsko-męskich współczesna powieść obyć się nie może. A po Grze w kości (tej samej autorki) wydawało się, że jednak można bez dziwaczenia napisać cos sensownego. Legion czeka na przeczytanie, zobaczymy, jaką tym razem autorka wybierze konwencję.

    Niemiło  mnie jednak zaskoczył język książki, a dokładnie język dialogów. Mogę zrozumieć dlaczego autorka odstąpiła od języka archaicznego. Zagadką jednak pozostaje, dlaczego w czasie uczty suto zakrapianej alkoholem, pojawią się na przykład takie frazy: Władku [to do młodego Łokietka] czy mógłbyś podać mi wina? To jednak pachnie nieporadnością, bo nie wyobrażam sobie takich dialogów w męskim towarzystwie podczas libacji. To chyba jedyne zastrzeżenie, jakie miałbym do autorki.

    Dla równowagi powiem o kolosalnych plusach książki. Cherezińska w cudownie interesujący sposób przedstawiła różne przypadki Piastów śląskich. Dobrze uchwyciła wszystkie zależności, z werwą i talentem odmalowała sylwetki książąt, przypominając wiele chyba zapomnianych postaci, których przypadki życiowe były naprawdę ciekawe i warte przywrócenia zbiorowej pamięci (jak np. Bolesława Rogatki, Henryka Głogowskiego czy Henryka IV wrocławskiego). Szkoda, że przy takiej kompetencji autorka nie posnuła domysłów, co skłoniło Przemysła II do oddania ręki swojej siostry Henrykowi Grubemu, oznaczało to bowiem całkowite odwrócenie polityki książąt wielkopolskich, którzy do tej pory popierali linię żagańską, jako swój przyczółek na Śląsku. Co skłoniła Przemysła II do tak ekstrawaganckiego kroku? Chętnie poznałbym opinię Cherezińskiej.

    Pozwolę sobie jeszcze na wtręt całkiem osobisty. Cherezińska zaciekawiła mnie Piastami Śląskimi do tego stopnia, że zająłem się ich biografiami, zatem na moim blogu historycznym zaczną się pojawiać noty z tych lektur. Stopień fascynacji przypadkami Piastów, wzmocniony jeszcze przez zwiedzanie śląskich zabytków, był taki, że nawet opanowałem ich genealogię. Nie było to łatwe, tylko tyle powiem.

    Bardzo mocną stroną książki są dociekania biograficzne i  genealogiczne autorki. Wywiedzenie rodu Zarembów od zaginionego jednego z pierwszych Piastowiców jest doprawdy najwyższej próby. Znane ułamki faktów połączyła w nadzwyczaj ponętną całość i nadała im poblask tajemniczości i zręcznie wplotła w bieżąca akcję powieści. To kolejny duży plus.

    W jednym przypadku wątek z pogranicza fantasy spełnił się. Chodzi o fenomenalnie pokazaną postać św. Kingi, osoby o ponadnormalnych zdolnościach, która na przykład widzi przyszłość, a jest życzliwą doradczynią swojego męża. Pozostaje tylko pytania, czy żeby we wszystkich wymiarach pokazać postać świętej trzeba odwoływać do fantasy? Niezależnie od odpowiedzi na przyszłość, tutaj mariaż fantastyki, wiedzy na temat duchowości i realiów historycznych wyszedł bardzo dobrze.

    Ocena finalna to 9/10, obniżona za ten sztuczny nieco język. Kwalifikuję jednak do najlepszych i zaliczam do sił sensu, za zdolność i odwagę popłynięcia pod prąd obiegowych przekonań, że historia jest nudna. Cherezińska udowodniła, że nie jest, więcej – pokazała, jakie jest zapotrzebowanie czytelnicze na dobrą  powieść historyczną. Nikogo nie przestraszyła objętość (736 stron) ani mnóstwo szczegółów związanych z licznymi postaciami Piastów i ich współpracowników.

    Elżbieta Cherezińska, Korona śniegu i krwi, Zysk i S-ka, Poznań 2012.