Książki

Pragier raz jeszcze. Tym razem o kompromisie.

Adam Pragier, Czas przeszły dokonanyO wspomnieniach Pragiera już pisałem. Ciągle o nich jednak myślę i do jednego ich aspektu muszę jednak powrócić. Prawdę powiedziawszy te wspomnienia są skonstruowane wokół dwóch namiętnych resentymentów autora. Po pierwsze szczerze nienawidził Piłsudczyków, co biorąc pod uwagę, że był więźniem brzeskim, jest jak najbardziej zrozumiałe. Po wtóre był zdecydowanym przeciwnikiem ugodowej wobec Sowietów polityki Sikorskiego i Mikołajczyka. Ta kwestia, jak się wydaje, jest warta bliższego przyjrzenia, bowiem jest to spór pomiędzy strategicznymi orientacjami polskiej polityki zagranicznej, który w różnych odsłonach trwa do dzisiaj. Ściera się ciągle polityka kompromisu z Rosją motywowana realizmem i polityka zdecydowanego „nie” motywowana narodowymi imponderabiliami. Wszystko zaczęło się od Paktu Sikorki-Majski. Był on od razu krytykowany przez emigrację za pozostawienie bez rozstrzygnięcia kwestii polskiej granicy wschodniej. Oponenci chętnie widzieliby w tym pakcie potwierdzenie nienaruszalności naszych granic. Podpisanie paktu w istniejącym kształcie bardziej radykalni jego krytycy uważali wręcz za zdradę polskiej racji stanu. Pragier pisał swoje pamiętniki ponad 20 lat po tych wydarzeniach, znał skutki tego paktu, pozostał jednak wierny swoim bardzo sceptycznym przekonaniom. Także dzisiaj, mimo upływu blisko 80 lat, wielu publicystów nadal wchodzi w buty ówczesnych polemistów i namiętnie ów pakt potępia (celuje w tym zwłaszcza Piotr Zychowicz). Czy słusznie?

Podpisanie Paktu Sikorski-Majski 30 lipca 1941. Od lewej: Władysław Sikorski, Anthony Eden, Winston Churchill i Iwan Majski

Najpierw trzeba zadać pytanie czy można było uzyskać więcej od Sowietów? Wydaje się, że nie, ich stanowisko w sprawie granic było nieprzejednane, a wiedzieli także o nacisku rządu brytyjskiego na Polaków w sprawie zawarcia tego traktatu. Poza tym dla nich ten pakt nie był niezbędny – mogli sobie pozwolić na twardość. Z bardzo wysokim prawdopodobieństwem można zatem stwierdzić, że niemożliwe było uzyskanie od Sowietów gwarancji dla polskiej granicy wschodniej w jej przebiegu sprzed wybuchu wojny. Zresztą poważni historycy są zgodni w tej sprawie.

Czy zatem krytyka paktu była słuszna? Mogę zrozumieć ówczesnych polityków, którzy alergicznie reagowali na milczącą zgodę (tak to postrzegali) Sikorskiego na sowiecki zabór ziem polskich. Natomiast kompletnie nie rozumiem dzisiejszych polemistów, którzy – mając już stosowną wiedzę – nadal zajadle potępiają pakt Sikorski-Majski. Pozostawanie w trwałej negacji układu alianckiego ze Związkiem Sowieckim na czele nic nie dawało, przedwojennej granicy by nie przywróciło. Natomiast nie wiadomo, czy w takiej sytuacji granica zachodnia oparłaby się na Odrze i Nysie Łużyckiej.

Wydaje się, że w sprawie granicy wschodniej można było coś utargować podczas wizyty Sikorskiego w Moskwie zimą 1941/42. Stalin poruszył wtedy temat granicy mówiąc, że Polska musi ustąpić ciut-ciut. Co to miało znaczyć nie sprecyzował, ale na pewno nie była to zgoda na całość sowieckiej okupacji polskich terenów wschodnich. Sikorski tematu nie podjął, bo po pierwsze był chory i liczył na następne wizyty, które, jak wiadomo, się nie odbyły, a po wtóre naiwnie wierzył (zupełnie wbrew doświadczeniom z lat 1918-20), że o polskich granicach zadecyduje powojenna konferencja pokojowa.

Puśćmy wodze fantazji, co by się stało, gdyby Sikorski podjął temat. Lwów byłby zapewne polski, cześć Wołynia z Łuckiem i Polesia również. Wilno pewnie przypadłoby sowieckiej republice litewskiej, ale na pewno Grodno, a może i Nowogródek pozostałby przy Polsce. Uratowalibyśmy w ten sposób część polskich ziem wschodnich. Jak jednak zareagowałaby opozycja na formalną zgodę rządu emigracyjnego na oddanie części terytorium. Najpewniej wspólnymi siłami piłsudczyków i opozycji demokratycznej Sikorski by został obalony, a porozumienie unieważnione. Jedyna szansa na uratowanie czegokolwiek na wschodzie ległaby w gruzach.

Staje zatem pytanie o granice kompromisu w polityce polskiej. Wydaje się, że czasami warto iść na kompromis, nawet bardzo bolesny, aby w sytuacji beznadziejnej uratować cokolwiek. Od tego są politycy. Oczywiście muszą prawidłowo rozpoznawać uwarunkowania i mieć rozeznanie, kiedy taki trudny, wręcz dramatyczny kompromis jest uzasadniony, bo inaczej tracimy wszystko. Może lepiej czasem z czegoś fundamentalnego zrezygnować, aby w rozpaczliwej sytuacji coś jednak zyskać?

Zamykając wątek granicy wschodniej, trzeba na jedną rzecz zwrócić uwagę. Umyka ona zarówno profesjonalnym historykom jak i zajadłym polemistom. Dzisiaj, ostatecznie, polska granic wschodnia jest absolutnie powszechnie akceptowana i nie znam żadnego głosu, który by wzywał do jej rewizji. Warto się zastanowić, w jakim świetle stawia to ówczesnych adwersarzy i ich dzisiejszych pogrobowców.

Powodem niniejszych rozważań były wspomnienia Adama Pragiera. Od nich zacząłem i na nich kończę. W zakresie spraw wyżej poruszonych najbardziej dziwi, że tak wytrawny polityk, spisując swoje wspomnienia, pozostał tak nieubłaganym wrogiem polityki wschodniej Sikorskiego, mimo iż już wtedy wiedział mniej więcej tyle samo, co ja napisałem powyżej. Wiedza ta nie prowadziła jednak do żadnego zniuansowania poglądów. Mógł przecież uczciwie napisać: wtedy miałem takie zdanie, ale dzisiaj, zgodnie z aktualnym stanem wiedzy widzę te kwestie mniej ostro. Niczego takiego nie zrobił. Niezależnie od wszystkiego pozostał wierny swoim przekonaniom do ostatnich dni życia. I na sam koniec. Krytycy paktu Sikorski-Majski, w tej liczbie i Pragier, zwykle nie zauważają, że jego konsekwencją była m.in. ewakuacja Armii Andersa do Iranu. Sto tysięcy ludzi wywiezionych na Syberię uratowało się z sowieckiego piekła. Najpewniej ocalili dzięki temu swoje życie. Czy chociaż z tego powodu nie godzi się popatrzeć na to porozumienie z większym zrozumieniem?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

nine − two =