• Książki

    Przerzut nazistów do Argentyny

    Uki Goni, Prawdziwa Odessa. Jak Peron sprowadził hitlerowskich zbrodniarzy do Argentyny, Replika, Zakrzewo 2016Książek o ukrywających się zbrodniarzach hitlerowskich powstało mnóstwo. Wszystkie jednak były pisane z perspektywy europejskiej. W języku polskim jest to bodaj pierwsza książka, która prezentuje inne spojrzenie. Autor dość wnikliwie przedstawia jak to się stało, że Argentyna za rządów Perona była zainteresowana ściąganiem do siebie nazistów po przegranej przez nich wojnie. Peron po prostu wykorzystywał nazistów, a także Niemców w ogóle, do budowy kompetencyjnego wsparcia dla swoich rządów. Szczególna zasługą Goniego jest przedstawienie szczegółów współpracy Argentyny z Niemcami w czasie wojny, kto i kiedy jeździł do Niemiec, a także w odwrotną stronę – co robili Niemcy w Argentynie.

    Warto dodać, że Argentyna w czasie wojny nie była zainteresowana w ewakuacji z Niemiec swoich obywateli pochodzenia żydowskiego. Niemcy tę grupę wyłączyli z Holocaustu (we wszystkich okupowanych krajach[1]), a Ribbentrop wręcz naciskał dyplomatów argentyńskich, aby przedsięwzięli jakieś kroki ewakuacyjne. Bezskutecznie. Ostatecznie zostali uwięzieni/internowani w Bergen Belsen, gdzie – jeśli przeżyli klęskę głodu z ostatnich tygodni wojny – to doczekali wyzwolenia. Trafili do tego obozu zresztą dopiero po tym, jak Argentyna zerwała w styczniu 1944 roku stosunki dyplomatyczne z III Rzeszą.

    Osobny rozdział autor poświęcił wymuszaniu na Żydach okupu. Mianowicie Niemcy prowadziły politykę zezwalania na wyjazd Żydom, którzy wpłacą 100 tys. franków szwajcarskich okupu, a nie stanowią zagrożenia dla bezpieczeństwa Rzeszy (miano wyłączać z tej procedury np. osoby wykształcone, jako groźne dla Niemiec). Co ciekawe Londyn i Waszyngton potępił wyłudzanie okupu, ale też zakomunikował „Ostrzegamy osoby (…), które zapłacą okup, że w ten sposób narażają się one na bycie uznanym za naszego wroga.” (s. 88) Próbowano też stworzyć „czarną listę” zarówno szantażystów jak i ofiar wpłacających okup. Brytyjska ambasada w Buenos Aires podjęła działania w tym kierunku i ostrzegała przed przykrymi reperkusjami osoby, które miały wpłacić haracz za uwolnienie swoich rodzin pozostających w Europie. W tym kontekście warto byłoby umieścić aferę Hotelu Polskiego.

    Jak we wszystkich książkach o przerzucie nazistów pojawia się wątek Kościoła. Uke Goni jednoznacznie stwierdza, że Watykan wspierał tę akcję. Budzi to jednak poważne wątpliwości. Nazwiska ciągle są te same, żadnych nowości. Trzeba zatem zwrócić uwagę, że zawsze w tym kontekście przywoływany bp Alois Hudal nie był związany z Watykanem. Piastował jedynie funkcje proboszcza rzymskiego kościoła Santa Maria dell’Anima, a jego działania służące organizowaniu ucieczek dla nazistów nie były wspierane ani przez Watykan, ani przez papieża Piusa XII – tutaj sprawa jest jasna, nie ma nawet cienia śladów takiego wsparcia. Natomiast warto zauważyć, że – paradoksalnie – działania Hudala wpierali Amerykanie, a to mianowicie w ten sposób, ze dofinansowywali charytatywną organizację Papieska Komisja Pomocy, której sekcją austriacką kierował Hudal. Najpewniej czynili to nieświadomie.

    Możemy się tylko domyślać, że w morzu pomocy humanitarnej dla uchodźców, w tym także niemieckich i austriackich, Hudal przemycał także zbrodniarzy hitlerowskich i wątpliwe, aby w tej akcji ktoś poważny go świadomie wspierał. Wtedy nie było jasne, kto jest zbrodniarzem, a kto nie. Zresztą dzisiaj też nie jest. Uke Goni hojnie szafuje etykietami „zbrodniarz”, „morderca” „nazista”. A zalicza do tej kategorii na przykład współpracownika bp. Hudala kapitana Abwehry Reinharda Kopsa, który pod koniec wojny był ścigany przez SS za to, że w październiku 1944 roku uchronił na Węgrzech przed deportacją 25 Żydów wydając im fałszywe dokumenty tożsamości potwierdzające, że są członkami jego jednostki wywiadowczej. Rzeczywiście zbrodniarz i nazista. Podobnie zresztą został potraktowany Hans Rudel, niemiecki as Luftwaffe, który jako pilot Ju 87 Stuka zniszczył najwięcej sowieckich czołgów na froncie wschodnim. Skoro dzisiaj w zapale tropicielskim można dokonywać takich nadużyć, to czy można się dziwić, że w odwrotną stronę dokonywano ich w latach czterdziestych? Taka przesada terminologiczna nie służy sprawie: podważa wiarygodność autora i w odcienie szarości spycha prawdziwych zbrodniarzy, którzy uniknęli odpowiedzialności.

    Jak we wszystkich książkach na ten temat mnóstwo miejsca zajmuje pomoc dla chorwackich kolaborantów organizowana przez księdza Krunoslava Draganovica. Do wywodów Goniego trzeba jednak wtrącić, że Chorwaci nie potrzebowali wparcia Watykanu. Najprawdopodobniej dysponowali ogromnymi zasobami złota wywiezionymi z Chorwacji pod koniec wojny.

    Na koniec warto dodać, że niekiedy akcje ewakuacji nazistów do Argentyny wspomagali alianci. Dotyczyło to nie tylko ustaszy. Na przykład Klaus Barbie (znany z późniejszego procesu gestapowiec z Francji) został dostarczony do Draganovica przez wywiad amerykański, z którym po wojnie współpracował jako antykomunistyczny ekspert, a nawet zapłacono za jego przerzucenie do Ameryki Południowej. Tylko co ma do tego Watykan?  A może chodzi o szukanie sensacji, co jest podstawą pracy dziennikarzy, a może o antykościelne obsesje (na to wskazywałoby używanie terminu „funkcjonariusze Kościoła katolickiego).[2]

    Kilka słów należy się tłumaczeniu. Czegoś tak żałosnego dawno nie miałem w ręku. Przyzwyczaiłem się już, że tłumacze z tupetem podchodzą do swego zadania i często nie mają żadnej wiedzy na temat meritum tłumaczonych książek. Nawet mnie nie oburza, że nie próbują jej zdobyć na poziomie elementarnym zabierając się za tłumaczenie. Zatem nie dziwi, że tłumaczka nie wie, że stopni SS nie tłumaczy się na polski (pozostaje Sturmbannführer a nie major SS), bo do żadnej książki nawet nie zajrzała (o czytaniu nie wspomnę). Natomiast przypisywanie biskupowi Hudalowi narodowości australijskiej (s. 150) zamiast austriackiej, czy traktowanie zakonu salezjańskiego jako armii salezjańskiej  (s. 262) jest żenujące. Czerwona linia została jednak przekroczona, gdy powszechnie znany instytut Yad Vashem został potratowany jako człowiek (!!!), autor przytaczanych koncepcji: „cytuje Yada Vashema” (s. 380, przypis 108). To jest po prostu haniebne i wskazuje, że tłumaczka nie tylko nie powinna brać udziału w wytwarzaniu dóbr kultury, ale że świadectwem maturalnym posługuje się w sposób nie uprawniony.  Zwykle nie „jadę” po nazwiskach tłumaczy, ale w tym wypadku zrobię wyjątek: pani Ewa Androsiuk-Kotarska dostaje czerwoną kartkę. Oczywiście Wydawnictwo Replika do tych żałosnych błędów także się przyczyniło, bo książka ma redaktorkę i korektorki, które też nigdy nie słyszały o instytucie Yad Vashem, boję się pomyśleć, że może wydaje im się, że poznały pana Yada Vashema.

    Mimo wskazanych powyżej zastrzeżeń książka zdecydowanie warta przeczytania, bo pokazuje mechanizmy polityczne w Argentynie, które doprowadziły do stworzenia kanału ewakuacyjnego dla hitlerowców. Przedstawia także w szczegółach całą organizację tych przerzutów. Biorąc pod uwagę wiele mielizn, przypadkowych informacji, nieuzasadnionych uogólnień  i poważne wpadki w tłumaczeniu i redakcji oceniam na 5/10.

    Uki Goni, Prawdziwa Odessa. Jak Peron sprowadził hitlerowskich zbrodniarzy do Argentyny, Replika, Zakrzewo 2016, s. 464.


    [1] Tutaj ciekawy jest watek polski. W lipcu 1943 r. w Krakowie pozostała grupa 59 „Argentyńczyków narodowości żydowskiej” (s. 76). Ambasada argentyńska w Berlinie stwierdziła, że posługują się oni sfałszowanymi dokumentami i odmówiła im jakiejkolwiek pomocy.

    [2] Na charakter antykatolickiej obsesji pośrednio wskazuje także następujący fakt: Goni lokalizuje punkt przerzutowy nazistów miedzy innymi w Genui i tam domniemuje wsparcia lokalnych władz kościelnych, nie zauważa przy tym, cała kuria z arcybiskupem na czele wcześniej zajmowała ssie na dużą skalę pomocą i przerzutem prześladowanych Żydów, za co kard. Boetto, abp Genui został nagrodzony tytułem „Sprawiedliwy wśród narodów świata”

    

  • Książki

    Bobkowski, chuligan wolności

    Bobkowski, Tobie zapisuję Europę. Listy do Iwaszkiewicza, okładka

    Zaciekawił mnie Bobkowski, facet całkowicie niezależny i wolny, swojego rodzaju chuligan wolności. Opuścił Francję i udał się w nieznane, do Gwatemali, chcąc opuścić intelektualny grajdołek pogrążony w koteryjności i intelektualnej pozorności. Jak napisał w jednym z listów:

    Co do tzw. kultury, którą opuszczam, to ostatnio tak zacząłem ją mieć gdzieś, że nie ma we mnie żadnego żalu. Może to coś w rodzaju uczucia, a raczej potrzeby, jaką odczuwa panna ze starej, arystokratycznej rodziny, do puszczenia się z jurnym, dołkowatym szoferem. Obawiam się jednak, czy nie pochlebiam sobie zanadto tym porównaniem.[1]

    Za wolność płaci się cenę – żył w Gwatemali z produkcji modeli latających, pisał niewiele odcięty od swojego naturalnego środowiska. Pozostał jednak wierny sobie i całkowicie osobny, ale wart czytania. Jego twórczość przezywa swoisty renesans, są wznawiane najlepsze Szkice piórkiem, ukazało się kilka tomów listów i mniejszych utworów. Najlepsze prace powstały jednak w Europie, czy za wolność nie zapłacił za wysokiej ceny?

    Wracając do tomu listów, dużą przyjemność sprawił mi przedstawiając fatalną opinię o wydrukowanym pierwszym fragmencie Popiołu i diamentu.

    Przerażony byłem fragmentem jakiejś nowej powieści Andrzejewskiego. Potworne. Co to się wyprawia, jak można w ogóle tak pisać, jeżeli ma się ambicje bycia czymś więcej niż Norden. Smutne. Ponure.[2]

    On to widział już w 1948, a w Polsce Popiół i diament był na liście lektur szkolnych jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, a film Andrzeja Wajdy dziś nawet uchodzi za arcydzieło, skrzętnie powtarzane w TV. Nie przeszkadza tej dziwnej legendzie nawet wiedza, w jaki sposób owa potwornie stronnicza książka powstała, a powstała na zamówienie Urzędu Bezpieczeństwa na podstawie materiałów dostarczonych autorowi z tej ponurej instytucji, nie świadczącej zwykle byle komu usług mecenatu literackiego.

    Dlaczego on to widział od razu, a profesorowie od literatury nie zauważyli tego nawet po kilkudziesięciu latach? Bo był niezależny, poza koteriami, nie musiał liczyć się z opiniami środowiska, od którego nie był uzależniony, ani finansowo, ani opiniotwórczo. I dlatego warto go czytać. 7/10.

    Andrzej Bobkowski, Tobie zapisuję Europę. Listy do Jarosława Iwaszkiewicza, Biblioteka „Więzi” 2009.


    [1] s. 84.

    [2] s. 70.

  • Książki

    Zuchniewicz i Domosławski o Janie Pawle II, Terlikowski i Górny o Hiszpanii w czasach Zapatero

    okładka książki Wujek Karol, recenzjaKsiążka Zuchniewicza ma wiele cech podróży sentymentalnej przypominającej zarówno dość dobrze znane momenty z życia Karola Wojtyły (jak np. ten o nominacji biskupiej, która zastała go na spływie), jak również zawiera elementy całkowicie nowe, jak historię o pierwszym wypadzie w góry z młodzieżą, gdy  pojechał w Tatry sam ze studentkami, ryzykując, że stanie się to przedmiotem plotek. Od początku miał charyzmę i charakter.

    Największe jednak wrażenie zrobiła na mnie historia Rudolfa Hössa (komendanta Oświęcimia), który ostatni czas przed egzekucją spędził w wadowickim więzieniu. Poprosił wtedy o posługę księdza mówiącego po niemiecku i wskazał konkretnie na jezuitę, o. Władysława Lohna, którego poznał w nietypowych okolicznościach, mianowicie ów jezuita próbował dostać się podczas okupacji do obozu, aby udzielić pomocy swoim uwięzionym współbraciom. Został złapany i stanął przed komendantem obozu. Być może doskonała znajomość języka niemieckiego sprawiła, że został puszczony wolno. W 1947 roku Höss sobie o tym przypomniał. Wyspowiadał się i chciał przyjąć komunię. Po wymordowaniu kilku milionów ludzi, jak gdyby nigdy nic, i to w Wadowicach, gdzie wraz z wiatrem dochodził słodko-mdły zapach palonych ciał. Teologicznie rzecz jest prosta, po ludzku budzi jednak zastanowienie…

    To tylko próbka materiałów wspomnieniowych, na zachętę. Zuchniewicz jest bardzo dobrym i wyważonym dziennikarzem, umie także pisać zajmująco. Podwyższa to ocenę książki, która spokojnie zasłużyła sobie na 9/10.

    Z dużymi nadziejami sięgnąłem po pracę Artura Domosławskiego opromienionego blaskiem po swoim opus magnum, czyli biografii Kapuścińskiego. Książka jest sprzed paru lat, ale na obrzeżach rynku księgarskiego ciągle jest dostępna, stąd warto coś o niej napisać.

    Nokładka Chrystus bez karabinu, recenzjaa duży plus zaliczam autorowi, ze stworzył dość kompetentne teksty, nakierowane na ciekawe problemy, ale przede wszystkim pozbawione hagiografii. Warto czytać Zuchniewicza z sympatycznymi wspominkami, ale obok tego warto chyba również zapoznać się z analizami pisanymi na chłodno, w których nie unika się na przykład referowania krytycznych opinii na temat nauczania papieskiego zestawionych z tymże nauczaniem, a nawet jego kontekstem społecznym. Dobrze, że Domosławski napisał książkę niezależną, co w kontekście polskiego uwielbienia dla „naszego” Papieża było rzeczą dość trudną. Najłatwiej jest po prostu opowiedzieć się po którejś ze stron i przyłączyć się do batalionów szturmujących wraże pozycje. Oddać się zaś spokojnej analizie i pozostać na pozycjach pojedynczych wymagało pewnej odwagi.

    Książka składa się z trzech części: Jan Paweł II wobec teologii wyzwolenia i sytuacji społecznej w Ameryce południowej (to część najciekawsza), Jan Paweł II wobec głównych kontrowersji teologicznych i wreszcie trzecia podsumowująca pielgrzymki naszego papieża do Polski (ta zupełnie najsłabsza, chyba widzieliśmy różne wizyty JP II).

    Poznawczo najwięcej zawdzięczam rozdziałowi południowoamerykańskiemu, na który składają się opisy pielgrzymek papieskich na ten kontynent, stanowisko Watykanu w sprawie najbardziej istotnych problemów społecznych (bieda, dyktatury, represje, nierówności), w skrócie, ale niestety też w dużym uproszczeniu, przedstawianych jako spór wokół teologii wyzwolenia. Najciekawszy był tutaj opis pielgrzymek apostolskich do poszczególnych krajów, a podczas niektórych z nich (np. w Nikaragui pod rządami sandinistów, czy na Kubie), sprawne zastępy prorządowe przerywały homilie skandując swoje hasła, a place, na których odbywała się msza św. były otoczone lewackimi bilbordami polemicznymi wobec nauczania papieskiego. Poza tym w kilku krajach Kościół był wplątany w rzeczywistości par exellance  polityczne. Ten kontekst sporo wnosi do zrozumienia znaczenia słów wypowiadanych przez Jan Pawła II.

    Sporo wątpliwości budzi natomiast  sposób, w jaki  interpretowane jest przez Domosławskiego samo nauczanie papieskie, a przecież to właśnie jest istota książki. Po pierwsze z bliżej nieznanego powodu autor głównie posiłkuje się opiniami lewicowych komentatorów pontyfikatu Jana Pawła II. Do zupełnych pomyłek zaliczam powoływanie się na Tada Szulca, jako głównego autorytetu w tych sprawach. Z dostępnych w Polsce jego prac, można raczej wnosić, że jego orientacja w sprawach kościelnych jest powierzchowna i bardzo stronnicza. Po wtóre Domosławski tak skoncentrował swoją refleksję na polemice papieskiej z niektórymi aspektami teologii wyzwolenia (a nie z jej całością!), że nie zauważył procesów, które działy się równolegle. Zwłaszcza mam tutaj na myśli głęboką reorientację głównego nurtu teologii watykańskiej w kierunku opcji na rzecz ubogich, która przez dziesięciolecia uchodziła za sztandarowe hasło skrzydła lewicowo-progresywnego w Kościele. Umieszczenie biednych w centrum troski Kościoła, więcej, postrzegania Kościoła, jako zbudowanego wokół ubogich oznaczało fundamentalna zmianę w nauczaniu watykańskim. Głębokość tej zmiany dostrzeżemy, jak popatrzymy wstecz o 50, 80 lat. To nie prawda, że Jan Paweł II zostawił nędzarzy Ameryki Południowej swojemu losowi. Zaproponował jedynie rozwiązanie inne, niż ci teolodzy wyzwolenia, którzy opierali się o marksizm.

    Podsumowując – książka Domosławskiego jest bardzo ciekawa, warta przeczytania, ale wymaga od czytelnika krytycznej lektury. Mimo, iż z wieloma tezami w niej zawartymi się nie zgadzam, to za odwagę i niezależność sądu zaliczam do moich sił sensu i finalnie oceniam na 7/10.

    okladka Terlikowski Bitwa o Madryt, recenzjaKolejna książka to Bitwa o Madryt. Jest to zbiór sześciu rozmów z katolickimi intelektualistami hiszpańskimi, na temat przyczyn, przebiegu i skutków moralnej rewolucji José Louisa Zapatero nadającej Hiszpanii skrajnie libertyński kurs. Jak mogło dojść do takiej sytuacji w kraju, gdzie Kościół wydaje się być istotną siłą sprawującą „rząd dusz”.

    Najbardziej prawdopodobna odpowiedź, to utrata przez Kościół hiszpański zaufania społecznego po okresie sojuszu ołtarza z tronem w epoce dyktatury Franco. Po przejściu kraju do demokracji Kościół, w pewnym zawstydzeniu, wycofał się z aktywności społecznych i wobec Zapatero zabrakło mu możliwości zmobilizowania opinii publicznej przeciwko lansowanym zmianom.

    Bardzo ciekawe są też kulisy wygrania przez José Louisa Zapatero wyborów w roku 2004. Do ostatniej chwili traktowany był jako słabeusz, który prowadzi właśnie lewicę do przegranej i po wyborach będzie musiał oddać ster w partii. Jak pamiętamy zamachy bombowe na pociągi w Madrycie na kilka dni przed głosowaniem odwróciły kartę i Hiszpanie po ich wpływem zdystansowali się od José Marii Aznara. Po pewnym czasie ujrzały światło dokumenty planistyczne Al-Kaidy, w który przewidywali dokładnie taki bieg wydarzeń: zamachy, osłabienie popularności Aznara, zwycięstwo Zapatero, wycofanie się Hiszpanii z koalicji antyterrorystycznej. Okazało się, że naiwnie zakładali, że do realizacji planu będą musieli wykonać całą serię zamachów. Wystarczył jeden i Hiszpania wypadła z gry.

    Książka Górnego i Terlikowskiego jest małych rozmiarów, szybko się ją czyta, a dostarcza porcji bardzo ciekawych informacji na temat współczesnej Hiszpanii i nie stroni od niestandardowych komentarzy, przez co zasługuje na dopisanie do sił sensu – 8/10

    Paweł Zuchniewicz, Wujek Karol. Kapłańskie lata papieża, Prószyński i S-ka 2008; Artur Domosławski, Chrystus bez karabinu. O pontyfikacie Jana Pawła II, Prószyński i S-ka 2005. Grzegorz Górny, Tomasz P. Terlikowski, Bitwa o Madryt, Wydawnictwo Fronda 2010.

  • Książki

    Na granicy McGillowaya i Wichura w Hawanie Padury

    Postać policjanta w powieściach kryminalnych to zwykle samotny, twardy, zdeterminowany facet, z kłopotami małżeńskimi, najczęściej szukający ukojenia w alkoholu pochłanianym hektolitrami, co powoduje, że poranki spędza na leczeniu gigantycznego kaca i do życia przywracają go emocje prowadzonego śledztwa. Irlandzki inspektor Devlin jest całkowitym zaprzeczeniem tego obrazu – ma kochającą żonę i dwójkę dzieci, którym stara się poświęcać jak najwięcej czasu. Troskliwie zajmuje się psem i – co trudne do wyobrażenia – nie pije ani nie zalicza napataczających się panienek. Zapewniam, nie jest przez to mniej interesujący.

    McGilloway Na granicy okładka recenzjaCzytam McGillowaya ze wzrastającą przyjemnością, sięgającą tak daleko, że sam nie rozumiem, co mogło pociągać mnie na przykład w przypadkach komisarza Eberharda Mocka, wykreowanego przez Krajewskiego, który rzadko kiedy trzeźwieje, w gruncie rzeczy torturuje podejrzanych, nie przepuszcza żadnej atrakcyjnej dziewczynie. Devlin po nokautującym uderzeniu w twarz zatrzymywanego właśnie kryminalisty, ma tak daleko posunięte wyrzuty sumienia, że czuje potrzebę spowiedzi. Jak odległe to jest od lansowanych wzorów twardzieli, ale też jak ożywcze dla czytelników, bo zmuszające do zastanowienia, co na prawdę nas fascynuje i dlaczego dajemy się uwodzić takim brutalom. Kompensacja?

    Na dodatek fabuła kryminalna u McGillowaya jest wciągająca. Zaczyna się od dwóch morderstw, pozornie ze sobą niepowiązanych. Rozwiązanie zagadki tkwi w niewyjaśnionym zniknięciu prostytutki sprzed blisko trzydziestu lat. Śledztwo komplikuje dodatkowo fakt, że w morderstwa zaplątany jest któryś z policjantów pracujących w grupie Devlina. Tropy prowadzą jednak do kilku osób. Która z nich reguluje stare porachunki? Nie zdradzę za dużo, jak powiem, że ta najmniej podejrzana.

    Bardzo polecam, ocena 9/10.

    Lenardo Padura, Wichura w Hawanie, okładka recenzjaW sprawie tej książki dałem się zwieść, ale na szczęście nie uwieść. Po kilku dobrych recenzjach ją nabyłem i wziąłem się za lekturę. Co tu dużo mówić, rozczarowanie już od pierwszych stron. Padura prawidłowo zdiagnozował, że czytelnicy oczekują od kryminału czegoś więcej niż tylko ciekawej intrygi, musi to być dobra literatura z interesującymi postaciami. Stworzony przez Padurę inspektor Mario Conde snuje więc rozważania o życiu w ogólności, o swoim w szczególności, o losie swojego sparaliżowanego przyjaciela. Próbuje poderwać atrakcyjną dziewczynę. Inspektor przynależy do typu refleksyjnego samotnika, pije bez przerwy i czuły jest na zmysły niewieście. Problem tylko w tym, że autor realizuje swoje założenia na poziomie żenującym. Brak w jego pisarstwie jakiejkolwiek finezji, oryginalności. Wynurzenia na tematy egzystencjalne są zwyczajnie banalne, nieciekawe i trącą grafomaństwem. Wątek miłosny sprawia wrażenie wciśniętego na siłę, a na dodatek intryga kryminalna jest nie najwyższych lotów. Krótko mówiąc rozczarowanie nie warte dłuższych rozważań. Miało być lekko, łatwo, ciekawie i przyjemnie, a wyszło miałko i nużąco. Ocena 3/10

    Brian McGilloway, Na granicy, Amber 2009; Leonardo Padura, Wichura w Hawanie, Znak 2009