• Książki

    O Biurze Odbudowy Stolicy

    1. To bardzo ciekawa i ważna książka. W lekkiej, dziennikarskiej formule, przedstawia historię Biura Odbudowy Stolicy i powstałą w tej instytucji koncepcję urbanistyczną odbudowy Warszawy. Wpisuje się ona w ciąg różnych publikacji, które atakują BOS (zwłaszcza za wyburzenia i nieodbudowanie wielu kamienic) lub jej bronią (rzadziej) wskazując na różne uwarunkowania ówczesnych decyzji. Piątek względnie rzeczowo przedstawia argumenty i koncepcje, które stały za takimi, a nie innymi rozstrzygnięciami. Pozwala czytelnikowi zrozumieć różne racje i zawikłania, z jakimi BOS musiał się zmierzyć. Na pewno jest to praca warta przeczytania, a dla varsavianistów i zainteresowanych architekturą lektura obowiązkowa.

    2. Piątek jako dziennikarz i z wykształcenia architekt piszę naprawdę zajmująco, przedstawia różne konteksty zarówno te historyczne jak i związane z nowoczesną, modernistyczną architekturą symbolizowaną przez Le Corbusiera. Dużym plusem jest pochwała planowania, której tak Warszawie dzisiaj brakuje. To tyle pochwał książki.

    3. Do mankamentów zaliczam powierzchowność. W istocie dokładnie jest omówiony tylko wskazany powyżej kompleksowy plan zagospodarowania przestrzennego Warszawy, mający uporządkować kierunki odbudowy stolicy. Ale nawet w tym przypadku autor nie pokusił się o choćby skrótowe wskazanie, co z tego planu zostało zrealizowane, a co nie. Najlepiej byłoby jeszcze wyjaśnić dlaczego, a autor, choć wskazuje pewne ogólne przyczyny, to pomija specyficzne historie poszczególnych elementów tego planu. Na boku pozostawiam dyskusję, czy rzeczywiście, jeżeli jakimś cudem udałoby się ten plan zrealizować, to wyszłoby to Warszawie i jej mieszkańcom na zdrowie. Wszystkie pozostały problemy zostały albo bardzo powierzchownie zasygnalizowane, albo zupełnie pomięte.

    4. Największego jednak minusa Piątek zarobił za to, co napisał o rekonstrukcji zabytków. Cała grupę ludzi zajmujących się tą problematyka dość pogardliwie określa „zabytkowiczami”. Za każdym razem, gdy wspomina o odbudowie jakiegoś zabytku dodaje, że został odbudowany w formie jedynie wyobrażonej przez „zabytkowiczów”, a nie oryginalnej. Oczywiście w najmniejszym nawet stopniu nie przedstawia całej dyskusji, jaka wtedy się toczyła, w jakiej konkretnej postaci odbudować obiekty historyczne. Jako architekt z wykształcenia musi Piątek znać – przynajmniej powierzchownie – całą rozległą kontrowersję dotyczącą tego zagadnienia. Literatura na temat jest przeogromna. Wydaje się, że nie budzi większych polemik kwestia konserwacji istniejących obiektów, polemiki dotyczą tu spraw bardzo szczegółowych. Zupełnie inaczej jest w przypadku odbudowy kompletnie zniszczonych zabytków. Czy odbudowywać jest tak, jak pierwotnie zostały zbudowane, czy uwzględniać późniejsze przebudowy, czy też rekonstruować stan tuż przed zburzeniem. Każdy pogląd ma tu swoje uzasadnienie. Lekceważące traktowanie „zabytkowiczów” jest zupełnie nie na miejscu. Tym bardziej, że akurat odbudowa Starego i Nowego Miasta jest najjaśniejszym punktem w dorobku BOS.

    5. Jak można domyśleć się z powyższego wywodu, sympatie autora są po stronie modernistów i ich koncepcji nadania Warszawie zupełnie nowego oblicza. Warto to mieć w świadomości czytając tę książkę. Autor nie jest obiektywny, takoż i jego książka.

    6. W końcowych uwagach Piątek flekuje różnych ludzi atakujących politykę BOS, zwłaszcza w dziedzinie wyburzeń substancji miejskiej, która uchowała się po zniszczeniach wojennych. Wydaje się, że zarówno potępianie w czambuł tej polityki jest niesłuszne, ale jej obrona „po całości” też nie wydaje się uzasadniona. Warto by było przyjrzeć się poszczególnym decyzjom, zrozumieć motywy i racje stron, a dopiero po tym zajmować jakieś stanowisko. Ogólnie biorąc, przy takim poziomie zniszczenia zabudowy miejskiej, raczej powinno się robić wszystko, żeby zachować jak najwięcej pozostałości, niektóre kamienice odbudować, nawet jak ich wartość artystyczna budziła dyskusje.

    7. Zastrzeżenia budzi wyrażanie pochwał pod adresem dekretu Bieruta. Autor dokonuje tu nieprzyjemnej intelektualnej manipulacji. Przedstawia bowiem poglądy osób z różnych stron sceny politycznej wskazujące na konieczność zwiększenia stanu posiadania miasta w zakresie gruntów, a nawet na przymusową nacjonalizację. Nie zaznacza jednak, że nikt wcześniej  nie myślał o przejęciu wszystkich (!) terenów i to bez żadnego odszkodowania.

    8. Zażenowania wzbudza rozdział o polityce gender. Autor zarzuca planistom z BOS, że nie uwzględniali „kobiecego pierwiastka” w swoich koncepcjach. Niestety w najmniejszym nawet stopniu nie tłumaczy, na czym ów pierwiastek miałby polegać, o ile w ogóle w architekturze taki istnieje. To dość bezmyślny hołd złożony polityce poprawności. Na pewno przyczynił się do popularności książki w środowiskach hołdujących takim poglądom.

    9. Pomysł, aby milionowe miasto zbudować zupełnie od nowa, jest utopią tyleż piękną dla urbanistów, co groźną dla mieszkańców i dla charakteru miasta.[1]

    10. Książkę warto czytać, ale po to głównie, żeby wyrobić sobie swój własny pogląd. Ślepe podążanie za autorem nie jest najlepszym pomysłem.

    Grzegorz Piątek, Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944-1949, W.A.B. Warszawa 2020, s. 544


    [1] Autor we wnioskach pisze prawie to samo. Tylko że cała treść książki temu przeczy.

  • Książki

    Historyczne kryminały Jodełki i Kalinowskiego

    Bardzo sympatyczna książka. W całości utrzymana w tonie historycznym, bez żadnych nawiązani do współczesności. Tytuł zdradza, że są w niej przedstawione okupacyjne losy obrazu Matejki Bitwa po Grunwaldem. Przez całą wojnę pozostał on ukryty przez polskich muzealników. Wątek sensacyjny bierze się stąd, że intensywnie poszukiwali go Niemcy. Jodełka obudowała tę historię wieloma postaciami i wydarzeniami budującymi napięcie.

    Na książkę trafiłem dzięki temu, że dostała specjalne wyróżnienie w konkursie „Złoty pocisk” w roku 2019. Nie zawiodłem się. Przeczytałem z zainteresowaniem i polecam wszystkim gustującym w kryminałach retro, zwłaszcza tych, które opierają się o historie prawdziwe.

    Nie znaczy to, że nie mam uwag krytycznych. Po pierwsze, jak na ilość wydarzeń, książka jest za długa i przydałoby się ją skrócić o kilkadziesiąt stron. Po drugie moja dusza historyka cierpiała nierzadko. Można zrozumieć, że historyczka sztuki nie wiedziała, że w rowerach wojskowych był uchwyt na normalny karabin, a nie maszynowy. Natomiast kompromitującym błędem jest twierdzenie, że więźniowie polityczni w okresie międzywojennym mieli gorzej niż kryminalni (s. 124). Było dokładnie odwrotnie. Być może autorce pomyliła się rzeczywistość II RP ze stosunkami w sowieckiej Rosji, gdzie faktycznie lepiej było kryminalnym „urkom”, bo traktowani byli jako element „bliski klasowo”. Podobnie do wiedzy powszechnej przynależy, że zamęt z ogłoszeniem, odwołaniem i powtórnym ogłoszeniem mobilizacji powszechnej w 1939 roku trwał jeden dzień, a nie dwa (s. 125). Dalszych wpadek już nie notowałem, aby się nie denerwować. To kolejny z długiej serii przypadków, w której mocno zawiniła redakcja wydawnictwa – redaktorek i korektorek razem jest sześć i nikt nie zauważył tak oczywistych potknięć? Może wyższe wykształcenie?

    Mimo tych uwag polecam zwolennikom kryminałów historycznych. Lektura da dużo satysfakcji, o ile nie będzie się od książki oczekiwało poprawności w historycznych detalach.

    Kolejny kryminał historyczny i kolejny bardzo dobry. Tym razem to świat oglądany przez pryzmat przygód warszawskiego andrusa. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek czytałem kryminał, który by przedstawiał tak rozległą panoramę wydarzeń składającą na kawał historii Polski. To powoduje, że oprócz innych zalet, książka ma w moich oczach niemałe znaczenie w popularyzacji historii – w sposób lekki i przyjemny, niejako mimochodem, wprowadza czytelnika w meandry wielu wydarzeń historycznych. A mamy tutaj Organizację Bojową PPS z postacią Taty Tasiemki (tak żenująco sportretowanego w książce i serialu Król), zamachy na szpiclów, powstanie śląskie, wjazd tramwajem do Kijowa, ale też Szpicbródkę czy niemieckie sterowce nad Warszawą. A wszystko w bardzo ciekawej, dobrze napisanej historii warszawskiego andrusa, Heńka Wcisły.

    W ogóle pomysł, aby fabułę oprzeć o przygody młodego warszawskiego łotrzyka jest wzorowy. Kalinowski przywrócił literaturze zapomnianą stylistykę powieści z półświatka, przypominającą klimaty z ballad Grzesiuka. Dawnych wspomnień czar.

    Na koniec jeszcze uwaga historyka. Autor bardzo rzetelnie odtworzył różne historyczne didaskalia. Pełne uznanie. Miałbym tylko uwagę dotyczącą wysadzenia cytadeli. Rzeczywistość wyglądała inaczej, niż się ją często przedstawiało – to chyba nie komuniści spowodowali jej wybuch. Autora broni fakt, że opinie historyków bywały w tej sprawie różne, choć chyba dzisiaj nikt nie ma wątpliwości, że detonacja była przypadkowa.[1]

    To pierwsza część cyklu „Śmierć frajerom”, ukazały się jeszcze dwa tomy tej serii Złota maska i Tajemnica skarbu Ala Capone.

    Joanna Jodełka, 2 miliony za Grunwald, WAB 2018, s. 380.

    Grzegorz Kalinowski, Śmierć frajerom, Muza 2015, s. 528.


    [1] szerzej piszę o tym w notatce poświęconej wspomnieniom Adama Pragiera.

  • Książki,  Militaria

    O Batalionie Obrony Narodowej „Leszno”

    Uświadomiłem sobie, że mam bardzo nikłą wiedzę na temat struktur Obrony Narodowej w 1939 roku, zwłaszcza jeśli chodzi o jej organizację, wyszkolenie, wartość bojową, uzbrojenie (zróżnicowane w różnych batalionach). Pewnym przyczynkiem były wspomnienia płk Adamczyka, o których na blogu pisałem. Dowodził on pułkiem złożonym z batalionów Obrony Narodowej. A jak było w samodzielnych batalionach ON?

    Zacząłem od niewielkiej broszury o Batalionie Obrony Narodowej „Leszno”. Od razu powiem, że mojej wiedzy nie poszerzyłem. Dane dotyczące procesu organizacyjnego autorzy zaczerpnęli z lokalnej prasy albo z publikacji ogólnych (jak książka Pindela). Totalną klęskę poniosłem w zakresie uzbrojenia. Autorzy je przedstawiają, ale nie na podstawie źródeł. Skorzystali w tym zakresie z monumentalnej pracy Konstankiewicza. Warto nadmienić, że uzbrojenie było wybitnie stokowe: ckmy Hotchkiss, rkmy Chuachat i karabiny Lebel. Łączyła je nie tylko produkcja francuska, ale przestarzałość i brak występowania takiego sprzętu w jednostkach liniowych.

    O wartości bojowej batalionu trudno wyrokować. Nie wziął on udziału w walkach. Przez cały szlak bojowy Armii Poznań znajdował się w zgrupowaniu batalionów Obrony Narodowej stanowiącym tylną straż wycofującej się armii. Nie wziął aktywnego udziały w bitwie nad Bzurą. Przestał istnieć 19 września rozproszony zmasowanym bombardowaniem Luftwaffe.

    Na marginesie lektury nasunęło mi się kilka refleksji. Po pierwsze: nie do końca zrozumiałe są informacje o dużych stratach podczas wycofywania się z Wielkopolski. Batalion nie prowadził przecież żadnych poważniejszych walk. Niezależnie od tego, trzeba stwierdzić, że spory potencjał tych jednostek został właściwie bezsensownie utracony i nie chodzi tu tylko o specyficzne losy leszneńskiego batalionu.

    Po drugie: dziwi mnie, że opisane w książce składki lokalnego społeczeństwa na FON nie zostały obrócone na unowocześnienie uzbrojenia też przecież lokalnego batalionu ON. „Zakupione” ckm przekazano, co prawda, stacjonującemu w Lesznie pułkowi piechoty (55 pp), ale w istocie pieniądze poszły przecież do „wspólnego worka”, a uroczyste wręczenie miało charakter fikcyjny, bo stosowne ckmy i tak znajdowały się w magazynie mobilizacyjnym pułku.

    Do ciekawostek zaliczam fakt, że batalion dysponował plutonem przeciwpancernym, ale nie miał jeszcze przydzielonych armatek. Wynika to stąd, że w 1939 roku polskie wojsko właśnie było w trakcie intensywnego zaopatrywania w armatki przeciwpancerne Boforsa poszczególnych oddziałów, a Obrona Narodowa była na końcu kolejki. Dodajmy, że rezerwowe pułki piechoty miały 4 zamiast 9 armatek i nie zdążono sformować dywizjonów przeciwpancernych na poziomie dywizji piechoty. Podobnie nie miały tego uzbrojenia bataliony strzelców.

    Podczas walk odwrotowych batalion wykonał jedną akcję zaczepną. Mianowicie z Konina na jednym samochodzie ciężarowym wykonano wypad na Turek, gdzie zlikwidowano niemiecki oddział zaopatrzeniowy. Pokazuje to, co można było zrobić za pomocą nawet jednej ciężarówki, prawdopodobnie z doraźnej rekwizycji. Oczywiście szkoda, że na stanie batalionów ON nie było taboru samochodowego.

    Mimo skrótowości informacji warto przeczytać, zwłaszcza w kontekście walk odwrotowych w 1939 roku. Piotr Bauer, Eugeniusz Śliwiński, Batalion Obrony Narodowej „Leszno” 1939 rok, Muzeum Okręgowe w Lesznie, Leszno 1992, s. 60 [8], 3 mapy, indeks osób, indeks miejscowości, fotografie.

  • Film,  Książki

    John Le Carré nie żyje

    John Le Carré nie żyjeO biografii Le Carrégo piszą wszyscy, zatem to mogę sobie podarować. Może z tym wyjątkiem, że przez  kilka lat pracował w brytyjskich służbach specjalnych, zatem wiedział, o czym pisze.

    Był absolutnym i niepodrabialnym mistrzem powieści szpiegowskiej. W jego książkach oficer wywiadu to niepozorny człowiek, grzebiący się nieustannie w materiałach archiwalnych, analizujący mnóstwo szczegółów. Przy tym nieprawdopodobnie bystry, zwracający uwagę na detale, których inni nie zauważają. Warto też podkreślić, że Le Carré tworzył zawsze rozbudowane psychologiczne portrety swoich postaci. Wykreowany przez niego świat był diametralnym przeciwieństwem tego znanego z przygód Bonda.

    W swoim pisarstwie osiągnął taki poziom, że był nie tylko wirtuozem powieści sensacyjnej, ale wybitnym literatem tout court.

    Był jednym z najciekawszych pisarzy współczesnych, przynajmniej w moim odczuciu. Jeśli kiedykolwiek sam bym coś chciał napisać, to niezależnie od tematyki wzorowałbym się właśnie na Le Carrém. Dokładna narracja, przemyślana fabuła, ciekawe, głębokie postaci, niespieszna akcja, troska o szczegół. To wszystko jest mi bardzo bliskie.

    W niniejszym blogu zrecenzowano wiele jego książek, a on sam był jedynym pisarzem, który miał (i ma nadal) swój własny tag.

    Bardzo, bardzo żałuję, że już nic o jego nowych powieściach nie napiszę.

    Po tym wszystkim, co napisałem, nie mogę jednak nie zauważyć niepokojącej ewolucji Le Carrégo. Od jakiegoś momentu pojawił się w jego pisarstwie chorobliwy antyamerykanizm, który niestety chyba lekko wypaczał jego finezyjne fabuły. Im bardziej widział złych Amerykanów, tym mniej zauważał agresywnych Rosjan. A na marginesie, w Wielkiej Brytanii to nie Amerykanie mordowali na ulicach swoich byłych agentów, tylko niestety Rosjanie.

    Na koniec mała dykteryjka. Le Carré to literacki pseudonim, właściwie nazywał się David John Cornwell. Ostatnie 40 lat swojego życia spędził w Kornwalii (Cornwall) w miejscowości St. Burian. Czyli Cornwell z Cornwall.

  • Książki

    Monografia Holocaustu

    Laurence Rees, Holocaust. Nowa historia, Prószyński i S-kaAutor jest historykiem i dziennikarzem, twórcą filmów dokumentalnych również na tematy związane z Holocaustem. Ta uwaga jest o tyle istotna, że dysponuje on wieloma nagranymi relacjami nie zawsze dostępnymi dla innych historyków. Często korzysta z nich w książce, przez co wiele wydarzeń przedstawianych jest za pomocą cytatów z relacji świadków i to nie tylko ofiar, ale również sprawców. Oczywiście powoduje to, że książka jest łatwa w odbiorze, mimo natłoku szczegółowych informacji. Jest również do bólu wstrząsająca.

    Historycy piszący o Holocauście dzielą się na intencjonalistów i funkcjonalistów. Ci pierwsi kluczową rolę przypisują Hitlerowi i ideologii nazistowskiej. Holocaust miał być wg nich wpisany od początku w plany hitlerowskie, a moment jego realizacji był uwarunkowany tylko sprzyjającymi okolicznościami, które powstały po ataku na Związek Sowiecki. Funkcjonaliści natomiast widzą zagładę jako splot wielu czynników, który bynajmniej nie był od początku zdeterminowany, ale raczej narastał w miarę zaostrzania się wojny i związanych z nią okrucieństw. W wersji radykalnej funkcjonaliści uważają, że nie było jednej decyzji o Holokauście, ale wiele szczegółowych, mających swoje własne specyficzne uwarunkowania.

    Rees w tym sporze nie zajmuje żadnego stanowiska. Ogranicza się wyłącznie do przedstawienia faktów, nie próbuje dokonać żadnej syntezy czy podsumowania. Czytelnicy świadomi zarysowanej powyżej kontrowersji sami mogą wyrobić sobie opinię i ewentualnie przypisać się do którejś z istniejących szkół historiograficznych. Taka postawa autora dla jednych może być zaletą, dla innych wadą. Ja osobiście bym wolał, aby autor, który ma dobrze przemyślany problem, ujawnił jednak swój pogląd na podstawową przecież kwestię dla zrozumienia Holocaustu.

    Fakty przedstawione przez Reesa wydają się potwierdzać koncepcję funkcjonalistów. Całej dyskusji wokół tego problemu nie zamierzam przedstawiać, ale jeden znamienny fakt jednak podam. Mianowicie w roku 1941 władze słowackie zamierzały deportować swoich Żydów do Rzeszy lub na tereny przez nich okupowane czyli do Generalnego Gubernatorstwa. Niemcy przedstawili jednak warunek: mogą przyjąć tylko zdolnych do pracy. Ostatecznie po negocjacjach podpisano w kwietniu 1942 r. porozumienie, w którym postanowiono, że za deportowane rodziny potencjalnych pracowników Słowacy będą musieli zapłacić. Warto sobie uświadomić, że wtedy już działały obozy zagłady w Bełżcu i w Chełmnie nad Nerem, a następne były w budowie. W tym samym czasie jednak obawiali się Niemcy pojawienia się w GG dużej grupy „nieproduktywnych” Żydów. Czyli nie przewidywali ich natychmiastowej eksterminacji. Zatem przykład słowacki wskazuje, że decyzje o Holocauście (zagładzie wszystkich Żydów europejskich) nie były chyba jeszcze podjęte. A mówimy o kwietniu 1942 r.!

    Kolejnym ciekawym momentem, według którego oceniam wartość prac o Holocauście jest komentarz do konferencji w Wannsee. Wbrew powszechnemu przekonaniu nie podjęto tam decyzji o Holocauście. Opinia publiczna, a także niektórzy mniej zorientowani historycy, oczekują jasnego wskazania momentu, kiedy wszystko zostało rozstrzygnięte. Ale takiego momentu albo nie było, albo jest nam nieznany. Byłoby o wiele prościej, jeżeli dałoby się konferencję w Wansee zaklasyfikować jako taki punkt przełomowy. Rees przyznaje, że „taki pogląd na historię jest jednak błędny”.[1] Zgodnie jednak z logiką niezajmowania konkretnego stanowiska, dalej pisze coś innego mianowicie, że w Wansee, „ochoczo poparli zamysł wytępienia 11 milionów ludzi”.[2] Co zatem naprawdę wydarzyło się na tej konferencji?

    Cała nasza wiedza opiera się o jedną notatkę, która się zachowała i jest dostępna na stronie muzeum Wannsee, także w języku polskim. Większość dyskusji poświęcona była zagadnieniu, kogo można traktować jako Żyda. Oczywiście odnosiło się to do terenu Niemiec, bo na wschodzie (w tym również w Polsce) nikt takimi drobiazgami głowy sobie nie zaprzątał i do getta trafiali ci, których jakiś Niemiec za Żyda uważał, bardzo rozszerzająco traktując jakiekolwiek definicje. W tym wielostronicowym dokumencie kluczowe są dwa zdania wypowiedziane przez Heydricha przyjęte przez zgromadzonych do milczącej wiadomości. Żydzi (wszyscy?) mieli być skierowani w kolumnach roboczych do budowania dróg na wschodzie, gdzie przewidywano dużą śmiertelność. Ci którzy przeżyją mają być poddani „specjalnemu traktowaniu”. Ta zapowiedź wskazuje na eksterminacyjne intencje wobec Żydów, ale jednocześnie pokazuje, że plany były na etapie bardzo początkowym, i w szczegółach zupełnie nierealistyczne. Jak na długą wypowiedź Heydricha to bardzo skąpe i ogólne informacje. Nie zostały także zrealizowane zgodnie z zapowiedziami i nie były przedmiotem dyskusji na konferencji. Na dodatek nie jest jasne, w jakiej relacji do tych planów była Akcja Reinhardt, do której trwały już przygotowania – w budowie były kolejne obozy zagłady.[3]

    Podsumowując: na konferencji w Wannsee nie zapadły żadne decyzje dotyczące eksterminacji Żydów. W wypowiedzi Heydricha były jedynie bardzo ogólnikowe zapowiedzi wskazujące na zamiar eksterminacji Żydów europejskich. Znaczenie notatki z tej konferencji polega na tym, że jest to jedyny dokument wskazujący na planistykę dotyczącą Holocaustu. Powierzchowny, niezrealizowany, ale tylko taki mamy!

    Generalnie Rees prezentuje postawę wyważoną, pewnym wyjątkiem jest stanowisko Watykanu i Kościoła wobec Holocaustu. Tutaj, podobnie jak w przypadku Wannsee podąża za głosem tłumu. Uczciwie przedstawia argumenty różnych stron, ale ostatecznie wyciąga wnioski wbrew przedstawianym argumentom. Warto tu przytoczyć sytuację z Holandii. Mianowicie kiedy Niemcy dowiedzieli się, że biskup Utrechtu Johannes de Jong zamierza potępić w 1942 roku deportacje Żydów, ostrzegli go, że jeżeli to uczyni, deportowani z Holandii zostaną także Żydzi, którzy przeszli na chrześcijaństwo. Biskup ogłosił list pasterski, a Niemcy zgodnie z zapowiedzią deportowali dodatkowo kilkuset ochrzczonych Żydów. Jedną z ofiar tego odwetu była karmelitanka Edyta Stein[4] (szkoda, że Rees o tym nie wspomina), późniejsza błogosławiona. Naprawdę poważnych wygibasów myślowych wymagało, żeby pomimo doświadczeń z tego dramatycznego szantażu nie rozumieć powodu milczenia Watykanu.

    Czytelnicy nieco lepiej zorientowani w historii Holocaustu nie powinni za dużo od książki oczekiwać. W wielu miejscach brakuje dat, liczb, nazwisk. Ułatwia to narrację typu dziennikarskiego, zindywidualizowanie losów żydowskich i przejmującą opowieść dotyczącą strasznych losów poszczególnych ludzi. Plusem książki jest szeroka perspektywa, mówienie o sytuacji w wielu krajach i podejmowanie tematów wzbudzających kontrowersje. Zdecydowanie warto przeczytać, każdy dla siebie coś znajdzie.

    Laurence Rees, Holocaust. Nowa historia, Prószyński i S-ka, Warszawa 2018, s. 552, indeks [!], ilustracje.


    [1] s. 290.

    [2] s. 295

    [3] W Wikipedii błędnie jest łączona Akcja Reinhardt z konferencją w Wannsee, hasło „Einsatz Reinhardt”, dostęp 11.08.2020.

    [4] W starszych biografiach Edyty Stein zwykle pomijano ten kontekst jej wywózki: Janina Immaculata Adamska, Błogosławiona Edyta Stein, Wyd. OO, Karmelitów Bosych, Kraków 1988 i Wladysław Kluz, Wrocławianka dr Edyta Stein, ATK Warzawa 1989. Natomiast prawdziwy zalew szczegółów w: Edyta Stein. Filozof i karmelitanka, opr. s. Teresa Renata od Ducha Świętego, Edition du Dialogue, Paris 1987 – zapewne dlatego, że zakonnica-autorka była Holenderką; co z tego skoro istota szantażu umknęła w powodzi drugorzędnych detali, przy okazji okazało się, że Rees kilka szczegółów pomylił. W niezawodnej Wikipedii na temat przyczyny deportacji ledwie pół zdania (hasło Edyta Stein, dostęp 7.12.2020)

  • Teatr

    Kaczmarski w Ateneum

    Bardzo mnie cieszy renesans zainteresowania twórczością Jacka Kaczmarskiego. Mam wra- żenie, że po odzyskaniu wolności przez lata był to twórca zapomniany, a w każdym razie niedo- ceniany. W czasie, kiedy Polska przechodziła głębokie przemiany ustrojowe, ludzie oczekiwali chyba czegoś innego niż proponował Kaczmarski. To nie był dobry czas na poetyckie teksty, głębszą refleksję o sztuce, o roli artysty. Na pewno recepcji nie pomogła emigracja do Australii. Dopiero jego dramatyczna śmierć spowodowała, że piosenki (chyba właściwiej poezja śpiewana) Kaczmarskiego z powrotem wróciły do normalnego obiegu. Ile cię trzeba cenić ten tylko się dowie, kto cię utracił.

    Interpretacje tekstów Kaczmarskiego w Teatrze Ateneum nie są jakieś przełomowe, ale ciekawe, bez fanfaronady, czy nadmiernych pretensji. Do najlepszych zaliczam Walkę postu z karnawałem i Lot Ikara. Zwłaszcza ten ostatni utwór został tak przekonująco zaśpiewany, że wysłuchałem go, jakby na nowo mierząc się z jego przesłaniem.

    Mała sala w Teatrze Ateneum powoduje, że nie istnieje żadna bariera miedzy widzami a aktorami. Nie ma wyodrębnionej sceny. Daje to piękne poczucie (złudzenie?) jedności wszystkich biorących udział w spektaklu. Zwłaszcza jak słucha się piosenek, które i tak dobrze się zna, a wspólna zabawa polega na ich przypominaniu.

    Premiera tego spektaklu odbyła się w 2014 roku, w 2017 zagrano setne przedstawienie, nie potrafię powiedzieć, ile ich odbyło się do tej pory. W każdym razie spektakl jest grany do dzisiaj i przypuszczam, że jeszcze jakiś czas pozostanie na afiszu. Pozycja konieczna dla wszystkich ceniących Kaczmarskiego. Czas na Lekcji historii zostanie spędzony przyjemnie, nie bez wzruszeń i na pewno skłoni do refleksji nad twórczością wielkiego barda.

    Jacek Kaczmarski, Lekcja historii, Teatr Ateneum, reżyseria: Jacek Bończyk, występują: Julia Konarska, Jacek Bończyk, Wojciech Brzeziński, Wojciech Michalak

  • Książki

    Tragiczny rejs

    Książka opisuje dzieje znanego rejsu niemieckiego liniowca pasażerskiego „St. Louis”, który w 1939 roku wyruszył z Hamburga mając na pokładzie 937 uchodźców żydowskich. Okręt płynął na Kubę, która była jednym z nielicznych krajów przyjmujących jeszcze uchodźców żydowskich. Niestety, kiedy statek dopłynął okazało się, ze władze kubańskie zmieniły zdanie i nie chcą przyjąć pasażerów tego statku. Zaczęło się poszukiwanie, kto mógłby im udzielić gościny. Odmówiły Stany Zjednoczone, Kanada czy państwa Ameryki Płd. Statek musiał po wielu dniach postoju zawrócić do Europy i groziło, że Żydzi będą musieli z powrotem wylądować w Niemczech.

    Na szczęście kilka krajów europejskich po długich negocjacjach zgodziło się przyjąć mniejsze grupy uchodźców i ostatecznie nikt z nich nie musiał powrócić do Niemiec. Niestety dla większości z nich (z wyjątkiem tych, którzy znaleźli się w Wielkiej Brytanii) oznaczało to odłożenia o rok znalezienia się w łapach hitlerowców, co nastąpiło po zajęciu przez nich Europy Zachodniej. W dalszej kolejności równało się to z zagładą.

    Tragedia uchodźców z „St. Louis” stała się symbolem obojętności USA wobec tragedii Żydów w Niemczech, ale również symbolem tego, że niechęć wobec imigracji uchodźców żydowskich skutkowała skazaniem ich na Holocaust.

    Omawiana książka jest klasycznym reportażem historycznym. Autorzy przedstawili losy kilkunastu pasażerów (łącznie z tym, jak dostali się na statek), decyzje członków załogi, w tym kapitana, działalność organizacji żydowskich organizujących pomoc dla uciekinierów, uwarunkowania rozstrzygnięć władz kubańskich. Wszystko to razem daje kompletny, bardzo szczegółowy i plastycznie przedstawiony obraz wszystkich okoliczności, jakie towarzyszyły temu tragicznemu rejsowi.

    Wart uwagi jest fakt, że Niemcy w 1939 roku nie stawiali żadnych ograniczeń dla emigracji Żydów – musieli jedynie wykupić bilet na statek, co prawda płacąc za rejs w obie strony.

    Ciekawa jest postawa kapitana „St. Louis”, Gustava Schrödera. Mianowicie postanowił on zapewnić żydowskim pasażerom wszystkie udogodnienia, na które mogą zwykle liczyć normalni pasażerowie. Co interesujące wytrwał w tym postanowieniu mimo opozycji członków załogi związanych z NSDAP.

    Lektura konieczna dla wszystkich interesujących się Holocaustem. Mimo iż książka dotyczy okresu wcześniejszego, to dobrze pokazuje obawy wszystkich państw przed imigracja żydowską, co tak fatalnie zaciążyło później nad losami ofiar zagłady. Na dodatek książka napisana jest „dobrym piórem”, co powoduje, że pomimo natłoku różnych drugorzędnych niekiedy szczegółów czyta się ją dość łatwo. Dobrze oddaje atmosferę tamtych czasów.

    Gordon Thomas, Max Morgan-Witts, Rejs wyklętych, Replika, Zakrzewo 2010, ss. 324.

  • Książki

    Pragier raz jeszcze. Tym razem o kompromisie.

    Adam Pragier, Czas przeszły dokonanyO wspomnieniach Pragiera już pisałem. Ciągle o nich jednak myślę i do jednego ich aspektu muszę jednak powrócić. Prawdę powiedziawszy te wspomnienia są skonstruowane wokół dwóch namiętnych resentymentów autora. Po pierwsze szczerze nienawidził Piłsudczyków, co biorąc pod uwagę, że był więźniem brzeskim, jest jak najbardziej zrozumiałe. Po wtóre był zdecydowanym przeciwnikiem ugodowej wobec Sowietów polityki Sikorskiego i Mikołajczyka. Ta kwestia, jak się wydaje, jest warta bliższego przyjrzenia, bowiem jest to spór pomiędzy strategicznymi orientacjami polskiej polityki zagranicznej, który w różnych odsłonach trwa do dzisiaj. Ściera się ciągle polityka kompromisu z Rosją motywowana realizmem i polityka zdecydowanego „nie” motywowana narodowymi imponderabiliami. Wszystko zaczęło się od Paktu Sikorki-Majski. Był on od razu krytykowany przez emigrację za pozostawienie bez rozstrzygnięcia kwestii polskiej granicy wschodniej. Oponenci chętnie widzieliby w tym pakcie potwierdzenie nienaruszalności naszych granic. Podpisanie paktu w istniejącym kształcie bardziej radykalni jego krytycy uważali wręcz za zdradę polskiej racji stanu. Pragier pisał swoje pamiętniki ponad 20 lat po tych wydarzeniach, znał skutki tego paktu, pozostał jednak wierny swoim bardzo sceptycznym przekonaniom. Także dzisiaj, mimo upływu blisko 80 lat, wielu publicystów nadal wchodzi w buty ówczesnych polemistów i namiętnie ów pakt potępia (celuje w tym zwłaszcza Piotr Zychowicz). Czy słusznie?

    Podpisanie Paktu Sikorski-Majski 30 lipca 1941. Od lewej: Władysław Sikorski, Anthony Eden, Winston Churchill i Iwan Majski

    Najpierw trzeba zadać pytanie czy można było uzyskać więcej od Sowietów? Wydaje się, że nie, ich stanowisko w sprawie granic było nieprzejednane, a wiedzieli także o nacisku rządu brytyjskiego na Polaków w sprawie zawarcia tego traktatu. Poza tym dla nich ten pakt nie był niezbędny – mogli sobie pozwolić na twardość. Z bardzo wysokim prawdopodobieństwem można zatem stwierdzić, że niemożliwe było uzyskanie od Sowietów gwarancji dla polskiej granicy wschodniej w jej przebiegu sprzed wybuchu wojny. Zresztą poważni historycy są zgodni w tej sprawie.

    Czy zatem krytyka paktu była słuszna? Mogę zrozumieć ówczesnych polityków, którzy alergicznie reagowali na milczącą zgodę (tak to postrzegali) Sikorskiego na sowiecki zabór ziem polskich. Natomiast kompletnie nie rozumiem dzisiejszych polemistów, którzy – mając już stosowną wiedzę – nadal zajadle potępiają pakt Sikorski-Majski. Pozostawanie w trwałej negacji układu alianckiego ze Związkiem Sowieckim na czele nic nie dawało, przedwojennej granicy by nie przywróciło. Natomiast nie wiadomo, czy w takiej sytuacji granica zachodnia oparłaby się na Odrze i Nysie Łużyckiej.

    Wydaje się, że w sprawie granicy wschodniej można było coś utargować podczas wizyty Sikorskiego w Moskwie zimą 1941/42. Stalin poruszył wtedy temat granicy mówiąc, że Polska musi ustąpić ciut-ciut. Co to miało znaczyć nie sprecyzował, ale na pewno nie była to zgoda na całość sowieckiej okupacji polskich terenów wschodnich. Sikorski tematu nie podjął, bo po pierwsze był chory i liczył na następne wizyty, które, jak wiadomo, się nie odbyły, a po wtóre naiwnie wierzył (zupełnie wbrew doświadczeniom z lat 1918-20), że o polskich granicach zadecyduje powojenna konferencja pokojowa.

    Puśćmy wodze fantazji, co by się stało, gdyby Sikorski podjął temat. Lwów byłby zapewne polski, cześć Wołynia z Łuckiem i Polesia również. Wilno pewnie przypadłoby sowieckiej republice litewskiej, ale na pewno Grodno, a może i Nowogródek pozostałby przy Polsce. Uratowalibyśmy w ten sposób część polskich ziem wschodnich. Jak jednak zareagowałaby opozycja na formalną zgodę rządu emigracyjnego na oddanie części terytorium. Najpewniej wspólnymi siłami piłsudczyków i opozycji demokratycznej Sikorski by został obalony, a porozumienie unieważnione. Jedyna szansa na uratowanie czegokolwiek na wschodzie ległaby w gruzach.

    Staje zatem pytanie o granice kompromisu w polityce polskiej. Wydaje się, że czasami warto iść na kompromis, nawet bardzo bolesny, aby w sytuacji beznadziejnej uratować cokolwiek. Od tego są politycy. Oczywiście muszą prawidłowo rozpoznawać uwarunkowania i mieć rozeznanie, kiedy taki trudny, wręcz dramatyczny kompromis jest uzasadniony, bo inaczej tracimy wszystko. Może lepiej czasem z czegoś fundamentalnego zrezygnować, aby w rozpaczliwej sytuacji coś jednak zyskać?

    Zamykając wątek granicy wschodniej, trzeba na jedną rzecz zwrócić uwagę. Umyka ona zarówno profesjonalnym historykom jak i zajadłym polemistom. Dzisiaj, ostatecznie, polska granic wschodnia jest absolutnie powszechnie akceptowana i nie znam żadnego głosu, który by wzywał do jej rewizji. Warto się zastanowić, w jakim świetle stawia to ówczesnych adwersarzy i ich dzisiejszych pogrobowców.

    Powodem niniejszych rozważań były wspomnienia Adama Pragiera. Od nich zacząłem i na nich kończę. W zakresie spraw wyżej poruszonych najbardziej dziwi, że tak wytrawny polityk, spisując swoje wspomnienia, pozostał tak nieubłaganym wrogiem polityki wschodniej Sikorskiego, mimo iż już wtedy wiedział mniej więcej tyle samo, co ja napisałem powyżej. Wiedza ta nie prowadziła jednak do żadnego zniuansowania poglądów. Mógł przecież uczciwie napisać: wtedy miałem takie zdanie, ale dzisiaj, zgodnie z aktualnym stanem wiedzy widzę te kwestie mniej ostro. Niczego takiego nie zrobił. Niezależnie od wszystkiego pozostał wierny swoim przekonaniom do ostatnich dni życia. I na sam koniec. Krytycy paktu Sikorski-Majski, w tej liczbie i Pragier, zwykle nie zauważają, że jego konsekwencją była m.in. ewakuacja Armii Andersa do Iranu. Sto tysięcy ludzi wywiezionych na Syberię uratowało się z sowieckiego piekła. Najpewniej ocalili dzięki temu swoje życie. Czy chociaż z tego powodu nie godzi się popatrzeć na to porozumienie z większym zrozumieniem?

  • Zwiedzamy

    Muzea w Bydgoszczy

    Właśnie z żoną byliśmy na kilkudniowym wypadzie zwiedzaniowym w Bydgoszczy. Jednym z powodów odwiedzenia tego miasta były prace Leona Wyczółkowskiego przechowywane w tamtejszym Muzeum Okręgowym.

    Jak się okazało, nie było to proste. Najpierw próbowaliśmy dotrzeć pieszo. Na Wyspę Młyńską dotarliśmy o 16.15, po spacerze na Starym Mieście i odwiedzeniu katedry. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy zastaliśmy zamknięte drzwi. Muzeum powinno być czynne do 19.00, ale godziny otwarcia ograniczono do 16.00, tak jak przed sezonem, a przecież mamy  środek lata. Trudno.

    Następnego dnia meldujemy się o 10.00, by znów nie paść ofiarą kolejnych ograniczeń. Dojeżdżamy samochodem. Wyspa, na której znajduje się galeria, ma bardzo mało miejsc parkingowych, ale jest parking „dla muzeum”, a na nim wolne miejsce. Pełne szczęście. Przedwcześnie. Wypada na nas strażnik i nakazuje natychmiastowy odjazd, bo parking jest tylko dla pracowników. Interpretacja, że „dla muzeum” oznacza dla „pracowników muzeum” mogłaby być śmieszna, gdyby nie to, że w realu oznacza pożegnanie się z perspektywą odwiedzenia Wyczółkowskiego, bo harmonogram był napięty, zresztą m. in. też za przyczyną innego muzeum, które też było czynne jak „przed sezonem”. Ostatnia próba, to prośba, aby strażnik skontaktował się z szefostwem i pozwolił nam na godzinę jednak stanąć. Nic z tych rzeczy, kierownictwo też nakazuje błyskawiczny odjazd, a najbliższy dostępny parking  jest po drugiej stronie Starego Miasta. No i Wyczółkowskiego nie zobaczyliśmy.

    Jeden z budynków fabryki materiałów wybuchowych w ExploseumTego samego dnia odwiedziliśmy Exploseum, czyli trasę poprowadzoną po pozostałościach niemieckiej fabryki amunicji DAG z czasów Drugiej Wojny Światowej. Doskonały pomysł, ciekawa ekspozycja, wszystko razem robi duże wrażenie. Pierwotnie  fabrykę można było zwiedzać w grupach oprowadzanych przez przewodnika. Ale przewodników zwolniono, a zwiedzających puszczono samopas. Nic by w tym nie było dziwnego, gdyby we wszystkich halach produkcyjnych były tablice informujące, co, gdzie i w jaki sposób było wytwarzane. Przewodnicy zapewne padli ofiarą tej samej fali oszczędności zrobionej przez burmistrza Bydgoszczy. Oczywiście także skrócono godziny otwarcia.

    Na całym świecie turystyka jest źródłem przychodów i w czasie pandemii koronawirusa wszyscy starają się jej dopomóc, aby mogła działać jak w normalnych warunkach. W Bydgoszczy jest inaczej – tu turystyka jest źródłem kosztów, które się tnie. Najlepiej wyciąć do zera.

    A Wyczółkowskiego zobaczę sobie w Krakowie. Tam samochód zaparkuję koło muzeum i wejdę do niego nawet po 16.00.

    PS Jednym z warunków towarzyszących przekazaniu miastu Bydgoszcz spuścizny po Leonie Wyczółkowkim była jej popularyzacja. Czy na pewno ten warunek jest spełniony?

    PS2 Nie rozumiem, jak przy 8-godzinnym dniu pracy, muzeum może być otwarte przez 6 godzin. Rozsądne minimum to 7 godzin, a przy łebskim zarządzaniu jeszcze dłużej.

    PS3 Narodowe w Krakowie podlega pod Ministerstwo Kultury, a nie pod lokalny samorząd, może to dlatego otwarte jest dłużej, a goście nie są traktowani jak kłopotliwe obciążenie.

  • Teatr

    Teatr Telewizji

    Nazbierało się kilka recenzyjek, mam nadzieję, że niektóre z nich ciekawe.

    Filomena Maturano

    Sztuka z 1946 r. Bardzo wzruszająca o matce, która wychowała samotnie trzech synów. Pracowała jako osoba do wszystkiego w wielkiej cukierni Domenica Soriano. Pod koniec życia zapragnęła uregulowania stosunków rodzinnych – małżeństwa z Domenico i przywrócenia ojca synom. Dalej nie będę przedstawiał fabuły, aby nie spoilować. W każdym razie oglądałem z radością i przejęciem. Niemała w tym zasługa doskonałego aktorstwa, zwłaszcza Anny Seniuk w roli głównej.

    Jest jeszcze ciekawa parantela. Główny bohater tej sztuki to Domenico Soriano. Kilka dni temu odwiedziłem galerię wybitnego meksykańskiego rzeźbiarza Juana Soriano. Galeria monumentalnych rzeźb tworzących galerię ogrodową znajduje się w moim bliskim sąsiedztwie. Rzadkie nazwisko pojawiło się w moim otoczeniu w ciągu kilku dni dwa razy i to w zupełnie różnym kontekście raz dramatu, a raz rzeźby, raz we włoskim, a raz w meksykańskim wydaniu. Rzadkie. Świat jest mniejszy, niż mi się wydaje.

    Eduardo de Filippo, Filomena Maturano, reż. Michał Kwieciński, Teatr TV 1996, w gł. rolach Anna Seniuk i Jerzy Grałek.

    Boulevard Voltaire

    We współczesnym Paryżu nawiązuje się przypadkowy romans między hydraulikiem, który okazuje się polskim poetą i melomanem a bogatą damą polskiego pochodzenia, która okazuje się Żydówką. On, Pan R. (Janusz Gajos) jest w istocie polskim inteligentem, którego stan wojenny zastał we Francji. Pozostał i koleją wielu mu podobnych zarabia na życie wykonując pracę fizyczną. Ona, Pani Z. (Ewa Wiśniewska) jako dziecko wyjechała z Polski w 1956, jej mąż, również Żyd, zrobił we Francji karierę ekonomisty, był zaprzyjaźniony z ministrami, jednym słowa elita.

    Hydraulik pojawia się w mieszkaniu przy Boulevard Voltaire akurat w czasie gdy z głośników sączy się muzyka poważna. Okazuje się, że zna się on na tym rodzaju muzyki znacznie lepiej niż pani domu, bez trudu rozpoznaje autorów obrazów wiszących na ścianach tego luksusowego domu, zna się na alkoholach mimo, że ich nie pije. Bardzo interesujący, kulturalny starszy pan, a okazuje się, że również poeta ciągle pisujący wiersze.

    Sposób zadzierzgnięcia się tego romansu, jego rozwój, z bardzo trafnym, przewrotnie użytym cytatem ze Staffa (szacunek dla autora) oglądałem dwa razy z niesłabnącą przyjemnością. A do tego jeszcze doskonała córka Pani Z. grana przez Agnieszkę Grochowską. To kawał dobrego teatru, ale mimo wszystko to tylko wstęp do dania głównego. A jest nim dzika awantura wypływająca z faktu, że obie osoby posługują się stereotypami na temat swoich nacji. Pan R. mówi, co myśli o działaniach Żydów i oskarżeniach przez nich Polaków, Pani Z. nie pozostawała dłużna. Logika sporu, kontrowersji zwycięża, uleganie stereotypom daje gorzkie owoce.

    Fakt, że wymiana zdań odbywa się między inteligentami oznacza tylko tyle, że jest ona bardziej błyskotliwa, a argumenty trafniejsze. Inteligenckie pochodzenie nie chroni jednak przed zaostrzaniem dyskusji, która nieuchronnie przeradza się w awanturę z rzucaniem przedmiotami włącznie. O temperaturze tych napięć więcej niż sam przebieg kłótni mówi scena rozgrywająca się już po ostatecznym trzaśnięciu drzwiami. Obie osoby jakby się zmitygowały, stojąc przy zatrzaśniętych drzwiach (każda po swojej stronie), próbują ochłonąć, zastanowić się czy warto było. Siła konfliktu jednak dominuje i mimo zatrzymania się, refleksji, próby opamiętania, jednak w samotności odchodzą od zamkniętych drzwi. Wydaje się, że ciągle więcej dzieli niż łączy.

    Zakończenie nie przesądza, czy zerwanie jest stale. Pani Z. jednak sprawdza kran i poszukuje hydraulika…

    Dla mnie wartością samą w sobie jest uczciwe przedstawienie różnych stereotypów. Przyzwyczajeni jesteśmy do tego, ze Polacy podzielają różne stereotypy wobec innych nacji, nie mówi się jednak że ma również miejsce sytuacja odwrotna. Ponadto dużym szacunkiem obejmuję zawsze zwrócenie uwagi, że jesteśmy bardzo uwarunkowani naszą historią: Polacy swoją, Żydzi swoją a Francuzi swoją. Każdy człowiek ma też jakąś rodzinę, pochodzenie nas warunkuje, jednych tak, innych inaczej.

    Jedna rzecz jednak wzbudza moją niepewność. Bart wydaje się mówić, że na takie konflikty jak przedstawione w Boulevard Voltaire jesteśmy skazani, inteligenci również. Myślę, że Bart się myli. Znam kilka przypadków odwrotnych, w tym również polsko-żydowskich, gdzie takie napięcia nie występowały, a w każdym razie nie w  natężeniu, które można by z zewnątrz dostrzec. Doskonale, że Bart przedstawił sytuację, w której historia nie daje o sobie zapomnieć i wciąga nas w matnię, z drugiej strony pamiętajmy jednak, że na pewno nie jesteśmy na to skazani, nie ma tu żadnego determinizmu.

    Moja ocena to 10/10 Andrzej Bart, Boulevard Voltaire, reż. A. Bart, Teatr TV.

    Namiętna kobieta

    W dniu ślubu swojego syna, Marka (Piotr Adamczyk), jego matka (Marta Lipińska) wchodzi na strych i nie chce z niego zejść. To jej protest song. Przeciwko odejściu syna, z którym była związana, przeciwko upływowi lat, przeciwko nieudanemu, banalnemu małżeństwu, wreszcie przeciwko nadwadze. To refleksja starzejącej się kobiety nad przemijaniem, straconymi szansami, byłymi romansami. Jej dziwaczne zachowanie oznacza brak zgody na otaczający ją bieg spraw. Jej protest jest nieco absurdalny, bezsensowny – zgoda, ale świat ze wszystkimi utraconymi złudzeniami też  sensowny nie jest.

    Sztuka ma formę lekkiej komedii, niekiedy nawet farsy. Niech to nie myli widzów. Pod warstwą lekkiej, zabawowej formy, skłaniającej do uśmiechu, jest warstwa pobudzająca do głębszej refleksji. Moja ocena to 8/10, bo mimo wszystko za farsami nie przepadam.

    Kay Mellor, Namiętna kobieta, reż. Maciej Englert, spektakl Teatru Współczesnego, przeniesiony w niezmienionej obsadzie do Teatru TV.

    Piąta strona świata

    Oglądałem z mieszanymi uczuciami. Bardzo, bardzo lubię historie regionalne, Śląsk cenię sobie szczególnie. Z przyjemnością oglądałem panoramę doświadczenia Ślązaków w różnych, zwykle ciężkich czasach. To na plus.

    Natomiast mam chyba dość tego stałego biadolenia na polskość, na swój los gorszy od innych. Poza przyczynkami sztuka tak skonstruowana nie wniosła nic nowego do mojego rozumienia śląskiej historii. Na dodatek wystawiona została w sposób, mówiąc delikatnie, nie wybitny.

    Kazimierz Kutz, Piąta strona świata, reż. Robert Talarczyk, premiera w Teatrze Śląskim w Katowicach, przeniesiony do Teatru TV.

    Brancz

    W zamierzeniu autora tekstu i reżysera miała to być komedia. Ale czy ktoś przy takich dowcipach wybucha śmiechem. Wątpię. Może to taka formuła do refleksji, choć z przymrużeniem oka, ale szczerze powiedziawszy nie dostrzegłem w tej sztuce podniesienia żadnego poważniejszego problemu. Konstatacja, że pokolenie rodziców ma inne postrzeganie świata niż pokolenie dzieci, jest po prostu banalne. Natomiast ośmieszanie starych matek, jako pazernych i przygłupich jest po prostu zwyczajnie niesmaczne. I ten ostatnie przymiotnik najczęściej przychodzi do głowy, gdy myśli się o tym spektaklu.

    Nawet nie mam ochoty tracić czas na napisanie w tej kwestii. Niesmaczne i pretensjonalne, jak tytuł tego utworu. Cóż to bowiem jest brancz/Brancz? Żałuję postępującej atrofii sił twórczych Juliusza Machulskiego, którego Vabank, Seksmisję czy Girl Guide bardzo dobrze wspominam. Swoją drogą, czy ociekający poprawnością Machulski byłby w stanie dziś powtórzyć Seksmisję? Pytanie retoryczne, dzisiaj co najwyżej mógłby zrobić taką misjęà rebours. Machulski jest producentem wielu filmów, znacznie lepszych niż te, które sam reżyseruje np. W  ciemności. Moja dobra rada jest skoncentrować się na tym, co dobrze wychodzi, a nie robić kolejnych knotów typu Brancz, czy kinowa Ambassada. Facet ma jednak, jako producent, silną pozycję w środowisku i kolejnych jego „dzieł” jednak musimy się spodziewać.

    Ocena końcowa 2/10, na plus zaliczam doskonałe aktorstwo. Żal tylko, że aktorki o takim życiorysie i taki potencjale jak Anna Seniuk czy Stanisława Celińska musza poniżać się do gry w takim kiczu, na końcu bowiem pozostaje pajacowanie bez istotnego uzasadnienia.

    Juliusz Machulski, Brancz, reż. Juliusz Machulski, Teatr TV.