• Militaria

    Wojska saperskie we wrześniu 1939

    Zdzisław Cutter, Polskie wojska saperskie w 1939 r. Organizacja, wyposażenie, mobilizacja, działania wojenne, okładka, recenzjaWielką zaletą książki jest omówienie wszystkich aspektów związanych z rozwojem wojsk saperskich w II Rzeczypospolitej wraz z ostateczna weryfikacją wszystkich przygotowań w postaci udziału tych wojsk w wojnie obronnej 1939 roku. A więc autor szczegółowo omawia pokojową organizację tych wojsk wraz z uwzględnieniem zmian organizacyjnych, które zachodziły w okresie dwudziestolecia, schodzi do poziomu oddziałów saperskich przydzielanych do WJ przedstawiając ich strukturę i zadania. Przedstawia także wyposażenie jednostek saperskich i co ciekawe robi to w porównaniu do analogicznych jednostek Niemiec i Sowietów. Dalej autor przedstawia mobilizację jednostek saperskich w 1939 roku oraz udział tych jednostek w walkach września 1939 roku.

    Pod koniec okresu II Rzeczypospolitej struktura pokojowa wojsk saperskich przedstawiała się następująco: osiem batalionów saperów, które podczas mobilizacji wystawiały po batalionie saperów dla każdej dywizji piechoty i brygad motorowych. Ponadto każda armia miała otrzymać armijny batalion saperów. Oprócz tego funkcjonował batalion elektrotechniczny, silnikowy, mostowy i dwa bataliony mostów kolejowych. Tuż przed wybuchem wojny dwa bataliony (2. w Puławach i 4. w Przemyślu) przekształcono w pułki saperów,[1] w związku z tym, że do ich zadań mobilizacyjnych weszło dodatkowe wystawienie dwóch zmotoryzowanych batalionów saperów dla 10 BK i dla WBPM. Dla brygad kawalerii wojska saperskie nie mobilizowały żadnych jednostek; ich zabezpieczeniem technicznym zajmowały się organiczne szwadrony pionierów.

    Nadmieńmy w tym miejscu, że wojska saperskie były bardzo dobrze przygotowane do motoryzacji. W batalionach dywizyjnych i armijnych zmotoryzowano po jednej kompanii zaporowej, przyczepy, na których przewożono sprzęt techniczny często były ogumione, zatem można było w trybie natychmiastowym przejść z ciągu konnego na motorowy. Wiele elementów wyposażenia, np. piły czy kafary zostały wymienione z ręcznych na wspomagane silnikami. Wszystko to umożliwiało jednostkom saperskim płynne przeorganizowanie w jednostki zmotoryzowane w miarę napływu sprzętu motorowego. Byli już przeszkoleni kierowcy, zaplecze techniczne, gotowe przyczepy sprzętowe. Można było nawet partiami motoryzować te oddziały bez żadnych zaburzeń w ich gotowości bojowej. To osiągnięcie jest warte podkreślenia i uznania, żaden rodzaj wojsk czy broni nie był tak dobrze przygotowany do wyzwań nowoczesnego pola walki, jak saperzy.

    Mobilizacja jednostek saperskich przebiegła bardzo dobrze. Zmobilizowano nawet bataliony dla dywizji rezerwowych. Warto zwrócić uwagę, że aż dla 12 dywizji piechoty bataliony saperów były mobilizowane przez dywizyjne Ośrodki Sapersko-Pionierskie, którym Cutter nie poświęcił uwagi. Skoro już jesteśmy przy błędach, to niestety autor wskazał dwa armijne bataliony saperów mobilizowane dla Armii Poznań, a żadnego dla Armii Pomorze (s. 161). W rzeczywistości 8 Batalion Saperów w Toruniu mobilizował stosowny batalion dla Armii Pomorze. Podobnie sytuacja podwojenia mobilizowanych oddziałów miała miejsce w przypadku Armii Prusy, przy braku odnośnych dla Armii Kraków, (s. 161) także tutaj łatwo skorygować błąd, to 5 Batalion Saperów z Krakowa mobilizował jednostkę saperską dla Armii Kraków. Natomiast słowa uznania należą się autorowi za wnikliwe podjęcie tematu batalionów saperskich dla dywizji rezerwowych i próbę rozszyfrowania jednostek mobilizujących w przypadku braku dokumentacji źródłowej.

    Cutter nie tylko zweryfikował czy mobilizacyjne rozwinięcie jednostek saperskich pokrywało się z planem mobilizacyjnym, ale także sprawdził skład mobilizowanych jednostek i ich wyposażenie. To duży plus. Szkoda jednak, że takiej procedurze nie podlegało już wojenne użycie tych oddziałów, czy było one zgodne z przeznaczeniem i oczekiwaniami planistów. Z informacji zawartych w rozdziale o wojennych losach poszczególnych jednostek wynika, że nie zawsze tak było, np. w odniesieniu do oddziałów batalionu silnikowego, czy elektrotechnicznego, a także jednostek kolejowych. Dobrze by było jednak nie musieć się tego domyślać, tylko dowiedzieć się od nadzwyczaj przecież kompetentnego autora. Samo porównanie planów mobilizacyjnych z ich realizacją pachnie formalizmem, kluczową rzeczą jest, czy zmobilizowane jednostki działały zgodnie z przeznaczeniem, a jeżeli nie, to jakie elementy „nie zagrały”: plany, terminy, wyposażenie czy dowodzenie.

    Jak już zasygnalizowałem osobna część książki zawiera opis wojennych zmagań saperów. Bardzo interesujące są zwłaszcza informacje o losach tak nietypowych oddziałów jak batalion elektrotechniczny, kompanie mostowe, czy kompanie mostów kolejowych. Zabrakło natomiast, ku największemu zdumieniu czytelników, danych o bojowych losach podstawowych przecież batalionów saperów dywizyjnych i armijnych, a to one przecież decydowały o ostatecznej ocenie udziału saperów w wojnie obronnej 1939 roku. Zrozumiałe, że znacznie zwiększyłoby to objętość książki, ale niewątpliwie wyszłoby jej na dobre, nawet jeśliby omówiono tylko losy wybranych batalionów saperów.

    Wskazany powyżej brak uniemożliwił wyciągnięcie racjonalnych wniosków w jednym z ciekawszych zagadnień, czyli koncepcji zmotoryzowanych kompanii zaporowych. W latach trzydziestych polscy teoretycy zdawali sobie dobrze sprawę z zagrożenia, jakie niesie za sobą rozwój wielkich jednostek pancernych u naszych sąsiadów. Jednym ze sposobów na ich powstrzymanie, było stworzenie w strukturach dywizyjnych batalionów saperów, osobnych kompanii zaporowych, które poprzez zniszczenia, budowanie przeszkód i stawianie pól minowych miały powstrzymywać impet natarcia jednostek pancernych. Ponieważ musiały to być oddziały o podwyższonej mobilności, gotowe do użycia na szczególnie zagrożonych kierunkach, jako pierwsze w strukturach wojsk saperskich zostały zmotoryzowane. Wiemy z wiedzy ogólnej, ze nie spełniły pokładanych w nich oczekiwań. Dobrze byłoby wiedzieć, jak realnie działały w warunkach bojowych i w związku z tym, dlaczego ich użycie nie doprowadziło do oczekiwanych rezultatów.

    Kolejnym poważnym brakiem jest kompletne pominięcie w książce problemu pionierów. Nie poświęcono im bodaj jednego zdania, pozostawiając czytelnika w osłupieniu i niepewności, czy pionierzy to również saperzy tylko inaczej szkoleni i mobilizowani, czy też to zupełnie inny rodzaj broni.

    Zdarza się również, że autor bezkrytycznie wykorzystuje różne dane. Na przykład w tabeli 4 na stronie 61 podane są ceny sprzętu motorowego używanego przez saperów. Problem w tym, ze owe ceny są wzięte całkowicie z sufitu. Dam najlepiej znany przykład: ciężarówki wyceniono na 24 tys. zł za sztukę, ówcześnie w armii dominowały ciężarówki Polski Fiat 621, które w 1938 roku kosztowały 8 150,00 zł. Nawet jeżeli by uwzględnić cenę z okresu tuż po rozpoczęciu produkcji (1935), a więc zanim rozpoczęto motoryzację saperów to wynosiła ona 16 520,00 zł. Zapewne źródłem pomyłki jest zestawienie, powstałe gdzieś w strukturach wojskowych wiele lat po wydarzeniach, dostępne tylko w archiwum, a więc trudne do sprawdzenia. Poziom absurdu jest jednak widoczny na pierwszy rzut oka i nie powinno się bezkrytycznie z takich danych korzystać. Na tej samej stronie jest także tabela „Stan faktyczny środków motorowych wojsk saperskich przed wybuchem wojny”, przy takim stopniu agregacji danych jak w tej tabeli trudno się do nich odnieść, ale na pewno nie uwzględnia ona zmotoryzowanego batalionu saperów wystawionego dla WBPM, a ilości przypominają raczej stan etatowy niż faktyczny. Pomijam już, że operowanie kategorią „samochód – ciągnik” tak skutecznie zaciemnia rzeczywistość przez wrzucanie do jednego worka sprzętu całkowicie różnego (od C7P do ciężarówki), że do prezentowanych danych trudno się odnieść.

    Dla równowagi, aby nie stworzyć wrażenia o brakach dominujących w tej książce powiedzmy, że autor bardzo wnikliwie przedstawił przedsięwzięcia fortyfikacyjne, jakie zostały podjęte przez poszczególne armie w 1939 roku. Co ważne podał zarówno ilości planowanych umocnień, rozpoczętych i tych, których budowę zdążono do 1 września zakończyć.

    Ogólnie książka jest pozycja bardzo wartościową. Porządkuje, a niejednokrotnie tworzy kompletną i usystematyzowaną wiedzę o wojskach saperskich w 1939 roku. Szkoda, że do wielu zagadnień autor podszedł z niewątpliwie poprawnym metodologicznie, ale jednak formalizmem. Nawet skrótowe zestawienie ze sobą faktów opisywanych w różnych częściach książki byłoby przydatne dla czytelnika i nie wymuszałoby na nim wielokrotnego fruwania po różnych rozdziałach i zestawiania informacji, które niejednokrotnie zestawić się ze sobą nie chcą. Dam przykład: plany dobrze byłoby zestawić z ich realizacją w postaci mobilizowania poszczególnych jednostek, a te z realnym ich użyciem. Czy to ostatnie było zgodne z oczekiwaniem planistów – tego z książki się nie dowiemy. Co więcej, autor w przypadku motoryzacji bardzo dużo pisze o planach. To naprawdę ciekawe, szkoda, że nigdzie (!) nie przedstawia stopnia realizacji tych planów. A kilka kwestii byłoby całkiem ciekawych.

    Oprócz wzmiankowanych już kompanii zaporowych na przykład frapująca jest kwestia wojsk kolejowych. Także tutaj teoretycy zdawali sobie sprawę, że linie kolejowe będą narażone na ataki lotnicze dezorganizujące transporty wojskowe. Dlatego przewidziano do mobilizacji bardzo dużą ilość kompani kolejowych (wystawiono ich łącznie z Ministerstwem Komunikacji 56, s. 183). Nie zapobiegło to jednak trudnym do usunięcia zniszczeniom spowodowanym przez bombardowania. Dlaczego? Na pewno skala zniszczeń była bardzo duża, ale także przyczyniła się do tego późna mobilizacja wojsk kolejowych, w części dopiero w mobilizacji powszechnej. Mamy dane dla 15 kompanii mobilizowanych przez 2 bsapkol. z Jabłonny. Kompanie mobilizowane w trybie alarmowym zapewniały dość skutecznie drożność linii kolejowych, na których znajdowały się w chwili wybuchu wojny. Dobrym przykładem jest tu 11 kompania mostów kolejowych, którą wybuch wojny zastał w Łapach. Do 5 IX utrzymywała płynny ruch na swoim odcinku, tego dnia jednak bardzo silny nalot zniszczył zarówno tory jak urządzenia stacyjne w Łapach. Mimo to, w nocy udało się odbudować jeden tor, którym przepychano na południe transporty wojskowe i ewakuacyjne. To potwierdza, że kompanie kolejowe były dobrze przygotowane do zadań i w gruncie rzeczy je dobrze wykonywały, oczywiście o ile były na miejscu. Ale na 15 kompanii 2 bsapkol. aż 7 nie dotarło na czas do celu przeznaczenia i zostały wciągnięte w zawieruchę odwrotu, chaosu, sprzecznych rozkazów. Niejednokrotnie kończyły z bronią w ręku, jako oddziały piechoty liniowej. Wygląda zatem, że więcej jednostek powinno być mobilizowanych w trybie alarmowym, bo przecież ich praca stanowiła zabezpieczenie prowadzonej właśnie mobilizacji powszechnej. A może były jeszcze inne czynniki decydujące o mniejszej niż zakładano efektywności wojsk kolejowych? Niestety autor takiej analizy nie przeprowadził.

    Podsumowując: końcowa ocena to 9/10, głównie za ogromną ilość danych szczegółowych.

    Zdzisław Cutter, Polskie wojska saperskie w 1939 r. Organizacja, wyposażenie, mobilizacja, działania wojenne, Wydawnictwo WSP Częstochowa 2003.



    [1] Szkoda w dalszych partiach książki autor w odniesieniu do jednostki z Puław nadal używa terminu 2 batalion saperów, skoro to był 2 pułk saperów od sierpnia 1939 r.

  • Militaria

    Polska armata przeciwlotnicza ze Starachowic

    Wiesław Słupczyński, Piotr Słupczyński, Armata przeciwlotnicza 75mm wz. 36 i wz. 37, okładka, recenzjaW kategorii monografii uzbrojenia książka jest prawie idealna. Oprócz wnikliwej kwerendy źródłowej, także bogaty materiał ikonograficzny, w znacznym stopniu wytworzony w oparciu o zachowany lub odnaleziony sprzęt. Nie chodzi tylko o zbiory muzealne, ale także o eksponaty znajdujące się w rękach prywatnych kolekcjonerów. Biorąc pod uwagę poprzednie publikacje tej pary autorów, można stwierdzić, że ich ustalenia są ostatnim głosem nauki w zakresie danego zagadnienia. Dane z ich książek są nie tylko wiarygodne, ale również kompletne. Mam poczucie, że monografia armaty przeciwlotniczej 75 mm daje wiedzę na ten moment ostateczną – jeżeli autorzy piszą, iż czegoś nie wiadomo, to nie wiadomo, jak podają dane liczbowe, na pewno są one najbardziej wiarygodne z możliwych.

    Panowie Słupczyńscy przedstawili dość długą historię powstawania tej armaty. Zaczęło się jeszcze w latach dwudziestych, ale powstały wówczas prototyp nie odpowiadał oczekiwaniom artylerzystów. Powrócono do sprawy w latach trzydziestych, prace projektowe i testy toczyły się niespiesznie. Konstrukcję traktowano jako rozwiązanie zapasowe wobec spodziewanego zakupu za granicą partii armat wraz z licencją na ich wytwarzanie. Najpierw stawiano na konstrukcję amerykańskiej firmy L.L. Driggs, później z kredytu Rambouillet starano się sfinansować transakcję ze Schneiderem, Francuzi odmówili jakichkolwiek dostaw tego rodzaju sprzętu. Po zmitrężeniu sporej ilości czasu stanęło na konieczności powrotu do rodzimej konstrukcji, która zresztą w testach porównawczych miała parametry podobne do francuskiej konkurencji. Pierwszą serię 16 sztuk armat na mobilnej platformie zamówiono w 1936, a dostawę zrealizowano w roku następnym.

    Jak zawsze w książkach duetu Słupczyńskich jest bardzo dokładny opis techniczny sprzętu. Najbardziej ciekawe było omówienie sposobu działania aparatu centralnego, czyli ówczesnych centrum sterowania ogniem. Oprócz tego są podane ilości wyprodukowanych armat. Wiemy na pewno, że wyprodukowano 16 sztuk (+2 prototypy) armat 75 mm wz. 36, czyli wersji mobilnej oraz bliżej nieokreśloną ilość wz. 37, czyli wersji półstałej. O tych ostatnich można wnioskować tylko z ilości znajdujących się w zmobilizowanych we wrześniu baterii półstałych OPL Kraju, a w nich było ok 30 armat 75 mm wz. 37.[1]

    Miłym  zaskoczeniem są opisy ciągników wykorzystywanych do holowania omawianych dział. Zwykle używano C4P, miały one jednak za małą moc i za małą nośność. Zamierzano wykorzystać do zamówionej dłuższej serii armat mobilnych nowo zaprojektowany ciągnik PZInż. 342, całkowicie oryginalnej, bardzo nowoczesnej konstrukcji. Owa konstrukcja też została precyzyjnie opisana, bodaj nawet dokładniej niż w książkach Tarczyńskiego, Jońcy i spółki.

    Osobny rozdział poświęcono armacie plot. 90 mm, na której wytwarzanie nabyto licencję od Schneidera.

    Na zakończenie otrzymaliśmy historię użycia przedstawionych dział w kampanii wrześniowej, rozpisany na losy poszczególnych baterii, których stanowiły wyposażenie. Armaty wz. 36 stanowiły wyposażenie 101 dywizjonu (3 baterie po 4 działa) i 9 samodzielnej bateria plot. (4 działa); 101 dywizjon był zmobilizowany przez 1 paplot. z Warszawy, a 9 bateria przez 9 daplot. z Brześcia.

    Przeznaczeniem 101 dywizjonu była ochrona siedziby Naczelnego Dowództwa, zatem najpierw znalazł się w Warszawie, a później w ślad za sztabem generalnym został przemieszczony na wschód i południe. Mimo wyposażenia w ciągniki C4P, które nie spełniały wymogów technicznych przeszły cały szlak bojowy zakończony na Węgrzech. Po drodze stracono tylko 2 ciągniki C4P (z posiadanych 32), zatem nie był to sprzęt tak nieprzystosowany do zadań, jak przed wojną się artylerzystom wydawało. Większość baterii (z wyjątkiem jednej) była wyposażona w aparat centralny, czyli skomplikowany i proporcjonalnie drogi przyrząd do sterowania ogniem. Armaty 101 dywizjonu strąciły 16 samolotów nieprzyjacielskich, zużywając 3800 pocisków. Daje to średnią zestrzeleń 1 1/3 samolotu na jedno działo i ok. 235 pocisków na zestrzelony samolot. To całkiem dobry wynik, biorąc pod uwagę, że sporo czasu dywizjonowi zajęło przemieszczanie się.

    Dłuższy szlak bojowy miała 9 samodzielna baplot., zaczęła go na Śląsku, potem Dęblin, Brześć, Lwów i granica węgierska. Bateria zestrzeliła 11 samolotów, zużywając 1600 pocisków, co daje prawie 3 samoloty na działo i 145 pocisków na samolot. W dużej skuteczności armat 75 mm miały swój udział dobrze używane aparaty centralne.

    Niestety przy podawaniu ilości zestrzeleń trzeba dodać, że autorzy nie weryfikowali deklarowanej ilości zestrzeleń z danymi niemieckimi, zaprezentowanymi w książkach Emmerlinga.

    Jako ciekawostkę można podać, że powstał jeszcze samorzutny pluton armat 75 mm wz. 38, czyli zmodernizowany wz. 36. Dwie armaty wzięto z bieżącej produkcji w Starachowicach, a obsadę skompletowano z przeszkolonych załóg fabrycznych. Brały one udział w obronie mostów na Wiśle, a później zostały włączone do dywizjonu rozpoznawczego WBPM.

    Losy baterii półstałych były mniej ciekawe. Wybuch wojny zastał je w Warszawie (6 baterii) skąd zostały ewakuowane transportem kolejowym na południowy-wschód. Nie posiadały ciągników, a ciężarówki w śladowej ilości niewystarczającej nawet do przewozu całej przydzielonej amunicji, zatem ich ewakuacji była decyzją, delikatnie mówiąc, pozbawioną sensu. Tylko jedna z nich, 103 baplot pozostała w Warszawie stanowiąc jedyna jednostkę (4 działa!) ciężkiej artylerii przeciwlotniczej broniącej stolicy.

    Książkę zamyka kolorowa wkładka, poświęcona jedynemu zachowanemu egzemplarzowi działa 75 mm znajdującemu się w muzeum w Petersburgu. Jak zawsze wiele zbliżeń, wyeksponowanych detali, pokazanych i omówionych sposobów sygnowania sprzętu i amunicji.

    Na zakończenie, po całej serii pochwal i zachwytów, wypada dodać słowo krytyki za niewykorzystanie prac Emmrlinga do weryfikacji ilości zestrzeleń deklarowanych przez polskich artylerzystów. Poza tym jedna uwaga małym druczkiem: skład sugeruje zlecać ludziom, którzy się na tym znają i panują nad typografią i choćby podstawową poprawnością techniczną.

    Wiesław Słupczyński, Piotr Słupczyński, Armata przeciwlotnicza 75 mm wz. 36 i wz. 37, nakładem autorów, Siedlce 2013.



    [1] Słupczyńscy podają, że było tych armat 34 sztuki, ale zidentyfikowanych przez nich w jednostkach było 30 sztuk. No i czytelniku musisz się sam pogłowić nad tą sprzecznością. Chyba, że te 4 brakujące sztuki, to armaty ośrodka zapasowego 1 paplot w Warszawie. Pozbawione przyrządów pomiarowych, ciągników, ciężarówek i amunicji, nie wzięły udziału w walce i po chaotycznej ewakuacji z użyciem zarekwirowanych samochodów, zostały przez Niemców przejęte pod Hrubieszowem.

  • Militaria

    Dywizjon Rozpoznawczy 10 Brygady Kawalerii

    Eugeniusz Piotr Nowak, Dywizjon Rozpoznawczy 10 Brygady Kawalerii 1938-1939, okładka, recenzjaW miarę czytania tej książki, byłem pod coraz większym wrażeniem. Autor bowiem odtworzył wszystkie możliwe detale związane z tą niewielką przecież jednostką, bo dywizjon to mniej więcej równowartość batalionu. Szkopuł jednak w tym, że jego struktura była bardzo złożona. W pewnym sensie można powiedzieć, że to organizacja całej brygady zmotoryzowanej w pigułce.  Składał się ów dywizjon bowiem z następujących pododdziałów: szwadronu strzeleckiego, szwadronu czołgów rozpoznawczych (TK 3 w wersji TKF), plutonu ppanc., plutonu motocyklistów, plutonu CKM, plutonu łączności, plutonu gosp. i drużyny pionierów.

    Autor w swoim opracowaniu posunął się do takiego poziomu szczegółowości, że rozrysował cały skład dywizjonu z dokładnością do jednego człowieka, a każdego z nich przyporządkował do konkretnego środka transportu. Zadanie to jest niebłahe, bo dywizjon składał się z 413 ludzi, a na składzie miał 19 różnego rodzaju samochodów, motocykli i tankietek. Nie znam opracowania jakiejkolwiek jednostki bojowej w września 1939 roku o takim poziomie szczegółowości, a po przeczytaniu monografii Dywizjonu Rozpoznawczego 10 BK marzę, aby inne oddziały miały równie precyzyjne monografie. Jedyne porównanie, jakie przychodzi mi do głowy to strona poświęcona strukturom wojska polskiego w 1939.

    Oprócz tego, że dzięki takiemu poziomowi ustalonych detali wiemy wszystko o organizacji Dywizjonu, to autor rozwiązał kilka bardzo ważnych problemów, na przykład ustalił, że trzy plutony szwadrony strzeleckiego jeździły na samochodach Praga RV, każdy pluton na jednym samochodzie. W efekcie dawało to na jeden samochód 22 żołnierzy (z dowódcą plutonu i kierowcą) razem z trzema rkm. Precyzyjny ogląd zdjęć potwierdził, że było to możliwe. Żołnierze byli upchnięci jak sardynki, ale się dało. Warto przy tym zwrócić uwagę, że w planistyce dotyczącej motoryzacji przewidywano 16 żołnierzy na ciężarówkę, czyli o jedną ławkę z siedzeniami na pace mniej.[1]

    Drugą ciekawostką jest użycie w plutonie przeciwpancernym samobieżnych armatek 37 mm, czyli TKS-D. Był to ciągnik gąsienicowy C2P, na którym zamontowano działko 37 mm Boforsa. Odstąpiono od masowej produkcji takiego sprzętu, bowiem podczas prób terenowych okazało się, że niesymetrycznie rozłożony ciężar powodował uszkodzenia układu jezdnego. Dwa prototypy przekazano do 10 BK, a w jej ramach trafiły właśnie do Dywizjonu Rozpoznawczego. W czasie działań bojowych zastrzeżenia, co do awaryjności, nie potwierdziły się i był to sprzęt pełnowartościowy. Szkoda, że tego rozwiązania nie dopracowano i nie wdrożono do produkcji  byłby to bowiem pierwszy niszczyciel czołgów w Europie, podobnie jak pierwsze działo samobieżne w Europie.

    Oczywiście bardzo dokładnie opisany jest szlak bojowy Dywizjonu. Fakt, że Brygada prowadziła wyłącznie działania obronne, spowodował, że Dywizjon był używany nie całkiem zgodnie z przeznaczeniem, bo żadnych działań rozpoznawczych nie prowadzono. Wykorzystywany był jak normalna jednostka liniowa, tyle że najczęściej do osłony głównych rubieży obronnych. Specyfika walk Brygady polegająca na stałym zagrożeniu skrzydeł i tyłów powodowała, że Dywizjon poniósł w czasie walk ogromne straty, a w związku z tym pewna ciekawostka: gen. Maczek wspominał, ze 12 września mocno osłabiony Dywizjon Rozpoznawczy został rozparcelowany pomiędzy 10 psk i 24 p.uł.,[2] Eugeniusz Nowak, nic o tym nie pisze i w jego narracji Dywizjon pozostał samodzielna jednostka aż do końca walk i przejścia granicy węgierskiej. Kto ma rację? Chyba autor monografii, być może Maczek pisał tylko o zamiarze, a nie jego realizacji.

    Książkę uzupełniają nadzwyczaj ważne dodatki, na które składa się wspomniany schemat organizacyjny (z dokładnością do jednego żołnierza), zestawienia sprzętu i uzbrojenia oraz kluczowe dla historii Dywizjonu dokumenty. Do pełnego szczęścia brakuje tylko indeksu nazwisk, a stan euforii byłby osiągnięty po stworzeniu indeksu rzeczowego.

    Więcej, więcej takich książek. A może autorowi udałoby się stworzyć podobne monografie innych jednostek 10 BK lub WBP-M.

    Eugeniusz Piotr Nowak, Dywizjon Rozpoznawczy 10 Brygady Kawalerii 1938-1939, Towarzystwo Przyjaciół Historii, Kraków 1999



    [1] T. Pawłowski, Idea rozbudowy Wojska Polskiego 1935-1939, Rytm, Warszawa 2009, s.93

    [2] S. Maczek, Od podwody do czołga, TN KUL, Orbis Books,  Lublin-Londyn 1990, s. 84.

  • Militaria

    Wspomnienia żołnierzy gen. Maczka

    Mieczysław Borchólski, Z saperami generała Maczka, okładka, recenzjaTe dwie publikacje wspomnieniowe uzupełniają obraz 10 BK, jaki powstaje po przeczytaniu pamiętników gen. gen. Maczka i Skibińskiego.

    Ze szczególna ciekawością czekałem na lekturę wspomnień sapera, ppor. Borchólskiego. Trochę się rozczarowałem, kampanii wrześniowej, która interesuje mnie najbardziej, auto poświecił tylko ok. 20 stron. Proporcjonalnie do szczupłości tekstu, mało jest informacji, ale nawet ledwie kilka przedstawionych zadań saperskich daje pogląd, czym się oni u Maczka zajmowali. Daje do myślenia, że autor pisze głównie o zadaniach, których nie wykonał (z powodów od siebie niezależnych). Taki los żołnierzy przegrywanej kampanii. Do bardzo ciekawych zaliczam informację, że do batalionu saperów przyłączali się żołnierze z innych jednostek, w tym np. ppor. kawalerii, który z marszu objął dowództwo jednego z plutonów. Być może stanowi to klucz do zrozumienia sukcesu 10 BK – była to jednostka, w której każdy chciał walczyć. W związku z tym nie było problemu z uzupełnieniami pokrywającymi bieżące straty bojowe.

    Ludwik Ferenstein, Czarny naramiennik, okładka, recenzjaZupełnie inaczej jest ze wspomnieniami rtm. Ferensteina. Na własne żądanie został przeniesiony z pułku kawalerii do sztabu 10 BK. Jego wspomnienia są jednak zupełnie inne od wspomnień Skibińskiego, który tak naprawdę dublował stanowisko dowódcy brygady. Co zaskakujące, we wspomnieniach Skibińskiego najmniej jest typowej pracy sztabowej, a najwięcej regularnych działań dowódczych. W jego wspomnieniach nie ma nawet jednego zdania o uzupełnieniach stanów brygady, nic o sprzęcie, o zapleczu kwatermistrzowskim (z wyjątkiem jednego przypadku zaopatrzenia w paliwo). Dyskretnie pominięte są podstawowe problemy (strata szwadronu przez 10 psk pod Myślenicami) lub ich waga została wyraźnie pomniejszona (jak np. zgubienie kompanii Vickersów).[1]

    Pamiętniki Ferensteina są nieco inne i stanowią cenne uzupełnienie wcześniej opublikowanych wspomnień dowódców 10 BK. Ferenstein, często delegowany z rozkazami do jednostek liniowych, widzi ich w akcji, pamięta o wielu szczegółach, jak np. wcielenie jeszcze w czasie walk w Beskidzie Wysokim ochotników z batalionu obrony narodowej. Stawia przed oczami czytelników trudności z odwrotem otaczanych oddziałów, nie przemilcza utraty 3 szwadronu 10 psk. Do bardziej przejmujących obrazów należy ewakuacja porzuconej baterii artylerii z KOP w pierwszej fazie walk w Beskidzie Wyspowym. Warto zauważyć, że jedno działo (zapewne 75 mm) na pasach ostatecznie pociągnął „łazik”, natomiast przypadkowy zatrzymany PF 518 pociągnął dwa działa jednocześnie. Taka pouczająca ciekawostka.

    Pamiętniki rotmistrza Ferensteina oceniam bardzo wysoko, jako ważne dla poznania wrześniowych losów 10 BK. Dla zainteresowanych tym tematem lektura konieczna, bo stanowiąca cenne uzupełnienie wspomnień Maczka i Skibińskiego.

    Mieczysław Borchólski, Z saperami generała Maczka, WMON, Warszawa 1990;

    Ludwik Ferenstein, Czarny naramiennik, WMON, Warszawa 1984



    [1] Na marginesie tej ostatniej sprawy, przyszła mi do głowy smutna refleksja. Maczek w swoich wspomnieniach bardzo ubolewa, że zamiast obiecanego batalionu 7TP,dostał kompanie wysłużonych Vickersów. Jednak wiele z nią nie powalczył i odłączyła się ona od 10 BK w czasie jej walk odwrotowych. A jak zamiast niej byłby batalion czołgów, czy byłoby inaczej. Z drugiej strony wykorzystanie obu samodzielnych batalionów pancernych w ramach armii „Prusy” i „Łódź” było nierewelacyjne, a chyba gorsze niż losy wspomnianej kompanii Vickersów wspomagającej odziały Armii „Kraków” w ich walkach odwrotowych.

  • Militaria

    Samolot bombowy PZL 37 Łoś

    Andrzej Glass, Samolot bombowy PZL. 37 Łoś,okładka, recenzjaPublikacja popularna, jak jedna z wielu. Dużo zdjęć, rysunków, niewiele tekstu. Nie byłaby by warta recenzowania, gdyby nie jej przedmiot.

    PZL 37 „Łoś” był samolotem podwójnie genialnym. Po pierwsze, był to obiektywnie jeden z lepszych bombowców w swojej klasie. Nie ustępował ówczesnym wersjom niemieckiego Heinkla 111 ani Dorniera 17. Wiele rozwiązań technicznych w nim zastosowanych wyprzedzało swoja epokę, np. jednogoleniowe podwozie z dwoma niezależnie mocowanymi kołami, co bardzo ułatwiało start i lądowanie na lotniskach polowych o nierównej nawierzchni. Kolejnym doskonałym rozwiązaniem był laminarny profil skrzydła, który dawał optymalne własności aerodynamiczne. Warto sobie również uświadomić, że wyprodukowanie tego samolotu stawiało Polskę w bardzo elitarnym klubie krajów produkujących wielosilnikowe bombowce (razem z Polską to osiem krajów, wliczając w to USA i Japonię).

    Drugim powodem genialności „Łosia” był kontekst, w jakim powstał i był produkowany. W 1918 roku Polska nie dysponowała żadnym przemysłem zbrojeniowym, o lotniczym nawet nie wspominając. Nie posiadaliśmy żadnych kadr inżynierskich, nikt nie miał doświadczenia w projektowaniu samolotów. Zaczęliśmy od prostszych konstrukcji sportowo-turystycznych, stopniowo dochodząc do coraz bardziej skomplikowanych i zaawansowanych technicznie. Na końcu tej drogi był właśnie „Łoś”. Warto sobie również uświadomić, że „Łoś” został zaprojektowany w Państwowych Zakładach Lotniczych (stąd PZL) na Okęciu w Warszawie i tam też był początkowo produkowany. Bezpośrednio przed wybuchem wojny produkcja seryjna rozpoczęła się w zakładach w Mielcu, które zostały świeżo wzniesione, właśnie miedzy innymi po to, aby budować w nim seryjnie samoloty nowych polskich konstrukcji.

    Dla samolotów najbardziej newralgiczna częścią były silniki. Były one wytwarzane w PZL w Warszawie, ale w stadium rozruchu były nowo wybudowane zakłady silników lotniczych w Rzeszowie, gdzie docelowo miała być przeniesiona produkcja jednostek napędowych do „Łosia”. We wszystkich obszarach następował niebywały skok technologiczny, nawet jeżeli silniki były produkowane na licencji. Wszystkie te działania mniej więcej się koordynowały, a ich ukoronowaniem był właśnie „Łoś”, pierwsza polska nowoczesna konstrukcja z całej kolejki czekającej na seryjną produkcję. Był jeszcze myśliwski „Jastrząb”, rozpoznawcza „Mewa”, „Sum” czyli unowocześniony „Karaś”, a kolejne w stadiach prototypów. Warto jeszcze nadmienić, że gotowy do seryjnej był również PWS 33 „Wyżeł”, czyli dwusilnikowy samolot szkolny przygotowujący pilotów i strzelców pokładowych dla załóg „Łosia”, a także w przyszłości dla „Wilka”, czyli ciężkiego myśliwca z dwoma jednostkami napędowymi. Warto zwrócić uwagę, że ewentualna produkcja samolotu szkolnego, umożliwiała skierowanie do oddziałów bojowych znacznie większej ilości samolotów, które do tej pory dedykowane były działalności szkoleniowej.

    Sprawdzianem jakości „Łosia” były zamówienia eksportowe. W różnych fazach pertraktacji były kontrakty na ponad 100 sztuk tego samolotu dla Bułgarii, Rumunii, Jugosławii, Turcji i Grecji. Dla porównania powiedzmy, że polskie lotnictwo w eskadrach liniowych dysponowało 36 samolotami w eskadrach liniowych i 10 z bieżącej produkcji. Ogólnie wyprodukowano ok. 120 sztuk tego samolotu, oblatano 92, ale tylko czterdzieści kilka było w pełni wyposażonych i uzbrojonych. Porównanie tych liczb daje wyobrażenie, w jakiej proporcji do ogólnej produkcji znajdowała ilość samolotów w jednostkach liniowych.

    Musi imponować, że II Rzeczpospolita posiadała długoterminowy plan rozwoju polskiego lotnictwa wojskowego i potrafiła go realizować w bardzo niesprzyjających warunkach. Udało się skoordynować prace projektowe, budowę zakładów produkcyjnych, przygotowanie samolotu szkoleniowego, promocje eksportu. Czy dzisiaj bylibyśmy w stanie zrealizować choćby ułamek takiego ambitnego planu?

    Andrzej Glass, Samolot bombowy PZL. 37 Łoś, ZP Grupa, Stratus, 2012

  • Militaria

    1 Pułk Artylerii Motorowej w II Rzeczypospolitej

    1 Pułk Artylerii Motorowej, okładka, recenzjaDuże rozczarowanie. Autor nie zamieścił najciekawszych informacji z punktu widzenia artylerii motorowej w 1939. Nie dowiadujemy się, że pułk wystawił niepełne dywizjony artylerii dla 10 BK i WBPM, zatem oczywiście nie dowiadujemy się dlaczego tak się stało, czy zabrakło armat i haubic przygotowanych do ciągu motorowego, czy zabrakło ciągników, czy czegoś innego. Nie wiemy nic o stanie wyposażenia pułku w sprzęt motorowy przed wrześniem 1939, nic o problemach w motoryzacji artylerii, autor pominął nawet, jakich ciągników używały poszczególne dywizjony. Pominięcie takich problemów wymagać musiało dużego wysiłku, bo to przecież kluczowe kwestie dla tej jednostki. Przypomnijmy – jedynej w armii przedwrześniowej jednostki artylerii zmotoryzowanej. Warto również zwrócić uwagę, że był to bodaj jedyny przypadek, kiedy w zasadniczym rozmiarze nie wykonano planu mobilizacyjnego w1939 r. Nie znam przypadku, aby pułk piechoty nie zdołał zmobilizować jednego ze swoich batalionów, czy pułk kawalerii wyruszył na front bez jednego szwadronu.

    Mamy za to ciekawy opis historii walk pułku w 1920 roku, a także sporo drugorzędnych informacji o przekształceniach poszczególnych dywizjonów artylerii górskiej w okresie dwudziestolecia, bowiem 1 pułk artylerii motorowej powstał w1931 roku z przekształcenia pułku artylerii górskiej. Opis dotyczący udziału 16 dam (10 BK) i 2 dam w kampanii wrześniowej jest wystarczający, choć to są fakty dość powszechnie znane z innych publikacji.

    Natomiast bardzo interesujące są dane o trzecim dywizjonie artylerii wystawionym w 1939 roku, czyli o 6 dam, wyposażonym w armaty 120 mm, stąd zwany „ciężkim”. Dywizjon osiągnął gotowość bojową po mobilizacji powszechnej, stąd 1 września zastał go jeszcze w macierzystej jednostce w Stryju. Przydzielony był do Armii Łódź, do której nie mógł już dotrzeć, zmieniono zatem mu przydział na Armię Lublin gen. Piskora, później Armię Małopolska gen. Fabrycego, a na końcu podporządkowano go Frontowi Północnemu Dęba Biernackiego. W tym chaosie zmiennych kierunków marszu utracona została rzecz najcenniejsza: manewrowość i wielka siła ognia (jak na polskie warunki). Po raz kolejny potwierdziła się zasada, że jednostki pancerne i zmotoryzowane powinny walczyć w dużych ugrupowaniach, bo tylko wtedy można wykorzystać walor ich ruchliwości, zdolności nocnego odskoku i podjęcia już rano walki w innym miejscu. Lawirując po lasach pomiędzy spanikowaną piechota nie mógł odegrać większej roli. Jakże inna byłaby rzeczywistość, gdyby na przykład znalazł się w ugrupowaniu bojowym10 BK.

    Do ciekawych problemów zaliczam wrześniowe losy Ośrodka Zbierania Nadwyżek. Nie bardzo wiadomo dlaczego zamiast organizować w Stryju zaplecze dla walczących jednostek artylerii motorowej ośrodek uzupełnień został skierowany transportem kolejowym w okolice Przemyśla. Także w tym przypadku autor informuje czytelników o uzbrojeniu oddziału w broń strzelecką, konsekwentnie pomija natomiast zasoby artyleryjskie tego oddziału. Można by wnosić, że nie posiadał żadnych dział, ale przypadkowo dowiadujemy się, że jedno z nich (75 mm) zostało zniszczone w czasie bombardowania. Opisywać jednostkę zmotoryzowanej artylerii tak jak marszowy oddział piechoty to sztuka nie lada. Warto natomiast zwrócić uwagę, że w tym oddziale zapasowym znajdowało się wielu oficerów, podczas gdy płk Łunkiewicz z Departamentu Artylerii MSWoj. twierdzi, że generalnie wojska artyleryjskie cierpiały w 1939 roku na radykalny niedobór oficerów. Gdzie leży prawda? Może wytłumaczeniem jest fakt, że byli to głównie oficerowie rezerwy, a braki dotyczyły oficerów i podoficerów zawodowych, ale także w tym przypadku niefrasobliwy autor monografii takiej informacji nie zamieszcza, bo – sądząc z bibliografii – relacji płk. Łunkiewicza po prostu nie znał.

    Dalsze losy Ośrodka Zbierania Nadwyżek były takie, że pod Radymnem (okolice Przemyśla) utknął i rozkazem dowódcy OK Przemyśl został zawrócony do Stryja. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie fakt, że a) w bezpośredniej bliskości znajdował się w bojach odwrotowych wystawiony przez ten pułk16 dam (w składzie 10 BK), który po walkach pod Jordanowem, został poharatany i cierpiał na braki osobowe, zwłaszcza w zakresie oficerów i b) w okolicy Przemyśla brak było jakichkolwiek oddziałów, które można by wykorzystać do obrony miasta lub linii Sanu. Dodajmy, że 7 września 10 BK została podporządkowana dowódcy Armii Karpaty i 8 września zajęła pozycje obronne pod Rzeszowem, zatem dowódca artylerii tej armii powinien nad sprawą zapanować, a wygląda, jakby o tym nic nie wiedział. A przecież podstawową funkcją ośrodka zapasowego danej jednostki jest zapewnienie jej uzupełnień.

    Generalna ocena książki wypada ujemnie, nie do zaakceptowania jest pominięcie podstawowych informacji o problemach w motoryzowaniu artylerii, o brakach mobilizacyjnych i przyczynach tych braków, pominięcie informacji o używanych ciągnikach artyleryjskich. A przecież to był jedyny pułk artylerii zmotoryzowanej w przedwojennej armii, jak w jego monografii nie ma takich informacji, to gdzie miałyby się znajdować. W historii pułków piechoty?

    Piotr Zarzycki, 1 Pułk Artylerii Motorowej, Oficyna Wydawnicza Ajaks, Pruszków 1992

  • Militaria

    2 batalion pancerny z Żurawicy

    Antoni Nawrocki, 2 batalion pancerny (Żurawica 1935-1939), okładka, recenzjaNiniejsza nota jest początkiem cyklu wielu refleksji z lektur poświęconych wojskom pancernym i motoryzacji armii polskiej w 1939 roku. Związane to jest z moimi wieloletnimi zainteresowaniami, którym teraz postanowiłem dać wyraz w formie nieco bardziej uporządkowanej. Zatem należy się spodziewać większej ilości informacji na ten temat. Siłą rzeczy poruszane będą też kwestie związane z rozwojem przemysłu obronnego, a nawet z kwestiami finansowymi, bo rozwój nowoczesnego uzbrojenia nieuchronnie wiąże się z pieniędzmi.

    Tytułowy 2 batalion pancerny stacjonujący w Żurawicy był klasyczną jednostką czasu pokoju. W przypadku wojny wystawiał on kilka jednostek bojowych, a sam zamieniał się w ośrodek zapasowy dla wojsk pancernych. Zatem we wrześniu 1939 roku mobilizował on: 2 batalion czołgów (samodzielny), kompanię czołgów Vickers (walczącą w ramach 10 Brygady Kawalerii gen. Maczka), dwie kompanie tankietek, również dla tej brygady, trzy kompanie wolnobieżnych czołgów Renault FT 17 (całkowicie przestarzałych z okresu I wojny światowej) i kilka samochodowych kolumn transportowych. Był to, ze względu na potencjał mobilizowanych jednostek, największy batalion pancerny w przedwojennej Polsce.

    Warto zatem przyjrzeć się, jak wystawione przez niego jednostki poradziły sobie w walce. Zacznijmy od trzech kompanii Renault FT 17. Były to czołgi jeszcze z okresu I wojny światowej, bardzo wolne i na dodatek wysokie, co czyniło je łatwym celem dla nieprzyjaciela. Znajdowały się w odwodzie Naczelnego Wodza, który zamierzał skierować je do obrony Warszawy. Tam nie dotarły ze względu na zniszczoną sieć kolejową. Dwie z nich przypadkowo wzięły udział w obronie twierdzy Brześć i było to najwłaściwsze, choć przypadkowe ich użycie. Jako tako nadawały się jako ruchomy punkt ogniowy w obronie stacjonarnej.

    Kompania Vickersów, czołgów nie pierwszej już młodości, ale pod względem walorów bojowych porównywalnych z 7TP, przez pierwszych kilka dni walk w Beskidzie Wyspowym bardzo efektywnie, choć ze sporymi stratami, wspierała walki 10 BK. Później w czasie odwrotu została odcięta od brygady gen. Maczka i już w składzie tylko dwóch plutonów walczących niezależnie dzielnie wspierała jednostki piechoty Grupy Operacyjnej gen. Boruty Spiechowicza. Mimo działań w bardzo niesprzyjających warunkach, dzielnie walcząc nawet pojedynczymi czołgami, zniszczeniu uległa dopiero ok. 15 września.

    Drugi batalion czołgów składający się z 49 maszyn 7TP to największa i najważniejsza jednostka mobilizowana przez 2 batalion pancerny. Od początku jego szlak bojowy przebiegał niezgodnie z planem. Miał on wejść w skład Armii Prusy, ale został wywagonowany w obszarze działań Armii Łódź i jej dowództwo prawem kaduka przejęło batalion, uznając, że jest on im niezbędnie potrzebny. Wziął on udział 5 września bodaj w największym starciu pancernym podczas kampanii wrześniowej usiłując przeciwdziałać sforsowaniu przez niemiecką 1 DPanc. rzeki Prudki. Zadał Niemcom spore straty, ale i sam stracił kilka maszyn. Efektywność jego działań istotnie utrudniał fakt, że pomyłkowo w czasie mobilizacji zabrano z Żurawicy części do Vickersów, a nie do 7TP, zatem uszkodzone czołgi albo porzucano, albo części wymontowywano z innych uszkodzonych wozów bojowych. Po bitwie nad Prudką batalion podzielił się na dwa ugrupowania, które niezależnie od siebie, wycofywały się na wschód właściwie bez kontaktu z nieprzyjacielem, biorąc udział jedynie w drobnych potyczkach, w tym z niemiecką V kolumną. Jedno z ugrupowań skończyło swój żywot pod Warszawą. Ograniczone w możliwościach bojowych przez brak paliwa, zostało łatwo rozbite przez Niemców. Drugie dotarło do twierdzy Brześć, gdzie korzystając z warsztatów tamtejszego batalionu pancernego, przeprowadziło naprawy swoich czołgów, niezbędne remonty i konserwacje, po czy znalazło się w ugrupowaniu rezerw Naczelnego Wodza i wraz z nim przesuwało się w kierunku południowych granic Rzeczypospolitej. Ostatecznie czołgi tego ugrupowania po kilku potyczkach, na południe od Kowla zostały spalone przez własne załogi z powodu braku paliwa.

    Kolejne dwie kompanie tankietek mobilizowane w Żurawicy weszły w skład 10 BK, jedna jako samodzielna kompania czołgów rozpoznawczych, druga jako integralna część brygadowego dywizjonu rozpoznawczego. Z tym, że dla dywizjonu rozpoznawczego dostarczono 13 TKF z rezerwy mobilizacyjnej. Przeszły one  cały szlak bojowy brygady.  Co ciekawe, walka w ramach dobrze dowodzonej jednostki, gdzie dookoła występowały oddziały zmotoryzowane, spowodowała, że tankietki okazały się przydatnym środkiem walki. Zwłaszcza ciekawa jest informacja, że pod Albigową, gdzie wykonano kontratak na niemieckie pododdziały pancerne tankietki dobrze dały sobie radę, zwłaszcza te wyposażone w nkm 20 mm wz. 38, który okazał się skutecznym narzędziem zwalczania niemieckich czołgów lekkich.  Do dywizjonu rozpoznawczego dostarczono bardzo rzadką wersję tankietek, czyli TKF. Były to TK3, w których zamontowano silnik Fiata. Wspominam o tym, bowiem właśnie tankietka TKF znajduje się w muzeum w Belgradzie, a jest to zapewne wóz bojowy z dywizjonu rozpoznawczego, którego sprzęt znalazł się Węgrzech i stamtąd zapewne trafił do Jugosławii. Jeszcze kilka lat temu była to jedyna zachowana oryginalna tankietka, a wyprodukowano ich przecież ok. 500 sztuk. Poza tym Eugeniusz Nowak w monografii Dywizjonu Rozpoznawczego 10 BK twierdzi, że dostarczono tylko 11 TKF (brak 2!), w kompanii brakowało też części samochodów, a dowódcą  tymczasowym oddziału był podchorąży, czyli niedoszły oficer w trakcie szkolenia. Źle to świadczyło o zdolnościach mobilizacyjnych 2 batalionu pancernego.

    Oprócz jednostek pancernych batalion wystawił kilka kolumn samochodowych. Zdumiewa informacja, że jedna z kolumn sanitarnych zaginęła. Została spotkana przez dowódcę służby medycznej armii Karpaty, skierowana w określone miejsce, do którego nie dotarła. Zdumiewające – dezercja, użycie niezgodne z przeznaczeniem i rozkazem?

    Co po przeglądzie losów bojowych jednostek pancernych rzuca się w oczy? Po pierwsze błędna koncepcja użycia tych jednostek. Wzorem naszych wielkich sąsiadów-wrogów, powinniśmy używać tych jednostek w sposób skoncentrowany w większych ugrupowaniach. Znaliśmy ich doktrynę wojenną, wiedzieliśmy o niemieckiej koncepcji blitzkriegu, wiedzieliśmy o tworzeniu wielkich jednostek, dywizji i korpusów pancernych lub zmotoryzowanych. Sami jednak używaliśmy naszych oddziałów w sposób rozproszony, pojedynczymi batalionami lub nawet kompaniami. Spowodowało to, że nasze szczupłe siły pancerne nie odegrały nawet tej roli, jaką mogły odegrać. Przecież 2 batalion czołgów był jedną z dwóch największych polskich jednostek pancernych. Po jednej bitwie, bardzo zresztą interesującej i efektywnej dla strony polskiej, batalion przestał się liczyć wojskowo, manewrując w rozproszeniu na tyłach frontu. Zupełnie inaczej by wyglądała rzeczywistość, gdyby był on częścią większej jednostki zmotoryzowanej, na co wskazują doświadczenia 10 BK gen. Maczka.

    Samodzielne działanie batalionu czołgów miało też fatalne konsekwencje dla technicznych aspektów użycia czołgów. Powinno dawać do myślenia, że 63% strat sprzętu, to były straty marszowe, a nie bojowe. Czyli: brak części, brak możliwości naprawy i przeglądów, brak paliwa, za mały park naprawczy itd. W sytuacji, kiedy obok siebie walczyłoby wiele oddziałów zmotoryzowanych ten problem by występował w dużo mniejszej skali. Proszę zwrócić uwagę, że 10 BK nie straciła żadnego pojazdu z powodu braku paliwa, nic nie wiem, aby straciła jakiś sprzęt bojowy z powodu braku zaplecza naprawczego. Trzeba lojalnie dodać, że wpływ na fatalną sytuację w tej materii miała skandaliczna pomyłka z zabraniem z garnizony niewłaściwych części zamiennych.

    Tutaj dochodzimy do kolejnej kwestii – jakości dowódcy odpowiedzialnego za to niedociągnięcie. Major Karpów, dowódca 2 bcz miał wcześniej kiepskie opinie przełożonych i nigdy nie powinien być dowódcą liniowym jednego z najważniejszych oddziałów pancernych. Tu powinni trafiać najlepsi z najlepszych, tymczasem mjr Karpów najpierw dopuścił do podziału batalionu, a w końcowej fazie walki go porzucił, udając się do Warszawy na poszukiwanie paliwa, zamiast wysłać w tym celu innego oficera. Zresztą dowódca bliźniaczego 1 bcz też się nie popisał w czasie kampanii wrześniowej. Polityka personalna w wojskach pancernych nie była widocznie optymalna. Być może w normalniejszych warunkach ci dowódcy by się lepiej spisali, ale w warunkach ekstremalnie niekorzystnych zabrakło im hartu ducha i zwyczajnie sobie nie poradzili.

    Nie rozumiem również, dlaczego 2 bcz był mobilizowany tak późno, że wybuch wojny zastał go w transportach. Jednostki pancerne są mocno stechnicyzowane, wymagają szkolonych specjalistów, zatem nie widzę powodu, dlaczego nie osiągały gotowości bojowej w trakcie mobilizacji alarmowej, a dokładnie dlaczego w ich przypadku mobilizacja alarmowa została tak późno zadecydowana.

    Na koniec jeszcze uwaga na temat tego, co pozostało z 2 batalionu pancernego po wystawieniu mobilizowanych jednostek, czyli o ośrodku zapasowym. Celem takiego ośrodka jest zasilanie jednostek frontowych uzupełnieniami. Tak się złożyło, ze w bezpośredniej bliskości ośrodka zapasowego w  Żurawicy walczyła 10 BK, która żadnego wsparcia z jego strony nie otrzymała. Zapewne to błąd Dowództwa Okręgu Korpusu w Przemyślu, ale dobrze o dowództwie ośrodka zapasowego to też nie świadczy.

    Podsumowując: monografia 2 batalionu pancernego jest nadzwyczaj ciekawa i pouczająca. Antoni Nawrocki rzetelnie przedstawia losy 2 batalionu pancernego, założenia mobilizacyjne, sprzęt, jaki batalion miał do dyspozycji, a wreszcie wojenne losy wystawionych przez ten batalion jednostek. Jedyne namierzone przeze mnie błędy lub nieścisłości dotyczą kompanii tankietek TKF zmobilizowanych dla Dywizjonu Rozpoznawczego 10 BK. Częściowo autora usprawiedliwiam, bo kiedy pisał on on monografię 2 bpanc. nie istniała jeszcze historia Dywizjonu Rozpoznawczego, dzięki której mogłem zweryfikować ustalenia Nawrockiego.

    Antoni Nawrocki, 2 batalion pancerny (Żurawica 1935-1939), Oficyna Wydawnicza Ajaks, Pruszków 2006.

  • Militaria

    Udział Słowacji w agresji na Polskę w 1939 roku

    Igor Baka, Udział Słowacji w agresji na Polskę w 1939, recenzjaW literaturze dotyczącej wojny obronnej w 1939 roku niejednokrotnie można się natknąć na informację o starciach z armią słowacką lub o zajęciu jakiś terytoriów przez jej oddziały. Nawet w bardzo dobrych syntezach (np. Moczulskiego czy Jurgi) nie było jednak kompletnego wyjaśnienia roli Słowacji w tej wojnie. Zatem jak tylko zobaczyłem opracowanie Baki rzuciłem się na nie bez zawahania.

    Słowacki historyk stworzył bardzo rzetelne, kompletne dzieło. Przedstawił uwarunkowania polityczne konfliktu, w tym stosunki słowacko-polskie i słowacko-niemieckie, przygotowania armii słowackiej, mobilizację, przebieg działań, straty oraz skutki włączenia się do wojny naszego południowego sąsiada, w tym położenie ludności polskiej pod okupacja słowacką. Od razu dodajmy, że praca napisana jest bez żadnych uprzedzeń i nawet drażliwe kwestie autor przedstawia bez szczególnego, słowackiego „punku widzenia”. To rzadkie i godne podkreślenia.

    Armia słowacka do wojny nie była przygotowana, co wynikało z niemałego zamieszania, jakie powstało po podziale Czechosłowacji w 1938 roku. Ostatecznie Słowakom udało się zmobilizować trzy dywizje piechoty, z czego dwie wzięły udział w działaniach przeciwko Polsce. W większości przypadków Słowacy jedynie posuwali się za armia niemiecką, biorąc udział tylko w nielicznych potyczkach. Tak było na Podhalu, gdzie słowacka 1 Dywizja posuwała się w kierunku na Nowy Targ jako cień niemieckiej 14 Armii. Bardziej samodzielne działania prowadziła 3 Dywizja na odcinku bieszczadzkim w kierunku na Sanok, ale także tutaj dochodziło do starć na niewielką skalę, ponieważ z bardziej śmiałym posuwaniem się do przodu jednostki słowackie czekały na wycofanie się wojsk polskich. Mniejsze incydenty miały miejsce w rejonie Muszyna-Tylicz i na Przełęczy Dukielskiej.

    Samolot myśliwski Avia B 534 malowanie z 1939

    Osobny rozdział został poświęcony działaniom lotniczym. Mimo posiadania przez armię słowacką dwóch eskadr myśliwców (Avia B 534) polskie samoloty rozpoznawcze Armii Karpaty latały, gdzie chciały. Słowakom udało się strącić jeden nasz samolot nad terytorium Polski.

    O ewentualnej zaciętości walk mogą świadczyć straty. Po stronie słowackiej wyniosły one 20 zabitych (w tym kilku w wypadkach), co jak na zaangażowanie kilkunastu tysięcy żołnierzy prowadzących „atak” wskazuje, że działania miału charakter pozorny, prowadzone były bez większego zaangażowania i nastawione były raczej na manifestację poparcia dla Niemców niż na cokolwiek innego. Owe poparcie było Słowakom niezbędnego z dwóch powodów: po pierwsze chodziło o aneksję/odzyskanie terytoriów od Państwa Polskiego i po wtóre Niemcy mogły być jedynym gwarantem wątłej niepodległości i integralności terytorialnej Słowacji zagrożonej przecież roszczeniami ze strony Węgier.

    Współdziałanie armii słowackiej z niemiecką miało charakter całkowitej podległości, żeby nie powiedzieć serwilizmu, posuniętego aż do poziomu wstrzymywania przemieszczania własnych jednostek, aby na żądanie Niemców zostawić im wolne ciągi komunikacyjne niezbędnego do szybkiej translokacji ich oddziałów.

    W efekcie działań wojennych Słowacy odzyskali wszystkie terytoria utracone w 1938 roku na rzecz Polski. Generalnie były to skrawki z jedną ciekawostką, Polska wtedy zaanektowała część Tatr (granica na Gerlachu i Łomnicy) z Jaworzyną na słowackim Podtatrzu. Oprócz tego Słowacy zagarnęli (choć mieli przekonanie, że tylko „odzyskali” obszary zagrabione przez Polskę w 1920 i 1924 r.) duży teren na Orawie (z Zubrzycą, Lipnicą i Orawką) oraz na Spiszu – na południe od Dunajca (z Niedzicą, Łapszami i Trybszem) aż po Białkę Tatrzańską na zachodzie.

    Na przyłączonych obszarach władze rozpoczęły twardą politykę resłowakizacji, przy chyba tylko biernym oporze ze strony ludności polskiej. Niemiłą role odegrały tutaj słowackie władze kościelne rugując polskich duchownych i aktywnie włączając się w działania antypolskie (z nasyłaniem policji na opornych księży włącznie).

    Podsumowując: bardzo rzetelna i wyczerpująca książka, a jej lektura jest konieczna dla wszystkich zainteresowanych wojną w 1939 roku. Tekst uzupełniają zdjęcia i mapy obrazujące szlak bojowy oddziałów słowackich i zmiany terytorialne po 1939 r. Jak w wielu innych książkach tłumaczenie terminologii wojskowej na poziomie żenującym. Tłumaczka kompletnie nie rozumiała, co tłumaczy. Ocena 9/10.

    Igor Baka, Udział Słowacji w agresji na Polskę w 1939 roku, PISM 2010 (tłumaczenie z jęz. słowackiego).