• Książki

    Kryminały z ostatniego roku: Ciszewski, Kallentoft i van Gulik

    Marcin Ciszewski, www.ru2012.pl, okładka, recenzja

     

    Marcin Ciszewski napakował do książki tyle różnych eventów, że szczerze powiedziawszy miałbym problem, żeby zakwalifikować jego książkę do jakiegokolwiek gatunku literackiego. Mamy tu i podróże w czasie we wszystkich kierunkach, i interwencje w przebieg kampanii wrześniowej, i wątek romansowy, a opowieść zaczyna od jak najbardziej współczesnej strzelaniny na warszawskim Okęciu, a później jest coraz ciekawiej.

    Rozmachu książce niewątpliwie nie można odmówić. Na szczęście autor mniej więcej panuje nad szalona akcją. Od czasu do czasu tylko prawdopo-dobieństwo niektórych ze zbiegów okoliczności zaczyna szwankować, jak na przykład wtedy, gdy bohaterowie książki błyskawicznie rozszyfrowują nierozwiązywalną przez sześćdziesiąt lat tajemnicę podziemi lotniska w Borne Sulinowie. Trochę szacunku do inteligencji czytelnika.

    Z podróżami w czasie trzeba obchodzić się z umiarem, bo można przesadzić w absurdalności pewnych pomysłów. Na przykład można spotkać się z samym sobą, ale wtedy ja to nie ja, tylko kto inny. No to kto w końcu jest kim i kto jest tym prawdziwym „ja”. Marcin Ciszewski pozwolił sobie na eksplorację takiego paradoksu, ale jako żywo nie zapanował nad konsekwencjami, wprawiając czytelnika w stan osłupienia poznawczego.

    Książka zdecydowanie dla tych, którzy lubią szaloną jazdę bez trzymanki. Ja wole spokojniejsze klimaty – 6/10.

    Marcin Ciszewski, www.ru2012.pl, Znak Kraków 2011.


     

    Mons Kallentoft, Ofiara w środku zimy, okładka, recenzjaKallentoft jest w zakresie formy bardzo kreatywnym pisarzem. Jego pomysły swoja jakością wykraczają poza normalnie przyjętą dla kryminałów tkankę literacką. Na przykład opisy wydarzeń są przetykane pierwszoosobowymi wyznaniami – no właśnie kogo, wydaje się, ze ofiary, ale czy na pewno. To ciekawy pomysł. Poza tym autor wyraźnie określił swojego czytelnika, jako osobę z cywilizacji smsowej, do której najlepiej pisać krótkimi zdaniami i akapitami składającymi się z kilku takich zdań. Sama koncepcja jest oryginalna, ale nie każdemu musi się podobać. Ostatecznie to książka, a nie cykl przesyłanych krótkich informacji. Ja podchodzę do takich doświadczeń z dużym dystansem.

    Intryga kryminalna jest pierwszej jakości. Trzeba przyznać, że Skandynawowie umieją to pisać, jak nikt inny. Intrygujące, zaskakujące w zakończeniu, wszystko tak, jak powinno być. Tylko te zdania jakby pisane morsem. Sumarycznie 6/10.

    Mons Kallentoft, Ofiara w środku zimy, Rebis Poznań 2010.


     

    Robert van Gulik, Sędzia Di i parawan z laki, okładka, recenzjaSędzia Di to postać autentyczna, funkcjonująca w VII w. n.e. i, jak wieść niesie, popularna w Chinach ze względu na swoje talenty detektywistyczne. Jego to właśnie uczynił bohaterem całej serii kryminałów Robert van Gulik, holenderski dyplomata dobrze znający kulturę chińską.

    Wątek kryminalny był nawet ciekawy i czytałem tę książkę z przyjemnością. Największym brakiem, w moich oczach, było płytkie osadzenie akcji w chińskich realiach. Równie dobrze fabuła mogłaby się rozgrywać tysiąc lat wcześniej lub później i w dowolnym kraju azjatyckim. Cyklowi poświęconemu Sędziemu Di daleko do głównego nurtu kryminałów historycznych, charakteryzujących się rozbudowaniem kulturowego tła wydarzeń, czemu zresztą ów nurt zawdzięcza swoją popularność.

    Mimo to jeszcze zapewne sięgnę do kolejnych tomów z sędzią Di w roli głównej wzbogacając sobie w ten sposób mój literacki chiński jadłospis. Mam też nadzieję, że w kolejnej odsłonie van Gulik bardziej postara się o pokazanie kultury chińskiej, obyczajów, może prawnego kontekstu w którym działał jego bohater. Poza tym ładna, spokojna okładka. 7/10

    Robert van Gulik, Sędzia Di i parawan z laki, PIW 2006.

  • Film

    W lepszym świecie

    Film stawia kwestię używania przemocy w rozwiązywaniu problemów, jakie w życiu napotykają bohaterowie. Zaczyna się od tego, że Elias, mały chłopiec, jest w szkole systematycznie prześladowany i w pokorze znosi ten stan. Cierpliwie odprowadza rower do domu – jechać na nim nie sposób, bo nie tylko spuszczono mu powietrze z kół, ale także wyjęto wentyle. Nauczyciele bagatelizują problem, rodzice szukają „konstruktywnych” rozwiązań, Elias jest nadal dręczony. Sprawy wziął w swoje ręce Christian, przyjaciel Eliasa, który, wykorzystując czynnik zaskoczenia, zwyczajnie spuścił łomot przywódcy szajki. Na poziomie spraw szkolnych problem uległ rozwiązaniu. Przywódca bandy się wycofał napotykając opór, Elias może normalnie funkcjonować.

    W lepszym świecie, Elias i Christian, kadr z filmu, recenzja

    Gdyby w tym momencie reżyserka się zatrzymała, powstałby fascynujący film, idący w poprzek uświęconych przekonań na temat szkoły. Bo oto okazało się, że współczesna szkoła, której zabrano narzędzia skutecznego oddziaływania na uczniów, zwłaszcza tych groźnych dla otoczenia,  jest zupełnie bezradna w sprawach „ostrych”. Umiejętność wzięcia przez uczniów sprawy w swoje ręce, poddanie się naturalnym odruchom dorastających chłopców, jest jakimś wyjściem, przy okazji obnażającym nieskuteczność współczesnych metod pedagogicznych. Nie pochwalam przemocy w żadnym przypadku, ale przedstawienie wiarygodnej psychologicznie historii mogłoby mieć wartość samą w sobie, niezależnie od tego, jak ją oceniać w szerszym kontekście.

    Taka konstatacja w Skandynawii byłaby jednak nie do pomyślenia, zatem reżyserka wiedziona manią manifestowania poprawności opowieść snuje dalej, wplątuje w nią świat dorosłych i prowadzi do nieuchronnej w tym kontekście pointy, że przemoc jest czymś ohydnym i „prowadzi do wojny” (co kilka razy powtarzają jak mantrę bohaterowie). Rozwiązania siłowe, nawet w obronie własnej, ulegają skutecznemu skompromitowaniu. Trzeba zresztą przyznać, że narracja jest poprowadzona w sposób przekonujący, a ideologiczne uproszczenia nie przeszkadzają w szczerym przejęciu się losami bohaterów.

    Filmowi dodaje atrakcyjności wątek afrykański. Mianowicie główny bohater pozytywny, dorosły nadstawiający drugi policzek, ojciec Eliasa, jest lekarzem w obozie uchodźców na terenie Czarnej Afryki. Spotyka się tam z sytuacjami etycznie granicznymi i również próbuje stosować zasadę „bez przemocy”. Idzie trudno, jego wybory nie są już tak jednoznaczne, a postawa daleka od spójności. Nie dziwię się, że jego czarny współpracownik mówi „jest Pan dziwnym człowiekiem” i nie potrafi zrozumieć jego zachowania.

    Mimo poprawnościowej namolności w zakończeniu filmu, oceniam go dość wysoko, zwłaszcza za pozostawienie niedopowiedzenia w zakresie sytuacji w szkole. Ostatecznie jednak, zamiast radykalnej tezy, zmuszającej wszystkich do zajęcia stanowiska, film prowadzi do banalnej pointy, z którą wszyscy i tak się zgadzają. Nie bardzo rozumiem, za co ten obraz dostał Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Może teraz taki czas, że trzeba opowiadać powszechnie akceptowany banały. Mimo wszystko 8/10.

    W lepszym świecie, reż. Susanne Bier, Dania, Szwecja 2010

    

  • Książki

    Nesbø, Theorin, Pears, Le Carré, czyli kryminały z ostatniego półrocza

    Jo Nesbo, Czerwone gardło, okładka, recenzjaO tym kryminale napisano dziesiątki, jeśli nie setki recenzji, not i omówień. Pozostało mi zatem tylko przyłączyć się chóru chwalców. Nesbø zaliczam do trójki najlepszych skandynawskich autorów sensacyjnych obok Mankella i Larssona, a biorąc pod uwagę, że Skandynawowie mają szczególny dryg do tej odmiany literatury, to w ciemno można powiedzieć, że oznacza to zaliczenie do światowej czołówki.

    Czerwone gardło jest pierwszą częścią „Trylogii z Oslo” z komisarzem Harrym Hole w roli głównej. W tej odsłonie komisarz walczy z zamachowcem, ale jednocześnie zagłębia się w historię, bo klucz do zagadki leży w wydarzeniach, które miały miejsce na Froncie Wschodnim, w norweskich oddziałach ochotniczych walczących z Sowietami. Ciekawe, wciągające, dające do myślenia. Przy okazji można zajrzeć do licznych ostatnio publikacji o ochotniczych międzynarodowych jednostkach SS, a warto wiedzieć, że formacje skandynawskie (wraz z holenderskimi) należały do najlepszych, doborowych jednostek na Froncie Wschodnim. W swojej klasie 10/10

    Jo Nesbø, Czerwone gardło, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2006 (i kolejne wydania)

    Johan Theorin, Nocna zamieć, recenzja, okładkaO tej książce też napisano mnóstwo „ochów” i „achów”, ale tym razem nie przyłączam się do grona wielbicieli. Nie przekonują mnie opowieści o tajemniczych stukotach za ścianą, które rzekomo coś znaczą, czyli mówiąc wprost o duchach. Dużo bardziej wolę nurt mankellowski, który opiera się o wnikliwą analizę akt śledztwa, sprawdzanie wielu tropów, także błądzenie po fałszywych. Mistyka i szósty wymiar są kiepskimi rozwiązaniami zagadek kryminalnych, ale jak się okazuje mają swoich zwolenników. Na dodatek dość toporna okładka. Dla mnie jedynie 6/10. Byłoby gorzej, ale książka dobrze odtwarza specyficzny skandynawski klimat – rzadko rozrzucone domostwa, groźny wicher, sztorm, samotność, splin podszyty mrozem i lodowatym wiatrem

    Johan Theorin, Nocna zamieć, Czarne 2010.

    Iain Pears, Którędy droga? recenzjaBardzo dobrze napisany kryminał historyczny. W pocromwellowskiej Anglii, w Oxfordzie, ginie profesor medycyny. Wątek detektywistyczny przeplata się uczonymi dysputami na temat filozofii i medycyny, bardzo dobrze oddającymi intelektualny klimat epoki. Największe uznanie budzi jednak przedstawienie całej, jak się okazuje bardzo złożonej opowieści, przez czterech różnych jej uczestników. Ich relacje się dopełniają, niekiedy sobie przeczą, ale ostatecznie prowadzą do rozwikłania splotu polityczno-religijno-obyczajowych uwarunkowań.

    Pokazanie tej samej historii z różnych punktów widzenia, jest najciekawszym sposobem prowadzenia narracji, pokazuje bowiem ułomność ludzkiego postrzegania, kruchość wniosków wyciąganych z niepełnej wiedzy, a ostatecznie i względność tego, co się wydaje, że wiemy na pewno. Którędy droga to coś znacznie więcej niż powieść kryminalna w kostiumie historycznym. Duża klasa, polecam, 9/10.

    Iain Pears, Którędy droga? Zysk i S-ka, wyd. 2, Poznań 2011.

    John Le Carré, Przyjaźń absolutna, recenzjaPiękna literacka narracja o przyjaźni i jednocześnie gorzka refleksja jak dalece wplątanie w działalność służb tę przyjaźń zaburza. Jak zawsze u Le Carrego genialnie przedstawione tło i historia głównych wydarzeń.

    Coś jednak u starego mistrza zaczyna szwankować. Z refleksyjnego, właściwie egzystencjalnego pisarza, który tylko wykorzystuje formę powieści sensacyjnej do znacznie głębszych rozważań, zamienił się w ideologa i propagandystę. W tej książce ostrze zwrócone jest przeciwko imperializmowi amerykańskiemu. Nie mogę bardziej szczegółowo rozwinąć tego wątku, by nie palnąć spoilera, a dopuszczam myśl, że pomimo mojej negatywnej rekomendacji, ktoś jednak tę książkę będzie chciał przeczytać. Zatem czytelnicy tego bloga muszą uwierzyć mi na słowo: Le Carrego ogarnęła mania, a może tylko podszyta komercją chęć wykorzystania nastrojów antyamerykańskich w społeczeństwach krajów europejskich. Posunął się aż do tego, że skonstruował wydarzenie o tak znikomym prawdopodobieństwie, że obraża to poczucie sensu i logiki u czytelnika. Historia nie zna przypadku choćby zbliżonego do tej karkołomnej konstrukcji. Jak wielki to upadek wybitnego przecież autora pokazuje fakt, że znany był on z tego, że do perfekcji opanował we wcześniejszych książkach prawdopodobieństwo psychologiczne postaci, realizm wydarzeń, dokładność do najmniejszych szczegółów. A tu proszę: zaczyna się jak zawsze od ciekawie zarysowanych postaci, fascynującej gry szpiegowskiej, ale prowadzi to do kompletnie absurdalnego finału, który ma udowodnić, jak haniebną politykę prowadzą Amerykanie zasłaniając się walką z terroryzmem. Lekturę odradzam, tak jak w przypadku wszystkich książek podszytych propagandową intencją. Na stosunkowo wysoką ocenę – 5/10, wpływ ma, jak zawsze u Le Carrego, perfekcyjna forma i pięknie przedstawiona przyjaźń wznosząca się ponad poglądy, charaktery i polityczne podziały.

    John Le Carré, Przyjaźń absolutna, Amber 2004 (wyd. 1 i jedyne)

    John Le Carré, Bardzo poszukiwany człowiek, recenzjaW Hamburgu pojawia się uchodźca z Rosji, zmaltretowany, wychudzony, osłabiony, muzułmanin Issa. Mieszanka rosyjskiego pochodzenia, islamskiej religii, idealizmu i rodzinnych powiązań z KGB wzbudza zainteresowanie najpierw niemieckiego kontrwywiadu, a potem służb brytyjskich. Na końcu jednak i tak okazuje się, że to Amerykanie z CIA są podlecami ponad wszelką miarę.

    Uwidacznia się w tej książce, jak w omawianej powyżej, że Le Carrego ogarnęły ostatnio antyamerykańskie fobie, które nie dają mu spokoju  i są głównym motorem jego pisarstwa. Jak każde fobie, także i ta, literaturze nie służy. W przeciwieństwie jednak do Przyjaźni absolutnej tutaj nie mamy naruszenia reguł prawdopodobieństwa, a życzliwe pochylenie nad losem niesłusznie zaszczutego człowieka bezsilnego w konfrontacji z machiną państwa nieco równoważy namolność politycznego przesłania. Wspaniały styl, dbałość o detale, precyzyjna konstrukcja pozwalają czytać książkę z przyjemnością. Mimo to polecam raczej wcześniejszą twórczość Le Carrego, a zwłaszcza doskonały cykl z Georgem Smileyem w roli głównej. Tylko 6/10.

    John Le Carré, Bardzo poszukiwany człowiek, Sonia Draga, Katowice 2009 (wyd. 1.)

    

  • Książki

    Dom Augusty Majgul Axelsson

    Rozumiem dlaczego Elfride Jelinek dostała nagrodę Nobla. Co ma z tym wspólnego Dom Augusty? Okazuje się, że dużo.

    Majgul Axelsson Dom Augusty recenzja blogAxelsson stworzyła bardzo interesujący świat, wzruszający, wprawiający w zadumę. Udało jej się połączyć realistyczną narrację z rzeczywistością baśni. To bardzo dopomaga w lekturze, nad którą unosi się nieustannie aura rodzinnych tajemnic i to nie tylko tych z odległej przeszłości, ale także tych na tyle nieodległych, że mających wpływ na bieżące wydarzenia.

    Dom Augusty nawiązuje do tradycji sag rodzinnych. Poznajemy historię wielu pokoleń rodziny, która swój początek wzięła od tytułowej Augusty. Wcześniej nie ma nic, bo Augusta dorastała w przytułku. Aktualnie, jej dom jest niezamieszkały, ale stanowi azyl, w którym na krócej lub dłużej chronią się kobiety z kolejnych pokoleń. Znajdują tu spokój, odkrywają tajemnice swoich przodkiń (o ile jest takie słowo), mierzą się z własnymi kłopotami. Nad wszystkim jednak unosi się duch założycielki rodu.

    W zakresie formy literackiej książka jest bez zarzutu, losy poszczególnych kobiet (bo powieść jest o kobietach), każdej z osobna, są naprawdę przejmujące. Całość jednak już nie jest taka różowa, bowiem Axelsson uległa pokusie stereotypizacji. Mężczyźni są u niej jak jeden mąż typami spod ciemnej gwiazdy: prymitywni, agresywni, skłonni do przemocy, bez cienia empatii, seksualnie nadpobudliwi. Jak deklaruje autorka „w ogóle mężczyźni jako tacy byli niebezpieczni, niegodni zaufania i nieodpowiedzialni. Tylko jedno im w głowie, a jeśli już o tym nie myślą, to zajmują się sobą. Wszyscy mężczyźni na całym świecie.” [1] Kobiety z kolei to przede wszystkim ofiary, które przez życie, a zwłaszcza swoich partnerów, są ciężko doświadczane. W świecie, które mnie otacza, widzę dużo szersze spektrum postaw i doświadczeń. Czasem są to doświadczenia życiowych katastrof, czasem błogiego szczęścia, raz kobiety, raz mężczyźni występują w roli poszkodowanych przez los. W każdym razie mam poczucie, że z panią Axelsson oglądamy na co dzień zupełnie różne światy.

    Tuż przed omawianą tu książką czytałem wywiad rzekę z Jadwigą Staniszkis. Polemizuje tam ona z feministkami „Bo one chcą nauczyć kobiety języka ofiary, czucia się ofiarą. Nawet kiedy jestem ofiarą, nigdy nie występuję z pozycji ofiary, bo uważam, że zarodek bycia ofiarą i tak jest w człowieku, czeka przyzwolenia, żeby człowieka przejąć i zniszczyć.”[2]

    W końcówce opowieści dobił mnie jeden szczegół. Nie zdradzając finału, powiem tylko tyle, że występuje tam niejaki Bakcyl, który tłumaczy się z bicia i przemocy wobec swojej pasierbicy tym, że sam był bity w dzieciństwie. Taka reakcja jest psychologicznie nieprawdopodobna. Zwykle samousprawiedliwianie polega na tym, że delikwent mówi: byłem bity i na dobre mi to wyszło, dlatego sam stosuję takie właśnie metody wychowawcze. O zachowaniach odwrotnych nigdy nie słyszałem. Dlaczego Axelsson w dobrze przemyślanej przecież książce używa takiego chwytu? Mam niestety podejrzenie, że bierze się to z wierności koncepcjom poprawnym i słusznym. Mainstreamowi psycholodzy od zawsze twierdzą, że przemoc rodzi przemoc, co dla Szwedki Axelsson jest tak oczywiste, że wkłada tę tezę (pewnie zresztą słuszną) w usta kogoś, kto nigdy by jej nie wypowiedział. Od kiedy jednak dobra literatura sprowadza się do namolnej (bo nieprawdopodobnej) egzemplifikacji jedynie słusznych teorii.

    Co to wszystko ma jednak wspólnego z Noblem dla Jelinek? Myślę, że obie panie maja bardzo podobną wizję świata, używają tylko krańcowo różnych środków dla jej wyrażenia. Axelsson używa do jego opisu języka życzliwego, baśniowego, ciepłego emocjonalnie. Jelinek przeciwnie – rzeczywistość opresyjnych mężczyzn i ciężkiego losu kobiet przedstawia językiem ostrym, zdekonstruowanym, brutalnym tak samo, jak świat, który ich otacza. Jurorzy komitetu noblowskiego uznali widać, że literacko jest to bardziej spójna koncepcja. Trudniejsza w odbiorze, ale ciekawsza.

    Na koniec pochwała dla Wydawnictwa W.A.B. za oprawę graficzną. Okładki kolejnych tomów Axelsson są ozdobione pracami Joanny Szachowskiej (autorki opracowania graficznego), które nie tylko, że są same w sobie plastycznie interesujące, to jeszcze bardzo dobrze oddają nastrój panujący w środku. W ogóle powiedzmy, że książki W.A.B. cechują się przyzwoitą grafiką (podobnie jak Muza), co jest wyjątkiem na oszczędnym i przaśnym polskim rynku. Nawet bardzo ambitne wydawnictwa, jak Czarne czy Świat Książki, mają co drugą okładkę po prostu… nieapetyczną, nie zachęcającą do wzięcia książki do ręki i nie korespondującą z treścią książki.

    Majgull Axelsson, Dom Augusty, W.A.B., Wyd. II, Warszawa 2008

     


    [1] Dom Augusty, s. 251

    [2] Jadwiga Staniszkis, Życie umysłowe i uczuciowe, Czerwone i Czarne, Warszawa 2010, s. 246

  • Film

    Templariusze. Miłość i krew

    Arn w JerozolimiePiękny historyczny fresk w reżyseri Petera Flintha. Arn Manusson, biegle władający mieczem i dobrze wykształcony młodzian wraca ze szkoły klasztornej w rodzinne strony, gdzie zastaje rywalizujące miedzy sobą klany. Po tym, jak zabija podłego, ale związanego z królem rycerza, zostaje wygnany, tym bardziej, że jednocześnie uwodzi piękną niewiastę przeznaczoną niestety komu innemu. Ona trafia przymusowo do klasztoru, on na wygnaniu składa śluby czasowe, przyłącza się do Templariuszy i bierze udział w walkach w Ziemi Świętej.

    Tu zaczyna się najpiękniejsza część filmu, bo Arn wiele lat spędza walcząc na pustyni. Widzimy upojne krajobrazy, podejrzanie szlachetnego Saladyna, którego Arn ratuje w czasie napadu zbójców, a także walki krzyżowców z niewiernymi. Sceny batalistyczne są najmocniejszą stroną filmu, bowiem realia historyczne, a zwłaszcza taktyka bitew średniowiecznych, przedstawione są z dużą pieczołowitością. Pozytywny wizerunek Saladyna (przywódcy niewiernych), przyzwoitszego od chrześcijan, z którymi walczy, nie jest wytworem ogólnej poprawności ekumenicznej, ale dobrze koresponduje z realnymi wydarzeniami, co potwierdziłem w Wyprawach krzyżowych Stevena Runcimana (t.1-3, Warszawa 1987, 2009).

    Film bezwzględnie warto zobaczyć, przede wszystkim jako fresk historyczny. Surowe klimaty Skandynawii, w których toczy się walka klanów o tron królewski, przeplatają się z palącym słońcem pustyni, gdzie krzyżowcy ze zmiennym szczęściem potykają się a armią mahometan. Oba konteksty odtworzone zostały – do poziomu szczegółów – zgodnie z prawdą historyczną, co powoduje, że film jest ciekawy, można się czegoś dowiedzieć go oglądając.

    Fabuła jest co prawda przewidywalna, ale nie pozostawia widza obojętnym. Trzeba przyznać, że to raczej film dla ciekawych przeszłości, w tym fascynujących wypraw krzyżowych i dziejów templariuszy, niż dla miłośników oryginalnych opowieści obyczajowych.

    Ocena: fabuła 4/6, zdjęcia, realizm historyczny i sceny batalistyczne 6/6

  • Film

    Mamut Lukasa Modyssona

    Mamut/Mammoth, reż. Lukas Modysson, Szwecja/Niemcy/Dania, 2009

    Leo i Ellen to para nowojorczyków, „ludzi sukcesu”. Leo stworzył świetnie prosperującą stronę internetową i wszedł do świata pieniędzy i wielkich decyzji. Ellen całkowicie poświęca się swojej pracy chirurga. Ich ośmioletnia córka, Jackie, większość czasu spędza z filipińską nianią, Glorią, która przyjechała do USA, żeby zarobić na utrzymanie rodziny, a swoich dwóch synów zostawiła na Filipinach.

    Podróż Leo do Tajlandii rozpoczyna serię zdarzeń, które będą miały istotne konsekwencje. Nudzi się on podczas negocjacji biznesowych i do czasu ich zakończenia wyjeżdża nad morze, gdzie poznaje lokalną damę do towarzystwa (hostessę, prostytutkę). Odmawia zaproponowanych usług seksualnych, ale spędza nią czas, widząc w niej życzliwą partnerkę i przewodnika po lokalnych obyczajach. Wspólne wypady na plażę owocują jednak bliższym kontaktem nie tylko dusz, ale i ciał. Leo traktuję te wpadkę, bardzo poważnie, jako grube naruszenie reguł gry. Natychmiast wyjeżdża, skraca negocjacje i wraca do domu. I to podoba mi się najbardziej. W końcu ktoś zauważa, że takie przygody wakacyjne są bardzo nie w porządku. W końcu bohater filmu ma zbudowaną tożsamość na przyzwoitości i wierności (w czym widzi wartość), a nie rozrywkowej przygodowości.

    Drugi równoległy wątek filmu to tragiczne wydarzenia dotykające dzieci filipińskiej służącej, które zostałe zostawione w rodzinnym domu pod opieką babci. W finale filmu matka decyduje się na porzucenie pracy w Stanach i niezależnie od trudności finansowych poświęcenie swojego czasu dzieciom.

    Leo i Ellen, Gael Garcija Bernal i Michelle WilliamsW obu wątkach reżyser opowiedział za tradycyjnymi wartościami, widząc w rodzinie najważniejsze miejsce dla życia człowieka. Nie jest to w jego przypadku banalna konstatacja, bo w poprzednich bardzo ostrych filmach (Lila4ever, Tylko razem, Fucking Amal) pokazuje wiele patologii dotykających współczesnego człowieka. Widzę w jego rozwoju pewną konsekwencję – zdiagnozował najpierw nieszczęście w dość radykalnych (również formalnie) produkcjach, a teraz, w sposób dużo spokojniejszy pokazuje pewne remedium. To rodzina, w której na pierwszym miejscu stawiamy relacje i drugiego człowieka, a nie pieniądze, pracę i zaliczanie przypadkowych panienek, jest miejscem, gdzie możemy wzrastać.

    Kiedyś Modysson powiedział: „wspólnym tematem są zagrożone dzieci. To jest wspólne dla wszystkich moich filmów.” Cieszę się, że w Mamucie trafnie zdiagnozował, czego tym dzieciom na prawdę potrzeba.

    Pozostaje mieć nadzieję, że film wejdzie na polskie ekrany.