• Książki

    Jak mordowali zwykli ludzie

    Dla historiografii dotyczącej Holocaustu książka ta miała znaczenie przełomowe. Przedstawione w niej są bardzo szczegółowo losy jednego z batalionów policji, często z dokładnością do zachowań pojedynczych policjantów w poszczególnych akcjach likwidacyjnych. A co najbardziej istotne nie był to batalion złożony z zawodowych funkcjonariuszy, ale z normalnych poborowych, którzy nie wiele wcześniej zostali doń wcieleni, stąd zresztą słowo „rezerwowy” w jego nazwie. Byli to mężczyźni w średnim wieku, nie podlegający poborowi do Wehrmachtu. Daje więc książka pogląd, jak wobec Holocaustu zachowywali się normalni Niemcy, wzięci do służby prosto z ulicy. Co najbardziej wstrząsające, bez żadnych zahamowań wykonywali oni swoją katowską robotę. Jedynie pojedyncze osoby odmówiły udziału w rozstrzeliwaniach. Większość bez zasadniczych problemów robiła wszystko, czego od nich oczekiwali: mordowanie Żydów, ładowanie do wagonów, ściganie ukrywających się.

    Do najbardziej ciekawych fragmentów książki, zaliczam te, w których autor próbuje dociekać przyczyn takiego postępowania. Generalnie to wojna o charakterze rasowych miała powodować odczłowieczanie ofiar, co ułatwiało udział w zagładzie. Poza tym wojna, jako taka, budująca nienawiść miedzy „naszymi” a „wrogiem” tworzyła sprzyjający kontekst do stosowania okrucieństw. W przypadku 101 Batalionu nie zachodziła natomiast nadreprezentacji osób o poglądach nazistowskich ani tych o szczególnych skłonnościach do przemocy. Nie ma również zastosowania chętnie przywoływana w procesach sądowych kwestia działania na rozkaz, bowiem żadnemu z obrońców w tych procesach nie udało się przywołać konkretnego przykładu represji za odmowę wykonania rozkazu. Zresztą również w tym batalionie znalazły się jednostki, które w ogóle odmówiły udziału w akcjach związanych z Holocaustem (jeden z oficerów) lub co najmniej udziału w rozstrzeliwaniach. Nic im się nastało, dowódca batalionu wydał zgodę na takie uchylenia się od obowiązków. Natomiast pozostali policjanci bardzo źle na to patrzyli, widząc w tym element słabości charakteru i braku solidarności z tymi, którzy i tak muszą te „brudną robotę” wykonać.

    Jeżeli chodzi o różne teorie psychologiczne to Browning wskazuje na duży udział konformizmu związanego z autorytetem dowódców i szerzej przywódców państwa (eksperyment Milgrama) oraz związanego z funkcją w grupie (eksperyment więzienny Zimbardo). „Zdecydowana większość mężczyzn nie była w stanie wystąpić z szeregu i otwarcie odmówić mordowania. Woleli strzelać niż zachować się w sposób nonkonformistyczny. Z czego to wynikało? Przede wszystkim z tego, że odmowa oznaczałaby zrzucenie „brudnej roboty” na towarzyszy broni.” Prowadzi to Browninga do podsumowania, że w sprzyjających warunkach normalni ludzie w normalnych społeczeństwach mogą zachować jak policjanci ze 101 Batalionu policji. Ten wniosek wzbudzał najwięcej polemik i doprowadził do powstania książek polemicznych, przede wszystkim Gorliwych katów Hitlera Daniela Goldhagena, ale to zupełnie inna historia.

    Teorię Adorno o „osobowości autorytarnej”, której reprezentacji mieli budować podstawy nazizmu Browning odrzucił posługując się cytatem z Nowoczesności i Zagłady Zygmunta Baumana „Dla Adorna i jego kolegów nazizm był okrutny, ponieważ okrutni byli naziści, a naziści byli okrutni, ponieważ do partii nazistowskiej wstępowali okrutni ludzie.”

    Zgadzam się generalnie z ustaleniami Browninga, z jednym poważnym zastrzeżeniem. Nie uwzględnił on w swoich rozważaniach bardzo ważnego czynnika „charakteru narodowego” Niemców. Rozumiem, że jest to termin bardzo sprzeczny z wszelkimi poprawnościami politycznymi. Zatem wyjaśniam, że nie mam na myśli żadnych determinant genetycznych ani wysysania niczego z mlekiem matki. Chodzi o pewne zakorzenione w kulturze danego narodu (i w danym okresie dodajmy) przekonania. W przypadku Niemców była to skłonność do stosowania przemocy w stosunku do innych narodów. Przyznawali oni sobie do tego prawo i wcale nie było to związane tylko z ideologią nazistowską. Przypomnijmy sobie Hakatę i walkę z polskością. W czasie I wojny światowej w Belgii zabijali cywilów pod różnymi, najczęściej wydumanymi pretekstami. Gdyby wtedy doszło do procesów o zbrodnie wojenne, to być może losy II wojny światowej potoczyłyby się inaczej.

    Wydaje się, że również czynnik indoktrynacji antysemickiej nie miał decydującego znaczenia. Tak samo jak Żydów mordowano również Cyganów, którzy byli przecież aryjczykami! Masowych zbrodni dopuszczano się również na Polakach czy Rosjanach. Już w 1939 roku Wehrmacht dokonywał egzekucji polskich jeńców. Zwróćmy uwagę, że 101 Batalion, dokonał również pacyfikacji polskiej wsi Talczyn, gdzie doszło do masowych rozstrzeliwań i w tym również przypadku policjantom nie zadrżało ręka. Taki był rozkaz i ktoś musiał go wykonać, niezależnie od tego czy byli to Polacy czy Żydzi.

    Na zakończenie jeszcze jeden polski watek tej książki. Policjanci z omawianego batalionu byli przekonani, że do Polski zostali skierowani aby walczyć z zakorzenionym tu bezprawiem. Interesujące?

    Podsumowując: książka należy do klasyki gatunku i lektura jest obowiązkowa. Zaliczam do elitarnych „sił sensu” i spokojnie oceniam na 10/10.

    Christopher R. Browning: Zwykli ludzie. 101. Rezerwowy Batalion Policji i ostateczne rozwiązanie w  Polsce, Rebis, Poznań 2019 (wyd. 2), s. 384.

  • Książki,  Militaria

    Legiony według Koprowskiego

    Książka może przytłaczać trzytomową objętością. Niesłusznie. Czyta się ją łatwo i dość szybko. Ma ciekawą konstrukcje, składa się bowiem w znacznej części z wypisów z pamiętników i innych źródeł połączonych słowem wiążącym i komentarzem.

    Wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że autor jest ogarnięty manią antypiłsudczykowską. Przyłączył się do klubu, w którym główne miejsce okupuje Ziemkiewicz, a towarzyszy mu sporo innych odbrązawiaczy.

    Nie ma sensu przytaczać tu różnych nadużyć w ocenach, ich wyjaśnianie i prostowanie wymagałoby sporego eseju.

    Aby uświadomić potencjalnym czytelnikom rodzaj zajadłości Koprowskiego, przytoczmy tu jedną tylko jego opinię o Piłsudskim. Mianowicie w odniesieniu do jego rozmowy z gen. Beselerem postawę Piłsudskiego komentuje „przyjął postawę człowieka, o którym mówią, że choć plują na niego, on zaprzecza temu, mówiąc, że deszcz pada”.[i] W innym miejscu dodaje, że Beseler lekceważył Piłsudskiego, a na tę opinię bynajmniej nie wpływał kilkadziesiąt stron dalej zamieszczony cytat, z którego wynika że to właśnie Piłsudskiego Beseler traktował jako jedynego poważnego rozmówcę w sprawie tworzenia Wojska Polskiego. Czy można poważnie traktować opinie Koprowskiego? Można nie mieć żadnej wiedzy na ten temat, wystarczy czytać uważnie jego książkę.

    Proporcjonalnie do tego jak negatywnie autor oceniał obóz piłsudczykowski, tak pozytywnie podmalowywał osiągnięcia jego przeciwników wszelkiej maści. Dzieje legionów wschodnich przedstawiał jako pasmo sukcesów, podczas gdy w rzeczy samej było to pasmo porażek zakończonych likwidacją tego pomysłu i wcielenia polskich oddziałów do armii rosyjskiej. Zauważał to Dmowski, który mimo iż przez kilkanaście wcześniejszych lat głosił konieczność i możliwość współpracy z Rosją, ostatecznie w obliczu kompletnej porażki swoich planów, położył krzyżyk na caracie i opuścił imperium. Koprowski wie jednak lepiej. Na Zachodzie zresztą Dmowski też żadnych sukcesów nie odnosił aż do czasu pokoju brzeskiego, kiedy to Rosja (już bolszewicka) wycofała się z wojny, a mocarstwa alianckie zwolnione z lojalności wobec wschodniego sojusznika poczęły szukać polskich rekrutów i ostrożnie podjęły sprawę polską. Jeśli ktoś odniósł tu sukces to Paderewski, który przekonał prezydenta Wilsona do umieszczenia w celach wojny odzyskania przez Polskę niepodległości.

    Koprowski w swojej zaciętości posuwa się tak daleko, że zaprzecza sam sobie. W wielu miejscach na przykład pisze, że Piłsudski popełniał błąd wstrzymując zaciąg do Legionów, bo im byłyby większe tym lepiej. Jednocześnie dobrze ocenia zaprzepaszczenie przez polityków endeckich legionu formowanego we Lwowie.[ii] Gdzie logika?

    Trzeba dodać w tym miejscu, że wszelkiej maści odbrązawiacze mają ułatwione zadanie, bo politycy polscy, niezależnie od orientacji, mieli w początkowym okresie I wojny światowej bardzo trudną sytuację. Czego by nie zrobili, jakiej opcji politycznej by nie hołdowali, jakiej strategii by nie przyjęli – nie tylko nie mogli odnieść sukcesu, ale skazani byli wręcz na porażkę. Dlaczego? Bo mocarstwo walczące nie chciały w żaden sposób podjąć sprawy polskiej i wszystkie wysiłki naszych polityków odbijały się od muru niemożliwości. Zatem łatwo ich krytykować. W zależności od aktualnych poglądów publicystów (bo nie historyków) ostrze krytyki można kierować to w tę, to w tamtą stronę. Im mniej kto bystry, tym oceny są łatwiejsze i bardziej jednoznaczne.

    Z coraz większą przykrością czytam książki, które do współczesnych czasów przenoszą partyjne spory z przeszłości. Nie ma to żadnego sensu. Najczęściej stan dzisiejszej wiedzy pozwala dokładnie rozumieć intencje i uwarunkowania decyzji ówczesnych polityków. Zwróćmy uwagę, że im nie była znana przyszłość i działali w sytuacji  niepewności, co dalszego biegu historii. Jeżeli my dzisiaj znamy skutki niegdysiejszych decyzji, to nie upoważnia nas to do łatwego ferowania ocen. Właśnie ta tendencja nazywa się myśleniem ahistorycznym.

    Osobną kwestią jest ostrość i arbitralność ocen. Rozumiem ówczesnych polityków, którzy niekiedy spór prowadzili tak ostro, że niekiedy atakowali przeciwników zupełnie bez sensu. Chwały im to nie przynosi, ale ostatecznie mogę zrozumieć, że jak chodzi o losy narodu, to spór może być bardzo intensywny. Natomiast kompletnie nie rozumiem, dlaczego dzisiejsi publicyści wchodzą w buty dawno nie żyjących adwersarzy i jak gdyby nigdy nic kontynuują te polemiki dzisiaj z równą uporczywością. Teoretycznie powinni mieć więcej wiedzy niż ówcześni aktorzy sceny politycznej. Odnoszę jednak wrażenie, że mają jej znacznie mniej.

    Podsumowując: książka mimo negatywów o których powyżej warta przeczytania, ze względu na przystępną formą i liczne cytaty ze źródeł. Wymaga jednak, aby ją czytać tak, jak się pije kawę parzoną „po turecku” – trzeba nieustannie odsączać lekturę z fusów. Jak ktoś lubi i potrafi, to książka dla niego.

    Marek A. Koprowski, Legiony. Droga do legendy, t. 1: Przed wyruszeniem w pole 1906-1914, t. 2: Nie tylko I Brygada 1915-1916, t. 3: Tworzyli wojsko Polskie 1916-1918, Replika 2018.


    [i] M.A. Koprowski Legiony. Droga do legendy, t. t. 3 Tworzyli wojsko Polskie 1916-1918, s. 216.

    [ii] Legion ten w kontekście Legionów Polskich nazywany był Wschodnim, aby nie mylić z podobnie nazywanymi legionami formowanym po stronie rosyjskiej unikam tej nazwy, aby nie wprowadzać zamętu pojęciowego.

  • Film,  Książki

    Aparat sprawiedliwości wobec morderstwa Grzegorza Przemyka

    1.O reportażu Łazarewicza napisano już wystarczająco dużo. Mogę zatem ograniczyć się do stwierdzenia, że to książka wybitna. Nawet wątpliwej konduity dziennikarzowi (tytuł Hiena roku w 2016 przyznany przez SDP) może udać się stworzyć dzieło klasy wysokiej. Mnie jednak zainteresowało to, co w książce jest potraktowane albo bardzo krótko, albo w ogóle zostało pominięte.

    2. Sędziowie. Film powstały na podstawie książki kończy się procesem. Naturalnie wszyscy czekają, że wyrok w sądzie będzie choć częściowo sprawiedliwy. Ani w książce, ani w filmie nie ma słowa o naciskach na sąd. I tu wielkie rozczarowanie. Policjanci zostają uniewinnieni, a sanitariusze – wrobieni przez MSW – skazani. Warto zatem przyjrzeć się, kto w składzie sędziowskim zasiadał. Byli to: Janusz Jankowski, przewodniczący składu oraz Ewa Gutowska-Sawczuk i Andrzej Lewandowski.

    3. Wyrok był haniebny i cały skład sędziowski powinien być objęty infamią. Uniewinnienie Kościuka mogę uzasadnić (patrz poniżej), Denkiewicz powinien być skazany bez dyskusji (to ten, który mówił „bijcie tak, aby nie było śladów”). Najbardziej obrzydliwym naruszeniem przyzwoitości sędziowskiej było skazanie sanitariuszy. Cała Polska, 36 milionów ludzi wiedziało, że milicja chce wrobić pracowników pogotowia. Na procesie odwoływali swoje zeznania, opinie biegłych też temu przeczyły. Nawet mocodawcy tego mataczenia wiedzieli, że jest to lipa. Sąd jednak zgodnie z politycznym zamówieniem skazał sanitariuszy. Do tego uznał, że zeznania świadków Cezarego Filozofa i Jakuba Kotańskiego są niewiarygodne.

    4. Za sprzeniewierzenie się zasadzie niezawisłości sędziowskiej nikomu włos z głowy nie spadł. Janusz Jankowski był sędzią do emerytury, miał dobrą opinię, był nawet wiceprezesem Sądu Wojewódzkiego w Warszawie. Ewa Gutowska-Sawczuk również orzekała po 1989. Andrzej Lewandowski przeszedł do stanu adwokackiego, trudno powiedzieć kiedy.

    5. Oczywiście przeciwko nim nie było prowadzone żadne postępowanie o zbrodnię sądową, żadne postępowanie dyscyplinarne. Nikt ich nie niepokoił. Nawet dziennikarze.

    6. Koncepcja Adama Strzembosza, że stan sędziowski „sam się oczyści” okazało się kompletną bzdurą, a on sam ze wstydu powinien zapaść się pod ziemię. Tymczasem udziela nowych wywiadów, nawet o wielkości osobnej książki, chętnie recenzuje innych, sobie do zarzucenia nic nie ma. Wątku odpowiedzialności sędziów Łazarewicz w swojej książce nie podjął nawet jednym słowem.

    7. Prokuratorzy. Przy sprawie zabójstwa Przemyka w książce przewija się ich cała galeria. Jedni zachowywali się lepiej, drudzy gorzej. Najhaniebniej zachowywały się dwie panie (Wiesława Bardonowa i Anna Detko-Jackowska), które zamiast oskarżać, broniły milicjantów, natomiast atakowały Barbarę Sadowską, matkę zamordowanego. Klasyczne komunistyczne popychadła, które realizowały polecenia KC PZPR. Im również włos z głowy nie spadł, nikt ich nie próbował objąć śledztwem. Bardonowa sama odeszła z prokuratury w 1990 r. nie chcąc poddać się weryfikacji, którą w prokuraturze jednak przeprowadzono, w sądach – oczywiście nie.

    8. Ireneusz Kościuk główny podejrzany o zamordowanie Grzegorza Przemyka w służbie milicyjnej/policyjnej pozostał do 2004 roku, kiedy przeszedł na emeryturę.

    9. Po 1989 roku do sprawy powrócono. Toczył się cały korowód procesów, apelacji, powtórnych procesów, znów apelacji i w końcu kasacji. Co istotne, z policjantów skazano tylko Denkiewicza „za podżeganie”, ale wyroku nie odsiedział chowając się za papierami od psychiatry. Kościuka i innych milicjantów bijących Przemyka systematycznie uniewinniano, nie mogąc przypisać im konkretnego udziału w biciu, a zwłaszcza ustalić, kto zadał cios śmiertelny. Sprawa była łudząco podobna do procesu plutonu ZOMO strzelającego w „Wujku”, tam również nie można było ustalić, kto oddał strzały śmiertelne.

    10. Przez lata w polskim sądownictwie obowiązywał algorytm konieczności precyzyjnego ustalenia, kto konkretnie oddał strzał lub uderzył powodując śmierć. Oczywiście działo się tak tylko w odniesieniu do politycznych zbrodni komunistycznych, w normalnych przestępstwach kryminalnych wystarczył udział w bójce ze skutkiem śmiertelnym. W obu tych przypadkach ostatecznie po wielu latach sadownictwo przełamało niemoc i sprawców z Wujka skazano. W sprawie Przemyka skazano w końcu tylko Kościuka, innym milicjantom się upiekło. Sąd jednak uznał, że stosuje się tu przepisy Kodeksu Karnego, a nie ustawy o IPN, otwierając w ten sposób furtkę do umorzenia w kolejnych instancjach z powodu przedawnienia.

    11. Finał. Ojciec Grzegorza Przemyka, nie odpuścił i sprawa trafiła do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, ten zaś w 2013 roku uznał, że Polska naruszyła art. 2 E Konwencji Praw Człowieka i że postępowanie było prowadzone przewlekle i nie zmierzało do odnalezienia sprawców. Droga hańby polskiego wymiaru sprawiedliwości została w końcu zamknięta i celnie podsumowana.

    Cezary Łazarewicz, Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka, Czarne 2017, 2021, s. 328.

  • Książki

    O Biurze Odbudowy Stolicy

    1. To bardzo ciekawa i ważna książka. W lekkiej, dziennikarskiej formule, przedstawia historię Biura Odbudowy Stolicy i powstałą w tej instytucji koncepcję urbanistyczną odbudowy Warszawy. Wpisuje się ona w ciąg różnych publikacji, które atakują BOS (zwłaszcza za wyburzenia i nieodbudowanie wielu kamienic) lub jej bronią (rzadziej) wskazując na różne uwarunkowania ówczesnych decyzji. Piątek względnie rzeczowo przedstawia argumenty i koncepcje, które stały za takimi, a nie innymi rozstrzygnięciami. Pozwala czytelnikowi zrozumieć różne racje i zawikłania, z jakimi BOS musiał się zmierzyć. Na pewno jest to praca warta przeczytania, a dla varsavianistów i zainteresowanych architekturą lektura obowiązkowa.

    2. Piątek jako dziennikarz i z wykształcenia architekt piszę naprawdę zajmująco, przedstawia różne konteksty zarówno te historyczne jak i związane z nowoczesną, modernistyczną architekturą symbolizowaną przez Le Corbusiera. Dużym plusem jest pochwała planowania, której tak Warszawie dzisiaj brakuje. To tyle pochwał książki.

    3. Do mankamentów zaliczam powierzchowność. W istocie dokładnie jest omówiony tylko wskazany powyżej kompleksowy plan zagospodarowania przestrzennego Warszawy, mający uporządkować kierunki odbudowy stolicy. Ale nawet w tym przypadku autor nie pokusił się o choćby skrótowe wskazanie, co z tego planu zostało zrealizowane, a co nie. Najlepiej byłoby jeszcze wyjaśnić dlaczego, a autor, choć wskazuje pewne ogólne przyczyny, to pomija specyficzne historie poszczególnych elementów tego planu. Na boku pozostawiam dyskusję, czy rzeczywiście, jeżeli jakimś cudem udałoby się ten plan zrealizować, to wyszłoby to Warszawie i jej mieszkańcom na zdrowie. Wszystkie pozostały problemy zostały albo bardzo powierzchownie zasygnalizowane, albo zupełnie pomięte.

    4. Największego jednak minusa Piątek zarobił za to, co napisał o rekonstrukcji zabytków. Cała grupę ludzi zajmujących się tą problematyka dość pogardliwie określa „zabytkowiczami”. Za każdym razem, gdy wspomina o odbudowie jakiegoś zabytku dodaje, że został odbudowany w formie jedynie wyobrażonej przez „zabytkowiczów”, a nie oryginalnej. Oczywiście w najmniejszym nawet stopniu nie przedstawia całej dyskusji, jaka wtedy się toczyła, w jakiej konkretnej postaci odbudować obiekty historyczne. Jako architekt z wykształcenia musi Piątek znać – przynajmniej powierzchownie – całą rozległą kontrowersję dotyczącą tego zagadnienia. Literatura na temat jest przeogromna. Wydaje się, że nie budzi większych polemik kwestia konserwacji istniejących obiektów, polemiki dotyczą tu spraw bardzo szczegółowych. Zupełnie inaczej jest w przypadku odbudowy kompletnie zniszczonych zabytków. Czy odbudowywać jest tak, jak pierwotnie zostały zbudowane, czy uwzględniać późniejsze przebudowy, czy też rekonstruować stan tuż przed zburzeniem. Każdy pogląd ma tu swoje uzasadnienie. Lekceważące traktowanie „zabytkowiczów” jest zupełnie nie na miejscu. Tym bardziej, że akurat odbudowa Starego i Nowego Miasta jest najjaśniejszym punktem w dorobku BOS.

    5. Jak można domyśleć się z powyższego wywodu, sympatie autora są po stronie modernistów i ich koncepcji nadania Warszawie zupełnie nowego oblicza. Warto to mieć w świadomości czytając tę książkę. Autor nie jest obiektywny, takoż i jego książka.

    6. W końcowych uwagach Piątek flekuje różnych ludzi atakujących politykę BOS, zwłaszcza w dziedzinie wyburzeń substancji miejskiej, która uchowała się po zniszczeniach wojennych. Wydaje się, że zarówno potępianie w czambuł tej polityki jest niesłuszne, ale jej obrona „po całości” też nie wydaje się uzasadniona. Warto by było przyjrzeć się poszczególnym decyzjom, zrozumieć motywy i racje stron, a dopiero po tym zajmować jakieś stanowisko. Ogólnie biorąc, przy takim poziomie zniszczenia zabudowy miejskiej, raczej powinno się robić wszystko, żeby zachować jak najwięcej pozostałości, niektóre kamienice odbudować, nawet jak ich wartość artystyczna budziła dyskusje.

    7. Zastrzeżenia budzi wyrażanie pochwał pod adresem dekretu Bieruta. Autor dokonuje tu nieprzyjemnej intelektualnej manipulacji. Przedstawia bowiem poglądy osób z różnych stron sceny politycznej wskazujące na konieczność zwiększenia stanu posiadania miasta w zakresie gruntów, a nawet na przymusową nacjonalizację. Nie zaznacza jednak, że nikt wcześniej  nie myślał o przejęciu wszystkich (!) terenów i to bez żadnego odszkodowania.

    8. Zażenowania wzbudza rozdział o polityce gender. Autor zarzuca planistom z BOS, że nie uwzględniali „kobiecego pierwiastka” w swoich koncepcjach. Niestety w najmniejszym nawet stopniu nie tłumaczy, na czym ów pierwiastek miałby polegać, o ile w ogóle w architekturze taki istnieje. To dość bezmyślny hołd złożony polityce poprawności. Na pewno przyczynił się do popularności książki w środowiskach hołdujących takim poglądom.

    9. Pomysł, aby milionowe miasto zbudować zupełnie od nowa, jest utopią tyleż piękną dla urbanistów, co groźną dla mieszkańców i dla charakteru miasta.[1]

    10. Książkę warto czytać, ale po to głównie, żeby wyrobić sobie swój własny pogląd. Ślepe podążanie za autorem nie jest najlepszym pomysłem.

    Grzegorz Piątek, Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944-1949, W.A.B. Warszawa 2020, s. 544


    [1] Autor we wnioskach pisze prawie to samo. Tylko że cała treść książki temu przeczy.

  • Książki

    Historyczne kryminały Jodełki i Kalinowskiego

    Bardzo sympatyczna książka. W całości utrzymana w tonie historycznym, bez żadnych nawiązani do współczesności. Tytuł zdradza, że są w niej przedstawione okupacyjne losy obrazu Matejki Bitwa po Grunwaldem. Przez całą wojnę pozostał on ukryty przez polskich muzealników. Wątek sensacyjny bierze się stąd, że intensywnie poszukiwali go Niemcy. Jodełka obudowała tę historię wieloma postaciami i wydarzeniami budującymi napięcie.

    Na książkę trafiłem dzięki temu, że dostała specjalne wyróżnienie w konkursie „Złoty pocisk” w roku 2019. Nie zawiodłem się. Przeczytałem z zainteresowaniem i polecam wszystkim gustującym w kryminałach retro, zwłaszcza tych, które opierają się o historie prawdziwe.

    Nie znaczy to, że nie mam uwag krytycznych. Po pierwsze, jak na ilość wydarzeń, książka jest za długa i przydałoby się ją skrócić o kilkadziesiąt stron. Po drugie moja dusza historyka cierpiała nierzadko. Można zrozumieć, że historyczka sztuki nie wiedziała, że w rowerach wojskowych był uchwyt na normalny karabin, a nie maszynowy. Natomiast kompromitującym błędem jest twierdzenie, że więźniowie polityczni w okresie międzywojennym mieli gorzej niż kryminalni (s. 124). Było dokładnie odwrotnie. Być może autorce pomyliła się rzeczywistość II RP ze stosunkami w sowieckiej Rosji, gdzie faktycznie lepiej było kryminalnym „urkom”, bo traktowani byli jako element „bliski klasowo”. Podobnie do wiedzy powszechnej przynależy, że zamęt z ogłoszeniem, odwołaniem i powtórnym ogłoszeniem mobilizacji powszechnej w 1939 roku trwał jeden dzień, a nie dwa (s. 125). Dalszych wpadek już nie notowałem, aby się nie denerwować. To kolejny z długiej serii przypadków, w której mocno zawiniła redakcja wydawnictwa – redaktorek i korektorek razem jest sześć i nikt nie zauważył tak oczywistych potknięć? Może wyższe wykształcenie?

    Mimo tych uwag polecam zwolennikom kryminałów historycznych. Lektura da dużo satysfakcji, o ile nie będzie się od książki oczekiwało poprawności w historycznych detalach.

    Kolejny kryminał historyczny i kolejny bardzo dobry. Tym razem to świat oglądany przez pryzmat przygód warszawskiego andrusa. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek czytałem kryminał, który by przedstawiał tak rozległą panoramę wydarzeń składającą na kawał historii Polski. To powoduje, że oprócz innych zalet, książka ma w moich oczach niemałe znaczenie w popularyzacji historii – w sposób lekki i przyjemny, niejako mimochodem, wprowadza czytelnika w meandry wielu wydarzeń historycznych. A mamy tutaj Organizację Bojową PPS z postacią Taty Tasiemki (tak żenująco sportretowanego w książce i serialu Król), zamachy na szpiclów, powstanie śląskie, wjazd tramwajem do Kijowa, ale też Szpicbródkę czy niemieckie sterowce nad Warszawą. A wszystko w bardzo ciekawej, dobrze napisanej historii warszawskiego andrusa, Heńka Wcisły.

    W ogóle pomysł, aby fabułę oprzeć o przygody młodego warszawskiego łotrzyka jest wzorowy. Kalinowski przywrócił literaturze zapomnianą stylistykę powieści z półświatka, przypominającą klimaty z ballad Grzesiuka. Dawnych wspomnień czar.

    Na koniec jeszcze uwaga historyka. Autor bardzo rzetelnie odtworzył różne historyczne didaskalia. Pełne uznanie. Miałbym tylko uwagę dotyczącą wysadzenia cytadeli. Rzeczywistość wyglądała inaczej, niż się ją często przedstawiało – to chyba nie komuniści spowodowali jej wybuch. Autora broni fakt, że opinie historyków bywały w tej sprawie różne, choć chyba dzisiaj nikt nie ma wątpliwości, że detonacja była przypadkowa.[1]

    To pierwsza część cyklu „Śmierć frajerom”, ukazały się jeszcze dwa tomy tej serii Złota maska i Tajemnica skarbu Ala Capone.

    Joanna Jodełka, 2 miliony za Grunwald, WAB 2018, s. 380.

    Grzegorz Kalinowski, Śmierć frajerom, Muza 2015, s. 528.


    [1] szerzej piszę o tym w notatce poświęconej wspomnieniom Adama Pragiera.

  • Teatr

    Kaczmarski w Ateneum

    Bardzo mnie cieszy renesans zainteresowania twórczością Jacka Kaczmarskiego. Mam wra- żenie, że po odzyskaniu wolności przez lata był to twórca zapomniany, a w każdym razie niedo- ceniany. W czasie, kiedy Polska przechodziła głębokie przemiany ustrojowe, ludzie oczekiwali chyba czegoś innego niż proponował Kaczmarski. To nie był dobry czas na poetyckie teksty, głębszą refleksję o sztuce, o roli artysty. Na pewno recepcji nie pomogła emigracja do Australii. Dopiero jego dramatyczna śmierć spowodowała, że piosenki (chyba właściwiej poezja śpiewana) Kaczmarskiego z powrotem wróciły do normalnego obiegu. Ile cię trzeba cenić ten tylko się dowie, kto cię utracił.

    Interpretacje tekstów Kaczmarskiego w Teatrze Ateneum nie są jakieś przełomowe, ale ciekawe, bez fanfaronady, czy nadmiernych pretensji. Do najlepszych zaliczam Walkę postu z karnawałem i Lot Ikara. Zwłaszcza ten ostatni utwór został tak przekonująco zaśpiewany, że wysłuchałem go, jakby na nowo mierząc się z jego przesłaniem.

    Mała sala w Teatrze Ateneum powoduje, że nie istnieje żadna bariera miedzy widzami a aktorami. Nie ma wyodrębnionej sceny. Daje to piękne poczucie (złudzenie?) jedności wszystkich biorących udział w spektaklu. Zwłaszcza jak słucha się piosenek, które i tak dobrze się zna, a wspólna zabawa polega na ich przypominaniu.

    Premiera tego spektaklu odbyła się w 2014 roku, w 2017 zagrano setne przedstawienie, nie potrafię powiedzieć, ile ich odbyło się do tej pory. W każdym razie spektakl jest grany do dzisiaj i przypuszczam, że jeszcze jakiś czas pozostanie na afiszu. Pozycja konieczna dla wszystkich ceniących Kaczmarskiego. Czas na Lekcji historii zostanie spędzony przyjemnie, nie bez wzruszeń i na pewno skłoni do refleksji nad twórczością wielkiego barda.

    Jacek Kaczmarski, Lekcja historii, Teatr Ateneum, reżyseria: Jacek Bończyk, występują: Julia Konarska, Jacek Bończyk, Wojciech Brzeziński, Wojciech Michalak

  • Książki

    Tragiczny rejs

    Książka opisuje dzieje znanego rejsu niemieckiego liniowca pasażerskiego „St. Louis”, który w 1939 roku wyruszył z Hamburga mając na pokładzie 937 uchodźców żydowskich. Okręt płynął na Kubę, która była jednym z nielicznych krajów przyjmujących jeszcze uchodźców żydowskich. Niestety, kiedy statek dopłynął okazało się, ze władze kubańskie zmieniły zdanie i nie chcą przyjąć pasażerów tego statku. Zaczęło się poszukiwanie, kto mógłby im udzielić gościny. Odmówiły Stany Zjednoczone, Kanada czy państwa Ameryki Płd. Statek musiał po wielu dniach postoju zawrócić do Europy i groziło, że Żydzi będą musieli z powrotem wylądować w Niemczech.

    Na szczęście kilka krajów europejskich po długich negocjacjach zgodziło się przyjąć mniejsze grupy uchodźców i ostatecznie nikt z nich nie musiał powrócić do Niemiec. Niestety dla większości z nich (z wyjątkiem tych, którzy znaleźli się w Wielkiej Brytanii) oznaczało to odłożenia o rok znalezienia się w łapach hitlerowców, co nastąpiło po zajęciu przez nich Europy Zachodniej. W dalszej kolejności równało się to z zagładą.

    Tragedia uchodźców z „St. Louis” stała się symbolem obojętności USA wobec tragedii Żydów w Niemczech, ale również symbolem tego, że niechęć wobec imigracji uchodźców żydowskich skutkowała skazaniem ich na Holocaust.

    Omawiana książka jest klasycznym reportażem historycznym. Autorzy przedstawili losy kilkunastu pasażerów (łącznie z tym, jak dostali się na statek), decyzje członków załogi, w tym kapitana, działalność organizacji żydowskich organizujących pomoc dla uciekinierów, uwarunkowania rozstrzygnięć władz kubańskich. Wszystko to razem daje kompletny, bardzo szczegółowy i plastycznie przedstawiony obraz wszystkich okoliczności, jakie towarzyszyły temu tragicznemu rejsowi.

    Wart uwagi jest fakt, że Niemcy w 1939 roku nie stawiali żadnych ograniczeń dla emigracji Żydów – musieli jedynie wykupić bilet na statek, co prawda płacąc za rejs w obie strony.

    Ciekawa jest postawa kapitana „St. Louis”, Gustava Schrödera. Mianowicie postanowił on zapewnić żydowskim pasażerom wszystkie udogodnienia, na które mogą zwykle liczyć normalni pasażerowie. Co interesujące wytrwał w tym postanowieniu mimo opozycji członków załogi związanych z NSDAP.

    Lektura konieczna dla wszystkich interesujących się Holocaustem. Mimo iż książka dotyczy okresu wcześniejszego, to dobrze pokazuje obawy wszystkich państw przed imigracja żydowską, co tak fatalnie zaciążyło później nad losami ofiar zagłady. Na dodatek książka napisana jest „dobrym piórem”, co powoduje, że pomimo natłoku różnych drugorzędnych niekiedy szczegółów czyta się ją dość łatwo. Dobrze oddaje atmosferę tamtych czasów.

    Gordon Thomas, Max Morgan-Witts, Rejs wyklętych, Replika, Zakrzewo 2010, ss. 324.

  • Książki

    Pragier raz jeszcze. Tym razem o kompromisie.

    Adam Pragier, Czas przeszły dokonanyO wspomnieniach Pragiera już pisałem. Ciągle o nich jednak myślę i do jednego ich aspektu muszę jednak powrócić. Prawdę powiedziawszy te wspomnienia są skonstruowane wokół dwóch namiętnych resentymentów autora. Po pierwsze szczerze nienawidził Piłsudczyków, co biorąc pod uwagę, że był więźniem brzeskim, jest jak najbardziej zrozumiałe. Po wtóre był zdecydowanym przeciwnikiem ugodowej wobec Sowietów polityki Sikorskiego i Mikołajczyka. Ta kwestia, jak się wydaje, jest warta bliższego przyjrzenia, bowiem jest to spór pomiędzy strategicznymi orientacjami polskiej polityki zagranicznej, który w różnych odsłonach trwa do dzisiaj. Ściera się ciągle polityka kompromisu z Rosją motywowana realizmem i polityka zdecydowanego „nie” motywowana narodowymi imponderabiliami. Wszystko zaczęło się od Paktu Sikorki-Majski. Był on od razu krytykowany przez emigrację za pozostawienie bez rozstrzygnięcia kwestii polskiej granicy wschodniej. Oponenci chętnie widzieliby w tym pakcie potwierdzenie nienaruszalności naszych granic. Podpisanie paktu w istniejącym kształcie bardziej radykalni jego krytycy uważali wręcz za zdradę polskiej racji stanu. Pragier pisał swoje pamiętniki ponad 20 lat po tych wydarzeniach, znał skutki tego paktu, pozostał jednak wierny swoim bardzo sceptycznym przekonaniom. Także dzisiaj, mimo upływu blisko 80 lat, wielu publicystów nadal wchodzi w buty ówczesnych polemistów i namiętnie ów pakt potępia (celuje w tym zwłaszcza Piotr Zychowicz). Czy słusznie?

    Podpisanie Paktu Sikorski-Majski 30 lipca 1941. Od lewej: Władysław Sikorski, Anthony Eden, Winston Churchill i Iwan Majski

    Najpierw trzeba zadać pytanie czy można było uzyskać więcej od Sowietów? Wydaje się, że nie, ich stanowisko w sprawie granic było nieprzejednane, a wiedzieli także o nacisku rządu brytyjskiego na Polaków w sprawie zawarcia tego traktatu. Poza tym dla nich ten pakt nie był niezbędny – mogli sobie pozwolić na twardość. Z bardzo wysokim prawdopodobieństwem można zatem stwierdzić, że niemożliwe było uzyskanie od Sowietów gwarancji dla polskiej granicy wschodniej w jej przebiegu sprzed wybuchu wojny. Zresztą poważni historycy są zgodni w tej sprawie.

    Czy zatem krytyka paktu była słuszna? Mogę zrozumieć ówczesnych polityków, którzy alergicznie reagowali na milczącą zgodę (tak to postrzegali) Sikorskiego na sowiecki zabór ziem polskich. Natomiast kompletnie nie rozumiem dzisiejszych polemistów, którzy – mając już stosowną wiedzę – nadal zajadle potępiają pakt Sikorski-Majski. Pozostawanie w trwałej negacji układu alianckiego ze Związkiem Sowieckim na czele nic nie dawało, przedwojennej granicy by nie przywróciło. Natomiast nie wiadomo, czy w takiej sytuacji granica zachodnia oparłaby się na Odrze i Nysie Łużyckiej.

    Wydaje się, że w sprawie granicy wschodniej można było coś utargować podczas wizyty Sikorskiego w Moskwie zimą 1941/42. Stalin poruszył wtedy temat granicy mówiąc, że Polska musi ustąpić ciut-ciut. Co to miało znaczyć nie sprecyzował, ale na pewno nie była to zgoda na całość sowieckiej okupacji polskich terenów wschodnich. Sikorski tematu nie podjął, bo po pierwsze był chory i liczył na następne wizyty, które, jak wiadomo, się nie odbyły, a po wtóre naiwnie wierzył (zupełnie wbrew doświadczeniom z lat 1918-20), że o polskich granicach zadecyduje powojenna konferencja pokojowa.

    Puśćmy wodze fantazji, co by się stało, gdyby Sikorski podjął temat. Lwów byłby zapewne polski, cześć Wołynia z Łuckiem i Polesia również. Wilno pewnie przypadłoby sowieckiej republice litewskiej, ale na pewno Grodno, a może i Nowogródek pozostałby przy Polsce. Uratowalibyśmy w ten sposób część polskich ziem wschodnich. Jak jednak zareagowałaby opozycja na formalną zgodę rządu emigracyjnego na oddanie części terytorium. Najpewniej wspólnymi siłami piłsudczyków i opozycji demokratycznej Sikorski by został obalony, a porozumienie unieważnione. Jedyna szansa na uratowanie czegokolwiek na wschodzie ległaby w gruzach.

    Staje zatem pytanie o granice kompromisu w polityce polskiej. Wydaje się, że czasami warto iść na kompromis, nawet bardzo bolesny, aby w sytuacji beznadziejnej uratować cokolwiek. Od tego są politycy. Oczywiście muszą prawidłowo rozpoznawać uwarunkowania i mieć rozeznanie, kiedy taki trudny, wręcz dramatyczny kompromis jest uzasadniony, bo inaczej tracimy wszystko. Może lepiej czasem z czegoś fundamentalnego zrezygnować, aby w rozpaczliwej sytuacji coś jednak zyskać?

    Zamykając wątek granicy wschodniej, trzeba na jedną rzecz zwrócić uwagę. Umyka ona zarówno profesjonalnym historykom jak i zajadłym polemistom. Dzisiaj, ostatecznie, polska granic wschodnia jest absolutnie powszechnie akceptowana i nie znam żadnego głosu, który by wzywał do jej rewizji. Warto się zastanowić, w jakim świetle stawia to ówczesnych adwersarzy i ich dzisiejszych pogrobowców.

    Powodem niniejszych rozważań były wspomnienia Adama Pragiera. Od nich zacząłem i na nich kończę. W zakresie spraw wyżej poruszonych najbardziej dziwi, że tak wytrawny polityk, spisując swoje wspomnienia, pozostał tak nieubłaganym wrogiem polityki wschodniej Sikorskiego, mimo iż już wtedy wiedział mniej więcej tyle samo, co ja napisałem powyżej. Wiedza ta nie prowadziła jednak do żadnego zniuansowania poglądów. Mógł przecież uczciwie napisać: wtedy miałem takie zdanie, ale dzisiaj, zgodnie z aktualnym stanem wiedzy widzę te kwestie mniej ostro. Niczego takiego nie zrobił. Niezależnie od wszystkiego pozostał wierny swoim przekonaniom do ostatnich dni życia. I na sam koniec. Krytycy paktu Sikorski-Majski, w tej liczbie i Pragier, zwykle nie zauważają, że jego konsekwencją była m.in. ewakuacja Armii Andersa do Iranu. Sto tysięcy ludzi wywiezionych na Syberię uratowało się z sowieckiego piekła. Najpewniej ocalili dzięki temu swoje życie. Czy chociaż z tego powodu nie godzi się popatrzeć na to porozumienie z większym zrozumieniem?

  • Teatr

    Teatr Telewizji

    Nazbierało się kilka recenzyjek, mam nadzieję, że niektóre z nich ciekawe.

    Filomena Maturano

    Sztuka z 1946 r. Bardzo wzruszająca o matce, która wychowała samotnie trzech synów. Pracowała jako osoba do wszystkiego w wielkiej cukierni Domenica Soriano. Pod koniec życia zapragnęła uregulowania stosunków rodzinnych – małżeństwa z Domenico i przywrócenia ojca synom. Dalej nie będę przedstawiał fabuły, aby nie spoilować. W każdym razie oglądałem z radością i przejęciem. Niemała w tym zasługa doskonałego aktorstwa, zwłaszcza Anny Seniuk w roli głównej.

    Jest jeszcze ciekawa parantela. Główny bohater tej sztuki to Domenico Soriano. Kilka dni temu odwiedziłem galerię wybitnego meksykańskiego rzeźbiarza Juana Soriano. Galeria monumentalnych rzeźb tworzących galerię ogrodową znajduje się w moim bliskim sąsiedztwie. Rzadkie nazwisko pojawiło się w moim otoczeniu w ciągu kilku dni dwa razy i to w zupełnie różnym kontekście raz dramatu, a raz rzeźby, raz we włoskim, a raz w meksykańskim wydaniu. Rzadkie. Świat jest mniejszy, niż mi się wydaje.

    Eduardo de Filippo, Filomena Maturano, reż. Michał Kwieciński, Teatr TV 1996, w gł. rolach Anna Seniuk i Jerzy Grałek.

    Boulevard Voltaire

    We współczesnym Paryżu nawiązuje się przypadkowy romans między hydraulikiem, który okazuje się polskim poetą i melomanem a bogatą damą polskiego pochodzenia, która okazuje się Żydówką. On, Pan R. (Janusz Gajos) jest w istocie polskim inteligentem, którego stan wojenny zastał we Francji. Pozostał i koleją wielu mu podobnych zarabia na życie wykonując pracę fizyczną. Ona, Pani Z. (Ewa Wiśniewska) jako dziecko wyjechała z Polski w 1956, jej mąż, również Żyd, zrobił we Francji karierę ekonomisty, był zaprzyjaźniony z ministrami, jednym słowa elita.

    Hydraulik pojawia się w mieszkaniu przy Boulevard Voltaire akurat w czasie gdy z głośników sączy się muzyka poważna. Okazuje się, że zna się on na tym rodzaju muzyki znacznie lepiej niż pani domu, bez trudu rozpoznaje autorów obrazów wiszących na ścianach tego luksusowego domu, zna się na alkoholach mimo, że ich nie pije. Bardzo interesujący, kulturalny starszy pan, a okazuje się, że również poeta ciągle pisujący wiersze.

    Sposób zadzierzgnięcia się tego romansu, jego rozwój, z bardzo trafnym, przewrotnie użytym cytatem ze Staffa (szacunek dla autora) oglądałem dwa razy z niesłabnącą przyjemnością. A do tego jeszcze doskonała córka Pani Z. grana przez Agnieszkę Grochowską. To kawał dobrego teatru, ale mimo wszystko to tylko wstęp do dania głównego. A jest nim dzika awantura wypływająca z faktu, że obie osoby posługują się stereotypami na temat swoich nacji. Pan R. mówi, co myśli o działaniach Żydów i oskarżeniach przez nich Polaków, Pani Z. nie pozostawała dłużna. Logika sporu, kontrowersji zwycięża, uleganie stereotypom daje gorzkie owoce.

    Fakt, że wymiana zdań odbywa się między inteligentami oznacza tylko tyle, że jest ona bardziej błyskotliwa, a argumenty trafniejsze. Inteligenckie pochodzenie nie chroni jednak przed zaostrzaniem dyskusji, która nieuchronnie przeradza się w awanturę z rzucaniem przedmiotami włącznie. O temperaturze tych napięć więcej niż sam przebieg kłótni mówi scena rozgrywająca się już po ostatecznym trzaśnięciu drzwiami. Obie osoby jakby się zmitygowały, stojąc przy zatrzaśniętych drzwiach (każda po swojej stronie), próbują ochłonąć, zastanowić się czy warto było. Siła konfliktu jednak dominuje i mimo zatrzymania się, refleksji, próby opamiętania, jednak w samotności odchodzą od zamkniętych drzwi. Wydaje się, że ciągle więcej dzieli niż łączy.

    Zakończenie nie przesądza, czy zerwanie jest stale. Pani Z. jednak sprawdza kran i poszukuje hydraulika…

    Dla mnie wartością samą w sobie jest uczciwe przedstawienie różnych stereotypów. Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, ze Polacy podzielają różne stereotypy wobec innych nacji, nie mówi się jednak że ma również miejsce sytuacja odwrotna. Ponadto dużym szacunkiem obejmuję zawsze zwrócenie uwagi, że jesteśmy bardzo uwarunkowani naszą historią: Polacy swoją, Żydzi swoją a Francuzi swoją. Każdy człowiek ma też jakąś rodzinę, pochodzenie nas warunkuje, jednych tak, innych inaczej.

    Jedna rzecz jednak wzbudza moją niepewność. Bart wydaje się mówić, że na takie konflikty jak przedstawione w Boulevard Voltaire jesteśmy skazani, inteligenci również. Myślę, że Bart się myli. Znam kilka przypadków odwrotnych, w tym również polsko-żydowskich, gdzie takie napięcia nie występowały, a w każdym razie nie w  natężeniu, które można by z zewnątrz dostrzec. Doskonale, że Bart przedstawił sytuację, w której historia nie daje o sobie zapomnieć i wciąga nas w matnię, z drugiej strony pamiętajmy jednak, że na pewno nie jesteśmy na to skazani, nie ma tu żadnego determinizmu.

    Moja ocena to 10/10 Andrzej Bart, Boulevard Voltaire, reż. A. Bart, Teatr TV.

    Namiętna kobieta

    W dniu ślubu swojego syna, Marka (Piotr Adamczyk), jego matka (Marta Lipińska) wchodzi na strych i nie chce z niego zejść. To jej protest song. Przeciwko odejściu syna, z którym była związana, przeciwko upływowi lat, przeciwko nieudanemu, banalnemu małżeństwu, wreszcie przeciwko nadwadze. To refleksja starzejącej się kobiety nad przemijaniem, straconymi szansami, byłymi romansami. Jej dziwaczne zachowanie oznacza brak zgody na otaczający ją bieg spraw. Jej protest jest nieco absurdalny, bezsensowny – zgoda, ale świat ze wszystkimi utraconymi złudzeniami też  sensowny nie jest.

    Sztuka ma formę lekkiej komedii, niekiedy nawet farsy. Niech to nie myli widzów. Pod warstwą lekkiej, zabawowej formy, skłaniającej do uśmiechu, jest warstwa pobudzająca do głębszej refleksji. Moja ocena to 8/10, bo mimo wszystko za farsami nie przepadam.

    Kay Mellor, Namiętna kobieta, reż. Maciej Englert, spektakl Teatru Współczesnego, przeniesiony w niezmienionej obsadzie do Teatru TV.

    Piąta strona świata

    Oglądałem z mieszanymi uczuciami. Bardzo, bardzo lubię historie regionalne, Śląsk cenię sobie szczególnie. Z przyjemnością oglądałem panoramę doświadczenia Ślązaków w różnych, zwykle ciężkich czasach. To na plus.

    Natomiast mam chyba dość tego stałego biadolenia na polskość, na swój los gorszy od innych. Poza przyczynkami sztuka tak skonstruowana nie wniosła nic nowego do mojego rozumienia śląskiej historii. Na dodatek wystawiona została w sposób, mówiąc delikatnie, nie wybitny.

    Kazimierz Kutz, Piąta strona świata, reż. Robert Talarczyk, premiera w Teatrze Śląskim w Katowicach, przeniesiony do Teatru TV.

    Brancz

    W zamierzeniu autora tekstu i reżysera miała to być komedia. Ale czy ktoś przy takich dowcipach wybucha śmiechem. Wątpię. Może to taka formuła do refleksji, choć z przymrużeniem oka, ale szczerze powiedziawszy nie dostrzegłem w tej sztuce podniesienia żadnego poważniejszego problemu. Konstatacja, że pokolenie rodziców ma inne postrzeganie świata niż pokolenie dzieci, jest po prostu banalne. Natomiast ośmieszanie starych matek, jako pazernych i przygłupich jest po prostu zwyczajnie niesmaczne. I ten ostatnie przymiotnik najczęściej przychodzi do głowy, gdy myśli się o tym spektaklu.

    Nawet nie mam ochoty tracić czas na napisanie w tej kwestii. Niesmaczne i pretensjonalne, jak tytuł tego utworu. Cóż to bowiem jest brancz/Brancz? Żałuję postępującej atrofii sił twórczych Juliusza Machulskiego, którego Vabank, Seksmisję czy Girl Guide bardzo dobrze wspominam. Swoją drogą, czy ociekający poprawnością Machulski byłby w stanie dziś powtórzyć Seksmisję? Pytanie retoryczne, dzisiaj co najwyżej mógłby zrobić taką misjęà rebours. Machulski jest producentem wielu filmów, znacznie lepszych niż te, które sam reżyseruje np. W  ciemności. Moja dobra rada jest skoncentrować się na tym, co dobrze wychodzi, a nie robić kolejnych knotów typu Brancz, czy kinowa Ambassada. Facet ma jednak, jako producent, silną pozycję w środowisku i kolejnych jego „dzieł” jednak musimy się spodziewać.

    Ocena końcowa 2/10, na plus zaliczam doskonałe aktorstwo. Żal tylko, że aktorki o takim życiorysie i taki potencjale jak Anna Seniuk czy Stanisława Celińska musza poniżać się do gry w takim kiczu, na końcu bowiem pozostaje pajacowanie bez istotnego uzasadnienia.

    Juliusz Machulski, Brancz, reż. Juliusz Machulski, Teatr TV.

  • Militaria

    Powstania śląskie

    1. O powstaniach śląskich napisano bardzo dużo, ale dobrych książek prawie nie było. Tę lukę zapełnił prof. Ryszard Kaczmarek.

    2. Najważniejsza zaletą tej monografii jest bardzo szerokie uwzględnienie sytuacji po stronie niemieckiej. Uwzględnione zostały nie tylko uwarunkowania polityczne, ale także przemiany w Reichswerze (do poziomu pojedynczych jednostek!) i organizacji niemieckich organizacji paramilitarnych na czele ze znanymi Freikorpsami. Ten aspekt historii powstań śląskich był do tej pory zupełnie pomijany. w polskiej historiografii.

    3. Dość szczegółowo autor przedstawia okoliczności wybuchu kolejnych powstań, nie przemilcza kłopotliwych szczegółów (jak na przykład w przypadku pierwszego powstania) ani obcych polskiej mitologii informacji o uzgodnieniu przez Korfantego z gen. Le Rondem terminu wybuchu III Powstania Śląskiego.

    4. Polscy autorzy najczęściej uwypuklają proniemieckie stanowisko Anglików i Włochów budując narracje osamotnionej walki nie wspieranej przez aliantów. Kaczmarek zwraca uwagę na ogromne wparcie Francuzów, bez niego historia potoczyłaby się zapewne inaczej i dla Polski znacznie gorzej.

    5. Dla wszystkich zainteresowanych tą tematyką lektura obowiązkowa.

    Ryszard Kaczmarek, Powstania śląskie 1919-1920-1921, Wydawnictwo Literackie, 2019, s. 624