• Teatr

    Lipiec Gruszki i Wyrypajewa

    Iwan Wyrypajew wyreżyserował w Teatrze na Woli swój własny tekst Lipiec. W głównej roli obsadził swoja żonę, Karolinę Gruszkę, zatem spektakl ma charakter autorski w stopniu rzadko dającym się osiągnąć. I nie trzymajmy czytelników w niepewności – eksperyment zakończył się totalnym sukcesem.

    Karolina Gruszka w Lipcu Wyrypajewa, recenzja

    Rdzeniem sztuki jest monolog 63-letniego mężczyzny, który otwartym tekstem przyznaje się do wielu morderstw i – co najbardziej wstrząsające – do pożerania swych ofiar. Taki rosyjski Hannibal Lecter, tylko że w stylu „ruski mużyk” a nie zachodni intelektualista. Ale to nie sama retrospekcja owego kanibala robi potężne wrażenie, ale przede wszystkim forma, w jaki jest przedstawiona. Monolog prezentuje Karolina Gruszka, młoda dziewczyna, co już samo w sobie jest dość zaskakujące. Ale jak ona to robi! W żadnym przypadku nie wciela w rolę mężczyzny, ona tylko wykonuje tekst, jak pisze autor w didaskaliach – wykonawcą tekstu jest kobieta, która wychodzi na scenę tylko po to, aby wypowiedzieć tekst. Robi to bardzo oszczędnymi środkami – pusta scena, mikrofon, skromna sukienka z marynarką, bez makijażu, w krótkich włosach. Niby nic, a jednak bardzo dużo. Gruszka wykonuje tekst strzelając słowami z prędkością karabinu maszynowego. Na początku podświadomie czekałem, kiedy się zatnie, pomyli, zapomni, ale… nic z tych rzeczy. Maestria aktorki polega na tym, że tymi prostymi środkami kreuje rzeczywistość tak fascynującą, że wszyscy na sali siedzą wpatrzeni w nią jak w żywą ikonę, która urzeczywistnia na scenie coś mistycznego, nadprzyrodzonego. Nadaje tekstowi specyficzny rytm i ton, który jeszcze długo pozostaje w uszach. Po tym przedstawieniu Karolina Gruszka na stałe zajmie miejsce w kategorii „młoda, wybitna, oglądać wszystko, gdzie się pokazuje”.

    Inscenizacja Lipca jest perfekcyjna. Zamysł autora spotkał się z koncepcją reżysera w punkcie wysokim (co nie dziwne), a Karolina Gruszka dała się zamodelować dokładnie tak, jak życzył sobie reżyser i w efekcie powstało dzieło skończone. W pewnym sensie sukces inscenizacyjny jest za wielki, bo widzowie zaczarowani przez Gruszkę, gubią przesłanie niebłahego przecież tekstu. Wszyscy wychodzą zafascynowani aktorką (ja też), wiedzą o czym sztuka mówiła, ale co powiedziała już nie wiedzą, bo pamiętają głównie fenomenalną kreację Gruszki. Mnie to też spotkało, zatem na drugi dzień zajrzałem do internetu i przeczytałem wszystkie recenzje. W żadnym nie ma analitycznego ani krytycznego odniesienia się do tekstu! Nawet w tych szerszych komentarzach znani krytycy nie wychodzą poza podpowiedzianą przez samego Wyrypajewa interpretację, że szukał w swojej sztuce uobecnienia myśl o. Pawła Florenskiego, że „dom Boga jest za czarnym lasem, a nie za piękną łąką”. Nikt jednak nie zadał sobie trudu, aby chociaż podsumować, czy w istocie sztuka koresponduje z tym zamysłem. O głębszych interpretacjach nawet mowy nie ma (nawet w recenzji szacownej i nie tabloidalnej „Więzi”).

    Klucz do zrozumienia Lipca tkwi w ostatniej partii tekstu, kiedy ów rosyjski kanibal tkwi po kolejnym morderstwie w zakładzie dla psychicznie chorych przywiązany pasami do łóżka z maską hokejową na tworzy. Przychodzi do niego salowa i dzieje się coś zdumiewającego, zakochuje się w tym szaleńcu, uwalnia go z pasów, dochodzi do zbliżenia. On tak pragnienie z nią jedności, że znajduje dla tego pragnienia wyraz najwyższy – wchłania ja w siebie, czyli mówiąc wprost zjada ją, w jego mniemaniu dochodzi w tym akcie do jakiejś ostatecznej komunii.

    Wyrypajew sugeruje, że jego bohater poprzez te wszystkie tragiczne wydarzenia, a zwłaszcza to ostatnie, odnajduje siebie, a w sobie jeszcze coś. Czy innymi słowami, jak głosi motto do sztuki, „Dom Boga jest za czarnym lasem, a nie za piękną łąką” – to cytat z Ikonostasu o. Pawła Florenskiego. W tekście sztuki jest wiele wskazówek potwierdzających takie przesłanie. W końcówce przyjeżdżają po ciało trzej synowie i planują zabrać je do Archangielska. „Nasz ojczulek całe życie marzył, by dotrzeć do Archangielska, no to spełni się jego marzenie. Dokąd zamierzał tam trafił”. Cały kontekst wskazuje, że jest to swoiste „wniebowzięcie”, a nazwa miasta nie jest przypadkowa (od archaniołów przecież).

    Moim zdaniem jest to nadużycie i to podwójne. Po pierwsze nie ma nic wspólnego z nawet najbardziej nieortodoksyjnie rozumianą teologia chrześcijańską, a po wtóre jest manipulacją myślą o. Florenskiego. Jak sobie przypominam (a czytałem to wiele lat temu) jego koncepcje należy rozumieć tak, jak bliższy nam kulturowo cytat „kto nie zaznał goryczy na ziemi, ten nie zazna słodyczy w niebie” (Dziady, cz. III, z pamięci). Ponadto ludziom udręczonym swoją grzesznością, („czarny las”) jest bliżej do Boga niż pozostałym, między innymi dlatego, że widzą swoją małość i całkowite nie zasługiwanie na zbawienie, którego doświadczają, jak darmowej łaski. Wobec Bożego majestatu stają może i z pustymi rękami, ale w pokorze, bez poczucia należnej nagrody i paradoksalnie w ten sposób na ową nagrodę zasługują. Ale przecież to nie jest przypadek bohatera sztuki Wyrypajewa. On przecież nie ma świadomości, że robił coś niewłaściwego, wręcz odwrotnie, kobiecie swojego życia zaoferował miłość i doświadczył z nią „prawdziwego zjednoczenia”. Doświadczył też takiego stanu: „Najadłem się chleba, napiłem wina (…) napełniłem całego siebie bóstwem, i sam stałem się bóstwem. Bóstwo w środku, bóstwo na zewnątrz.” Wydaje mi się, że droga życiowa owego rosyjskiego kanibala nie stoi w żadnej proporcji do tego, o czym pisze Florenski, a powoływanie się na jego koncepcje teologiczne jest w kontekście Lipca nadużyciem. Przekaz tego dramatu jest wystarczająco fascynujący i bez tworzenia wokół niego atmosfery fałszywej mistyki.

    Niezależnie od kontrowersji z Florenskim, zastanawia mnie finał sztuki, w którym bohater trafia do symbolicznie przedstawionego, ale jednak nieba. Czym sobie na to zasłużył? Jak tę drogę zbawiania uzasadnić? Nie znajduję na to prostej odpowiedzi, Wyrypajew jej zresztą też nie podpowiada. Odbieram to jako pozostawienie przez autora szczególnego intelektualnego suspensu, który każdy z widzów musi sam przemyśleć i zmierzyć się z pytaniami o rzeczy ostateczne

    Lipiec to jedna z najlepszych sztuk, jakie widziałem w 2010 – doskonale wyreżyserowana, brawurowo zagrana, a jeszcze na dodatek stawiająca niebanalne pytania egzystencjalne, spokojnie 10/10.

  • Teatr

    Merlin w Laboratorium Dramatu

    Merlin – inna historia, reż. Ondrej Spišák, Laboratorium Dramatu

    Merlin, syn Szatana oddany w służbę Bogu, postanawia stworzyć w Brytanii królestwo doskonałe. Władcą zostaje Artur, który powołuje Zakon Okrągłego Stołu – na znak równości wszystkich rycerzy, którzy przy nim zasiądą. Warunkiem powstania królestwa idealnego jest jednak znalezienie świętego Graala. Siedmiu rycerzy wyrusza w świat, pokonuje bestie i uwalnia „panny nagie i bezbronne” ale Świętego Graala nie znajdują. Wracają do zamku Camelot i kierują kopie przeciw sobie. Brytania spływa krwią. Dlaczego idea Okrągłego Stołu musiała lec w gruzach? Czy los Brytanii to los każdego „państwa idealnego”?

    Merlin – inna historia Tadeusza Słobodzianka jest przypowieścią o zdradzonym przymierzu i upadku wiary w powszechną szczęśliwość. Można w tym spektaklu zobaczyć refleksję nad zasadami absolutnymi, można alegorię do polskiego snu o wolności, który tak pięknie rozpoczął się w 1989 roku i tak niepięknie kończy się na naszych oczach.

    Przede wszystkim jest to jednak sporo dobrego teatru, zajmującego, oryginalnego, zadziwiającego formą – z jednej strony nowoczesną, a z drugiej jak najbardziej tradycyjną. Okazuje się to możliwe. Jak w przedstawieniach ludowych czy baśniach dla dzieci, frazy się powtarzają, a zmienia się tylko rycerz, którego opowieść dotyczy. Dla niektórych widzów może to jednak być nużące. Podobnie nie każdemu muszą się podobać gesty aktorów imitujące zachowania seksualne.

    Reżyser nie szokuje gigantycznymi instalacjami czy prowokacyjną scenografią, to aktorzy stwarzają ten mityczny świat i aktorstwo właśnie jest jedną z najmocniejszych stron tego przedstawienia.

    Bardzo polecam zainteresowanym tą tematyką i oryginalną dramaturgią. W mojej opinii 7/10.

  • Teatr

    Lew na ulicy w łódzkim Teatrze im. Jaracza

    Ciemność. Biała, drobna postać dziewczynki w zwiewnych fatałaszkach. Właśnie zabił ją Lew. Z zaświatów Isobel wyrusza w podróż po naszym ziemskim padole. Nie przygląda się biernie ludzkim sytuacjom, ale stara się w nich uczestniczyć, czasem pomóc odnaleźć siebie, czasem przestrzec przed czającym się Lwem, czasem dać szanse na bezinteresowne ofiarowanie ciepła. Lew to zło upostaciowione, a może tylko symboliczne, a może to tylko takie coś, co siedzi w każdym z nas. Wtedy też trzeba przed tym czymś się chronić i Isobel przybiega, przytula, współodczuwa, czasem płacze, czasem tylko patrzy.

    Lew na ulicyW efekcie otrzymujemy przegląd wielu ludzkich trudnych sytuacji, pokiereszowanych związków, splątanych losów i chorych relacji. Mała Isobel spotyka ludzi nieszczęśliwych, zagubionych, dotkniętych przez życie. Mimo to, jak trafnie zauważył Mariusz Grzegorzek:

    To zdumiewające, ale to przepełnione cierpieniem i mrokiem przedstawienie emanuje ukrytym wewnętrznym światłem, które każdemu daje jego własną nadzieję.

    Może dlatego tak się dzieje, że Isobel wprowadza wszędzie atmosferę dobra i miłości, a może i dlatego, że w ostatniej scenie przebacza swojemu dręczycielowi, co zresztą my, widzowie, też mamy ochotę uczynić, po poznaniu dzieciństwa owego mordercy. Judith Thompson nie daje łatwych odpowiedzi, pozostawia najczęściej widza sam na sam z przedstawionym dramatem i mówi mu: myśl co chcesz. Na pewno jednak nie pozostawia go obojętnym. Dużego plusa przyznaję pani Thompson, za odwagę. Nie boi się wygłaszanych ze sceny kwestii mogących być uznane za moralizatorskie. Rzeczywiście w jej sztukach tak one nie brzmią, zapewne ze względu na dążność do przedstawiania różnych racji, różnych dróg życiowych swoich bohaterów, również w taki sposób, że widz utrzymywany jest w atmosferze słusznego oburzenia na jakiegoś zdemoralizowanego łobuza, ale minuta po minucie, zdanie po zdaniu zaczyna wycofywać się z tak prostej oceny danego człowieka. Jedno jest pewne Lew na ulicy daje do myślenia i działa ożywiająco na umysł (na duszę chyba zresztą też).

    Mariusz Grzegorzek (do tej pory nie znany mi z teatru) znalazł dobry sposób na wystawienie tak wielowątkowej i treściowo nie prostej sztuki. Nie popadł ani w banał, ani w uproszczenie, ani w eksperymenty zacierające istotne sensy. Szkoda jedynie, że nie wszystkie wątki były wystarczająco czytelne, ale chcę wierzyć, że inni byli domyślniejsi. Z aktorów Grzegorzek wydobył maksimum możliwości, musieli oni w przeciągu sekund przedzierzgnąć się w zupełnie inne postacie i udawało się im to wzorowo. Klasą samą dla siebie była jednak Marietta Żukowska, odtwórczyni głównej roli Isobel. Młodziutka, ale doświadczona, zwiewna i krucha, ale stanowcza. Nazwisko warte zapamiętania.

    Kostiumy były zdumiewająco ciekawe. Ich autorka, Violetta Jeżewska zdecydowała się na ryzykowny eksperyment, mianowicie na obcisłych kombinezonach namalowała ubrania, od dresów po garnitury z krawatem. Sam pomysł pachnie z daleka tandetą, ale wykonanie było na tyle dobre, że doskonale obroniło całą koncepcję. Wpisało się też doskonale w generalny zamysł inscenizacyjny, bo umożliwiło częste i szybkie zmiany kostiumów, przy jednoczesnej równowadze między różnorodnością niezbędną do poszczególnych scen a jednorodnością stylistyczną całości. Za kostiumy też brawa.

    Zobaczyć koniecznie, nawet tylko dla tej sztuki warto wybrać się do Łodzi. Ogólna ocena 9/10.

  • Teatr

    Ucho, gardło, nóż i Verdana Rudan

    Mimo kilku lat na scenie monodram Krystyny Jandy ciągle robi wrażenie. Jest to dwugodzinny słowotok znerwicowanej Tonki z domu Babić. Mówi o wszystkim: o małżeństwie, o nerwicy, o wojnie, o bezsenności. Nie może spać i ogląda telewizję z wyłączonym głosem, komentując naiwność i pozorność pokazywanych programów. Nad wszystkim ciąży jednak wojna, która dla Tonki zaczęła się tym, że zaoferowała swoje ciało jakiemuś urzędnikowi, aby wyreklamować męża z wojska, a poza tym dowiedziała się, że jest Serbką (po ojcu), co postawiło ją natychmiast poza nawiasem społeczeństwa.

    Krystyna Janda w roli Tonki BabićMonolog Tonki jest chaotyczny, strukturalnie popękany, ale przez to jakiś autentyczny. Obfituje w wulgaryzmy, bo Tonka nie potrafi inaczej zapanować nad swoimi nerwami, ale ostatecznie nie są one rażące. Krystyna Janda stworzyła kolejną wielką kreację i pokazała, że w monodramach czuje się, jak ryba w wodzie. Nad widzami panuje niepodzielnie od samego wstępu, kiedy mówi „Gdybyście byli normalną publicznością już byście stąd wyszli. Ale to mój teatr i nikt nie wyjdzie, bo zamknęłam drzwi.” Umiejętnie dozuje elementy komiczne i dramatyczne, często je zresztą przeplatając.

    W moim osobistym odbiorze, bardzo przeszkadzał wybuchający na widowni śmiech, a prawdę powiedziawszy rechot, nie zawsze w odpowiednich momentach. Odnoszę wrażenie, że do teatru coraz więcej osób chodzi dla prostej rozrywki, jak na nieco inteligentniejszą dyskotekę. „Płacę za bilet, mam prawo się rozerwać i będę się zarykiwał, ile dusza zapragnie, bo przyszedłem, aby oderwać się od codzienności i mam prawo robić, co chcę.” Zresztą Vedrana Rudan w wywiadzie zauważyła, że w Polsce ludzie się śmieją na tej sztuce, a w Chorwacji i Serbii panuje grobowe milczenie. Warte refleksji.

    W tym miejscu recenzja powinna się zakończyć, bo po co dłużej pisać o sztuce, która jest na afiszu od kilku lat. Ale mnie podkusiło, żeby temat pogłębić, przeczytać wywiady z autorką i sięgnąć do jej książek. Moja ukochana biblioteka w Podkowie Leśnej książki ściągnęła, ja rzuciłem się jak głupi na ser i…  przeżyłem szok poznawczy. Ucho, gardło, nóż jest powieścią kompletnie poplątaną, w wielu miejscach bezsensowną, wulgarną nie tylko w warstwie językowej, nieprzekonywującą jeżeli chodzi o traumy wojenne, a raczej wskazującą na ciężką psychozę autorki i to sięgającą daleko dalej wstecz niż doświadczenia wojny domowej. Krystyna Janda okazała się nie tylko genialną aktorką, ale przede wszystkim należy jej się Oscar „za scenariusz adaptowany”. Z trajkotania szokującego rynsztokowością i jeszcze na dodatek kompletnie neurotycznego w strukturze sensów, Janda zrobiła przejmujący spektakl, który nie tylko nie irytuje bełkotem, ale przykuwa uwagę widzów przez bite dwie godziny i, w przeciwieństwie do książkowego pierwowzoru, budzi sympatię dla bohaterki.

    okładkaDruga książka Vedrany Rudan Miłość od ostatniego wejrzenia okazała się jeszcze większą porażką. Autorka postanowiła kontynuować passę i zbudować rozpoznawalność przez stałe szokowanie czytelników (a raczej myślę, czytelniczek) już nie tylko wulgarnością, ale wręcz obscenicznością, o której pisać trudno (np. wielokrotnie wraca do śmierdzących narządów płciowych). Oprócz empatii dla kobiety systematycznie bitej i poniżanej najpierw przez ojca, a później przez męża, żadnych innych pozytywnych uczuć ta powieść nie wywołuje. Natomiast negatywnych emocji rodzi wiele, a wśród nich dominuje wściekłość z powodu bezsensownie straconego czasu.

  • Teatr

    Stachuro, Stachuro, ty już idziesz górą…

    Anna Chodakowska śpiewa StachuręEdward Stachura, Msza wędrującego, Teatr Kamienica, śpiewa Anna Chodakowska, muz. Andrzej Ziemlański

    Wybierając się na Mszę wędrującego, byłem przekonany, że będzie to podróż sentymentalna do czasów młodości, kiedy powszechnie nucono piosenki Stachury, a Całą jaskrawość czy Siekierezadę czytano, jak literaturę pisaną przez mędrca, guru owego pokolenia. Naraz się pomyliłem i nie pomyliłem. Rzeczywiście wspomnienia i różne odwołania do przeszłości odżyły, ale szybko okazało się, że to nie one dominują i spotkanie z tekstami Stachury ma walor aktualności i jest tak samo przejmujące jak dwadzieścia lat temu.

    Spektakl składa się ze śpiewanego poematu Missa pagana i recytowanych fragmentów Fabula rasa. Słuchając tej poezji miałem poczucie, że autor stara się mówić o sprawach najważniejszych, fundamentalnych dla człowieka, dzięki którym może  żyć całą pełnią, całą jaskrawością

    Byli tacy, co się rodzili,
    byli tacy, co umierali
    i byli tacy, którym to nie wystarczało.

    Stachura jest uczciwy w tym co pisze, nie przemilcza spraw trudnych, ma odwagę powiedzieć „jesteś bestią”, ale mówi to życzliwie i ze zrozumieniem, dopowiadając, że jeżeli sobie to uświadomisz i nabierzesz pokory widząc kim naprawdę jesteś, to tak, jakbyś sam siebie zwyciężył i poszedł kilka kroków dalej. Mówi też takie piękne słowa:

    Święte krople potu
    Święte wędrowanie
    Święty kamień w polu
    Przysiądź na nim Panie.

    Święty chleb – chleba łamanie
    Święta sól – solą witanie.

    Pomimo, że Stachura jest antykościelny, to tak blisko mi do niego, że piszę o nim w czasie teraźniejszym, mimo iż nie żyje od 30 lat, bo jak może być inaczej, kiedy się słyszy takie słowa, jak zacytowane. Na papierze brzmi to znacznie słabiej, niż zaśpiewane przez Annę Chodakowską.

    W swoim pisarstwie był przede wszystkim szczery, a więc ciągle szukający, ciągle w drodze. Jego utwory, w tym również Missa Pagana, to raporty z aktualnego stanu poszukiwań – tyle już wiem i tyle zapisuję. Chciał żyć poezją, chciał by życie było poezją. To, co napisane, jest wtórne wobec tego, co przeżyte.

    Zupełnie osobna kwestią jest sposób, w jaki Msza wędrującego została zaprezentowana. Anna Chodakowska okazała się tu mistrzem nad mistrzami. Upływ lat (pierwszy raz Chodakowska zaśpiewała ten poemat około 25 lat temu) nie tylko, że nie zaszkodził przedstawieniu, ale zdecydowanie mu pomógł, spowodował, że wszystko jest dojrzalsze, lepiej przemyślane, nie ma zbędnych gestów, a właśnie gestami Anna Chodakowska podbiła mnie bez reszty. W momentach, kiedy tekst kieruje się wprost do słuchaczy frazą „ty jesteś bestią”, (żeby pozostać przy już przywołanym przykładzie) aktorka dyskretnie wskazuje na siebie, jakby chciała powiedzieć „ja też”. Duża kultura. Po raz pierwszy coś takiego widziałem w teatrze i nie zapomnę. W efekcie najbardziej żałowałem, że spektakl już się skończył, a tak chętnie posłuchałbym także piosenek Stachury w tak doskonałym wykonaniu. Poza tym muzyka napisana przez Andrzeja Ziemlańskiego dobrze pasuje do klimatu tej poezji, a kompozytor sam akompaniuje aktorce, dając czasem popisy wirtuozerii w partiach solowych.

    Annę Chodakowską pamiętam z wielu ról, ale pod powiekami chyba na zawsze pozostanie mi jej obraz śpiewającej Missę paganę i recytującej Fabulę rasę.

  • Film,  Książki,  Teatr

    Podsumowanie roku 2009

    Rok się skończył, wszyscy piszą jakieś podsumowania, zatem pomyślałem, że i ja coś napiszę. Zacząłem pisać tę notkę w styczniu kończę pod koniec lutego, trudno. Blog piszę od niedawna, ale ważniejsze spotkania z dziełami kultury z poprzedniego roku trafiły do Fotela przy kominku lub są w trakcie trafiania. Najciekawszy był Teatr, mnóstwo doskonałych przedstawień, mam kłopot ze wskazaniem najlepszych. Do pierwszej trójki wskazuję (A)polonię Warlikowskiego, Szczęśliwe dni Becketa w reż. Cieplaka (Teatr Polonia) oraz Napis w reż. Macieja Englerta w Teatrze Współczesnym.  Tuż za nimi są jeszcze Trzy siostry (Teatr Polonia), Porucznik z Inishmore i To idzie młodość (oba Teatr Współczesny).

    Napis i Szczęśliwe dni na blogu już zagościły, Porucznika z Inishmore odwiedziłem z opóźnieniem, mimo że przed wypadem zwiedzaniowym do Irlandii koniecznie chciałem go zobaczyć; sztuka doskonała, ale też dobrze opisana przez innych recenzentów, podobnie jak To idzie młodość. Od dawna na wpis czeka (A)polonia, ale materia stawia opór. Trzy siostry i Czechow w ogóle, to inny świat, na inną rozmowę, właśnie TVP Kultura powtórzyła wszystkie podstawowe inscenizacje jego sztuk, w tym absolutnie upojny Wiśniowy sad (w reżyserii Andrzeja Domalika z doskonałą Jandą) i Iwanowa (Jana Englerta) oraz zupełnie żenujący sowiecki Utwór na pianolę , powiem tylko, że u Czechowa występują ziemianie, a u Michałkowa kołchoźnicy (na marginesie: do diabła skąd ta miłość do wszelkiego barachła z czasów sowieckich, kto tam układa program).

    Z kinem sytuacja była prosta. Najlepszy, zachłystujący był Gran Torino. Odkryłem Hanekego po obejrzeniu Pianistki, na pewno ten reżyser będzie obserwowany, tym bardziej, że Biała wstążka już kandyduje do miana mojego najlepszego filmu roku 2010. Pod prąd powszechnej opinii idzie moja niska ocena Bękartów wojny (zob. notkę).

    Świat książek niczym nie porwał. Mistrzów czytałem niedużo, adepci niczym nie zaskoczyli. Po długim namyśle w kategorii prozy palmę pierwszeństwa przyznaję Eustachemu Rylskiemu, ale głównie za stare utwory, choć dopiero teraz przeze mnie przeczytane Stankiewicz i Powrót a z nowych Warunek. Próby krytycznoliterackie w postaci Po śniadaniu mistrzowskie nie były, choć eseje poświecone Camusowi i Turgieniewowi, uzasadniały nabycie zbiorku.

    Klasę potwierdził Le Carre, Mała doboszka czytana w zeszłym roku to po prostu arcydzieło, że o innych jego dziełach nie wspomnę.

    W stan kompletnego pomieszania umysłowego wprowadził mnie Jonathan Littell książką Łaskawe. Z jednej strony wspaniała epicka panorama niemieckiego faszyzmu, perfekcyjnie zgodna z realnymi wydarzeniami historycznymi. Z drugiej strony obsceniczny modernizm. Z trzeciej strony czyta się z przyjemnością mimo gigantycznych rozmiarów, z czwartej strony budzi wątpliwości wieloma sformułowaniami trącącymi rewizjonizmem historiograficznym. Na koniec sam nie wiem, co o tej książce sądzić. Jak opinię miałbym wyrazić w jednym zdaniu, to nie potrafię. Chyba pierwszy raz coś takiego mi się przytrafiło.

  • Teatr

    Szczęśliwe dni Becketta, moje zresztą również

    Szczęśliwe dni, Samuel Beckett, reż. Piotr Cieplak, Teatr Polonia, wyk.: Krystyna Janda i Jerzy Trela

    Krystyna Janda jako WinnieNigdy nie przypuszczałem, że wyjdę zafascynowany ze sztuki Becketta, ale Piotrowi Cieplakowi i Krystynie Jandzie udało się to sprawić.

    Klasyczne wystawienie Szczęśliwych dni polega na tym, że Winnie jest zagrzebana w kopcu piasku i prowadzi monolog na mało istotne tematy.  Jej mąż Willie milczy tak sam konsekwentnie, jak Winnie paple. Dwie godziny tej paplaniny prowadzi do uświadomienia sobie całkowitego absurdu życia, więcej, bezsensu egzystencji jako takiej. Didaskalia Becketta jasno wskazują na konieczność umieszczenia Winnie w kopcu, na tle wydm, co wyrywa ją z jakiegokolwiek kontekstu życiowego i czyni ją abstrakcyjnym, uniwersalnym  symbolem ludzkiej egzystencji, a jest to egzystencja bezdennie pusta.

    Cieplak w Teatrze Polonia zaproponował inne odczytanie Becketta. Janda siedzi w fotelu umiejscowionym w scenografii pustego domu. Jest przykuta do swojego fotela, jak do wózka inwalidzkiego. Wyraźnie mamy tu do czynienia z życiem realnym, a nie z symbolem egzystencjalnym. Willie człapie w szlafroku i kalesonach, nic nie mówi (co zresztą dla Jerzego Treli jest stanem naturalnym) podkreślając „domowy” kontekst tej inscenizacji.

    Winnie w wykonaniu Jandy nieustannie mówi do swojego męża, jej monolog zamienia się w dialog, cóż z tego, że jednostronny. Widzimy parę starszych ludzi, którzy starają się nadać swojej egzystencji jakiś sens, a tak właściwie, to potwierdzają, że ten sens jest immanentnie wpisany w ich egzystencję. „Otworzyłam oczy, poruszyłam ręką. Jaki szczęśliwy to jest dzień”.  W ustach Jandy nie brzmi to ironicznie, nie jest żałosną próbą wtórnej racjonalizacji sensu w jej życiu, którego przecież i tak nie ma. Widzimy przecież, że jest inaczej. Nawet przykuta do fotela, w swoim dialogu samotna, bo pozbawiona odpowiedzi, zaświadcza, że jej życie to nie puste nic. Na swój sposób jest w nim szczęśliwa. Willie schowany jest w swoim milczeniu, ale przecież jest obecny, swoim zachowaniem upewnia nas, że ich związek naprawdę istnieje, coś ich łączy, razem, choć każde w innym stylu, pokonują końcówkę życia. Słowo „pokonują” w swojej dwuznaczności jest tu jak najbardziej na swoim miejscu. Znaczy nie tylko, że przechodzą przez swoje ostatnie dni, ale też przezwyciężają śmierć. W ostatniej scenie Willie żwawo porusza się w czarnym garniturze, kręci się wokół swojej żony, która podaje mu usta do pocałunku. Potem Winnie wychodzi do ukłonów w czarnej sukni. Nawet śmierć przeszli razem nadając jej sens, a w widzów tchnąc optymizmem graniczącym z euforią (co widać po oklaskach).

    Takie rozumienie sprawy jest mi bliskie. Inscenizacja Cieplaka otwiera nową linię interpretacyjną Becketta. Do tej pory mieliśmy do czynienia z przedstawieniami klasycznymi, kanonicznymi. Cieplak przełamuje trend. Czy jego odczytanie Becketta jest zgodne z jego zamysłem? Zapewne nie do końca, ale jest jak najbardziej uprawnione. Idzie głębiej w rozumieniu ludzkiej egzystencji nie wypaczając jednak generalnej koncepcji autora. W latach pięćdziesiątych Beckett był oryginalny, przełamywał schemat teatru mieszczańskiego, stawiał nowe pytania o sens życia i to stawiał je w całkowicie nowatorskiej formie. Dzisiaj jest to zupełnie niewystarczające,  nudne i nieciekawe. Cóż fascynującego w stwierdzeniu, że nasz los pozbawiony jest sensu, coś takiego jak prawdziwy związek nie istnieje, a wszystko zmierza ku nicości. Nie musimy się zgadzać w tym zakresie z Beckettem. Życie Winnie i Williego w warstwie wydarzeniowej widzimy tak samo jak on, dlatego jesteśmy wobec jego dramatu fair. Wnioski jednak wyciągamy inne i mamy do tego słuszne prawo. W paplaninie Jandy widzimy nie tylko mruczenie do samej siebie, ale specyficzny dialog ze swoim mężem. W jej drobnych przyjemnościach, w odkładaniu momentu wyciagnięcia szminki z torebki, aby za szybko nie skonsumować tej malutkiej radości, widzimy coś sympatycznego, budzącego empatię. Co poradzić, że Beckett widział w tym jedynie zagłuszanie pustki, czepianie się pozorów. My (Cieplak, Janda i widzowie) mamy inne oczy i inną wrażliwość.

    Równolegle możemy zobaczyć Szczęśliwe dni w inscenizacji Antoniego Libery z Mają Komorowską w roli głównej. Wszystko jest tu zgodne z kanonem interpretacyjnym, rola Mai Komorowskiej jest wybitna, ale co z tego, jak całość jest tylko poprawna, nie twórcza i nieustannie miałem w czasie spektaklu poczucie deja vu.

    Szczęśliwe dni w Teatrze Polonia (podobnie jak Trzy siostry) powodują we mnie refleksję, jak takie przedstawienia są możliwe w prywatnym teatrze, jak to się dzieje, że widownia jest pełna, mimo nie najtańszych biletów? Wydaje mi się, że publiczność z szacunkiem podchodzi do teatru poważnego, ale życzliwego wobec widza, twórczego, oryginalnego, czasem szokującego, ale mającego coś ważnego do powiedzenia. Ubolewam, że inne teatry prywatne ubrdały sobie, że interesy robi się na „goło i wesoło” (ja na pewno tam się nie pojawię), albo ściągając do obsady prezentera znanego ze świntuszenia i płaskich dowcipów do zarykiwania się (też nie pójdę).

    Pani Krystynie Jandzie wyrażam wdzięczność, za tak pomyślany Teatr.

  • Teatr

    Napis

    Napis, Gerald Sibleyras, reż. Maciej Englert, Teatr Współczesny

    Jest to komedia z nurtu stańczykowskiego – bardzo dowcipna, ale jednocześnie dająca do myślenia. Cała rzecz zaczyna się od pojawienia się w windzie pod adresem nowego lokatora, pana Lebrun, napisu „Lebrun ch…j”. Rozpoczyna to cykl wydarzeń, podczas których ujawniają się prawdziwe postawy i poglądy pozostałych lokatorów kamienicy. Dają oni popis dyktatury poprawności, popis rozłożony na kilka głosów. Owa poprawność decyduje, że ten,  kto nie przepada za  dzielnicowym „Świętem chleba” i nie jeździ na wrotkach z innymi mieszkańcami, ten jest nie tylko skutecznie wykluczony ze stosunków towarzyskich, ale wręcz napiętnowany. Nieprzypadkowo pan Lebrun na zdjęciu (tyłem) stoi sam wobec całej grupy mieszkańców. I nie przekonuje nikogo, że poprzedni lokator, przed państwem Lebrun, stracił życie, bo uległ presji i mimo podeszłego wieku wrotki założył. Wrotki są tu symbolem krzepkości, ekologii (bez spalin), uspołecznienia (jeździmy razem) i pragmatyczności (szybciej niż pieszo).

    Mieszkańcy kamienicy wobec pana LebrunDyktatura jedynie słusznych obyczajów żywo przypomina poprawność polityczną, która jak walec wyrównuje życie publiczne. I biada temu, kto spróbuje jej się przeciwstawić. Odczuwam pewną solidarność z panem Lebrun.

    Napis jest sztuką oryginalną, rzadką we współczesnej dramaturgii, bo dominuje w niej twórczość inspirowana właśnie poprawnością polityczną. Francja jest krajem najbardziej zanurzonym we wszystkich poprawnościach,  zatem trochę zaskakuje, że to tam pojawiła się nietypowa  sztuka…, a  może  dlatego właśnie tam, bo presja jest tak duża, że wywołuje bunt. Na szczęście w Polsce głosy zdrowego rozsądku są wcale nierzadkie, choć na pewno spychane na margines przez jedynie słuszne poglądy. Nieoceniony był tu Maciej Rybiński:

    „Poprawność polityczna jest formą dyktatury, cóż z tego, że intelektualnej. Jest to dyktatura mniejszości nad większością, terroryzowaną w imię dobra i ostatecznej sprawiedliwości. Jest dyktaturą samozwańczej cnoty nad rzekomym występkiem. Jej metodą jest wywoływanie nieczystego sumienia u ludzi starających się myśleć samodzielnie i osobno.”

    Sztuka jest doskonale zagrana, reżyserowana i ze scenografią przenoszącą nas do serca Francji. Ogląda się z przyjemnością, tym większą , że wzbogaconą o kontakt z tak sympatyczni aktorami jak Marta Lipińska, Krzysztof Kowalewski, Leon Charewicz czy Janusz Michałowski. Jedyna uwaga krytyczna: Krzysztof Kowalewski nie może grać młodego faceta, nie musi zresztą też, bo w ensamble’u Współczesnego jest wystarczająco dużo młodych aktorów.

    Wypada podwójnie podziękować Maciejowi Englertowi: jako dyrektorowi teatru za odwagę i jako reżyserowi za ciekawą inscenizację.

    Kończąc tę recenzję zorientowałem się, że w moich recenzjach jest na razie obecny tylko Teatr Współczesny (a czekają w kolejce Porucznik z Inishmore i To idzie młodość). O przypadku nie ma mowy – ostatnio tu właśnie czuję się najlepiej.

  • Teatr

    Moulin Noir we Współczesnym

    Moulin Noir, w oparciu o utwory Nicka Cave’a, Martyna Jacquesa i Toma Waitsa, reż. Marcin Przybylski, w obsadzie absolwenci i studenci IV roku Akademii Teatralnej, Teatr Współczesny w Warszawie, premiera grudzień 2008, obejrzane grudzień 2009

    Przedstawienie bardzo interesujące, na swój sposób klimatyczne, robi wrażenie. Wsiąkamy w atmosferę podrzędnych barów, kabaretów, przejmujących wyznań.

    Moulin NoirOkazuje się, że lepiej wypadają dobrze wyreżyserowane spektakle muzyczne, śpiewane niż klasyczna dramaturgia. Dlaczego? Brakuje głębokich, poruszających przedstawień. Mamy popisy formalne, niekiedy oryginalne, ale nie wciągają widzów w poważniejszy dialog, nie stawiają fundamentalnych pytań zmuszających widzów do reinterpretacji swojej wizji świata (wyjątkiem w ostatnim czasie jest tu (A)ppolonia Warlikowskiego, może uda mi się cos o tym napisać, ale zbieram się od miesiąca i nie jest to łatwe).

    Co do przedstawienia: reżyseria, ruch sceniczny, aranżacja są bardzo dobre. Ogląda się przedstawienie z przyjemnością, a zwłaszcza w drugiej jego części jest ono po prostu wciągające. Lepiej chyba powiedzieć „przeżywa” niż „ogląda”. Jedyną poważniejszą uwagę można mieć do songu Nicka Cave’a Przekleństwo Millhaven, znanego z fenomenalnego wykonania Kingi Preis na festiwalu we Wrocławiu. Po tym wydarzeniu można ten song wykonywać tylko w kontrze do Kingi Preis, a tego zabrakło. Dlaczego nie pójść za tekstem i nie zaaranżować wykonania przez drobną, nastoletnią blondynkę. Trochę śmiesznie wygląda jak brunetka śpiewa, że jest blondynką. A już powtarzanie niektórych gestów Kingi Preis niepotrzebnie obniża, wysoki przecież, poziom aranżacji. Natomiast muzycznie i głosowo wykonanie doskonałe. Wpadka jest po stronie reżysera, a nie aktorki.

    Spektakl zmierza do dramatycznego finału, który stanowi cykl utworów o masowych morderstwach, masakrach, psychopatach (zaczęty właśnie przez Przekleństwo Millhaven.) Kropką nad i jest finałowy utwór Toma Waitsa Rozpacz płynie rzeką przez świat:

    Jedno, co powiedzieć można o człowieku:
    On kocha w sobie wielbić zło
    Boga utopiłby w cuchnącym ścieku
    Lecz Bóg powróci, aby zniszczyć go

    Utwory są przejmujące do kości. Jak przystało na kabaret w stylu noir powiało grozą. Ale uczciwie mówiąc w takim świecie żyjemy. Dodać tylko można, że wyobrażam sobie również inne rozumienia stylu noir: przygnębiający świat bez wartości, a jeszcze gorzej, narzucający postawy tyleż powierzchowne, co kołtuńskie, podszyte hipokryzją, a ostatecznie prowadzący do samobójczego splinu – jak w klasycznej dekadencji fin de sieclu; warto wspomnieć o zawsze kojarzącym się w tym kontekście „owocu zakazanym”, coś w stylu Geneta, ale nie koniecznie, jako pornograficzna perwersja, raczej zaduma nad ludzką kondycją ze wszystkimi jej ukrywanymi dziwacznościami, czasem śmiesznymi, czasem tragicznymi, a najczęściej pobudzającymi do zadumy, co w nas tak na prawdę siedzi.

    Młodzi aktorzy są bardzo przekonywający w swoim zaangażowaniu, w kilku momentach miałem wrażenie, jakby śpiewali własne teksty. To zawsze jest miłe, nawet jak wiemy skąd inąd, że to zasługa perfekcyjnej reżyserii i dobrego aktorstwa. Rośnie nowe pokolenie zdolne, już teraz dobre głosowo i aktorsko, aż strach pomyśleć, co będzie z nimi za kilka lat (strach, co do tego, czy w ogólnej mizerocie się zmarnują). Nie myślę, żeby było dobrze kogoś wyróżniać. Wszyscy perfekcyjnie wcielili się w role morderców i psychopatek, sutenerów i prostytutek.

    Słowa ksiądz, religia, ministrant, kościół pojawiają się wyłącznie w kontekście całkowicie negatywnym. Natomiast wielokrotnie występują odwołana do Boga, i to odwołania nacechowane nadzieją (chyba tylko z wyjątkiem finałowego songu Waitsa). Może to dlatego, że kultura amerykańska jest w tym „temacie” zupełnie inna niż europejska, tam inspiracja chrześcijańskimi wartościami jest powszechna i nikomu to nie przeszkadza (także niewierzącym), czego najlepszym przykładem jest napis na monetach In God we trust. W Europie jest to sfera kontrowersji, wzajemnych złośliwości i ciężkiej konfrontacji ideologicznej. Ale może nadchodzi odwilż.

    Na koniec o początku. Przedstawienie zaczyna się od melancholijnego, ale pełnego nadziei songu Śmierć to nie jest kres (zresztą Boba Dylana, ale wykonywanego przez Nicka Cave’a na płycie Murder Ballads), natomiast kończy się przygnębiającym i czarnym Toma Waitsa Rozpacz płynie rzeką przez świat. Czy to głębszy zamysł, czy tylko konieczność kompozycyjna.