• Militaria

    Powstania śląskie

    1. O powstaniach śląskich napisano bardzo dużo, ale dobrych książek prawie nie było. Tę lukę zapełnił prof. Ryszard Kaczmarek.

    2. Najważniejsza zaletą tej monografii jest bardzo szerokie uwzględnienie sytuacji po stronie niemieckiej. Uwzględnione zostały nie tylko uwarunkowania polityczne, ale także przemiany w Reichswerze (do poziomu pojedynczych jednostek!) i organizacji niemieckich organizacji paramilitarnych na czele ze znanymi Freikorpsami. Ten aspekt historii powstań śląskich był do tej pory zupełnie pomijany. w polskiej historiografii.

    3. Dość szczegółowo autor przedstawia okoliczności wybuchu kolejnych powstań, nie przemilcza kłopotliwych szczegółów (jak na przykład w przypadku pierwszego powstania) ani obcych polskiej mitologii informacji o uzgodnieniu przez Korfantego z gen. Le Rondem terminu wybuchu III Powstania Śląskiego.

    4. Polscy autorzy najczęściej uwypuklają proniemieckie stanowisko Anglików i Włochów budując narracje osamotnionej walki nie wspieranej przez aliantów. Kaczmarek zwraca uwagę na ogromne wparcie Francuzów, bez niego historia potoczyłaby się zapewne inaczej i dla Polski znacznie gorzej.

    5. Dla wszystkich zainteresowanych tą tematyką lektura obowiązkowa.

    Ryszard Kaczmarek, Powstania śląskie 1919-1920-1921, Wydawnictwo Literackie, 2019, s. 624

  • Militaria

    Sprawa majora Sosnowskiego

    Konrad Graczyk, Operacja „Reichswehrministerium”. Misja majora Jerzego Sosnowskiego, Wydawnictwo Rytm, recenzjaZwykle o historii piszą historycy lub inni autorzy, którzy historyków udają. Tym razem mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją. Książkę napisał prawnik, który głównie koncentrował się na tym, co umie najlepiej, czyli na analizie prawnej. Dało to naprawdę dobry efekt. Wiele kwestii zostało wyjaśnionych, a i sporo błędów poprostowanych. Na przykład dla historyka jest rzeczą bez większego znaczenia, czy wobec Sosnowskiego polskie władze prowadziły śledztwo czy dochodzenie. Bezrefleksyjnie większość pisała o śledztwie, a różnica jest doprawdy zasadnicza: dochodzenie prowadził prokurator, a śledztwo – sędzia śledczy. Dzisiaj polskie prawo nie zna instytucji sędziego śledczego, stąd całe zamieszanie. W Wikipedii do chwili opublikowania niniejszej notki też funkcjonuje termin śledztwo, mimo iż omawiana książka ukazała się 15 miesięcy temu! A sprawa jest dość istotna. Sędzia śledczy miał więcej niezależności niż prokurator, zatem łatwo sobie wyobrazić dlaczego szefostwo II Oddziału wybrało formę dochodzenia, a nie śledztwa.

    Autor dotarł do niewykorzystywanych do tej pory materiałów polskiego konsulatu w Berlinie, który udzielał pomocy aresztowanemu. To zupełna nowość. Do sprawy wnosi co prawda niewiele, ale na przykład  pokazuje opieszałość w znalezieniu obrońcy dla rotmistrza. Musiał być on zaakceptowany przez niemiecki Trybunał Ludowy, przed którym toczyła się sprawa, a siedzącemu w areszcie nie było łatwo takiego obrońcę znaleźć.

    Kolejnym nowością jest dotarcie do materiałów postępowania przed sądem partyjnym NSDAP w sprawie por. Rudloffa. Wszystkie zawirowania dotyczące jego osoby zostały dzięki temu wyjaśnione na tyle, na ile się dało. Jest to o tyle istotne, że w polskim procesie to właśnie Rudloffowi przypisywano (oczywiście niesłusznie) zwerbowanie Sosnowskiego przez Abwehrę. Wyjaśniono zarówno sposób jego zatrudnienia w Abwehrze, jak posługiwanie się przez niego stopniem kapitana oraz jego sytuację finansową.

    Ciekawa jest również precyzyjna analiza dokumentów prawniczych, przede wszystkim aktów oskarżenia (zarówno przed sądem niemieckim jak i polskim), ale w miarę możliwości także procedur prawnych, jakie wobec rotmistrza stosowano. Te po stronie polskiej wyglądały żałośnie. Przetrzymywany był w swego rodzaju areszcie przez blisko półtora roku, bez żadnego wyroku,  nawet bez postawienia zarzutów. Dopiero interwencja u Rydza-Śmigłego spowodowała, że w końcu zastosowano wobec niego normalne procedury prawne. Na marginesie warto dodać, że wystawia to bardzo dobre świadectwo Rydzowi.

    Faktografia działalności Sosnowskiego przedstawiona jest krótko, żeby nie powiedzieć zdawkowo. Ma to ten niezamierzony plus, że pozwala spojrzeć na jego prace z pewnej perspektywy. Jako największy sukces Sosnowskiego jawi się zwerbowanie Benity von Falkenhayn. To ona w znacznym stopniu kierowała pozostałymi agentkami, sekretarkami w Reichswehrministerium, które wynosiły dokumenty dla Sosnowskiego. Natomiast jego wpadka spowodowana przez samodzielne zwerbowanie tancerki Lei Kruse i wyraźnie nadmiarowe poinformowanie jej o siatce agenturalnej było katastroficznym błędem, z pogranicza braku profesjonalizmu. Warto zauważyć, że owa tancerka sama zgłosiła się do Abwehry i zeznała o werbunku przez Sosnowskiego. Pokazuje to zresztą, na jak niskim poziomie działa Abwehra, która pozwoliła rotmistrzowi tak długo działać pod swoim nosem, mimo iż sygnały o jego działalności miała już znacznie wcześniej.

    Do poważnych braków zaliczam brak wykorzystania fundamentalnej pracy Łukasza Ulatowskiego Berlińska placówka wywiadowcza „In.3” (1926 – 1934). Oddział II i działalność majora Jerzego Sosnowskiego w Niemczech. Tym bardziej to bolesne, że jednocześnie autor wykorzystuje stare opracowania popularne, często operujące trybem przypuszczającym. Nie trzeba być historykiem, żeby odróżniać kompetentne monografie od popularnych staroci.

    Niekiedy kłopotliwa jest tendencja autora do szczegółowego przytaczania różnych norm prawnych. W gąszczu szczegółów gubi jednak sprawy ważne. Co z tego, że szczegółowo analizuje przesłanki ewentualnego zastosowania aresztu tymczasowego przez polskiego prokuratora, skoro nie zauważa, że ów prokurator w chwili składania wniosku o areszt tymczasowy nie posiadał żadnych obciążających majora dowodów. Można wnosić, że sąd decydując o tym areszcie też takich dowodów nie miał. Czy w ogóle można w tym przypadku mówić o praworządności i zatem czy ma sens drobiazgowa analiza systemu prawnego?

    Ogólna ocena 7/10 za interesujące analizy prawnicze pokazujące nowe wymiary całej sprawy rotmistrza Sosnowskiego.

     Konrad Graczyk, Operacja „Reichswehrministerium”. Misja majora Jerzego Sosnowskiego, Wydawnictwo Rytm, Warszawa 2017, ss. 312.

  • Militaria

    O Enigmie ciąg dalszy

    David Kahn, Enigma. Złamanie kodu u-bootów 1939-1943, Wydawnictwo Magnum Warszawa 2005

    David Kahn jest znanym i cenionym autorem książek z dziedziny kryptologii. Zajmował się także historia wywiadu w czasie II wojny światowej. Jego książka Codebreakers (pol. Łamacze kodów. Historia kryptologii) miała znaczenie przełomowe, nie tylko z powodów merytorycznych (bo i wcześniej sporo na ten temat pisano), ale przede wszystkim ze względu na jasność wykładu i przystępność. Do tych najlepszych cech pisarstwa Davida Kahna nawiązuje publikacja poświęcona dziejom złamania morskiej wersji Enigmy, czyli tej, którą zajmował się Turing i której dotyczył film Gra tajemnic (pisałem o nim tu). Powiem od razu, że książka Kahna jest o niebo lepsza od biografii Turinga, która była z kolei pierwowzorem do scenariusza wspomnianego filmu.

    Zacznę od tego, że Kahn, jako solidny badacz, który dobrze rozumie historię osobny rozdział poświęcił Polakom i ich wkładowi w rozszyfrowanie Enigmy. Co więcej zrozumiał metody stosowane przez Polaków, przystępnie je opisał i wskazał na ich znaczenie dla dalszych potyczek Anglików z Enigmą. Dostaje za to dużego plusa. Może zachowanie obiektywizmu było w jego przypadku o tyle łatwiejsze, że jest on Amerykaninem, a dotychczasowe kłopoty z polskim wkładem w rozszyfrowanie Enigmy sprawiali Anglicy, którzy bardzo nielojalnie przypisywali sobie wszystkie sukcesy w tej materii.

    Swoją książkę Kahn rozpoczął od pierwszej wojny światowej, kiedy to Rosjanie zdobyli na osadzonym na mieliźnie krążowniku „Magdeburg” niemiecki księgi kodowe. Umożliwiło to państwom Ententy przez kilka lat spokojne odszyfrowywanie niemieckich depesz. Paradoksalnie to wydarzenie miało wpływ na wojnę na Atlantyku, bowiem w 1941 roku, mając w pamięci wydarzenie z „Magdeburgiem” dowódca HMS „Bulldog” wstrzymał w ostatniej chwili atak na wynurzony U 110 tylko po to, aby wydobyć z tonącego okrętu książki kodowe. Udało to się zrobić, a kryptoanalitycy z Bletchley Park otrzymali w końcu materiały, które umożliwiły im złamanie morskiej Enigmy i wprowadziły ich we wszystkie zawiłości niemieckiego systemu szyfrowania. Po miesiącu jednak nastąpiła rutynowa zmiana kodów i ustawień niemieckiej maszyny szyfrującej i ponownie Brytyjczycy „ogłuchli”. Kolejne materiały zdobyli, tym razem po zaplanowanej akcji, z zaatakowanego niemieckiego stateczku meteorologicznego. Jak widać w pierwszym okresie wojny największe sukcesu służby dekryptażu odnosiły dzięki przejęciu niemieckich tablic kodowych. Bardzo te akcje ułatwiły prace nad późniejszym łamaniem niemieckich szyfrów. Fakt jednak pozostaje faktem, główne sukcesy odnoszono dzięki działaniom siłowym, a nie w wyniku żmudnych analiz, które zaowocowały sukcesem dopiero w grudniu 1942 roku.

    Trzeba jednak dodać, że Anglicy bardzo twórczo rozbudowali polskie osiągnięcia, choć rdzeń pomysłu na bomby kryptologiczne i na tzw. tablice Zygalskiego pozostał w użyciu do końca. Oczywiście osiągniecia Turinga czy Welchmana są niezaprzeczalne i cały system łamania kodów Enigmy został przez nich wprowadzony na zdecydowanie wyższy poziom.

    Do zasadniczych zalet książki Kahna należy powiązanie sposobów dekryptażu i powiązanych z nim efektów w postaci rozszyfrowanych depesz z zastosowaniem w praktyce pozyskanej w ten sposób wiedzy. Czytelnicy mogą zobaczyć jak pracowało centrum operacyjne floty w zakresie Bitwy o Atlantyk, jak unikano spotkania z czyhającymi na konwoje wilczymi stadami u-bootów czy jak urządzano polowania na podwodne transportowce zaopatrujące niemieckie okręty podwodne operujące u wybrzeży Stanów Zjednoczonych. To rzadki przypadek, gdzie w jednej książce połączona jest wiedza o całym intelektualnym zapleczu dekryptażu z praktycznym wykorzystaniem jego efektów, a na dodatek wszystko opisane jest w sposób fascynujący. Trudno oderwać się od lektury.

    Jednym z najciekawszych wątków książki jest precyzyjne, ale jednocześnie przystępne przedstawienie sposobów w jaki szyfrowano depesze za pomocy Enigmy. Zrozumienie tego procesu nastręcza niemałe trudności bo te procedury naprawdę są bar5dzo zawiłe, a przez to trudne do zrozumienia, a na dodatek wraz z upływem czasu były coraz bardziej komplikowane. Wielką pomocą w tej materii są doskonałe załączniki pokazujące w praktyce sposób używania Enigmy. Dopiero na tym tle pokazane są trudności w łamaniu całego złożonego systemu zabezpieczeń. Oczywiście odtworzona została cała procedura łamania wszystkich elementów składających się na strukturę Enigmy. Kahn bardzo trafnie zauważył, że wprowadzenie maszynowego szyfrowania całkowicie zmieniło sposoby pracy kryptoanalityków. Metody lingwistyczne przestały być przydatne, a coraz większą role odgrywali matematycy i ludzie potrafiący konstruować i wykorzystywać maszyny wspierające proces dekryptażu. Oznaczało to zasadnicza zmianę jakościową, która jako pierwsi dostrzegli Polacy i potrafili wyciągnąć wnioski z nowej sytuacji.

    Władysław Kozaczuk, W kręgu Enigmy, Książka i Wiedza, Warszawa 1979Przy okazji pisania o Enigmie koniecznie muszę zwrócić uwagę na jedną ze starszych, pionierskich prac dotyczących tego zagadnienia. Zwykle książki dotyczące historii najnowszej a wydane w czasach PRL delikatnie mówiąc się zdezaktualizowały. Tym bardziej jeśli były pisane przez wojskowych, a więc partyjnych historyków i wydawane w partyjnym wydawnictwie „Książka i Wiedza”. Mimo to praca Władysława Kozaczuka W kręgu Enigmy ciągle zachowuje wartość poznawczą. Polskie osiągniecia w dekryptażu niemieckich maszyn cyfrowych są naprawdę bardzo dobrze opisane. Co więcej wiele szczegółów jest już trudnych do zweryfikowania, bo zapewne Kozaczuk rozmawiał z głównymi aktorami (na pewno z Marianem Rejewskim, a może i z Zygalskim). Tego już nie da się powtórzyć.

    Wartość książki polega na tym, że przedstawia ona, co rzadkie, całościowy obraz wszystkich wysiłków związanych z rozszyfrowaniem Enigmy. Zwłaszcza polski trop przedstawiony jest od samych początków, aż po wojenne losy wszystkich aktorów tego dramatu. W tym przypadku boli, że polscy matematycy, którzy po licznych przygodach dostali się do Anglii (bez Różyckiego, który zginął na Morzu Śródziemnym), zostali skierowani na boczny tor i nawet nie mieli dostępu do Bletchley Park. Ale książka jest nie tylko o Polakach.

    Zdumiewa, że w epoce przedinternetowej i w czasie utrudnionych relacji z państwami zachodnimi Kozaczuk miał bardzo dobrą orientację w obcojęzycznej literaturze przedmiotu. Na dodatek czytał ją ze zrozumieniem, co wcale nie jest częste w epoce, kiedy więcej osób pisze książki, niż je czyta. Na szczególna uwagę zasługuje w tym przypadku ciekawe zreferowanie książki Winterbothama The Ultra Secret (London 1974), zwłaszcza w aspekcie sposobów wykorzystania danych pochodzących z odczytanych depesz Enigmy. A trzeba wiedzieć, że poszczególne rodzaje broni w III Rzeszy całkowicie różnie posługiwały się Enigmą. Odrębne systemy miał Wehrmacht, Luftwaffe, Kriegsmarine i SS. Jakkolwiek największym zainteresowaniem cieszy się Enigma morska, to bodaj największe znaczenie dla przebiegu wojny miały depesze Wehrmachtu, w wielu przypadkach dające nieprawdopodobną przewagę alianckim dowódcom, na przykład w Afryce. Możliwość zobaczenia jakie dane ci dowódcy mieli i jak z nich korzystali to bodaj najciekawszy fragment książki. Nie sposób tego tu referować, ograniczę się tylko do podsumowania, które za Winterbothamem przytacza Kozaczuk: najefektywniej informacje z Enigmy wykorzystywali generałowie Patton i Alexander, najgorzej Mark Clark i Montgomery. Nie dziwią te dane ani w odniesieniu do Pattona, ani do coraz gorszych opinii o Montgomerym (pisałem o nim tu). Na jego sukces pod El Alamein warto popatrzeć przez pryzmat kompletnych danych, jakie posiadał na temat sił, ugrupowania i planów operacyjnych wojsk niemieckich.

    Warto przedstawić, jak działał system rozprowadzania informacji posiadanych z dekryptażu Enigmy. Przy każdym wyższym dowódcy liniowym istniała tajna komórka łączności, do której przekazywane były dane dotyczące konkretnego  frontu. W działalności operacyjnej, można było je wykorzystywać tylko wtedy, kiedy można było wskazać lub uprawdopodobnić zdobycie takiej informacji w sposób innym niż za pomocą łamania szyfrów. Jeżeli mimo to, któryś z generałów chciał wykorzystać tajne informacje, jego rozkazy były odwoływane na wniosek szefa wskazanej komórki łączności. Po takich doświadczeniach, nikt nie próbował naruszać reguł, natomiast podejmowane szczególne wysiłki, aby innymi kanałami zdobyć stosowne informacje. Na przykład wiedziano o dacie wyjścia konwoju zaopatrzeniowego z Włoch do Afryki. Wysyłano więc samolot rozpoznawczy, który ten konwój namierzał, ale jednocześnie dawał się zobaczyć. Po tym spokojnie można było przystąpić do ataku.

    Na zakończenie mogę spokojnie książkę Kozaczuka zarekomendować, jako dobre źródło wiedzy o problematyce Enigmy. Na Allegro książka jest dostępna po kilka złotych. Warto. Dużo ciekawsza, niż większość współczesnej produkcji na ten temat.

    David Kahn, Enigma. Złamanie kodu u-bootów 1939-1943, Wydawnictwo Magnum Warszawa 2005.

    Władysław Kozaczuk, W kręgu Enigmy, Książka i Wiedza, Warszawa 1979.

  • Militaria

    Podchorąży z Armii Karpaty

    Tym razem w przeglądzie wspomnień wrześniowych rzecz całkowicie bodaj zapomniana. Karol Skrzypek był w 1939 podchorążym 4 Pułku Strzelców Podhalańskich (4 psp), który miał siedzibę w Cieszynie, a wraz 1 psp i 3 psp wchodził w skład 21 DPGór. gen. Józefa Kustronia.[1] Przypadła mu niewdzięczna rola uczestnictwa w batalionie zapasowym tego pułku. Jednostki tego typu powstawały z nadwyżek poborowych po mobilizacji. Były niekompletnie wyposażone i uzbrojone. W zamyśle miały być rezerwuarem uzupełnień dla walczących jednostek, realnie wzięły udział w walkach jako samodzielne pododdziały w oderwaniu od swoich macierzystych jednostek, ad hoc przydzielane do innych formacji. Najczęściej traktowane były po macoszemu, jako zapchajdziury. Siłą rzeczy punkt obserwacyjny plutonowego podchorążego musiał pokazywać kampanię wrześniową od jej bardziej chaotycznej strony.

    Karol Skrzypek przeszedł Szkołę Podchorążych Rezerwy w kompanii CKM. Co ciekawe przeszedł również szkolenie w użytkowaniu armat przeciwpancernych Boforsa 37 mm, co pokazuje, że cekaemiści byli również przygotowywani do roli dowódców w kompaniach przeciwpancernych (s. 20).

    Z miejsca postoju w Cieszynie batalion zapasowy został przetransportowany koleją do Nowego Sącza, gdzie w koszarach 1 psp zostało mu wydane 1 września uzbrojenie. Zamiast świeżo produkowanych CKM Browning wz. 30 otrzymali stare Maximy, a zamiast nowoczesnych moździerzy Stokesa otrzymali przestarzałe moździerze francuskie[2]. Zbrakło wielu elementów wyposażenia: pistoletów, hełmów, lornetek, mapników (s. 33). Nic dziwnego, że już na wstępie nastrój bojowy nieco przygasł.

    Szlak bojowy rozpoczął ów zbiorczy batalion od obrony Limanowej w dniu 4 września, następnego dnia Nowego Sącza, a później odcinka Wilczyska-Bobowa, gdzie został rozbity (6 IX), a poszczególne pododdziały dołączyły do innych jednostek 2 Brygady Górskiej. Autor przyłączył się do batalionu „Skole” mjr. Jerzego Dembowskiego[3] z 1 Pułku KOP. O postawie i zdolnościach bojowych tego oficera wypowiada się autor w samych superlatywach, jako o jasnym punkcie na firmamencie odwrotowego chaosu ogarniającego polskie jednostki. Następnie wziął udział w walkach pod Birczą 24 DP (12 IX), do której przyłączyły się oddziały 2 BG rozbitej 8 września w Krośnie.[4] Po dalszych perypetiach odwrotowych autorowi udało się dostać do Lwowa przebijając się przez niemieckie okrążenie jeszcze 20 września, akurat by zdążyć na kapitulacje Lwowa, która nastąpiła rankiem 22 września przed wojskami sowieckimi.

    Trzeba jeszcze wspomnieć, o doskonałym Posłowiu napisanym przez Ryszarda Daleckiego, znawcę działań Armii „Karpaty” w 1939 roku. Pokazuje ono nie tylko szerszą perspektywę działań wojsk polskich na obszarze, po którym poruszał się autor wspomnień, ale również rozszyfrowuje nazwy wszystkich jednostek, z którym stykał się autor, a także wyjaśnia wszystkie elementy pozycji bojowych potyczek, które przewijają się na kartach omawianego pamiętnika. Szkoda, że tak rzadko wspomnienia opatrywane są tak kompetentnym posłowiem pozwalającym z pogłębionym zrozumieniem czytać wydawane wspomnienia.

    Na pewno pozycja warta przeczytania dla wszystkich interesujących się przebiegiem kampanii wrześniowej, zwłaszcza na terenie Podkarpacia.

    Karol Skrzypek, Podkarpackim szlakiem września. Wspomnienia żołnierza Armii „Karpaty”, Wydawnictwo Śląsk, Katowice 1986.


    [1] Dowództwo 21 DPGór. mieściło się w Bielsku, 1 psp stacjonował w Nowym Sączu, a 3 psp w Bielsku. Tuż przed wybuchem kampanii wrześniowej został zmieniony skład dywizji – 1 psp został włączony do 2 Brygady Górskiej, a w zamian za to 21 dywizja otrzymała 202 pprez. sformowany w sierpniu 1939 na bazie Śląsko-Cieszyńskiej Półbrygady ON. Dywizja weszła w skład GO „Bielsko”, którą dowodził gen. Boruta Spiechowicz, zresztą wcześniejszy dowódca drugiej w Wojsku Polskim dywizji górskiej, czyli 22 DPGór.

    [2] Prawdopodobnie chodziło o moździerze Stokesa wz. 18 zakupione we Francji lub o produkowane w Polsce w firmie Avia moździerze wz. 28 lub wz. 30. Wszystkie te typy zostały później zastąpione przez moździerz wz. 31 produkowany w Polsce na licencji firmy Stokes-Brandt przez Stowarzyszenie Mechaników Polskich w Ameryce z siedzibą w podwarszawskim Pruszkowie, choć realnym wykonaniem zajmował się zakład w Porębie koło Zawiercia. Popularnie owe moździerze nazywano Stokesami, choć starsze typy też pochodziły z tej samej fabryki.

    [3] Skoro tak pozytywnie piszę o majorze Dembowskim, to warto wspomnieć, że oficer ów to legionista z I Brygady, wielkiej kariery w wojsku nie zrobił, skoro dwudziestolecie międzywojenne zakończył w stopniu majora, dowódcy batalionu KOP. Dostał się do niewoli sowieckiej, został zamordowany w Charkowie

    [4] Wszystkie te walki były prowadzone przeciwko niemieckiej 2 Dywizji Górskiej. Pod Birczą zresztą nie doszedł do skutku kontratak polskiej 11 DP, co mocno by najpewniej zaszkodziło tej niemieckiej dywizji. O całej sprawie szczegółowo pisze w swoich wspomnieniach gen. Prugar Ketling, a o jego wspomnieniach i sytuacji pod Birczą ja z kolej pisałem już na tym <a href=”http://historyczne.blox.pl/2015/01/Najlepszy-dowodca-najlepsza-dywizja.html”>blogu.</a>

  • Militaria

    Armaty kalibru 120 mm wz. 1878/09/31 i 1878/10/31

    O moich superpozytywnych ocenach Wielkiego Leksykonu Uzbrojenia pisałem wielokrotnie. Do zeszytów będących podsumowaniem naszej wiedzy doszły zupełnie nowatorskie poświęcone radiostacjom polowym, sprzętowi optycznemu czy bunkrom polowym.

    Tym razem będzie jednak trochę krytycznie. Armaty 120 mm, którym poświęcony jest omawiany zeszyt, stanowiły w polskiej armii sprzęt nietypowy, to znaczy niewystępujący w normalnych pułkach artylerii.[1] Wszystkich ich było lekko ponad 40 sztuk, co wystarczało na wystawienie 3 dywizjonów (każdy trzy baterie po 4 działony, razem 36 sztuk). Jeden z tych dywizjonów został zmotoryzowany (6 dam, zmobilizowany przez 1 pam[2] w Stryju), co było pewnym ewenementem, bowiem był to jedyny zmotoryzowany dywizjon artylerii ciężkiej, a jeden z trzech w ogóle zmotoryzowanych dywizjonów. Pozostałe dwa to dywizjony artylerii lekkiej wystawione na potrzeby zmotoryzowanych brygad kawalerii, były to jednak mniejsze jednostki, bo tylko dwubateryjne.

    Ku mojemu największemu zdumieniu autorzy nie postawili sobie najbardziej oczywistych pytań: dlaczego jako sprzęt nietypowy pozostawiono tylko armaty 120 mm? dlaczego zdecydowano się na motoryzację armat nietypowych, a nie tych stanowiących podstawowe wyposażenie pułków artylerii ciężkiej? Czy motoryzacja wpłynęła na poprawę wartości bojowej dywizjony, jeśli tak, to w czym to się przejawiło? Dodatkowo chciałoby się postawić kilka zagadnień mniejszej wagi: jak wyposażony w sprzęt motorowy był 6 dam? jak to się stało, że dywizjonowi armat 120 mm biorącemu udział w obronie Warszawy (46 dac) zabrakło amunicji, podczas gdy jego bliźniacza jednostka wycofując się spod Zegrza (47 dac) była w stanie uzupełnić amunicję znacznie ponad przewidywany etat?[3]

    Rozumiem, że nie na wszystkie te pytania baza źródłowa pozwala udzielić odpowiedzi, ale w takim przypadku dobrze jest po prostu powiedzieć „nie wiemy”. Samo postawienie problemu już jest wartością istotną. Ponadto czytelnikom dostarcza się informacji, jaki jest stan najnowszej wiedzy odnoszącej się do danego zagadnienia. Jeżeli pytań się nie stawia, to nie wiadomo, czy to autorzy są mało ruchliwi intelektualnie, czy tylko milczeniem pokrywają obiektywny brak informacji. Potwierdzeniem, że autorzy nie zauważają problemu motoryzacji artylerii może być np. fakt, że podają dane techniczne tylko dla armat o ciągu konnym, a po wymianie kół  istotnie zmieniała się waga działa.

    Wielki Leksykon Uzbrojenia jest wydawnictwem popularnym, zatem  można by powiedzieć, że nie musi być tak kompetencyjnie zaawansowany. Jednak tak się składa, że autorzy piszący w tej serii to nie tylko najlepsi aktualnie dostępni specjaliści w danej dziedzinie, ale również ambitni badacze, przedstawiający w popularnej formie najaktualniejszy stan wiedzy. Dlatego ta seria jest tak ciekawa. Warto, aby redakcja była w stanie wymóc na autorach pewien poziom i kompletność informacyjną, nie tylko w zakresie wyposażenia zeszytu w odpowiednią ilość materiału ilustracyjnego. W omawianym zeszycie zabrakło informacji, skąd wzięło się dziwne oznaczenie armaty jako wz. 1878/09/31 lub 1878/10/31. Można się tylko domyślać, że chodziło o łoże rosyjskiej haubicy 152,1 mm wz. 1909 lub 1910, które wykorzystano do przebudowy armaty według wzoru zatwierdzonego w 1931 roku. Ale czy na pewno?

    Poza tymi kilkoma zagadnieniami zeszyt bardzo ciekawy i jak wszystkie inne bardzo przydatny w porządkowaniu istniejącej wiedzy.

    Jędrzej Korbal, Paweł Janicki, Armaty kal. 120 mm wz. 1878/09/31 i 1878/10/31, Wielki Leksykon Uzbrojenia Wrzesień 1939 t. 44, Edipresse Warszawa 2014.


    [1] Po prawdzie to była jeszcze jedna armata nietypowa w 1939 roku. Mianowicie tuż przed wybuchem wojny wystawiono 3 plutony artylerii górskiej z armatami 65 mm (razem 12), a trakcie formowania było pięć dwudziałowych plutonów dla ON . Jakby tej armacie poświęcono chociażby część zeszytu WLU to dopiero byłaby rewelacja.

    [2] Autorzy konsekwentnie piszą 1 PAM, zwracam redakcji WLU uwagę, że w innych zeszytach autorzy używali skrótów nazw pułków pisanych małymi literami, podobnie jak zresztą w całej literaturze przedmiotu

    [3] Zresztą można się tylko domyślać, że standardowo bateria było wyposażona w 2 j.o. czyli ok. 80 pocisków, bo tyle mieściło się na wozach amunicyjnych, ale czy na pewno to wszystko. W każdym razie 47 dac pobrał po 133 pociski na działo. Jak w takim razie zabrał tyle amunicji? Ciekawe też skąd je pobrał, skoro 46 dac nie mógł / nie potrafił tego zrobić?

  • Militaria

    16 Pomorska Dywizja Piechoty

    Książka daje dużo więcej informacji niż sugerowałby jej tytuł, odnosi się bowiem nie tylko do wojny obronnej w 1939, ale przedstawia całe wcześniejsze losy dywizji od czasu jej sformowania. Początek swój bierze ona z Wielkopolski, gdzie w 1919 roku rozpoczęto formowanie pułków piechoty składających się z mieszkańców Pomorza, którzy przekradali się przez granicę chcąc walczyć w oddziałach powstańczych. Pierwszą taką jednostką był Toruński Pułk Strzelców powstały w Inowrocławiu, później powstał Grudziądzki Pułk Strzelców także w Inowrocławiu, przeniesiony potem do Poznania, w sierpniu 1919 roku powstała już Dywizja Strzelców Pomorskich pod dowództwem pułkownika Stanisława Skrzyńskiego, a na końcu, już w październiku 1919 roku sformowano w Pakości na Pałukach Starogardzki Pułk Strzelców i w Poznaniu kolejny Kaszubski Pułk Strzelców. Tak powstały wszystkie zawiązki oddziałów tworzących późniejszą 16 DP. Uzbrojenie stanowiły karabiny Berthier wz. 14 i Mauser wz. 98, w kompaniach ckm znajdowały się Hotchkissy wz. 14. Broń pochodziła z zakupów poczynionych przez działaczy pomorskich lub została zdobyta w walkach powstańczych. Dywizja wzięła udział w zajęciu Pomorza w styczniu 1920 roku.

    W marcu 1920 roku, dywizja znajdująca się już na Pomorzu, częściowo w garnizonach, częściowo obsadzając granicę, została przemianowana na 16 Dywizję Piechoty Pomorskiej, analogicznie pułki przybrały nowe nazwy 63 Pułk Piechoty Toruńskiej, 64 Grudziądzki Pułk Piechoty, 65 Starogardzki Pułk Piechoty i 66 Kaszubski Pułk Piechoty. Z niewielkimi zmianami w sformułowaniach nazwy te miały utrzymać się przez całą historię tych oddziałów. Z racji na okres, w którym powstawała książka, pominięto jej udział w wojnie 1920 roku, szkoda.

    Dokładnie została omówiona historia 16 DP w okresie międzywojennym. Zgodnie z panującym w okresie socjalistycznym trendem, bardzo szczegółowo przedstawiono stosunki narodowościowe na Pomorzu, co miało dla samej dywizji drugorzędne znaczenie. Znacznie gorzej, że autor nie uchwycił momentu, kiedy 63 pp przestał wchodzić w skład dywizji (a znalazł się w 4 DP, „toruńskiej”), z powodu reorganizacji i przejścia na system trzypułkowy. Tak się kończy, jesli ktoś zajmuję się motywowanymi ideologicznie bzdurami zamiast skoncentrować się na meritum.

    Do najciekawszych partii książki trzeba zaliczyć dokładny opis jej działań w czasie kampanii wrześniowej. Wchodziła ona wtedy w skład GO „Wschód” gen. Bołtucia. Dla mnie to tym ciekawsze, że bardzo wysoko oceniam sposób dowodzenia gen. Bołtucia, podczas gdy ukształtowała się powszechna, choć w moim przekonaniu błędna, opinia na temat tego generała. Nawet prof. Wieczorkiewicz wybitny znawca września 1939 r. słabo oceniał bitwę nad Osą, prowadzoną przez GO „Wschód”. Warto zatem sprawie się przyjrzeć.

    Po pierwsze: siły stron. Zwykle się zakłada, że były one podobne: dwie polskie dywizje piechoty przeciw dwóm niemieckim takim samym dywizjom. Problem w tym, że Niemcy mieli stałe wsparcie lotnictwa, którego nie mieli Polacy, ponadto mieli wsparcie jakiejś jednostki pancernej, Borkowski podaje, że był to 10 pcz, ale nigdzie nie znalazłem potwierdzenia tej informacji. Pewne jest występowanie jednostki pancernej po stronie Niemców, bowiem wszystkie ich ataki wspierane były przez pojazdy pancerne i dochodziło do takich dramatycznych momentów, kiedy niemieckie czołgi rozjeżdżały polskie działka przeciwpancerne.

    Warto również zwrócić uwagę, że to atakujący wybiera czas, miejsce i natężenie ataku. W efekcie realnie wyglądało to w ten sposób, że dwie niemieckie dywizje wsparte lotnictwem i czołgami atakowały w pasie jednej polskiej 16 DP Przegrupowanie 4 DP i wprowadzenie jej do walki nie było proste, zwłaszcza, że odbywało się pod niemieckim ogniem.

    W efekcie do 3 września Niemcy zepchnęli polską obronę i przekroczyli linię Osy. Warto przy tym zwrócić uwagę, że nie trzeba było jej forsować, ponieważ wody w rzece było tyle, że nie przekraczała ona cholewek od butów (potwierdzają to relacje z sierpnia 1939), co oczywiście obrony nie ułatwiało. Koniecznie jednak, trzeba zwrócić uwagę, że w momencie, kiedy z dowództwa Armii „Pomorze” przyszedł rozkaz do odwrotu, polskie jednostki były uszykowane do kontrataku, stany (po dużych stratach) zostały uzupełnione a impet niemieckiego natarcia został wytracony (też z powodu dużych strat w ludziach i sprzęcie). Można zatem domniemywać, że część straconego terenu zostałaby odzyskana, a na pewno posuwanie się dalej niemieckich jednostek zostałoby zatrzymane.

    Duży wpływ na porażki 1 i 2 września miała postawa dowódców dywizji wchodzących w skład GO „Wschód”. Generał Bołtuć natychmiast po zauważeniu problemów zmieniał dowódców. W przypadku 16 DP w ten sposób stracił stanowisko płk Stanisław Świtalski, bardzo zresztą szkoda, że Borkowski nie przedstawia szczegółowej analizy tej decyzji, czyli tak naprawdę analizy jakości dowodzenia 16 DP w dniu 1 września 1939. Warto dodać, że gen. Bołtuć był jedynym polskim dowódcą wyższego szczebla, który podejmował takie decyzje personalne.[1] Podkreślić także trzeba, ze były one osobiście bardzo odważne, bo płk Świtalski przynależał do elity legionowej, a Bołtuć nie.

    Oceniając książkę, trzeba powiedzieć, że wiele informacji w niej zawartych ma charakter zasadniczy, to te z okresu powstania dywizji i walk w 1939 roku, te ostanie oparte na relacjach niedostępnych gdzie indziej.. Kiepsko na tym tle wyglądają losy poszczególnych pułków w okresie międzywojennym (nie dowiadujemy się na przykład, gdzie one stacjonowały). Za dużo nie należy także oczekiwać od inteligencji autora. Sumarycznie oceniam na 7/10.

    Olgierd Borkowski, 16 Pomorska Dywizja Piechoty w wojnie obronnej 1939 roku, PWN Warszawa-Poznań 1989.


    [1] Podobną decyzję podjął gen. Rómmel w odniesieniu do płk. Hanki-Kuleszy, z tym że była to decyzja błędna, por. Marcin Majewski, Kresowa Brygada Kawalerii w kampanii 1939 roku, s. 53-75. Piszę o tym tutaj.

  • Militaria

    Wrzesień 1939 roku na Śląsku

    Jan Zieliński, Żołnierz nie odszedł bez walki…, recenzjaDawno nie czytałem tak frapującej książki historycznej. Omawiana tu pozycja to lekko zbeletryzowana opowieść o walkach, które toczyły się przez trzy pierwsze dni wrześniowe na Śląsku, a dokładnie na Górnym Śląsku. Za jego obronę była odpowiedzialna Grupa Operacyjna „Śląsk” pod dowództwem gen. Jana Jagmina-Sadowskiego. Czytelnik może oglądać tę skomplikowaną, rozpisaną na wiele pojedynczych potyczek historię oczami generała Sadowskiego. To wspaniały zabieg bardzo ułatwiający przyswojenie wszystkich, niekiedy złożonych zagadnień. Czyta się książkę z przyjemnością, a co niemniej ważne, z dużym zaangażowaniem emocjonalnym. Kilkukrotnie w czasie lektury musiałem wstać, zapalić papierosa, wypić kawę i ochłonąć, bo nie mogłem spokojnie czytać. Jak mawia młodzież – książka „mega wkręca”, ten kolokwializm jest tu zdecydowanie na miejscu.

    Dla zainteresowanych historią walk wrześniowych lektura ta jest szczególnie cenna, bowiem połapać się w tym morzu skomplikowanych szczegółowych jest naprawdę trudno. Normalnie w skład Grupy Operacyjnej wchodziły dwie wielkie jednostki, trochę oddziałów pozadywizyjnych, z marginalną rolą batalionów Obrony Narodowej. Na Śląsku wszystko było inaczej. Co prawda rzeczywiście gen. Jagmin Sadowski rozporządzał dwiema dywizjami piechoty, a to 23. katowicką i 55. rezerwową. Ale to tylko mylące nazwy. 55 DP rez. składała się wyłącznie z lokalnych batalionów Obrony Narodowej, które na Górnym Śląsku, inaczej niż w innych rejonach kraju, zostały zmobilizowane do stanu pełnych batalionów  rezerwowych. Z kolei pułki 23 DP wystawiały także czwarte bataliony, które po wybuchy wojny weszły w skład Oddziału Warownego. Oprócz tego istniał także batalion forteczny „Mikołów”, który tak naprawdę miał siłę pułku. Na dodatek w stanie na 1 września ugrupowanie bojowe wojsk polskich było niewąsko przemieszane i bataliony jednej dywizji były rozrzucone po całym terenie Śląska. Wszystko to razem decydowało o unikalnym, nietypowym charakterze wojsk broniących Śląska. Dzięki książce Jana Zielińskiego można sobie to wszystko wyobrazić.

    Ze Śląskiem wiąże się także poważna kontrowersja, która przez lata miała dzielić głównych uczestników wydarzeń. Chodzi mianowicie o decyzję gen. Szyllinga, dowódcy Armii „Kraków” o wycofaniu się ze Śląska w już w nocy z 2 na 3 września i porzuceniu całkiem rozległych fortyfikacji. Decyzję tę krytykował w swoich późniejszych wspomnieniach gen. Sadowski,  podobnie jak wielu komentatorów, na przykład  płk Porwit. Właśnie to postanowienie jest emocjonalną osią książki i od razu powiem, że autor rozumie, a nawet uzasadnia i tłumaczy trudną decyzję gen. Szyllinga. Smutek z porzucania skutecznie bronionego Śląska jednak pozostał. W tym kontekście tytuł książki Żołnierz nie odszedł bez walki… staje się zrozumiały.

    Gwoli wyjaśnienie wspomnianej kontrowersji dotyczącej ewakuacji całej Armii Kraków, dopowiedzmy tylko, że jej determinantą było zagrożenie podwójnego oskrzydlenia: od północy po rozbiciu 7 DP i utracie kontaktu z Armią „Łódź” i od południa, gdzie 10 BK płk. Maczka wraz z pułkiem KOP powstrzymywała cały niemiecki korpus pancerny.

    Do zasadniczych zalet książki należą szkice sytuacyjne wykonane przez gen, Sadowskiego, bardzo ułatwiają orientację i pomagają zlokalizować mniejsze oddziały.

    Jest to jedna z najciekawszych książek poświęconych wrześniowi 1939. Mimo zbeletryzowanej formy niesie spory ładunek wiedzy szczegółowej, bo Jan Zieliński należy do najlepszych znawców tej tematyki i jest godny zaufania nawet jeżeli nadał książce formę popularną, 10/10

    Jan Zieliński, Żołnierz nie odszedł bez walki…, Wydawnictwo Śląsk, Katowice 1981

  • Militaria

    Wspomnienia artylerzysty

    Stanisław Truszkowski, Mój wrzesień, recenzjaWspomnienia Stanisława Truszkowskiego mają kapitalne znaczenie dla zrozumienia kampanii wrześniowej. Wiele osób zadaje sobie pytanie, jak polska armia, bitna, dobrze wyszkolona, przygotowana do wojny tak sromotnie kampanię przegrała. Oczywiście, Niemcy posiadali przewagę ilościową i techniczną. Po ich stronie był czynnik zaskoczenia i bardzo sprzyjający układ granicy, umożliwiającej okrążenie wojsk polskich. Tej wojny nie można było wygrać i polscy sztabowcy zdawali sobie z tego sprawę, ale powinniśmy ją przegrać znacznie lepiej. Co zadecydowało o sromotnej klęsce? Przecież gdzieś po tygodniu walk, niezależnie od lokalnych sukcesów w obronie, wojna była strategicznie przegrana, a nasza obrona zdezorganizowana. Jakie czynniki na to wpłynęły?

    Z poziomu makro mniej więcej wiemy, jak do tej klęski doszło. Z poziomu mikro jest już gorzej. Dlaczego nawet lokalnie nie udało się ustabilizować naszej obrony?

    Stanisław Truszkowski był artylerzystą, dowódcą baterii w 1 pułku artylerii lekkiej przynależnym 1 Dywizji Piechoty Legionów. Zwłaszcza jego tom wspomnień Mój wrzesień jest z punktu widzenia tych pytań bardzo ciekawy. Kilka epizodów zasługuje na przytoczenie.

    Najbardziej wrył mi się w pamięć moment, kiedy jego dywizjon prowadził walkę artyleryjską z Niemcami. Nic nie było rozstrzygnięte. Wymiana ognia pozwalała przewidywać sukces. W tym momencie pojawił się nad polskim pozycjami niemiecki samolot rozpoznawczy, bezkarnie przeleciał na pułapie powyżej ognia polskich cekaemów przeciwlotniczych. Jest jasne, że posiadając takiego obserwatora, lada moment Niemcy wstrzelili się w pozycje polskiej artylerii i nastąpiła jej zagłada. Pozostała natychmiastowa ewakuacja, a polska piechota została bez wsparcia artyleryjskiego. Co z tego, że posiadaliśmy mniej więcej podobną artylerię, skoro nie mogła ona nawiązać równorzędnego pojedynku. Zadecydował jeden malutki samolocik obserwacyjny artylerii, któremu nie byliśmy się w stanie przeciwstawić. Zabrakło własnego lotnictwa myśliwskiego, a nawet jeśli jeszcze funkcjonowało lotnictwo armijne, to poza możliwością realnej łączności, zabrakło także efektywnej obrony przeciwlotniczej jednostek w polu. W efekcie, w tej potyczce, tak jakbyśmy artylerii nie mieli. To dużo tłumaczy.

    Drugi epizod dotyczył artylerii 41 DP rez. w boju pod Różanem. Mimo iż dywizja ta nie była w pełni zmobilizowana, to akurat pod Różanem dysponowała kilkoma bateriami artylerii i dobrze usytuowanym plutonem artylerii pozycyjnej. Jako improwizowany dowódca pojawił się tam Truszkowski i ze zdumieniem skonstatował, że nasza artyleria milczy. Zabrakło jej dowódcy, dywizja jak wspomniałem nie zakończyła mobilizacji i nie było obsadzone stanowisko dowódcy artylerii dywizyjnej, nie było zatem także rozkazów, wyznaczenia celów itd. Niemcy wybrali czas i miejsce uderzenia trafiając na nie przygotowane jeszcze do walki oddziały (późna mobilizacja). I znów, co z tego, że mieliśmy artylerię, nawet na niezłych pozycjach, jak organizowaliśmy jej strzelanie z dużym opóźnieniem i to pod ogniem. Zabrakło tylko jednego człowieka. Być może to brak efektywnego wsparcia polskiej obrony zadecydował o porażce pod Różanem?

    Wreszcie trzeci epizod. Artyleria 1 DP nie walczyła za często. Na szczęście, ponieważ w trakcie długiego odwrotu, straciła ona swoją kolumnę amunicyjną i bieżącego zapasu w jaszczach nie byłoby czym uzupełnić. Chaos ciągłego odwrotu, gubionych lub porzucanych taborów był losem wielu polskich jednostek. W efekcie dość często występowały braki w amunicji.

    Stanisław Truszkowski, Z dni pokoju i wojny 1921-1939, recenzjaSwój szlak bojowy Truszkowski zakończył na Lubelszczyźnie. Jego bateria była w komplecie, zdolna do boju, nawet posiadała niewielką, ale zawsze, ilość amunicji. Cóż tego, skoro cała 1 DP straciła już zdolność do walki i do przebijania się dalej na południe. Niemcy byli szybsi, nie pierwszy raz stawali na drodze odwrotu tej dywizji. Pod Kałuszynem jeszcze dywizja miała wystarczająco dużo sil, żeby zmieść niemiecki pułk, po następnych kilku dniach odwrotu i walki w okrążeniu nie miała już siły, żeby osłaniać i wykorzystywać własną  artylerię. Zawsze Niemcy byli przed nami i zagradzali drogę odwrotu. Nogi piechura przegrywały z niemieckimi samochodami i czołgami.

    Oprócz wspomnień wojennych Truszkowski napisał też ciekawe wspomnienia z okresu pokoju, zwłaszcza okres wileński w 1 DPLeg. daje sporo do myślenia.

    Stanisław Truszkowski, Mój wrzesień, LSW Warszawa 1959.

    Stanisław Truszkowski, Z dni pokoju i wojny 1921-1939, WMON Warszawa 1983.

  • Militaria

    Polski karabin przeciwpancerny, czyli o sukcesie słów kilka

    Michał Mackiewicz, Kb ppanc wz. 35, kb sp wz. 38M, pm Mors wz. 39, Wielki Leksykon Uzbrojenia Wrzesień 1939, t. 42 EdipresseKolejna nota również dotyczy Wielkiego Leksykonu Uzbrojenia. Tym razem o tomiku poświęconemu polskiemu karabinowi przeciwpancernemu i prototypom innego uzbrojenia strzeleckiego.

    Zainspirował mnie do napisania tej notki jeden szczegół związany z projektem polskiego karabinu przeciwpancernego. Jak wiadomo projekt samego karabinu wykonał inż. Józef Maroszek. Był on absolwentem Politechniki Warszawskiej na kierunku uzbrojenie Wydziału Mechanicznego tej uczelni. Stworzenie tego kierunku zostało zainspirowane przez polskie władze wojskowe. Maroszek studia ukończył w 1932 roku pisząc prace dyplomową o uproszczeniu technologicznym karabinka wz. 29 (czyli wersji rozwojowej znanego Mausera). Już w roku 1935, a więc trzy lata od ukończenia studiów inż. Maroszek stworzył doskonały prototyp nowej broni zaakceptowany przez Komitet do Spraw Uzbrojenia i Sprzętu (znany jako KSUS). Zamknął się w ten sposób cały cykl planowania wojskowego.

    Najpierw stworzono nowy kierunek studiów mający wykształcić nowe kadry dla polskiego przemysłu wojennego. Potem kierunek ten kończyli wybitni, jak widać, inżynierowie. Jeszcze później ci inżynierowie przerośli swoich mistrzów i projektowali nowe składniki uzbrojenia. Ten wieloetapowy cykl zamknął się w przeciągu kilkunastu lat odrodzonej Polski, która startowała w niepodległość nie posiadając żadnego przemysłu materiałów wojennych, nieliczne, przypadkowe kadry odziedziczone po zaborcach, żadnego doświadczenia, żadnego zaplecza projektowego. Startując z punktu zero wykształcono młodą kadrę inżynierską, zainspirowano nowe projekty, zbudowano zakłady wytwórcze materiałów wybuchowych, amunicji, karabinów i sporo innych. W kilkanaście lat. A było to jeszcze przed rozpoczęciem prac nad Centralnym Okręgiem Przemysłowym.

    Warto w tym miejscu dodać, ze projektu karabinu przeciwpancernego był projektem interdyscyplinarnym. Rdzeń sukcesu tkwił w specjalnie przygotowanej amunicji. Dla amunicji z kolei kluczowy był materiał wybuchowy miotający pocisk. Trzeba było wymyśleć coś zupełnie nowego i to zrobiono. Stworzono cząsteczkę prochu nitrocelulozowego o ziarnach trójkanalikowych. Zwiększało to progresywność prochu, czyli w miarę upływu czasu proch palił się coraz szybciej, dając szybki potężny wybuch, umożliwiający pociskowi osiągniecie ogromnej prędkości początkowej ok. 1300 m/s. W Skarżysku, w Fabryce Amunicji skonstruowano odpowiednia łuskę wytrzymującą ponadstandardowe przeciążenie. Na końcu skonstruowano karabin, efektywny i prosty w obsłudze, o czym powyżej.

    Łza się w oku kreci, jak porównać to z dorobkiem aktualnego 25-lecia.

    Michał Mackiewicz, Kb ppanc wz. 35, kb sp wz. 38M, pm Mors wz. 39, Wielki Leksykon Uzbrojenia Wrzesień 1939, t. 42 Edipresse Warszawa 2014.

  • Militaria

    Wspomnienia Kuropieski, oficera sztabu

    Józef Kuropieska, Wspomnienia oficera sztabu, 1934-1939

    Wspomnienia Kuropieski, oficera sztabu

    Bardzo ciekawa lektura, konieczna dla wszystkich interesujących się przedwojennym wojskiem i kampanią wrześniową. Najciekawsze fragmenty dotyczą studiów w Wyższej Szkole Wojennej, służby w sztabie 22 DP Górskiej dowodzonej w latach trzydziestych przez gen. Borutę Spiechowicza oraz kampanii wrześniowej, podczas której Kuropieska był oficerem sztabu GO „Bielsko” składającej się z 6 DP gen. Bernarda Monda (Kraków), 21 DP Górskiej gen. Józefa Kustronia (Bielsko) i 45 DP rez., która ostatecznie do grupy nigdy nie dotarła.

    Cenny w tych wspomnieniach jest opis studiów w WSWoj. Otrzymujemy dość dokładny schemat całych kształcenia oficerów podyplomowych. Także wiele szczegółów związanych z poszczególnymi ich elementami, jak np. podróże polowe, podczas których kursanci mieli do swojej dyspozycji cały pociąg. Do tego dochodzą interesujące portrety wykładowców. Ciekawe, że do najinteligentniejszych zaliczał się płk Mossor, skądinąd bliski współpracownik gen. Kutrzeby. Kiedy jednak przyszło do działań sztabowych imitujących warunki realne, Mossor wypadł dość słabo.

    Z czasów służby w sztabie 21 DP Gór. najciekawsze są informacje o szkoleniach, za przygotowywanie których był właśnie odpowiedzialny Kuropieska. Uderza brak szkoleń przeciwpancernych, a te, które się odbywały niejako „na sucho”, bez obecności czołgów, były dość żenujące. Żołnierzy mianowicie instruowano, że sposobem na powstrzymanie czołgu jest strzelanie w jego przezierniki obserwacyjne. Nic dziwnego, że w czasie walk, spotkanie z czołgami, zwłaszcza w pierwszych dniach kampanii, wzbudzało przerażenia i popłoch. Na ćwiczeniach bowiem nigdy z taką sytuacją nie mieli do czynienia.

    Druga sytuacja też dotyczyła broni pancernej, tym razem chodziło o ćwiczenie aplikacyjne, polegające na tym, że polska dywizja piechoty jest atakowana przez radziecki korpus zmechanizowany. Ćwiczenie obnażyło słabość polskiej obrony i brak przygotowania dowódców do takiej sytuacji. Ostatecznie skończyło się kontynuowaniem obrony, ale z założeniem wsparcia odwodu przeciwpancernego lub czołgowego z poziomu dowództwa armii. Trzeba tylko dodać, że w tamtym czasie (1937 rok) pułk posiadał 3 działka ppanc. 37 mm i nie istniała dywizyjna kompania ppanc. Co ciekawe, przyczyną tego ćwiczenia było zalecenie MSWoj., aby w roku 1937/1938 przeprowadzić ćwiczenia z założeniem obrony przed uderzeniem pancernym. Dodajmy tylko, że owo zadanie szkoleniowe ujawniło poważną trudność w przemieszczaniu jednostek przeciwpancernych, bynajmniej nie z racji na ich ilość, ale z powodu trakcji konnej wrażliwej na ostrzał przeciwnika.

    Opinie Kuropieski na temat organizacji dowodzenia w grupie operacyjnej dają dużo do myślenia. Inaczej niż w innych przypadkach, dowództwo grupy zostało zorganizowane już w kwietniu, nie była to zatem, jak w większości przypadków grupa improwizowana. Cóż z tego skoro dowódca grupy nie miał żadnych uprawnień dowódczych wobec podległych mu jednostek, żadnego budżetu, czyli jak wtedy się mówiło, żadnych „kredytów”, a zadanie miał zarysowane bardzo ogólnikowo. Wbrew jednak „czarnowidztwu” udało się pozycję śląską całkiem nieźle przygotować do wojny.

    W ogóle czytając te wspomnieniami miałem nieodparte wrażenie, że ich autor się zwyczajnie „mądrzy” udzielając po fakcie różnych dobrych rad i poddając w wątpliwość wiele ówczesnych decyzji. Tak było w odniesieniu do decyzji wycofania się ze Śląska, którą zdecydowanie krytykował jako przedwczesną, nie podzielając zaniepokojenia dowódcy armii sytuacją pod Pszczyną. Niestety niskie stanowisko w hierarchii dowodzenia i brak zainteresowania studiami nad sytuacją Armii „Kraków” w pierwszych dniach września prowadziła go do błędnych wniosków. Istotnym powodem wycofania się Armii „Kraków” z pozycji śląskiej nie była porażka pod Pszczyną, ale groźba obustronnego okrążenia Armii. Tego nie było widać ze sztabu GO „Bielsko”, nie przeszkadzało to jednak w ferowaniu zdecydowanych sądów. Przedwczesnych.

    Stałą manierą Kuropieski jest krytykowanie wszystkich oficerów liniowych, zwłaszcza generałów. Nawet tym których lubi, jak Borutę-Spiechowicza, przypina jakąś łatkę, w przypadku tego ostatniego tym to mniej eleganckie, że Borucie ma dużo do zawdzięczania. Generał bowiem ściągnął go na szefa III Odziału sztabu swojej Grupy Operacyjnej, mimo iż był w dopiero w randze kapitana (oczywiście dyplomowanego). Przedtem był I oficerem sztabu 22 DPG, którą dowodził wtedy też gen. Boruta-Spiechowicz. Boruta dawał mu dużo samodzielności, cenił jego zdanie, często podążał za jego radami.

    Być może wpływ na oceny Kuropieski miało jego stanowisko generalskie w LWP, które niejako z urzędu nakazywało krytycyzm wobec przedwojennego wojska. Nakazuje to z ostrożnością podchodzić do jego sądów.

    Lekturą poważnie utrudnia brak jakiegokolwiek indeksu.

    Józef Kuropieska, Wspomnienia oficera sztabu, 1934-1939, WMON Warszawa 1972