• Książki

    Pragier raz jeszcze. Tym razem o kompromisie.

    Adam Pragier, Czas przeszły dokonanyO wspomnieniach Pragiera już pisałem. Ciągle o nich jednak myślę i do jednego ich aspektu muszę jednak powrócić. Prawdę powiedziawszy te wspomnienia są skonstruowane wokół dwóch namiętnych resentymentów autora. Po pierwsze szczerze nienawidził Piłsudczyków, co biorąc pod uwagę, że był więźniem brzeskim, jest jak najbardziej zrozumiałe. Po wtóre był zdecydowanym przeciwnikiem ugodowej wobec Sowietów polityki Sikorskiego i Mikołajczyka. Ta kwestia, jak się wydaje, jest warta bliższego przyjrzenia, bowiem jest to spór pomiędzy strategicznymi orientacjami polskiej polityki zagranicznej, który w różnych odsłonach trwa do dzisiaj. Ściera się ciągle polityka kompromisu z Rosją motywowana realizmem i polityka zdecydowanego „nie” motywowana narodowymi imponderabiliami. Wszystko zaczęło się od Paktu Sikorki-Majski. Był on od razu krytykowany przez emigrację za pozostawienie bez rozstrzygnięcia kwestii polskiej granicy wschodniej. Oponenci chętnie widzieliby w tym pakcie potwierdzenie nienaruszalności naszych granic. Podpisanie paktu w istniejącym kształcie bardziej radykalni jego krytycy uważali wręcz za zdradę polskiej racji stanu. Pragier pisał swoje pamiętniki ponad 20 lat po tych wydarzeniach, znał skutki tego paktu, pozostał jednak wierny swoim bardzo sceptycznym przekonaniom. Także dzisiaj, mimo upływu blisko 80 lat, wielu publicystów nadal wchodzi w buty ówczesnych polemistów i namiętnie ów pakt potępia (celuje w tym zwłaszcza Piotr Zychowicz). Czy słusznie?

    Podpisanie Paktu Sikorski-Majski 30 lipca 1941. Od lewej: Władysław Sikorski, Anthony Eden, Winston Churchill i Iwan Majski

    Najpierw trzeba zadać pytanie czy można było uzyskać więcej od Sowietów? Wydaje się, że nie, ich stanowisko w sprawie granic było nieprzejednane, a wiedzieli także o nacisku rządu brytyjskiego na Polaków w sprawie zawarcia tego traktatu. Poza tym dla nich ten pakt nie był niezbędny – mogli sobie pozwolić na twardość. Z bardzo wysokim prawdopodobieństwem można zatem stwierdzić, że niemożliwe było uzyskanie od Sowietów gwarancji dla polskiej granicy wschodniej w jej przebiegu sprzed wybuchu wojny. Zresztą poważni historycy są zgodni w tej sprawie.

    Czy zatem krytyka paktu była słuszna? Mogę zrozumieć ówczesnych polityków, którzy alergicznie reagowali na milczącą zgodę (tak to postrzegali) Sikorskiego na sowiecki zabór ziem polskich. Natomiast kompletnie nie rozumiem dzisiejszych polemistów, którzy – mając już stosowną wiedzę – nadal zajadle potępiają pakt Sikorski-Majski. Pozostawanie w trwałej negacji układu alianckiego ze Związkiem Sowieckim na czele nic nie dawało, przedwojennej granicy by nie przywróciło. Natomiast nie wiadomo, czy w takiej sytuacji granica zachodnia oparłaby się na Odrze i Nysie Łużyckiej.

    Wydaje się, że w sprawie granicy wschodniej można było coś utargować podczas wizyty Sikorskiego w Moskwie zimą 1941/42. Stalin poruszył wtedy temat granicy mówiąc, że Polska musi ustąpić ciut-ciut. Co to miało znaczyć nie sprecyzował, ale na pewno nie była to zgoda na całość sowieckiej okupacji polskich terenów wschodnich. Sikorski tematu nie podjął, bo po pierwsze był chory i liczył na następne wizyty, które, jak wiadomo, się nie odbyły, a po wtóre naiwnie wierzył (zupełnie wbrew doświadczeniom z lat 1918-20), że o polskich granicach zadecyduje powojenna konferencja pokojowa.

    Puśćmy wodze fantazji, co by się stało, gdyby Sikorski podjął temat. Lwów byłby zapewne polski, cześć Wołynia z Łuckiem i Polesia również. Wilno pewnie przypadłoby sowieckiej republice litewskiej, ale na pewno Grodno, a może i Nowogródek pozostałby przy Polsce. Uratowalibyśmy w ten sposób część polskich ziem wschodnich. Jak jednak zareagowałaby opozycja na formalną zgodę rządu emigracyjnego na oddanie części terytorium. Najpewniej wspólnymi siłami piłsudczyków i opozycji demokratycznej Sikorski by został obalony, a porozumienie unieważnione. Jedyna szansa na uratowanie czegokolwiek na wschodzie ległaby w gruzach.

    Staje zatem pytanie o granice kompromisu w polityce polskiej. Wydaje się, że czasami warto iść na kompromis, nawet bardzo bolesny, aby w sytuacji beznadziejnej uratować cokolwiek. Od tego są politycy. Oczywiście muszą prawidłowo rozpoznawać uwarunkowania i mieć rozeznanie, kiedy taki trudny, wręcz dramatyczny kompromis jest uzasadniony, bo inaczej tracimy wszystko. Może lepiej czasem z czegoś fundamentalnego zrezygnować, aby w rozpaczliwej sytuacji coś jednak zyskać?

    Zamykając wątek granicy wschodniej, trzeba na jedną rzecz zwrócić uwagę. Umyka ona zarówno profesjonalnym historykom jak i zajadłym polemistom. Dzisiaj, ostatecznie, polska granic wschodnia jest absolutnie powszechnie akceptowana i nie znam żadnego głosu, który by wzywał do jej rewizji. Warto się zastanowić, w jakim świetle stawia to ówczesnych adwersarzy i ich dzisiejszych pogrobowców.

    Powodem niniejszych rozważań były wspomnienia Adama Pragiera. Od nich zacząłem i na nich kończę. W zakresie spraw wyżej poruszonych najbardziej dziwi, że tak wytrawny polityk, spisując swoje wspomnienia, pozostał tak nieubłaganym wrogiem polityki wschodniej Sikorskiego, mimo iż już wtedy wiedział mniej więcej tyle samo, co ja napisałem powyżej. Wiedza ta nie prowadziła jednak do żadnego zniuansowania poglądów. Mógł przecież uczciwie napisać: wtedy miałem takie zdanie, ale dzisiaj, zgodnie z aktualnym stanem wiedzy widzę te kwestie mniej ostro. Niczego takiego nie zrobił. Niezależnie od wszystkiego pozostał wierny swoim przekonaniom do ostatnich dni życia. I na sam koniec. Krytycy paktu Sikorski-Majski, w tej liczbie i Pragier, zwykle nie zauważają, że jego konsekwencją była m.in. ewakuacja Armii Andersa do Iranu. Sto tysięcy ludzi wywiezionych na Syberię uratowało się z sowieckiego piekła. Najpewniej ocalili dzięki temu swoje życie. Czy chociaż z tego powodu nie godzi się popatrzeć na to porozumienie z większym zrozumieniem?

  • Książki

    Czas przeszły dokonany Adama Pragiera

    Adam Pragier, Czas przeszły dokonanyAż dziw, że dopiero teraz ukazały się w Polsce wspomnienia Adama Pragiera. Do tej pory miały tylko jedno wydanie w Londynie w roku 1966. Zatem chwała Muzeum Historii Polski za opublikowanie tej pozycji w ramach serii 100-lecie Niepodległości Wspomnienia i pamiętniki.

    Adam Pragier był działaczem socjalistycznym, został wybrany posłem z listy PPS w 1922 i 1927 roku, był więźniem brzeskim, brał udział w konstruowaniu pierwszego polskiego rządu emigracyjnego a potem zasiadał w londyńskiej Radzie Narodowej. Można powiedzieć, że miał dobre miejsca do obserwacji polskiego życia politycznego.

    Do ciekawszych doświadczeń autora należało zasiadanie w komisjach sejmowych, które dzisiaj nazwalibyśmy śledczymi. Zwłaszcza ciekawe było regularne śledztwo, jakie Pragier przeprowadził w sprawie wybuchu w warszawskiej cytadeli.[1] Miał dzięki temu informacje z pierwszej ręki, a wskazują one na wieloaspektową rolę prowokacji policji politycznej w zakresie ustalenia winnych. Wydaje się, że przypisanie zamachu Bagińskiemu i Wieczorkiewiczowi było nieprawidłowe, a do wybuchu doszło przez przypadek.

    Bardzo ciekawe są też uwagi Pragiera o sformowaniu rządu gen. Sikorskiego w 1939 roku. Autor wspomnień znalazł się bowiem w Paryżu jako jeden z pierwszych polityków emigrujących z kraju i brał od początku udział w rozmowach, jakie toczyły się w tym gorącym okresie. Szczególnie interesujące są informacje o kulisach powołania Adama Koca jako ministra w pierwszym rządzie Sikorskiego, a Koc był przecież czołowym politykiem sanacyjnym, a od tej linii politycznej ówcześnie odcinano się jak tylko było można.

    Pragier był zdecydowanym przeciwnikiem paktu Sikorski – Majski w takim kształcie, w jakim ostatecznie został podpisany. Kontrowersja dotyczyła sprawy granicy z 1939, a dokładnie chodziło o brak gwarancji jej nienaruszalności. Sprawa jest dobrze historykom znana, natomiast Pragier podaje sporo szczegółów towarzyszących samemu podpisaniu paktu i dalszego sporu, jaki w kręgach emigracyjnych był przez dłuższy czas toczony.

    W niektórych sprawach poglądy Pragiera są jednak zdumiewające, na przykład gdy chodzi o komunistów. Na pewno źle oceniał bolszewików i politykę władz sowieckich, to bezsporne. Natomiast jak pisze o osobistych kontaktach z polskimi komunistami, to zawsze wyraża się o konkretnych ludziach bardzo ciepło, co stanowi kontrast zwłaszcza w odniesieniu do piłsudczyków, o których bodaj bez wyjątku pisze źle lub bardzo źle, a wielu z nich było przecież jego partyjnymi kolegami w PPS. Ta dziwna ambiwalencja miała skutki też w innych opiniach. Na przykład Pragier twierdzi, że w PPS nie było sympatii prokomunistycznych (co jest oczywistą nieprawdą), a tzw. lewica PPS to w istocie przeciwnicy Piłsudskiego (t.1, s. 495). Z kolei niewiele dalej pojawia się już inna opinia, że jednak lewica PPS istniała i miała tendencje rewolucyjne (t.2, s. 6). Wynika z tego tyle, że Pragier usiłował za wszelką ceną oczyścić swoja partię z zarzutów o posiadanie skrzydła, które wyrażało sympatię do komunizmu.

    W omawianych wspomnieniach jest wiele tego typu smaczków, na przykład portretów ludzi, których autor miał szansę poznać. Dodać jednak trzeba, że niezależnie od walorów merytorycznych, książka jest napisana bardzo ciekawie i czyta się ją jednym tchem. Poza tym Pragier bardzo szczerze wyraża różne sądy. Sumarycznie rzecz biorąc jej lektura jest bardzo interesująca poznawczo i jednocześnie daje dużo radości z obcowania z dobrze napisanym tekstem. Czytać koniecznie.

    Adam Pragier, Czas przeszły dokonany, opracowanie Andrzej Friszke i Ewa Pejaś, Muzeum Historii Polski, Warszawa 2018, t. 1-3.


    [1] W artykule poświęconym tej sprawie w Wikipedii (https://pl.wikipedia.org/wiki/ Zamach_w_Cytadeli_Warszawskiej) występuje błąd – Pragier nie był przewodniczącym tej komisji, był nim Stanisław Kozicki z Narodowej Demokracji. Zresztą twórca tego artykułu nie znał wspomnień Pragiera, co pokazuje, jak ważną rzeczą było ich polskie wydanie.

  • Książki

    Kontrowersje w Kościele Grekokatolickim

    Grzegorz Chomyszyn, Biskup Stanisławowski, Dwa królestwa,  redakcja ks. Ihor Pełechatyj, Włodzimierz Osadczy, Wydawnictwo AA Kraków 2017Książka, zawierająca cudem ocalałe wspomnienia i refleksje bpa Chomyszyna, opatrzone świetnym wstępem i komentarzem, porusza zupełnie nieznany temat kontrowersji przechodzącej w awanturę, a dotyczącej Kościoła Grekokatolickiego. Mimo iż wydawało mi się, że coś niecoś wiem o tym wyznaniu, to o owym sporze nic nie słyszałem. Rzecz dotyczy polityki metropolity Szeptyckiego, dobrze przecież znanego polskim historykom. Co prawda uwagę głównie przyciągało jego stanowisko wobec ludobójstwa na Wołyniu, ale przy tej okazji analizowano również szerszy kontekst jego polityki wobec ukraińskiego nacjonalizmu.

    Wszystko rozpoczęło się od planów nowej unii
    i przyciągnięcia prawosławnych do grekokatolicyzmu.  Plan powstał w Rzymie, jego twórcy kard. Tisserant i bp d’Herbigny (przewodniczący „Commissio pro Russia”) zakładali, że ewentualną nową unię ułatwi ujednolicenie, a w każdym razie bardzo poważne zbliżenie liturgii grekokatolickiej do prawosławnej. Można domniemywać, że chodziło o to, by wierni nie zauważyli różnicy w przypadku przejścia z jednej denominacji na drugą. Koniecznie trzeba jednak dopowiedzieć, że cały ten plan był kompletną mrzonką nie mającą najmniejszej szansy na realizację. Niestety zważył na losach cerkwi grekokatolickiej.

    Wielkim zwolennikiem tego pomysłu był abp Szeptycki. Jednak mieć pomysł łatwo, ale zrealizować go znacznie trudniej. W realu oznaczało to nie tylko przeciwstawienie się pojawiającym się wpływom łacińskim (jak np. niektóre nabożeństwa), ale wycięcie z już praktykowanych obrzędów niektórych elementów zaczerpniętych od katolików rzymskich. Oczywiście musiało to budzić opór wiernych i części duchowieństwa. Wobec tego oporu rozpętano kampanię walki z łacińskimi naleciałościami, traktując je jak diabelstwo czyste. Łatwo byłoby na to odpowiedzieć, że po drugiej stronie mamy przecież moskalofilstwo, bardziej przecież groźne dla Ukraińców. Problem w tym, że za proponowanymi zmianami stał metropolita Szeptycki, który miał wystarczająco dużo możliwości oddziaływania na przeciwników jego reform. Ponadto, aby ochronić się przed zarzutami moskalofilstwa zaczął wspierać ukraiński ruch narodowy wraz z jego nacjonalistycznymi przejawami. Wydaje się, że obie te tendencje wzajemnie się nakręcały. Im więcej prawosławia w liturgii i im więcej walki z łacińskimi naleciałościami, tym intensywniejsze poparcie dla separatyzmu ukraińskiego.

    Warto uświadomić sobie, że Kościół Grekokatolicki znajdował się (i trwa to do dziś) w unii z Rzymem i akceptował zwierzchnictwo papieża. W tym kontekście wydawałoby się, ze przeciwstawienie się polityce metropolity Szeptyckiego  będzie łatwe, ale przecież realizował on dziwaczną politykę Watykanu (patrz wyżej) nakierowaną na próbę jakiegoś przyciągnięcia prawosławnych.

    Teraz dopiero można przejść do książki bpa Chomyszyna. Jej rdzeniem jest żarliwe przeciwstawienie się tendencjom, które uosabiał abp Szeptycki i osoby z nim związane. Zacznijmy od kwestii liturgicznych:

    „Zbliżenie czy raczej zrównanie obrządków jako środek do nawrócenia Wschodu jest nie tylko nieodpowiedni, ale nawet szkodliwy i niebezpieczny dla wiary katolickiej i dla naszej cerkwi. Nieodpowiedni dlatego, ze nawrócenie odbędzie się nie obrządkiem, ale wiarą, życiem z wiary, modlitwą, ciężka ofiarą i poświęceniem. Schizmatycy wtedy zainteresują się prawdziwością wiary katolickiej, kiedy zobaczą u nas mocne cnoty, wielkie dzieła pochodzące z wiary katolickiej. Kiedy jednak idzie o połączenie z ich obrządkiem, to nas wyśmieją albo ze współczuciem powiedzą: toż u nas jest ten sam obrządek, to czemu mamy do  was wracać. Ten środek jest także niebezpieczny i szkodliwy, bo historia świadczy aż nadto jasno, że wszelkie niszczenie naszego obrządku, że wszelkie zbliżenie naszego obrządku do schizmatyckiego jest  niczym innym, jak zbliżeniem do schizmy, a w końcu – samą schizmą.”

    Problem relacji do ukraińskiego ruchu narodowego, który był wpierany przez metropolitę Szeptyckiego pojawiał się w różnych pismach biskupa Chomyszyna. Najpierw w tekście Problem ukraiński opublikowanym w 1933 roku, a potem w Dwóch królestwach gdzie przewijał się jako jeden z głównych motywów.

    „Nacjonalizm począł u nas przybierać cechy ducha pogańskiego, albowiem wprowadza pogańską etykę nienawiści, nakazuje nienawidzić wszystkich, którzy są innej narodowości, a nawet wzbrania nieść im pomoc i okazywać miłosierdzie w ich nieszczęściu. To właśnie jest przeciwne etyce chrześcijańskiej, Chrystus bowiem nakazywał słowem i swoim przykładem miłować bliźnich swoich i to nie tylko przyjaciół i swoich ale również i wrogów osobistych i ludzi obcych narodowością.” Pisał w tekście Problem ukraiński i dalej „Hurrapatrioci narodowi, szowiniści i krótkowzroczni politycy ukraińscy spowodowali gorzki los narodu ukraińskiego. Oni to wprowadzali ten duchowy rozkład w narodzie, oni to podkopali wiarę i moralność, oni to oślepili i zatruli naród. Oni to nadal wywołują gniew Boży i gotowi do tego doprowadzić, że z kipiącego kotła Wschodu poleje się lawa ognista, która może nas całkowicie zmieść z oblicza ziemi.” Trzeba koniecznie zwrócić uwagę, jak dalece prorocze to były słowa. A przecież napisane były w roku 1933, kiedy mało kto przewidywał dramatyczną przyszłość. Pokazują one, że jeśli ktoś swoją refleksję opiera na głębokich i konsekwentnych podstawach chrześcijańskich, to przewidywanie przyszłości przychodzi mu łatwiej niż zawodowym politykom. Na marginesie zauważmy, że tak radykalnej refleksji zabrakło polskim biskupom z rzymskokatolickiej części episkopatu.

    Biskup Chomyszyn powinien być dla Polaków w kontekście pojednania polsko-ukraińskiego kluczowa postacią. Polski  Sejm w 2017 roku na wniosek klubu Kukiz’15 przyjął uchwałę w sprawie uczczenia pamięci bł. bpa Chomyszyna. Znacznie wcześniej, bo w 2001 roku Jan Paweł II podczas wizyty na Ukrainie beatyfikował go jako biskupa męczennika (zmarł zamęczony w więzieniu sowieckim w 1945 roku).

    Na zwrócenie uwagi zasługują dwa teksty stanowiące rozbudowany wstęp do pracy bpa Chomyszyna autorstwa ks. Ihora Pełechatego i Włodzimierza Osadczego. Przedstawiają one zarówno rozbudowany kontekst historyczny, w którym owa praca powstawała, jak i dzieje samego rękopisu. Dla większości czytelników bardzo przydatna będzie także krótka historia Kościoła unickiego ze szczególnym uwzględnieniem relacji z prawosławiem i narodowym ruchem ukraińskim.

    Szczególne podziękowania dla Miejskiej Biblioteki w Podkowie Leśnej, która zakupiła tę książkę i umożliwiła mi jej przeczytanie. Zawsze można na nią liczyć. Dzięki.

    Podsumowując: książka o bardzo szczególnych walorach poznawczych, poruszająca całkowicie nieznana problematykę, opatrzona wyjątkowo dobrymi wprowadzeniami. Ocena to 10/10 i gorące polecenie wszystkim interesującym się tymi zagadnieniami.

    Grzegorz Chomyszyn, Biskup Stanisławowski, Dwa królestwa,  redakcja ks. Ihor Pełechatyj, Włodzimierz Osadczy, Wydawnictwo AA Kraków 2017.

  • Militaria

    Sprawa majora Sosnowskiego

    Konrad Graczyk, Operacja „Reichswehrministerium”. Misja majora Jerzego Sosnowskiego, Wydawnictwo Rytm, recenzjaZwykle o historii piszą historycy lub inni autorzy, którzy historyków udają. Tym razem mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją. Książkę napisał prawnik, który głównie koncentrował się na tym, co umie najlepiej, czyli na analizie prawnej. Dało to naprawdę dobry efekt. Wiele kwestii zostało wyjaśnionych, a i sporo błędów poprostowanych. Na przykład dla historyka jest rzeczą bez większego znaczenia, czy wobec Sosnowskiego polskie władze prowadziły śledztwo czy dochodzenie. Bezrefleksyjnie większość pisała o śledztwie, a różnica jest doprawdy zasadnicza: dochodzenie prowadził prokurator, a śledztwo – sędzia śledczy. Dzisiaj polskie prawo nie zna instytucji sędziego śledczego, stąd całe zamieszanie. W Wikipedii do chwili opublikowania niniejszej notki też funkcjonuje termin śledztwo, mimo iż omawiana książka ukazała się 15 miesięcy temu! A sprawa jest dość istotna. Sędzia śledczy miał więcej niezależności niż prokurator, zatem łatwo sobie wyobrazić dlaczego szefostwo II Oddziału wybrało formę dochodzenia, a nie śledztwa.

    Autor dotarł do niewykorzystywanych do tej pory materiałów polskiego konsulatu w Berlinie, który udzielał pomocy aresztowanemu. To zupełna nowość. Do sprawy wnosi co prawda niewiele, ale na przykład  pokazuje opieszałość w znalezieniu obrońcy dla rotmistrza. Musiał być on zaakceptowany przez niemiecki Trybunał Ludowy, przed którym toczyła się sprawa, a siedzącemu w areszcie nie było łatwo takiego obrońcę znaleźć.

    Kolejnym nowością jest dotarcie do materiałów postępowania przed sądem partyjnym NSDAP w sprawie por. Rudloffa. Wszystkie zawirowania dotyczące jego osoby zostały dzięki temu wyjaśnione na tyle, na ile się dało. Jest to o tyle istotne, że w polskim procesie to właśnie Rudloffowi przypisywano (oczywiście niesłusznie) zwerbowanie Sosnowskiego przez Abwehrę. Wyjaśniono zarówno sposób jego zatrudnienia w Abwehrze, jak posługiwanie się przez niego stopniem kapitana oraz jego sytuację finansową.

    Ciekawa jest również precyzyjna analiza dokumentów prawniczych, przede wszystkim aktów oskarżenia (zarówno przed sądem niemieckim jak i polskim), ale w miarę możliwości także procedur prawnych, jakie wobec rotmistrza stosowano. Te po stronie polskiej wyglądały żałośnie. Przetrzymywany był w swego rodzaju areszcie przez blisko półtora roku, bez żadnego wyroku,  nawet bez postawienia zarzutów. Dopiero interwencja u Rydza-Śmigłego spowodowała, że w końcu zastosowano wobec niego normalne procedury prawne. Na marginesie warto dodać, że wystawia to bardzo dobre świadectwo Rydzowi.

    Faktografia działalności Sosnowskiego przedstawiona jest krótko, żeby nie powiedzieć zdawkowo. Ma to ten niezamierzony plus, że pozwala spojrzeć na jego prace z pewnej perspektywy. Jako największy sukces Sosnowskiego jawi się zwerbowanie Benity von Falkenhayn. To ona w znacznym stopniu kierowała pozostałymi agentkami, sekretarkami w Reichswehrministerium, które wynosiły dokumenty dla Sosnowskiego. Natomiast jego wpadka spowodowana przez samodzielne zwerbowanie tancerki Lei Kruse i wyraźnie nadmiarowe poinformowanie jej o siatce agenturalnej było katastroficznym błędem, z pogranicza braku profesjonalizmu. Warto zauważyć, że owa tancerka sama zgłosiła się do Abwehry i zeznała o werbunku przez Sosnowskiego. Pokazuje to zresztą, na jak niskim poziomie działa Abwehra, która pozwoliła rotmistrzowi tak długo działać pod swoim nosem, mimo iż sygnały o jego działalności miała już znacznie wcześniej.

    Do poważnych braków zaliczam brak wykorzystania fundamentalnej pracy Łukasza Ulatowskiego Berlińska placówka wywiadowcza „In.3” (1926 – 1934). Oddział II i działalność majora Jerzego Sosnowskiego w Niemczech. Tym bardziej to bolesne, że jednocześnie autor wykorzystuje stare opracowania popularne, często operujące trybem przypuszczającym. Nie trzeba być historykiem, żeby odróżniać kompetentne monografie od popularnych staroci.

    Niekiedy kłopotliwa jest tendencja autora do szczegółowego przytaczania różnych norm prawnych. W gąszczu szczegółów gubi jednak sprawy ważne. Co z tego, że szczegółowo analizuje przesłanki ewentualnego zastosowania aresztu tymczasowego przez polskiego prokuratora, skoro nie zauważa, że ów prokurator w chwili składania wniosku o areszt tymczasowy nie posiadał żadnych obciążających majora dowodów. Można wnosić, że sąd decydując o tym areszcie też takich dowodów nie miał. Czy w ogóle można w tym przypadku mówić o praworządności i zatem czy ma sens drobiazgowa analiza systemu prawnego?

    Ogólna ocena 7/10 za interesujące analizy prawnicze pokazujące nowe wymiary całej sprawy rotmistrza Sosnowskiego.

     Konrad Graczyk, Operacja „Reichswehrministerium”. Misja majora Jerzego Sosnowskiego, Wydawnictwo Rytm, Warszawa 2017, ss. 312.

  • Książki

    Eichmann, zbrodniarze z Auschwitz i niemiecki wymiar sprawiedliwości

    Ronen Steinke, Fritz Bauer. Auschwitz przed sądem, recenzjaTemat odpowiedzialności sądowej zbrodniarzy z Auschwitz zrobił się ostatnio bardzo popularny. Najpierw film „Labirynt kłamstw” (2014) o młodym prawniku, który usiłuje doprowadzić do takiej rozprawy sądowej, później kolejny film „Fritz Bauer kontra państwo” (2015) o prokuratorze generalnym Hesji, gdzie ten proces się odbywał, a teraz mamy jeszcze książkę o owym Fritzu Bauerze.

    W wielu momentach biografia ta jest bardzo interesująca, pokazuje bowiem system prawny w Niemczech, a w szczególności problemy związane ze ściganiem zbrodni hitlerowskich. Generalnie rzecz biorąc niemiecki wymiar sprawiedliwości nie kwapił się z pociąganiem do odpowiedzialności zbrodniarzy nazistowskich, można powiedzieć nawet więcej, najczęściej skutecznie sabotował jakiekolwiek postępowania w tej materii. Dlaczego tak się działo? Odpowiedź jest prosta – w policji, prokuraturze i sądach zasiadali w znacznej mierze ludzie mający za sobą przeszłość Trzeciej Rzeszy. Skąd my to znamy? W Polsce po 1989 roku też można było obserwować opieszałość organów prawa i takie procedowanie, aby postępowania karne ostatecznie pogrzebać. I zapewne powód był ten sam: jak pociągnąć do odpowiedzialności za zbrodnie sądowe, skoro w wolnej już Polsce, podobnie jak w RFN, w sądach zasiadali sędziowie, którzy także orzekali w czasach socjalistycznych (u nich narodowosocjalistycznych); przecież pośrednio wydawaliby wyroki na samych siebie!

    Taka sytuacja w niemieckim aparacie ścigania miała wpływ na sprawy związane z Eichmannem. Fritz Bauer otrzymał sygnał, o miejscu pobytu Eichmanna. Nawet nie próbował zabiegać o jego ekstradycję do Niemiec, mając przekonanie, że skoro zgłosi sprawę do policji, to zanim machina prawna zacznie działać, Eichmann zostanie o tym uprzedzony. Dyskretnie poinformował o tym służby izraelskie. I tu kolejne zdziwienie – one wcale nie podjęły błyskawicznych działań, raczej się ociągały. To Bauer naciskał, posunął się nawet do szantażu, że wystąpi z wnioskiem o ekstradycję do Niemiec, a tym samym zbrodniarz zostanie ostrzeżony. To podziałało. Ostatecznie, zanim decyzje podjął prezydent Ben Gurion i Eichmanna ujęto, różne przepychanki trwały dwa lata!

    Trzeba zauważyć, ze podobny plan jak w przypadku Eichmanna istniał również w odniesieniu do doktora Mengele. Już w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku był on symbolem Auschwitz Birkenau. Docierały różne sygnały o miejscu jego ukrywania, ale w tym przypadku Izrael odmówił współpracy swoich służb. Jedno porwanie to była aż nadto dla małego państwa walczącego o przetrwanie. A służby niemieckie raczej kryły niż skutecznie poszukiwały.

    Do ciekawostek należy fakt, że przed wojną Bauer został sędzią traktując to jako praktykę prawniczą przed stanowiskiem prokuratora. Prowadził w tym czasie ożywioną działalność polityczną, co jako żywo nie wzbudziło żadnej refleksji u autora jego biografii. Zresztą po wojnie, jako generalny prokurator Hesji także swoich poglądów politycznych nie ukrywał.

    Na jego determinację w ściganiu zbrodniarzy hitlerowskich pewien wpływ miało zapewne uwięzienie go w obozie koncentracyjnym, zresztą nie za poglądy, ale z powodu organizacji strajku generalnego skierowanego przeciw objęciu władzy przez nazistów. Dość szybko został z obozu wypuszczony i udał się na emigrację do Danii, a później do Szwecji, gdzie wydawał gazetę Sozialistische Tribüne. Oczywiście taka działalność nie tylko nie była przeszkodą w objęciu wysokiego stanowiska w prokuraturze, ale wręcz dopomagała w awansie, co stanowi ciekawy przyczynek do współczesnych niemieckich zarzutów, co do upolityczniania polskiego wymiaru sprawiedliwości.

    Generalnie książka jest bardzo ciekawa, dobrze napisana (autor jest dziennikarzem), porusza wiele wątków dających do myślenia. W mojej opinii 8/10.

    Ronen Steinke, Fritz Bauer. Auschwitz przed sądem, Replika Zakrzewo 2017.

  • Książki

    Przejmująca proza Janusza Krasińskiego

    Janusz Krasiński, Twarzą do ściany, Arcana Kraków 2006, recenzja, okładkaJakiś czas temu przeczytałem książkę Janusza Krasińskiego Na stracenie, która była pierwszą częścią autobiograficznej tetralogii. Będąc pod jej wrażeniem zrecenzowałem ją  tu. Miałem nadzieję, że każdy kolejny tom uda mi się osobno opisać. Nie udało się, mimo iż Krasiński jest tego wart. Czas płynął, książki były czytane przez wiele osób, a ja dopiero dzisiaj wracam do przyjemnego, choć trudnego obowiązku recenzenckiego.

    Bohaterem całej tetralogii jest Piotr Bolesta, niewątpliwie porte parole autora. To oryginalna konwencja. Z jednej strony jest to na pewno literatura autobiograficzna. Wszystko, co udało się sprawdzić z życiorysu autora, znajduje się w jego powieści. Z drugiej jednak strony umożliwia swobodniejszą narrację niż w klasycznej autobiografii.

    Najbardziej wstrząsający z omawianych tu tomów jest ten więzienny. Autor miał przeżycia nieprawdopodobne. Do plusów należało to, że jako bardzo młody człowiek zetknął się w zbiorowej celi z wybitnymi postaciami polskiego życia politycznego, intelektualnego i wysokimi oficerami Państwa Podziemnego. Z najważniejszych trzeba tu wymienić: ks. prof. Jana Stępnia, Ryszarda Krzywickiego-Jamonta (adiutanta gen. Bora-Komorowskiego), płk. Wacława Lipińskiego, Kazimierza Gorzkowskiego (m. in. kierownika wydziału więziennego KG AK), Tadeusza Płużańskiego (współpracownika  rtm. Pileckiego po 1945), Władysława Bartoszewskiego czy Adama Obarskiego (działacz PPS-WRN). Był to swoisty uniwersytet dla wchodzącego w dorosłość człowieka.

    W więzieniu doświadczył też ciężkich prześladowań. Na przykład został umieszczony w jednej celi z prątkującym gruźlikiem, a po zarażeniu gruźlicą odmówiono mu leczenia antybiotykami. Życie zawdzięcza lekarzom, którzy jako witaminę C dawali mu w zastrzykach „popłuczki” z ampułek peniciliny.

    Janusz Krasiński, Niemoc, Arcana Kraków 2006, recenzja, okładkaDoświadczenia śledztwa i pobytu w więzieniu trwale naznaczyły osobowość późniejszego pisarza. Dodajmy do tego, że w czasie wojny został zamknięty w Auschwitz, a później przeszedł także przez Flosenbürg i Dachau. Wątki związane z jego dramatycznymi przeżyciami odnajdujemy w całej jego twórczości, także tej powstałej w zasięgu cenzury PRL (więzienna sztuka Czapa, czy obozowy Wózek). Najpełniejszy wyraz jednak znalazła w omawianej twórczości autobiograficznej. Po 1989, bez presji cenzury, mógł w końcu wyrzucić z siebie to okropne doświadczenie, które zaciążyło nad całym jego życiem, a jednocześnie zdominowało jego prace literackie. Najtrafniej wyraził to sam Krasiński w wywiadzie na dwumiesięcznika „Arcana” w 2008 roku. „Niewątpliwie moją obsesją jest mój życiorys, bardzo skomplikowany i powiedziałbym, że do dziś tragiczny. Obsesją jest też konieczność, potrzeba przekazania tego, co się przeżyło innym, jako doświadczenia, które, nie zakłócając szczęśliwego życia młodym, pozostawiałoby w ich świadomości fakt, że istnieje zawsze alternatywa, że nigdy nie wiadomo, co może się w życiu zdarzyć. Ja też byłem kiedyś dzieckiem, byłem szczęśliwy, po czym to się nie tyle skończyło, co momentalnie urwało.”

    Janusz Krasiński, Przed agonią, Arcana Kraków 2007, recenzja, okładkaWarto się zastanowić, jak traumatyczne musiały być jego doświadczenia, jak głęboko musiały przeorać jego psychikę, skoro nawet po 50 latach nie potrafił się od nich uwolnić. Nie potrafił zrzucić z siebie tego ciężaru niegodziwości, którego doświadczył w młodości. Mam nadzieję, że przelanie tych doświadczeń i otwarte mówienie o ich skutkach dla jego późniejszego życia odegrało jakąś rolę terapeutyczną i w końcówce swego życia już był mniej wciśnięty w ziemię.

    Trzeba koniecznie dodać, że Krasiński mimo dramatycznych doświadczeń nie jest w swojej prozie egzaltowany czy przesadny. Ogranicza się tylko do faktów, wydarzeń. To one mają wstrząsającą moc i powodują, że nie sposób jego książek zapomnieć. Robią wrażenie.

    Janusz Krasiński już nie żyje. Jedyne co możemy mu dać to pamięć (jak napisała Książkowiec) i uznanie (jak dodaję od siebie).

    Janusz Krasiński, Twarzą do ściany, Arcana Kraków 2006

    Janusz Krasiński, Niemoc, Arcana Kraków 2006

    Janusz Krasiński, Przed agonią, Arcana Kraków 2007

  • Film,  Militaria

    Gra tajemnic, czyli jeszcze raz o Enigmie

    Zainteresowałem się problemem Enigmy i polskiego wkładu w złamanie tego szyfru. Pojawi się w związku z tym kilka not na ten temat.

    Zaczynam od filmu Gra tajemnic i książki, na podstawie której ów film nakręcono. Od razu powiedzmy, że film jest znacznie lepszy od książki. Jako historyk muszę jednak uczciwe powiedzieć, że do słabych stron filmu należy precyzja w przedstawianiu realnych wydarzeń, natomiast bardzo dobrze wypada osobista historia Turinga podkreślona doskonałą rolą Benedicta Cumerbatcha. Na marginesie dodam tylko, że to jemu należał się Oskar za pierwszoplanową rolę męską, a zadowolić się musiał tylko nominacją.

    film Gra tajemnic, reż. Morten Tyldum, Turing w otoczeniu współpracowników

    Kilka kwestii w filmie budzi jednak sprzeciw. Po pierwsze rola Polaków – wspomniano co prawda, że przyczynili się do złamania Enigmy i jest to niewątpliwy postęp, bo w poprzednim filmie (Enigma) nie tylko nie padło o tym ani jedno słowo, ale jeszcze jedynego Polaka przedstawiono jako zdrajcę, który zaślepiony antysowieckością był gotowy pracować dla Niemców. To było wprost nieprzyzwoite. Tym razem chodzi „tylko” o pominięcie, które byłoby może uzasadnione faktem, że film nie relacjonuje historii złamania niemieckiego szyfru maszynowego, a jest przede wszystkim bardzo osobistą biografią jednego z angielskich matematyków. Problem jednak w tym, że ów matematyk, czyli Alan Turing, blisko współpracował z Polakami. Tu warto wyjaśnić, że do czasu podboju Francji brytyjscy kryptoanalitycy kooperowali z polskimi matematykami mającymi własny ośrodek na terenie wtedy ciągle jeszcze niepodległej Francji. Niemieckie klucze szyfrowe były łamane równolegle w obu ośrodkach, a efektami prac natychmiast się wymieniano. Co więcej, Turing odwiedził polską placówkę, zapewne chcąc się zapoznać z metodami pracy znacznie bardziej od niego doświadczonych Polaków. Czyli krótko mówiąc – przyjechał po korepetycje. Film o tym milczy, ale do pewnego stopnia jego twórców może usprawiedliwiać to, że w biografii Turinga Andrew Hodges też ów fakt pominął, a zrobił tak dlatego, że po prostu o nim nic nie wiedział, bo nie znał polskiej literatury przedmiotu.

    Poważniejsze zastrzeżenie historyczne budzi scena kulminacyjna, kiedy to angielscy kryptolodzy decydują, czy właśnie złamane niemieckie depesze dotyczące wojny na Atlantyku ujawniać, czy też zachować dla siebie, aby nie zdradzić w ten sposób faktu złamania niemieckiej Enigmy. Błąd jest w tej scenie potrójny. Kryptolodzy nie odszyfrowywali depesz, to robiła zupełnie inna komórka. Skala odczytywanych komunikatów szła w tysiące sztuk i zaprzęganie do tego najbardziej fachowego personelu byłoby bez sensu. Matematycy łamali jedynie klucze i przekazywali je dalej. Po drugie, analitycy nie mieli żadnego wpływu na sposób dystrybucji i wykorzystania rozszyfrowanych depesz, nie wiedzieli nawet do kogo trafiają, ani jaki użytek z nich jest robiony. Wreszcie po trzecie: Anglicy w okresie, kiedy byli w stanie łamać niemieckie szyfry, podczas zmagań na Atlantyku korzystali z nich bez ograniczeń. Prowadzili wtedy wojnę na śmierć i życie; obawy przed ujawnieniem dekryptażu Enigmy musiały ustąpić na plan dalszy.

    Poza tym jaki to był realny użytek? Najczęściej chodziło tylko o zmiany tras konwojów w taki sposób, aby omijały one ustalone przez radiowywiad pozycje u-bootów. Był jednak pewien wyjątek – kilka razy udało się odczytać niemieckie depesze ustalające dokładnie miejsce spotkania u-bootów z podwodnymi transportowcami (zwanymi „mlecznymi krowami”). W tym przypadku wysyłano siły uderzeniowe, głównie lotnicze. Były to bardzo bolesne ciosy, bo zatopienie „mlecznych krów” radykalnie ograniczało możliwości długotrwałego działania u-bootów na odległych akwenach. Był taki moment, kiedy Niemcy stracili wszystkie tego typu transportowce, zatem mieli poważny kłopot ze ściągnięciem do bazy okrętów podwodnych operujących u wybrzeży Stanów Zjednoczonych (puste zbiorniki paliwowe!). Skuteczność aliantów akurat w tym obszarze powinna dać im do myślenia.

    Rzeczywiście Niemcy zaczęli coś podejrzewać, ale ich podejrzenia szły w kierunku infiltracji agenturalnej Kriegsmarine, wprowadzili zatem bardziej skomplikowane procedury obchodzenia się z tablicami kodowymi, wirnikami, sposobami ich wymiany itd. Natomiast zdolność konwojów do omijania miejsc wyczekiwania wilczych stad tłumaczyli sobie nadzwyczajną skutecznością brytyjskiej radiogoniometrii. Co naprawdę dziwne, nie podejrzewali złamania szyfru! Wprowadzali co pewien czas kolejne modyfikacje utrudniające, a okresowo uniemożliwiające dekryptaż, ale były to działania, nazwijmy to – rutynowe, wynikające ze słusznej skądinąd teorii szyfrowania, która mówi, że im więcej jednorodnego materiału porównawczego, tym łatwiej szyfr złamać.

    Andrew Hodges, Alan Turing: Enigma, Wydawnictwo Albatros, okładkaTyle o filmie. Jeżeli zaś chodzi książkę Hodgesa, to przede wszystkim należy powiedzieć, że jest ona stanowczo za długa. Autor upchnął w niej mnóstwo trzeciorzędnych szczegółów biografii Turinga. Naprawdę jest mało istotne z kim spędzał on wakacje w czasach studenckich i jakie wsie wtedy odwiedzał. Zdecydowanie natomiast brakuje szerszego kontekstu prac nad Enigmą, na przykład dotyczących sposobu wykorzystania pozyskanych w ten sposób danych. Jest to wiedza łatwo dostępna, a kilka zdań istotnie rozszerzałoby świadomość czytelników. Jak już wskazałem, brak w książce podstawowych dla sprawy informacji o kooperacji z Polakami. Na plus autorowi trzeba tylko zaliczyć, że we wstępie do polskiego wydania uczciwie przyznaje się do tego braku. Pytanie tylko, czy w kolejnych wydaniach angielskich ów brak został uzupełniony?

    Do poważniejszych mankamentów zaliczam również brak informacji o prawdziwych przyczynach rozstania się Turinga z Blechtley Park. Wszystko wskazuje na to, że udzielono mu urlopu zdrowotnego i sfinansowano wyjazd do Stanów Zjednoczonych, ponieważ Turing po prostu psychicznie zaniemógł, czyli mówiąc kolokwialnie –  zwariował. W pracy pojawiał się rzadko i nieregularnie, brudny, nieogolony, wyglądało jakby tracił kontakt z rzeczywistością. Może z przepracowania, może z napięcia psychicznego i życia wśród milionów cyferek (vide Piękny umysł). Pominięto ten aspekt w książce, nie mógł zatem znaleźć się w filmie. Cienkie aluzje, że mogło chodzić o jego homoseksualizm są nie na miejscu, bo w Bletchley Park pracowało środowisko intelektualistów, które było dość tolerancyjne.

    Do mocnych stron książki zaliczam natomiast bardzo ciekawe zarysowanie problemów matematycznych, którymi zajmował się Turing. Autor, sam matematyk, dobrze zrozumiał intelektualne tło jego dociekań. W efekcie otrzymujemy krótką historię kilku teorii matematycznych i przegląd tego, czym żyli ówcześni matematycy. Dla mnie, laika w tej dziedzinie, ten poziom szczegółowości był wystarczający dla poszerzenia horyzontów.

    Wracając do tematów filmowych – bardzo ciekawy i rzetelny film dokumentalny o polskim wkładzie w rozszyfrowanie Enigmy nakręciła BBC. Był to jeden z odcinków serii Heroes of war. Poland z polskim tytułem Polscy bohaterowie drugiej wojny światowej. Bardzo rzetelna robota, nie mam żadnych uwag merytorycznych. Bardzo się cieszę, że Anglicy sami taki film wyprodukowali i brytyjska publiczność mogła go obejrzeć. Wyrażam natomiast zdumienie, że Polacy w tej sprawie pozostają bierni i polska telewizja zamiast różnych głupot nie produkuje tego typu filmów. Tym to dziwniejsze, że zainteresowanie tematem jest bardzo duże: powstają kolejne książki (i sprzedają się na pniu), a szkoły za patronów wybierają polskich kryptoanalityków (zobacz tu i tu). A różni „mędrcy” kręcący się dookoła mediów nadal powtarzają, że mają dość tematów bogoojczyźnianych. Pytanie, jak daleko może się posunąć ich alienacja od prawdziwego społeczeństwa i jak długo ci pseudointelektualiści oderwani od realnych zainteresowań ludzi będą decydowali o kształcie polskich mediów?

    Na koniec oceny: film Gra tajemnic 8/10, książka Andrew Hodgesa Alan Turing: Enigma 6/10, dokument BBC Heroes of war. Poland 10/10.

    PS Łamaniem szyfrów i kodów zajmują się, zgodnie z przyjętą terminologią kryptoanalitycy, którzy niekoniecznie musza być matematykami. Kryptolodzy zaś zajmują się tworzeniem szyfrów. Z powodów trudności w zastąpieniu słowa „kryptoanalitycy” używałem wymiennie kryptologów, analityków i matematyków. Proszę o zrozumienie.

    Gra tajemnic, reż. Morten Tyldum, Wielka Brytania 2014, w roli Turinga Benedict Cumerbatch

    Andrew Hodges, Alan Turing: Enigma, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2014.

    Heroes of war. Poland. Tytuł polski: Polscy bohaterowie drugiej wojny światowej (Witold Pilecki, Złamanie Enigmy, Cichociemni, Żegota, Krystyna Skarbek), produkcja BBC.

  • Militaria

    Stanisław Sławiński, Armia „Pomorze”

    Kontynuuję przegląd dawno temu wydanych wspomnień związanych z kampanią wrześniową. Tym razem są to pamiętniki Stanisława Sławińskiego. Do wybuchu wojny był projektantem i inspektorem nadzoru budowlanego w Korpusie Ochrony Pogranicza. Przydział mobilizacyjny dostał do 27 pal, stamtąd trafił do sztabu 27 Dywizji Piechoty gen. Juliusza Drapelli. Ten zaś młodemu oficerowi rezerwy powierzył bardzo odpowiedzialna funkcję, mianowicie oficera łącznikowego 27 DP przy sztabie Armii „Pomorze”. Od tego momentu wspomnienia por. Sławińskiego robią się naprawdę ciekawe.

    W sztabie Armii „Pomorze” powierzono mu funkcje kuriera przewożącego rozkazy nie tylko do macierzystej 27 DP, ale również do innych wielkich jednostek. Dzięki temu poznajemy dramatyczne okoliczności rozbicia w korytarzu pomorskim 9 DP, pokiereszowania 27 DP i Pomorskiej BK. Szczególne wrażenie robi opis rozpaczliwej sytuacji wycofujących się jednostek natrafiających na barierę Wisły, gdzie nie czekają na nich żadne środki przeprawowe. Sławiński przedstawia ciekawą analizę przyczyn, które doprowadziły do saperskiej klęski, bowiem Armia „Pomorze” posiadała 1 września wystarczającą liczbę mostów saperskich i promów do zabezpieczenia efektywnego odwrotu swoich jednostek przez Wisłę. Zadecydowały błędy dowództwa Armii w zakresie lokalizacji mostu pontonowego i bierna postawa saperów w ostatnim momencie, kiedy obrona w korytarzu się zawaliła. Sławiński za tę wpadkę obciąża szefa saperów Armii „Pomorze” ppłk. Strumińskiego. (s.99-101, 110). Referuje też, co udało mu się ustalić odnośnie szarży pod Krojantami (s.60-61), jest to głos o tyle ciekawy, że autor sam nie był zaangażowany emocjonalnie w rozkazodawstwo dotyczące tej szarży. Obiektywizm jest tu wielce pożądany, ponieważ wiele szczegółów do tej pory budzi rozmaite wątpliwości.

    Drugi bardzo ciekawy okres działalności por. Sławińskiego odnosi się do walk części sił Armii „Pomorze” osłaniających tyły wojsk walczących nad Bzurą. Zwłaszcza chodzi tu o obronę Płocka przez 19 pp płk. Stanisława Sadowskiego (nie mylić z gen. Janem Sadowskim) pochodzący z rozczłonkowanej w transportach 5 DP gen. Juliusza Zulaufa.

    Książka warta przeczytania, pokazuje z jednej strony, jak wyglądały walki widziane przez młodszego oficera, z drugiej dostarcza niezwykle cennych informacji jak dowodzono Armią „Pomorze”. Na przykład okazuje się dzięki tym wspomnieniom, że podstawowym środkiem łączności między sztabem armii a poszczególnymi dywizjami była służba kurierów. To oczywiste, że przy szybkim tempie wydarzeń, zarówno sztab armii miał spóźnione informacje, jak i jego rozkazy również musiały być spóźnione i nieadekwatne do sytuacji, mimo najlepszej woli oficerów sztabu. W pierwszych dnia września sprawę ratowały obserwacyjne i łącznikowe loty samolotów, ale to też służba kurierska, tyle że szybsza. Co ciekawe, pisał o tym także Sławiński, tylko Kazimierz, autor książki o lotnictwie Armii „Pomorze”, a we wrześniu oficer w eskadrze obserwacyjnej działającej na rzecz tej armii. Oczywiście musi wprawiać w zdumienie brak łączności radiowej. W tym kontekście warto zwrócić uwagę, że radiostacji nie mieliśmy za dużo, ale jednak takowe były. To kolejny przyczynek do obrazu łączności podczas kampanii wrześniowej.

    Stanisław Sławiński, Od Borów Tucholskich do Kampinosu, Iskry, Warszawa 1969

  • Militaria

    Wspomnienia Kuropieski, oficera sztabu

    Józef Kuropieska, Wspomnienia oficera sztabu, 1934-1939

    Wspomnienia Kuropieski, oficera sztabu

    Bardzo ciekawa lektura, konieczna dla wszystkich interesujących się przedwojennym wojskiem i kampanią wrześniową. Najciekawsze fragmenty dotyczą studiów w Wyższej Szkole Wojennej, służby w sztabie 22 DP Górskiej dowodzonej w latach trzydziestych przez gen. Borutę Spiechowicza oraz kampanii wrześniowej, podczas której Kuropieska był oficerem sztabu GO „Bielsko” składającej się z 6 DP gen. Bernarda Monda (Kraków), 21 DP Górskiej gen. Józefa Kustronia (Bielsko) i 45 DP rez., która ostatecznie do grupy nigdy nie dotarła.

    Cenny w tych wspomnieniach jest opis studiów w WSWoj. Otrzymujemy dość dokładny schemat całych kształcenia oficerów podyplomowych. Także wiele szczegółów związanych z poszczególnymi ich elementami, jak np. podróże polowe, podczas których kursanci mieli do swojej dyspozycji cały pociąg. Do tego dochodzą interesujące portrety wykładowców. Ciekawe, że do najinteligentniejszych zaliczał się płk Mossor, skądinąd bliski współpracownik gen. Kutrzeby. Kiedy jednak przyszło do działań sztabowych imitujących warunki realne, Mossor wypadł dość słabo.

    Z czasów służby w sztabie 21 DP Gór. najciekawsze są informacje o szkoleniach, za przygotowywanie których był właśnie odpowiedzialny Kuropieska. Uderza brak szkoleń przeciwpancernych, a te, które się odbywały niejako „na sucho”, bez obecności czołgów, były dość żenujące. Żołnierzy mianowicie instruowano, że sposobem na powstrzymanie czołgu jest strzelanie w jego przezierniki obserwacyjne. Nic dziwnego, że w czasie walk, spotkanie z czołgami, zwłaszcza w pierwszych dniach kampanii, wzbudzało przerażenia i popłoch. Na ćwiczeniach bowiem nigdy z taką sytuacją nie mieli do czynienia.

    Druga sytuacja też dotyczyła broni pancernej, tym razem chodziło o ćwiczenie aplikacyjne, polegające na tym, że polska dywizja piechoty jest atakowana przez radziecki korpus zmechanizowany. Ćwiczenie obnażyło słabość polskiej obrony i brak przygotowania dowódców do takiej sytuacji. Ostatecznie skończyło się kontynuowaniem obrony, ale z założeniem wsparcia odwodu przeciwpancernego lub czołgowego z poziomu dowództwa armii. Trzeba tylko dodać, że w tamtym czasie (1937 rok) pułk posiadał 3 działka ppanc. 37 mm i nie istniała dywizyjna kompania ppanc. Co ciekawe, przyczyną tego ćwiczenia było zalecenie MSWoj., aby w roku 1937/1938 przeprowadzić ćwiczenia z założeniem obrony przed uderzeniem pancernym. Dodajmy tylko, że owo zadanie szkoleniowe ujawniło poważną trudność w przemieszczaniu jednostek przeciwpancernych, bynajmniej nie z racji na ich ilość, ale z powodu trakcji konnej wrażliwej na ostrzał przeciwnika.

    Opinie Kuropieski na temat organizacji dowodzenia w grupie operacyjnej dają dużo do myślenia. Inaczej niż w innych przypadkach, dowództwo grupy zostało zorganizowane już w kwietniu, nie była to zatem, jak w większości przypadków grupa improwizowana. Cóż z tego skoro dowódca grupy nie miał żadnych uprawnień dowódczych wobec podległych mu jednostek, żadnego budżetu, czyli jak wtedy się mówiło, żadnych „kredytów”, a zadanie miał zarysowane bardzo ogólnikowo. Wbrew jednak „czarnowidztwu” udało się pozycję śląską całkiem nieźle przygotować do wojny.

    W ogóle czytając te wspomnieniami miałem nieodparte wrażenie, że ich autor się zwyczajnie „mądrzy” udzielając po fakcie różnych dobrych rad i poddając w wątpliwość wiele ówczesnych decyzji. Tak było w odniesieniu do decyzji wycofania się ze Śląska, którą zdecydowanie krytykował jako przedwczesną, nie podzielając zaniepokojenia dowódcy armii sytuacją pod Pszczyną. Niestety niskie stanowisko w hierarchii dowodzenia i brak zainteresowania studiami nad sytuacją Armii „Kraków” w pierwszych dniach września prowadziła go do błędnych wniosków. Istotnym powodem wycofania się Armii „Kraków” z pozycji śląskiej nie była porażka pod Pszczyną, ale groźba obustronnego okrążenia Armii. Tego nie było widać ze sztabu GO „Bielsko”, nie przeszkadzało to jednak w ferowaniu zdecydowanych sądów. Przedwczesnych.

    Stałą manierą Kuropieski jest krytykowanie wszystkich oficerów liniowych, zwłaszcza generałów. Nawet tym których lubi, jak Borutę-Spiechowicza, przypina jakąś łatkę, w przypadku tego ostatniego tym to mniej eleganckie, że Borucie ma dużo do zawdzięczania. Generał bowiem ściągnął go na szefa III Odziału sztabu swojej Grupy Operacyjnej, mimo iż był w dopiero w randze kapitana (oczywiście dyplomowanego). Przedtem był I oficerem sztabu 22 DPG, którą dowodził wtedy też gen. Boruta-Spiechowicz. Boruta dawał mu dużo samodzielności, cenił jego zdanie, często podążał za jego radami.

    Być może wpływ na oceny Kuropieski miało jego stanowisko generalskie w LWP, które niejako z urzędu nakazywało krytycyzm wobec przedwojennego wojska. Nakazuje to z ostrożnością podchodzić do jego sądów.

    Lekturą poważnie utrudnia brak jakiegokolwiek indeksu.

    Józef Kuropieska, Wspomnienia oficera sztabu, 1934-1939, WMON Warszawa 1972

  • Film

    Fałszerz genialny

    Wolfgang Beltracchi był fałszerzem na niespotykaną dotąd skalę. Nie do końca wiadomo, ile obrazów sfałszował i wpuścił do obrotu aukcyjnego. W filmie wspomina, że stworzył ok. 300 obrazów, ale to nie jest tożsame z ich wprowadzeniem do sprzedaży, ani z kompletnym fałszerstwem (z nim mamy bowiem do czynienia dopiero wtedy, kiedy twórca obrazu złoży na nim cudzy podpis).

    Beltracchi -̵ sztuka fałszerstwa (Beltracchi -̵ Die Kunst der Fälschung), reż. Arne Birkenstock

    Wydaje się, że w czasie kręcenia filmu Beltracchi  jest w trakcie odbywania kary (o ile to tak można nazwać)  i pilnuje języka, żeby nie stworzyć sobie nowych kłopotów prawnych, stąd zapewne ezopowy język i unikanie dokładnych wypowiedzi. Jest świadom, że ciągle grozi mu odpowiedzialność. Ta niejasność jest charakterystyczna dla całego filmu. Tu chociaż jest powód, w innych przypadkach go brak, a i tak nie wiemy dokładnie, co się wydarzyło. Nie wiemy kiedy wpadł, tylko ogólnie dowiadujemy się, z jakiego powodu, nie jesteśmy pewni, czy w czasie, kiedy Beltracchi wypowiada się do kamery, „siedzi” on w więzieniu, czy już zakończył odsiadkę, nie wiemy dokładnie za co i na jaka karę został skazany, ile jego fałszywych obrazów zostało przez policję namierzonych, a ile pozostaje jeszcze w obrocie. Wydaje się, że dużo, różne półsłówka na to wskazują, co najmniej z tego powodu wiele osób powinno być tym filmem zainteresowanych.

    Jedną z ciekawszych rzeczy w filmie jest dość precyzyjny pokaz sztuki fałszowania. Na oczach widza, na pchlim targu Beltracchi kupił XIX-wieczny obraz z pieczęcią firmy handlującej sztuką. Sprawdził, że płótno i blejtram były w dobrym stanie, bez śladów naprawy. Następnie zdjął całą farbę otrzymując oryginalne XIX-wieczne podobrazie. Ślady po usuniętej treści malarskiej  postanowił wykorzystać w kompozycji nowego obrazu. Właściwie z głowy naszkicował obraz znanego abstrakcjonisty z końca XIX wieku, wczuwając się w styl i charakter jego twórczości, a nie – kopiując. Mógł uchodzić za cudownie odnalezione dzieło, znane dotąd z tytułu.

    Najbardziej w filmie zdumiewała mnie „lekkość bytu” zainteresowanych. Beltracchi niczego nie żałuje, jego przyjaciele wcale nie mają minorowego nastroju, historyk sztuki stara się go zrozumieć, nawet kolekcjonerzy nie bardzo się boczą, bo dom aukcyjny wyrówna im stratę z tytułu zakupu falsyfikatu, dom aukcyjny z kolei pociesza się, że odzyska cash z licytacji nieruchomości Beltracchiego. Na zdjęciu bodaj z promocji książki wszyscy są tacy szczęśliwi.

    Beltracchi -̵ sztuka fałszerstwa (Beltracchi -̵ Die Kunst der Fälschung), reż. Arne Birkenstock

    Nie znamy wyroku, ale wiemy, że karę wraz z żoną odbywał w trybie wolnościowym, czyli pracował normalnie w swojej pracowni malarskiej jedynie na noc wracając do więzienia.

    Beltacchi wpadł na sfałszowaniu obrazu Heinricha Campendonka. Dom aukcyjny na żądanie klienta poddał go szczegółowym badaniom laboratoryjnym i wykrył, że dwie farby są pochodzenia współczesnego i nie były znane w czasie tworzenia ewentualnego oryginału. Wszyscy występujący w filmie krytycy i marszandzi zgodnie potwierdzali, że ów obraz Czerwony obraz z końmi (Rotes Bild mit Pferden) był najlepszym w twórczości Campendonka, zanim się okazało, że jest falsyfikatem. Pytanie zatem, dlaczego po ujawnieniu fałszerstwa odmawiają mu wartości estetycznych. Czy stał się gorszym, brzydszym malowidłem tylko dlatego, że namalował go ktoś inny niż się podpisał? A może chodzi tylko o snobizm znanych nazwisk?

    Beltracchi -̵ sztuka fałszerstwa (Beltracchi -̵ Die Kunst der Fälschung), reż. Arne Birkenstock

    Beltracchi jest genialnym malarzem, ale wygląda na to, że roztrwonił swój potencjał, zajmując się podrabianiem, a nawet poprawieniem innych. Przypomina tu pijanego Mozarta w Amadeuszu, który w przypływie dobrego humoru imituje wszystkich współczesnych mu kompozytorów, doskonale wychwytując ich specyfikę. A mógł Belracchi tworzyć dzieła własne…

    Film ogląda się z przyjemnością. Wtajemniczenie w arkana fałszerskiego rzemiosła jest fascynujące, czas filmu szybko bieży, muzyka podkręca tempo. Poruszane problemy często są niejednoznaczne, warte dalszej refleksji. Szybko i ciekawie, szkoda, że powierzchownie, 8/10.

    Beltracchi ̵ sztuka fałszerstwa (Beltracchi ̵ Die Kunst der Fälschung), reż. Arne Birkenstock, dokument, Niemcy 2014.