Książki

Naciąłem się na Susan Sontag

Susan Sontag, Odrodzona. Dzienniki, tom 1 1947-1963, okładka, recenzja

 

 

 

 

 

 Nie mam ambicji do nadążania za wszystkimi współczesnymi trendami w literaturze. Zajrzałem jednak do 10 najlepszych książek 2012 tygodnika „Wprost” i coś mnie skusiło, aby poprawić swoją ogólną orientację i jednak ponadążać… Z książek kompletnie mi nieznanych książek wybrałem Dzienniki Susan Sontag. Wypada wiedzieć, co pisała słynna intelektualistka. Ilu ciekawych rzeczy się dowiedziałem!

 Zacznijmy od rzeczy grubych. Swoje dzienniki autorka rozpoczyna od wyznania wiary. Warto je zacytować, aby wiedzieć, co tak zafascynowało Piotra Koftę, krytyka literackiego „Wprost”

Wierzę
– że nie ma boga osobowego ani życia po śmierci
– że najbardziej godna pożądania jest możliwość bycia szczerą wobec siebie
– że jedynym kryterium oceny naszych działań jest to, czy stajemy się dzięki nim bardziej szczęśliwi czy nieszczęśliwi
– wierzę ponadto, że państwo (…) powinno zarządzać bankami, kopalniami + transportem, subsydiować sztukę, zapewnić godną płacę minimalną oraz wsparcie osobom niepełnosprawnym i starym (…)

Mój komentarz do tej deklaracji jest następujący. Wiara jest łaską, jedni ją mają inni nie. W tym nie ma nic dziwnego. Przychylam się jednak do zdania, że pełny, konsekwentny ateizm jest niemożliwy, pytanie tylko, w co się wierzy, jeżeli nie w Boga (niezależnie od konfesji). Susan Sontag jest tej zasady najlepszym przykładem. Ona wierzy w Państwo, któremu nadaje w swojej koncepcji kolosalne uprawnienia. Taki zakres kompetencji przydawanych państwu w Europie jest rzadki, a w ówczesnych Stanach Zjednoczonych, kraju o głębokich i fundamentalnych tradycjach wolnościowych, występował incydentalnie. O takim pomyśle, aby państwo było właścicielem banków i kopalni – nigdy poza koncepcją tej Pani nie słyszałem (z wyjątkiem realnego socjalizmu oczywiście). Opowiadanie jednak oczywistych bzdur nie przeszkadza, aby jej autorkę uważać za wybitną intelektualistkę.

Równie ciekawe jest spostrzeżenie, że najwłaściwszą rzeczą jest bycie szczerą wobec siebie. To klasyka postmodernistyczna. Odmianą tej myśli jest bodaj najnośniejsze hasło w tym obszarze – „Keep Your Lifestyle”. Być szczerą wobec siebie i pielęgnować odmienność własnej osobowości jest w ogóle dobrze. Tylko co dalej z myśli wynika? Nic. Bo każda osobowość jest równie dobra, podobnie jak każdy styl życia i każde przekonanie etyczne. Nie ma żadnych norm, żadnej spójnej etyki. Każdy sam sobie ustala własne normy i żyje według nich. Nie podlega to żadnej ocenie, bo każdy światopogląd jest równie wartościowy i z zasady nieocenialny, czyli równie dobry, jak każdy inny.

Oryginalności w tej myśli nie ma żadnej, jest ona powszechnie podzielana przez kilkaset milionów osób żyjących w cywilizacji euroatlantyckiej i będących w zakresie oddziaływania ideologii lewicowo-libertyńskich (bo przecież nie liberalnych). Susan Sontag jedynie konsekwentnie wcielała w życie te zasady. Ale żeby z tego powodu awansować ja do grona wybitnych? Tu czegoś nie rozumiem. Chyba że kryterium zaliczenia do tego grona jest wielokrotne, namolne powtarzanie koncepcji akceptowanych przez większość czytelników.

Natomiast sam rdzeń myśli naszej autorki jest nie tylko trudny do akceptacji, ale w swojej istocie groźny dla otoczenia, tak jak cały postmodernistyczny obraz świata. Dlaczego? Bo wyobraźmy sobie pedofila. Jest szczery wobec siebie i prawdziwie identyfikuje swoje potrzeby, kieruje się zasadą Sontag, „jedynym kryterium oceny naszych działań jest to, czy stajemy się dzięki nim bardziej szczęśliwi”, a poza wątpliwością, dzięki erotycznym kontaktom z dziećmi jest bardziej szczęśliwy. W ten sposób, światopoglądowo jego działania są usprawiedliwione, a co najmniej zrozumiałe. Może ktoś z libertynów zakrzyknie, że przesadzam. Skądże. Przez Holandię niedawno przetoczyła się dyskusja, wywołana przez jedna z partii, aby zalegalizować pedofilię, bo dlaczego mielibyśmy komukolwiek narzucać jego zachowania seksualne, to zdecydowanie pachnie nietolerancją. Dodajmy, że lewacki europoseł Daniel Cohn-Bendit do niedawna miał tego typu postulat w swoim programie wyborczym i obnosił się publicznie ze swoimi zachowania erotycznymi wobec przedszkolaków po 1968, co miało poszerzać ich świadomość i wyrywać z okopów konserwatywnej opresji. Do dziś mu nikt z tego powodu nie postawił zarzutu karnego. Jak widać prawo działa jednak wybiórczo i podobnie wybiórcze jest powszechne oburzenie na ekscesy z udziałem księży. Jak pedofilię uprawiają lewacy z pobudek ideologicznych, to nikomu to nie przeszkadza.

Można powiedzieć, że owo wyznanie wiary zacytowane powyżej, to tylko deklaracja niedojrzałej nastolatki, tylko punkt startu. Niestety przez cały pamiętnik wielokrotnie przewijają się wyznania potwierdzające trwałość jej wyborów światopoglądowych. Na przykład (s. 45) „zamierzam robić wszystko… oceniać każde doświadczenie pod jednym tylko kątem – czy sprawia mi przyjemność”. Niektóre myśli uległy także rozwinięciu i autorka poszła konsekwentnie dalej niż deklarowała za młodu: „nie będzie mną kierować rozsadek, tylko własna wola.” (s. 215)

Zaciekawiły mnie także myśli naszej autorki na temat małżeństwa. Początkowo znalazła się ona w związku małżeńskim, z którego miała dziecko, równolegle z wielka radością z poczucia samospełnienia pielęgnowała nieformalne związki lesbijskie, którym we wspomnieniach poświęca bardzo dużo miejsca (jak to intelektualistka). Generalnie traktuje małżeństwo jako instytucję kłopotliwą, a nawet zubażającą  intelektualnie i uczuciowo (s. 252). Pozostaje zatem pytanie, po co w tym związku tkwiła tak długo, uprawiając, jeżeli wierzyć w szczerość jej pamiętników, klasyczny masochizm. W nierozerwalność związku małżeńskiego nie wierzyła, miała w tym czasie mniej lub bardziej stale partnerki lesbijskie. No więc po co kontynuowała ten koślawy związek, który i tak cech prawdziwego małżeństwa nie miał.

Oprócz głębokiej i fundamentalnej niezgody na założenia światopoglądowe autorki, znalazłem – bądźmy sprawiedliwi – kilka interesujących myśli w jej omawianych tu pamiętnikach. Ponieważ żadna z nich nie miała szerszego rozwinięcia pozostaje tylko je zacytować.

Od zagadnienia maski jako osłony czy przebrania bardziej interesujące jest spojrzenie na maskę jako projekcje lub aspirację. Za pomocą maski własnego zachowania nie chronię swojego nagiego, autentycznego „ja”, lecz je przekraczam. (s. 222)

lub

Przypomniała mi się rozmowa z Herbertem Hartem (…) na temat procesów norymberskich. „Sądzenie właściwie nie bardzo mnie interesuje”, stwierdził krótko. Wydawało mi się to absurdalne, nieprzyzwoite. (s. 224)

I kilka innych myśli, równie lakonicznie wyrażonych. Generalnie nie za dużo podniet intelektualnych z tej lektury wyniosłem.

Na koniec pozostaje pytanie, jak tak dalece wątpliwe wynurzenia mogą spotykać się z tak wysoką oceną, że książka awansowała do 10 najlepszych w roku 2012. Mainstream rządzi, mało ważne, mądre czy głupie, ale jak ideowo nasze, to promujemy. A może zadziałała magia znanego i ładnie brzmiącego nazwisk? Tak czy owak Piotr Kofta jako krytyk literacki (a może szermierz światopoglądowy) w moich oczach się skończył. To pierwszy raz na tym blogu, kiedy z nazwiska wymieniam krytyka żyjącego w sferze papierowej. Nie jeden raz wdawałem się w polemiki nie wskazując personalnie ich adresata, ale tym razem zdejmuję dżentelmeńska ochronę z konkretnych nazwisk, bowiem przesada (a może i intelektualna bezczelność) posunęła się w tym przypadku zbyt daleko.

W swoich wyborach czytelniczych nie będę się posiłkował żadnymi mainstreamowymi rankingami, bo kolejny raz się okazuje, że ich twórcy kierują się bardzo nieprzejrzystymi kryteriami, wśród których wartości artystyczne czy merytoryczne znajdują się na dalszym planie. Książki nie polecam, chyba że ktoś pisze kontynuacje „Z dziejów głupoty w Polsce” rozszerzając jej geograficzny zakres. Moja opinia 2/10.

Susan Sontag, Odrodzona. Dzienniki, tom 1 1947-1963, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2012.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

thirteen − 9 =