• Książki

    Chiny Czang Kai-szeka

    Jakub Polit, Pod wiatr. Czang Kaj-szek 1887-1975, Wydawnictwo Arcana, recenzja, okładkaPo dłuższej, nieplanowanej przerwie wracam do pisania bloga. Zaległości jest multum, zatem postaram się pisać krótko, a za to często.

    Kupiłem książkę Polita przez przypadek, wcale nie zamierzałem poświecić mnóstwa czasu na studiowanie naukowej biografii Czang Kaj-szeka liczącej ponad 750 stron. Zajrzałem do niej, aby coś sprawdzić i zorientowałem się, jak wielki błąd popełniłem trzymając ją bezczynną na półce.

    Po pierwsze, to nie tylko biografia Czang Kai-szeka, ale przede wszystkim historia Chin czasów rewolucji, i to rewolucji różnorakich, nie tylko maoistowskich. Kuomintang, z którym Czang był przez całe życie związany, również postrzegał siebie jako ruch rewolucji ludowej, który przeprowadzi Chiny z epoki cesarstwa do republiki, odda ten kraj we władanie społeczeństwa i wyzwoli go z upokarzających zależności kolonialnych. Ostrze tego ruchu zwracało się przeciwko mocarstwom kolonialnym, nic więc dziwnego, że poparcia szukano w Moskwie i komuniści początkowo udzielali pewnego parcia Kuomintangowi Sun Jat-sena, a później Czang Kai-szeka. Losy Chin pewnie potoczyłyby się zupełnie inaczej, gdyby nie Mao Tse-tung, który stał się pupilkiem Sowietów. Kilkukrotnie był na granicy politycznej anihilacji, ale sprzyjała mu koniunktura międzynarodowa, a w decydujących chwilach pomogła mu głupota Amerykanów, którzy mieli go za „niegroźnego agrarystę”.

    Jedno z ciekawszych spostrzeżeń Polita mówi o tym, ze Chiny należy raczej traktować jak kontynent, a nie jak państwo w rozumieniu europejskim. Rzeczywiście, rozległość mają taką jak Europa, zróżnicowanie geograficzne znacznie większe (od pustyń po Tybet i Himalaje), a ich potencjał ludnościowy wyraźnie przewyższa większość kontynentów. Na dodatek, inaczej niż by się mogło wydawać Europejczykom, jest to kraj istotnie zróżnicowany etnicznie. Te uwagi mają zasadnicze znaczenie dla zrozumienia sytuacji w Chinach w okresie działania Czang Kaj-szeka. Władza centralna była bowiem wtedy iluzoryczna i podlegała stałej negocjacji i kompromisom z „warlordami”, czyli lokalnymi watażkami, których pozycja wyrosła w oparciu o terytorialne armie biorące udział w permanentnych wojnach wewnętrznych. Zakres władzy Czang Kaj-szeka był w ten sposób istotnie ograniczony.

    Autor poświęcił dużo uwagi stosunkowi Amerykanów do wydarzeń w Chinach. Ma moje wielkie uznanie za to, że stać go było na samodzielną ocenę wydarzeń, często odbiegającą od powszechnie przyjętej w literaturze naukowej amerykańskiego pochodzenia. Generalnie biorąc była to polityka zła, opierająca się na lekceważeniu i niewłaściwej ocenie sytuacji. Mój wniosek jest taki, że w znacznym stopniu przyczyniła się do sukcesu komunistów Mao Tse-tunga. Na podkreślenie zasługuje wychwycenie przez Polita faktu, że w gremiach podejmujących decyzje w sprawach chińskich dominowali ludzie, o których dzisiaj wiemy, że byli sowieckimi agentami lub ich kooperantami. Dzięki temu jaśniejsze staje się, dlaczego podejmowane były tak zdumiewające decyzje. Tutaj warto zauważyć, że bodaj nikt z polskich historyków nie wykonał podobnej analizy, czyli jak sowiecka agentura w otoczeniu Roosevelta wpływała na jego decyzje odnoszące się do Polski.

    W kontekście polityki amerykańskiej wobec Chin warta zauważenia jest zbieżność decyzji wobec Chin z ustaleniami w Jałcie dotyczącymi Polski. Kluczowe decyzje zapadały ponad głowami chińskich przywódców, na przykład Sowietom za przyłączenie się do wojny z Japonią zapłacono licznymi koncesjami na terenie Chin, po fakcie informując o tym Czang Kai-szeka.

    Nawet tych kilka zasygnalizowanych wątków, daje pojęcie, jak rzetelna książkę napisał Jakub Polit. W mojej opinii jest jedną z ciekawszych, rzetelniejszych i głębszych książek, jakie ostatnio czytałem. Oceniam, jak łatwo się zorientować, na 10/10. Za zdolność do niesztampowego przedstawienia sytuacji Chin zaliczam do sil sensu, a przypominam, że jest to kategoria elitarna.

    Wszystkim interesującym się historią bardzo polecam. Wiele obiegowych opinii trzeba będzie zweryfikować, jak na przekład tę, która przedstawia Kuomintang jako siły reakcji, na dodatek skorumpowane do dna. Książka jest ciągle dostępna na rynku i to w bardzo przystępnej cenie.

    Jakub Polit, Pod wiatr. Czang Kaj-szek 1887-1975, Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008.

  • Książki

    Współczesne Chiny

    Peter Hessler, Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach, Wydawnictwo Czarne, seria reportażowa, recenzja, okładkaDo tej pory w ramach fascynacji Chinami poczytałem trochę o historii i kulturze tego kraju. Tym razem trafiłem na rzecz jak najbardziej współczesną, która bardzo precyzyjnie odmalowuje obraz społeczeństwa będącego w fazie gwałtownych przemian.

    Książka składa się z trzech części. Pierwsza to opis podróży wzdłuż wielkiego muru. W mojej opinii część najsłabsza, ale najczęściej występująca w recenzjach tej książki. Niestety wskazuje to na smutny fakt, że większość recenzentów książki do końca nie przeczytała, bo ta właśnie część jest tyleż malownicza, co poznawczo bezpłodna. Trochę się dowiadujemy o realiach wielkiego muru, który nawiasem mówiąc wygląda zupełnie inaczej niż sączy nam kultura masowa i bynajmniej nie jest widoczny z satelitów. Poza tym jest to tylko relacja z kolejnych pustyń, skalistych bezludnych pustkowi i kiepskich dróg.

    Natomiast pozostałe dwie części są mniej spektakularne, ale doprawdy bardziej fascynujące. Pierwsza to reportaż z zapadłej chińskiej wsi, druga to opis tworzącej się, a następnie rozwijającej się nowej strefy ekonomicznej w mieście Lishui, leżącym w południowej części prowincji Zheijang (jeśli to komuś coś mówi). Obie relacje powstały w ten sam sposób. Autor najpierw przez pewien czas mieszkał wśród ludzi, których losy są kanwą jego opowieści, a następnie wielokrotnie odwiedzał te miejsca, aby zobaczyć co się w nich zmieniło, a co pozostało po staremu. Dzięki takiej formule poznawczej otrzymujemy naprawdę wnikliwy, a przez to fascynujący materiał umożliwiający zrozumienie, co się w Chinach naprawdę dzieje. Najtrudniej sobie bowiem wyobrazić, jak żyją normalni ludzie, którzy harują po kilkanaście godzin, ale w sumie tworzą gigantyczną potęgę gospodarczą państwa Środka, które jest już na ostatniej prostej, aby zdystansować Stany Zjednoczone i zostać mocarstwem nr 1 współczesnego świata. W jakimś sensie jest to zależne od tego, co się dzieje na szczytach władzy, od kluczowych decyzji o charakterze gospodarczym. Naprawdę jednak, jest to suma ogromnej ilości takich wydarzeń, jakie opisuje Hessler.

    Trudno obserwacje Hesslera, zajmujące kilkaset stron, zawrzeć w krótkim podsumowaniu jego książki, na kilka rzeczy jednak koniecznie trzeba zwrócić uwagę.

    Pierwsza to rozmach inwestycyjny. Wspomniane powyżej miasto Lishui jest bodaj nikomu z czytających te słowa nieznane, nie jest jednak jakąś zapadłą dziurą; to odpowiednik naszego województwa, co prawda raczej lubuskiego niż śląskiego, ale jednak. Postanowiono w tym mieście wybudować strefę przemysłową. Rozpoczęto od – drobiazg – zrównania z ziemią kilku gór, tak aby na płaskim terenie wybudować nowe hale fabryczne. To miasto (prowincja) buduje te hale wraz z niezbędnym minimum infrastruktury. Jako „dodatek” do kilku tego typu inwestycji w prowincji postanowiono wybudować kilkaset (!) kilometrów autostrady, bo ta przechodząca już przez prowincję Zheijang była zbyt przeciążona. Wielkość tego typu inwestycji jest uderzająca. A dodajmy, że wybudowanie tego wielkoobszarowego parku przemysłowego to koszty sięgające miliardów dolarów. Natomiast eksport z prefektury Lishui to w przybliżeniu 1/3 eksportu całej Polski. Dane w tej sprawie mają charakter poglądowy z racji na powierzchowność informacji w książce, ale nawet na dużym poziomie ogólności pokazują skalę zjawiska. Dodajmy tylko, że Lishui to jedna z 13 prefektur prowincji Zhejiang, a ta z kolei jest jedną z 33 prowincji składających się na Republiką Chińską (wliczając w to Hongkong  i Makao)

    A jak to wygląda od strony mikroprzedsiębiorstwa zasiedlającego część jednej z nowowybudowanych fabryk? Hessler dokładnie przyjrzał się startowi fabryki produkującej kółka metalowe do biustonoszy. Tylko ten jeden produkt. Kiedyś był to bardzo opłacalny dział produkcji, dzisiaj jest gorzej, bo na rynku panuje konkurencja i wiele fabryk wytwarza owe kółka. Kilkadziesiąt kobiet znajduje zatrudnienie przy ich produkcji. Co ciekawe: właściciel wcale nie chce zatrudniać nieletnich, to 15-, 16-letnie dziewczyny przekłamują swój wiek, często zresztą bardzo wiarygodnie. A tak na marginesie: później biustonosze z owymi kółkami trafią do którejś ze znanych sieci i podnosi się larum, że międzynarodowe koncerny zatrudniają dzieci, a wykładowcy etyki rozważają zgubne skutki globalizacji. Dla porządku dodajmy, że znana Hesslerowi 16-latka pracując w akordzie ma  takie same stawki, jak inne kobiety, a zarabia od nich więcej, bo zręczniej owymi kółkami obraca. Tak wygląda od zaplecza wyzysk dzieci.

    W historii opisywanej fabryczki, najciekawsza dla mnie była jednak opowieść o podstawowej maszynie, która z drutu owe kółka wytwarza i obleka je plastikiem. Pierwotnie ten rodzaj maszyny był sprowadzany z Niemiec, ale później została ona podrobiona przez Chińczyków mało przejmujących się prawami patentowymi, autorskimi i wszelakimi innymi. Wygląda mniej elegancko, coś się w niej zacina, wymaga napraw, ale jest znacznie tańsza, co przekłada się na cenę kółek i w związku z tym na atrakcyjność cenową ich aktualnego producenta. Oznacza to, jak mawiają ekonomiści, osiąganie przewagi konkurencyjnej. Gdzie nam się z tym równać?

    Równie ciekawa była część poświęcona chińskiej wsi. Analitycy spraw chińskich najczęściej zwracają uwagę, że bieda i zacofanie tamtejszej wsi jest potencjalnie najgroźniejszym czynnikiem destabilizacji, a mówiąc wprost, wybuchu społecznego. Wizerunek przedstawiony przez Hesslera tego raczej nie potwierdza. Na wsi odbywa się sporo procesów modernizacyjnych, przede wszystkim pojawia się tam wiele przedsięwzięć usługowych. We wsi opisanej przez Hesslera są to przede wszystkim mikroprzedsiębiorstwa z branży turystycznej, coś w rodzaju znanej w Polsce agroturystyki, a więc minipensjonaty czy bary lub restauracyjki. Rzuca się w oczy duża aktywność ludności rolniczej w poszukiwaniu dodatkowych źródeł zarobku, większa na pewno niż w wielu krajach postkomunistycznych z byłego bloku sowieckiego. Zatem można powiedzieć, ze na chińskiej wsi dzieje się lepiej, niż to się wydaje zachodnim obserwatorom. Na pewno nie widać jakichkolwiek zarodków ewentualnego buntu o podłożu ekonomicznym.

    W podsumowaniu trzeba powiedzieć, że Przez drogi i bezdroża to najciekawsza książka o współczesnych Chinach, jaką czytałem. Daje pogląd o tym, jak rzeczywiście wygląda życie na chińskiej prowincji, a ta prowincja to przecież znakomita większość Chin. I jeszcze raz powtórzę: uderza ogromny dynamizm rozwojowy Chińczyków,  który wskazuje, że droga do stania się światowym mocarstwem nr 1 jest wysoce prawdopodobna. Oceniam na 10/10 i polecam wszystkim zainteresowanym współczesnymi Chinami. Proszę się nie zniechęcać okładką nie korespondującą z treścią.

    Peter Hessler, Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013, seria reportażowa.

  • Film

    Kino chińskie

    Na warszawskim festiwalu udało mi się upolować film chiński. Wybrałem się na niego z racji wcześniejszego zainteresowania chińskimi tematami. Spodziewałem się raczej egzotyki i ciekawostek obyczajowych. Tymczasem trafiłem na bardzo interesujący film.

    Binguan/Trumna w górach, reż. Xin Yukun

    Tłem akcji jest wioska w górach, na odludziu. Na pierwszy rzut oka fabuła jest prosta. Zostaje znalezione ciało, zwęglone w czasie pożaru suchych traw. Są kłopoty z jego identyfikacją. Ciąg wielu przypadków powoduje, że ciało jest po kolei przypisywane trzem kolejnym osobom. Ostatnia identyfikacja zwęglonych szczątków ma dla rodziny charakter pozorny, niezależny od ich faktycznych domysłów, a spowodowana jest chęcią uniknięcia kłopotów finansowych. Ostatecznie ciało zostaje niepochowane.

    Równolegle z akcją o charakterze thrillera mamy kilka opowieści o sprawach rodzinnych, miłosnych, inicjacyjnych. Przenikanie się wątków jest podobne do filmów Iñárritu, zresztą do pokrewieństwa z nim chiński reżyser się przyznaje. To snucie wielu opowieści, patrzenie na te same sytuacje z rożnych stron, może nie jest formalnie odkrywcze, ale dobrze zastosowane daje bardzo interesujące efekty, jak w przypadku Trumny w górach. Widz jest zmuszony ciągle dokonywać reinterpretacji tego, co już wcześniej widział. Nowe puzzle zmieniają wizerunek układanki.

    Dla widza spoza Chin to także ciekawe kino społeczne, dające obraz chińskiej wsi. Mało, bardzo mało o niej wiemy, poza tym, że biedna i pozostającą ciągle na marginesie przemian (co nie do końca zresztą jest prawdą). Film pozwala wyrobić sobie chociaż mgliste przekonanie na ten temat.

    Niezależnie od wszystkich wrażeń właściwych dla widza, nachodzi mnie refleksja natury ogólniejszej. Ten film dowodzi, że dzisiejsze Chiny to nie jest już kulturalny zaścianek z tanią siłą roboczą. Ponadto, co wiem ze spotkania z reżyserem, od myśli o stworzeniu tego filmu do zakończenia jego realizacji upłynęło 12 miesięcy. Rosnąca potęga chińskiej gospodarki i łatwość znalezienia finansowania przekuwają się w sukces artystyczny. Ciekawe i warte analizy.

    Film nie jest arcydziełem, łatwo dostrzec w nim uproszczenia, czy nawet potknięcia reżyserskie. Ale ma w sobie potencjał, świeżość w opowiedzeniu historii prostych ludzi z ubogiej wioski w sposób naprawdę ciekawy. Oceniam 9/10.

    PS Okazało się właśnie, że Trumna w górach wygrała Konkurs Międzynarodowy, czyli główną część Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Gratuluję. Też dostrzegałem w tym filmie potencjał. Z tych kilku filmów, które oglądałem lepszy jednak był chyba estoński Na skrzyżowanie wiatrów – oryginalność, poezja, trudny temat do artystycznego przedstawienia. Jury w chińskim obrazie doceniło zapewne sposób narracji, nie tylko wielowątkowy, ale także zmieniający sposób rozumienia faktów, w zależności od tego, czyimi oczami na nie patrzymy. To zawsze jest ciekawe i wnosi coś nowego do zwykłych narracji. Na koniec jeszcze jedno zdjęcie z filmu.

    PS2 Film estoński Na skrzyżowanie wiatrów/In the Crosswind otrzymał nagrodę Jury Ekumenicznego. Równie dobrze mogło być z tymi filmami odwrotnie.

    Trumna w górach/Binguan, reż. Xin Yukun

    Trumna w górach, reż. Xin Yukun, Chiny 2014

  • Książki

    Kryminały z ostatniego roku: Ciszewski, Kallentoft i van Gulik

    Marcin Ciszewski, www.ru2012.pl, okładka, recenzja

     

    Marcin Ciszewski napakował do książki tyle różnych eventów, że szczerze powiedziawszy miałbym problem, żeby zakwalifikować jego książkę do jakiegokolwiek gatunku literackiego. Mamy tu i podróże w czasie we wszystkich kierunkach, i interwencje w przebieg kampanii wrześniowej, i wątek romansowy, a opowieść zaczyna od jak najbardziej współczesnej strzelaniny na warszawskim Okęciu, a później jest coraz ciekawiej.

    Rozmachu książce niewątpliwie nie można odmówić. Na szczęście autor mniej więcej panuje nad szalona akcją. Od czasu do czasu tylko prawdopo-dobieństwo niektórych ze zbiegów okoliczności zaczyna szwankować, jak na przykład wtedy, gdy bohaterowie książki błyskawicznie rozszyfrowują nierozwiązywalną przez sześćdziesiąt lat tajemnicę podziemi lotniska w Borne Sulinowie. Trochę szacunku do inteligencji czytelnika.

    Z podróżami w czasie trzeba obchodzić się z umiarem, bo można przesadzić w absurdalności pewnych pomysłów. Na przykład można spotkać się z samym sobą, ale wtedy ja to nie ja, tylko kto inny. No to kto w końcu jest kim i kto jest tym prawdziwym „ja”. Marcin Ciszewski pozwolił sobie na eksplorację takiego paradoksu, ale jako żywo nie zapanował nad konsekwencjami, wprawiając czytelnika w stan osłupienia poznawczego.

    Książka zdecydowanie dla tych, którzy lubią szaloną jazdę bez trzymanki. Ja wole spokojniejsze klimaty – 6/10.

    Marcin Ciszewski, www.ru2012.pl, Znak Kraków 2011.


     

    Mons Kallentoft, Ofiara w środku zimy, okładka, recenzjaKallentoft jest w zakresie formy bardzo kreatywnym pisarzem. Jego pomysły swoja jakością wykraczają poza normalnie przyjętą dla kryminałów tkankę literacką. Na przykład opisy wydarzeń są przetykane pierwszoosobowymi wyznaniami – no właśnie kogo, wydaje się, ze ofiary, ale czy na pewno. To ciekawy pomysł. Poza tym autor wyraźnie określił swojego czytelnika, jako osobę z cywilizacji smsowej, do której najlepiej pisać krótkimi zdaniami i akapitami składającymi się z kilku takich zdań. Sama koncepcja jest oryginalna, ale nie każdemu musi się podobać. Ostatecznie to książka, a nie cykl przesyłanych krótkich informacji. Ja podchodzę do takich doświadczeń z dużym dystansem.

    Intryga kryminalna jest pierwszej jakości. Trzeba przyznać, że Skandynawowie umieją to pisać, jak nikt inny. Intrygujące, zaskakujące w zakończeniu, wszystko tak, jak powinno być. Tylko te zdania jakby pisane morsem. Sumarycznie 6/10.

    Mons Kallentoft, Ofiara w środku zimy, Rebis Poznań 2010.


     

    Robert van Gulik, Sędzia Di i parawan z laki, okładka, recenzjaSędzia Di to postać autentyczna, funkcjonująca w VII w. n.e. i, jak wieść niesie, popularna w Chinach ze względu na swoje talenty detektywistyczne. Jego to właśnie uczynił bohaterem całej serii kryminałów Robert van Gulik, holenderski dyplomata dobrze znający kulturę chińską.

    Wątek kryminalny był nawet ciekawy i czytałem tę książkę z przyjemnością. Największym brakiem, w moich oczach, było płytkie osadzenie akcji w chińskich realiach. Równie dobrze fabuła mogłaby się rozgrywać tysiąc lat wcześniej lub później i w dowolnym kraju azjatyckim. Cyklowi poświęconemu Sędziemu Di daleko do głównego nurtu kryminałów historycznych, charakteryzujących się rozbudowaniem kulturowego tła wydarzeń, czemu zresztą ów nurt zawdzięcza swoją popularność.

    Mimo to jeszcze zapewne sięgnę do kolejnych tomów z sędzią Di w roli głównej wzbogacając sobie w ten sposób mój literacki chiński jadłospis. Mam też nadzieję, że w kolejnej odsłonie van Gulik bardziej postara się o pokazanie kultury chińskiej, obyczajów, może prawnego kontekstu w którym działał jego bohater. Poza tym ładna, spokojna okładka. 7/10

    Robert van Gulik, Sędzia Di i parawan z laki, PIW 2006.

  • Książki

    Praca w Chinach, jak wygląda naprawdę

    Alexandra Harney, Chińska cena, okładka, recenzjaAlexandra Harney jest korespondentką „The Financial Times” w Chinach, to ważna informacja, bo od razu wiemy, że będziemy mieli do czynienia z książką o charakterze faktograficznym, a nie literackim. I rzeczywiście autorka daje nam kompletny i kompetentny przegląd zagadnień związanych rynkiem pracy w Chinach. Stąd w podtytule, ta „przewaga konkurencyjna” wynikająca przecież z niskich (śladowych!) kosztów pracy.

    Autorka pisze o konkretnych ludziach, ich drodze zawodowej od emigracji z ubogich wsi, poprzez prostą pracę, niekiedy 12 godzin i 7 dni w tygodniu, awans zawodowy, przesyłanie pieniędzy na utrzymanie rodziny, a na końcu o nieszczęściach chorób zawodowych, z kalectwem i śmiercią włącznie. To smutny obraz, zwłaszcza jak go uzupełnić o „wdowie wioski”, czyli miejsca, gdzie mieszkają samotne kobiety, których mężowie umarli z przepracowania, chorób płuc, wypadków przy pracy itd.

    Do najciekawszych należy rozdział Dziewczęta z pokoju nr 817 pokazujący losy sześciu młodych kobiet pracujących w fabryce tekstylnej i mieszkającym w tytułowym pokoju, znajdującym się w czymś w rodzaju hotelu robotniczego. Ciasno, ubogo, brudno, ale tanio. Luyuan, jedna z nich, ma dwadzieścia lat. Pracuje już w drugiej fabryce. Jej udziałem była praca po kilkanaście godzin dziennie, ale dzięki temu, rodzina, której przesyłała pieniądze, mogła zbudować dom (a ona ma tylko 20 lat!). Ona sama wyrwała się właśnie z kręgu tanich, nisko opłacanych robotników i znalazła sobie pracę w agencji nieruchomości. W większym stopniu będzie zależna

    Dziewczyny z pokoju 817 mieszkają w mieście Shenzen, najbujniej rozwijającym się mieście w Chinach. Shenzen leży w najbardziej uprzemysłowionej prowincji Guangdong (kiedyś po polsku Kwantung) i na dodatek przy granicy z Hongkongiem. Oba te czynniki dają w efekcie rakietowy napęd wzrostu gospodarczego. Dziewczęta należą do ponad 12-milionowej społeczności Shenzen, która wypracowała eksport w 2006 na poziomie 128 mld USD – dla porównania powiem, że jest to wielkość porównywalna z całym polskim eksportem (a to tylko jedno miasto ! i kto je w Polsce zna?).

    Harney pokazuje również całą skalę łamania elementarnych norm prawa pracy – częsty brak wolnego dnia w tygodniu (nie ma niedziel), przymusowy 16-godzinny dzień pracy, zapylenie skutkujące masowymi chorobami płuc, wypadki okaleczające robotników itd. Ten czarny obraz uzupełniają jednak informacje o rodzącej się walce robotników swoje prawa, o nacisku opinii publicznej na koncerny lokujące produkcję w Chinach. Jaki to będzie miało skutek? Czy coś na zauważalną skalę się zmieni? Zapewne tak, pytanie jest tylko kiedy. I jeszcze ciekawsze pytanie – czy jeżeli to nastąpi, to Chiny nadal pozostaną taką potęgą gospodarczą, jaką są dzisiaj.

    Książka z racji na szczegółowość podejmowanej problematyki zdecydowanie dla zainteresowanych tym tematem. Za kompetencje, wnikliwość opisu, drążenie szczegółów – 8/10.

    Alexandra Harney, Chińska cena. Prawdziwy koszt chińskiej przewagi konkurencyjnej, Sonia Draga, Katowice 2009.

  • Książki

    Góra duszy Xingjiana

    Gao Xingjian, Góra duszy, okładka, recenzjaKolejna książka z cyklu chińskich fascynacji.

    Gao Xingjian to pierwszy chiński laureat nagrody Nobla (2000), znany głównie jako dramatopisarz. W 1983 roku dowiedział się, że jest chory na raka płuc, a ta choroba zabiła wcześniej jego ojca. Doświadczył transcendentalnego pogodzenia się ze śmiercią aż do momentu, kiedy kolejne prześwietlenie wykazało czyste płuca. Jednocześnie dowiedział się, że jest zagrożony aresztowaniem za nieprawomyślność swoich utworów. Pobrał zaliczki od wydawców i uciekł z Pekinu. Odbył podróż po chińskiej prowincji przemierzając 15 000 km. Owocem tej podróży odbytej w bardzo szczególnych warunkach, ze świadomością otrzymania drugiego życia, jest właśnie przedstawiana książka.

    Autor przede wszystkim szukał chińskich tradycji, podań ludowych, pozostałości wierzeń religijnych. Eksplorował obszary dzikiej natury nie tkniętej ludzką ręką. A we współczesnych Chinach, po zniszczeniach okresu maoistowskiego niełatwo jest coś takiego znaleźć. Wyraźnie szukał korzeni, tego co zadecydowało o tożsamości kulturowej Chińczyków.

    W efekcie powstała książka o ambicjach literatury „mądrościowej” pełna przypowieści, baśni, wtrętów religijnych z wszystkich głównych tradycji (przede wszystkim taoistycznych i buddyjskich), lokalnych mitów, ludowych opowieści. Książka nie ma fabuły, przeplatają się w niej różne konwencje i style literackie, co zapewne było zabiegiem zamierzonym, mającym oddać zróżnicowanie doświadczeń autora w czasie wspomnianej podróży w poszukiwaniu głębokiej, nietkniętej przez socjalizm, chińskiej tożsamości, także przecież osobistej tożsamości autora.

    Jaki jest efekt tych zamierzeń? Powiem szczerze, nie do końca zadawalający. Książka nie pokazuje żadnego spójnego obrazu, nie daje żadnej syntezy. Niestety nie należy także do łatwych w lekturze. Ciągle mamy do czynienia  z przeplatającymi się wzajemnie wspomnieniami autora, ludowymi opowieściami, dziejami pewnego romansu, fragmentami taoistycznej mitologii, historiami kolejnych zbójców, gwałtów, najazdów. Każdy z tych osiemdziesięciu rozdzialików jest na swój sposób ciekawy, zakończony delikatną puentą lub dającym do myślenia znakiem zapytania. W mojej głowie nie układała się jednak z tego żadna całość. Szkoda, bo zamierzenia autora były super ciekawe, ale efekt jest zupełnie nieproporcjonalny do ambicji. Być może książka będzie ciekawsza i życzliwsza w odbiorze dla innego rodzaju czytelników: tych, którzy lubią Coelho, a może dla tych zafascynowanych Podróżą do Babadag?

    Dobry pogląd na klimat książki może dać cytat z jej zakończenia. Może komuś się spodoba, ostatecznie autor dostał Nobla; dla mnie jest raczej nieprzekonujące:

    „Wodzę na śniegu za oknem zieloną żabkę, mruga jednym okiem, drugie, nieporuszone, szeroko otwarte wpatruje się we mnie. Wiem, że to Bóg. […]
    Cudów nie ma. Bóg coś mówi, mówi do tej nienasyconej istoty ludzkiej, do mnie.
    Czego jeszcze szukać? Domagam się odpowiedzi. […]
    Udając, że rozumiem, wciąż nie rozumiem.
    W istocie rzeczy nic nie pojmuję, nic nie rozumiem. Tak to jest.”

    Moje wątpliwości budzi także i to, że autor w swoich podróżach, spotkaniach, dociekaniach w ogóle nie zauważa śladów spustoszeń wywołanych przez rewolucję kulturalną Mao. Jak można odtwarzać tkankę ludowej czy religijnej mitologii nie zauważając, że to, z czym się autor styka dzisiaj, to jedynie drobne szkiełka z przepięknego, ale kompletnie pogruchotanego witraża. Jakże to inna wizja swojego środowiska niż ta zawarta u Liao Yiwu. Dla dociekliwych dodam, że Xingjian pisał swoją książkę we Francji i nie musiał się liczyć z represjami w Chinach. Wygląda, że on po prostu tego nie dostrzegł.

    Gao Xingjian, czyli autor

    Tłumaczenie, szerzej, spolszczenie tej książki pozostawia wiele  do życzenia. Z bliżej niejasnych powodów w polskiej wersji pozostawiono oryginalne chińskie jednostki miar, nigdzie nie tłumacząc, jakie realne wielkości one oznaczają. Zatem jeżeli czytamy, że autor ma do przebycia 5 li, to nie wiemy czy to odległość 2 km, a może 5 lub 15. Podobnie jest z jednostkami powierzchni i wagi. Ponadto tłumacz nie należy do łatwo posługujących się językiem polskim, co daje np. taki skutek, że kobiety w całej książce się chichoczą, nigdy się nie śmieją, nie uśmiechają, tylko chichoczą (takich kwiatków jest niestety więcej). Ostatnia uwaga w tej materii jest grubszego kalibru – książka została napisana w języku francuskim, zatem pozostanie słodką tajemnicą wydawcy, dlaczego została przetłumaczona na polski z angielskiego.

    Moja fascynacja Chinami trwa, zatem każdy artefakt z tego kręgu kulturowego spotyka się z moją życzliwością, zatem finalna ocena to 7/10.

    Gao Xingjian, Góra duszy, Rebis, Poznań  2004

  • Książki

    Prowadzący umarłych, czyli co wiemy o Chinach

    Liao Yiwu, Prowadzący umarłych, okładka, recenzjaPewnego pięknego dnia w księgarni zajrzałem na półkę z serią reportażową Wydawnictwa Czarne, wziąłem do ręki książkę poświęconą Chinom, przeczytałem parę stron i popadłem w stan wewnętrznego przerażenia. Uświadomiłem sobie bowiem, że nic nie wiem na temat tego kraju. Piękna starożytna kultura, bogata historia najnowsza, rodząca się druga potęga na świecie, a ja nic o tym nie wiem. Wstyd, poczucie klęski i wewnętrznego poniżenia. Książkę natychmiast kupiłem i w drodze do domu już ją czytałem.

    No i zaczęło się. Książka okazała się być na tyle fascynująca, że nie tylko została od razu połknięta, ale spowodowała wielki apetyt na Państwo Środka. Czytam na ten temat, co się da (a można niestety niewiele). Eksploruję geografię, opanowałem na przykład wszystkie chińskie prowincje, bo za duży brak uznałem, że znaczną większość stanów USA umiejscawiam na mapie bez pudła, a gdzie leży Hubei nie miałem pojęcia, a czym się różni od Hebei to już zupełnie.[1] Zatem czytelnicy „Fotela przy kominku” powinni się spodziewać w niedalekiej przyszłości małej inwazji tej tematyki.

    Wracając do książki. Składa się ona z 28 wywiadów z różnymi ludźmi, bynajmniej nie zawsze z nizin społecznych. W ogóle trzeba powiedzieć, że podtytuł jest częściowo mylący. Wspomniane niziny społeczne sugerowałyby jakiś margines, biedotę, wykluczonych. Tak jednak nie jest. Czy byli działacze partyjni, muzyk orkiestry symfonicznej czy opat zlikwidowanego klasztoru buddyjskiego to „niziny społeczne”? Na pewno Yiwu nie rozmawia z ludźmi współczesnego boomu, biznesmenami, pieszczochami władzy. Wszystkie pozostałe opcje są reprezentowane. Jedyne, co łączy jego rozmówców to brak przynależności do, wąziutkiej przecież, grupy uprzywilejowanych. Poza tym, ci „Prowadzący umarłych” to już kompletna dezinformacja. Rzeczywiście jeden rozmówca wykonuje taki niejawny zawód. Przenosi mianowicie na plecach zmarłych miejsca w miejsce, powodując celowo u mniej uważnych postronnych wrażenie, że to wędrują umarli, a on ich tylko prowadzi. Ale to nie tego typu egzotyka dominuje w książce, a tytuł nawet metaforycznie nie odnosi się do jej treści.

    Jeżeli miałbym szukać jakiegoś punktu wspólnego interlokutorów Yiwu, to wskazałbym na to, że wszyscy oni zostali w jakiś sposób dotknięci przez los. Jednych poharatała historia, a dokładnie jej przejaw w postaci rewolucji kulturalnej Mao, inni urodzili się w biedocie (dla Europejczyka skrajnej, dla nich normalnej) nie dającej jednak szans na zwykłe, godne życie; jeszcze inni wykonują dziwne zawody (żebrak, ślepy uliczny grajek, hiena cmentarna).

    Można powiedzieć, że Yiwu daje dobry obraz chińskiego społeczeństwa. Właściwie wszędzie widzimy nędzę i niedostatek, ale też bardzo dzielnych ludzi, którzy próbują sobie z tym radzić. Po ludzku rzecz biorąc jestem pod wrażeniem ich wytrzymałości, determinacji, spokojnej zgody na trudne warunki pracy i życia. Jako analityk spraw ekonomicznych nie tylko rozumiem, ale plastycznie teraz widzę skąd wziął się chiński cud gospodarczy; więcej, mam pewność, że tą drogą Chiny będą się dalej posuwały i w końcu osiągną pozycje mocarstwa światowego nr 2. A kto wie, może kiedyś i nr 1? Tak na marginesie: Europejczycy powinni być tego świadomi i mieć jakąś strategie przeciwdziałania. Inaczej zamienimy się w prowincję żółtej cywilizacji, ale to zupełnie inny temat.

    Oficjalnie się o tym w Chinach nie mówi, to temat tabu, ale ciągle wiele osób nosi w sobie fatalne, rujnujące doświadczenie rewolucji kulturalnej: prześladowania, niszczenia karier, maltretowania, głodu (do kanibalizmu włącznie). W wielu miejscach do tej pory wytrzebione są lasy, bo drewna używano do prymitywnego, dymarkowego wytopu stali – nikomu to nie było potrzebne, ale fatalne skutki tej kampanii trwają do dziś. Podobnie jak widoczne są masowe zniszczenia obiektów starej kultury, zwłaszcza religijnej, traktowanej niegdyś jako przeżytek starego systemu. Tego już się nie odtworzy, a braku backgroundu kulturowego się nie nadrobi. Bardzo ciekawe, jak bogacące się Chiny poradzą sobie ze stworzeniem nowej tożsamości, nowej kultury. Jaka ona będzie?

    To zdumiewające, że jak trochę głębiej poskrobać, to ciągle w rzeczywistości społecznej wychodzą upiory przeszłości. A jakby na polską rzeczywistość spojrzeć z większego oddalenia, to też zobaczylibyśmy ciągle wdzierającą się przeszłość? Jako historyk odpowiadam – na pewno, tylko czy chcemy to dostrzec?

    Oczywiście Liao Yiwu robiąc wywiady ujawniające skalę zniszczeń, niegodziwości i represji skazywał siebie na bycie dysydentem. Zaliczył również więzienie za opublikowanie poematu o masakrze na Placu Tiananmen. Pierwsze wywiady do przedstawianego tu zbioru odbył już w więzieniu. Warto dodać, że książka ukazała się na Tajwanie, a w Chinach jest ciągle zakazana.

    Autor, Liao Yiwu, recenzja

    Podsumowując: lektura Prowadzącego umarłych jest fascynująca i pouczająca. Zmienia sposób patrzenia na Chiny. A ponieważ jest jeszcze napisana w sposób fascynujący, to nie mam wątpliwości, oceniam na 10/10 i zachęcam do lektury. Po tej książce zrozumiałem Chiny – te współczesne i te z czasów rewolucji kulturalnej

    Liao Yiwu, Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych, Czarne, Wołowiec 2011.


    [1] Bardzo polecam quiz geograficzny na znajomość nazw i położenia chińskich prowincji. Sprawdźcie, jaką macie wiedzę na ten temat. Poza tym to fajna zabawa, a przy okazji pomaga opanować ten temat, wiem co mówię. Tu link: http://www.purposegames.com/game/chinese-provinces-quiz