• Militaria

    Wrzesień 1939 roku na Śląsku

    Jan Zieliński, Żołnierz nie odszedł bez walki…, recenzjaDawno nie czytałem tak frapującej książki historycznej. Omawiana tu pozycja to lekko zbeletryzowana opowieść o walkach, które toczyły się przez trzy pierwsze dni wrześniowe na Śląsku, a dokładnie na Górnym Śląsku. Za jego obronę była odpowiedzialna Grupa Operacyjna „Śląsk” pod dowództwem gen. Jana Jagmina-Sadowskiego. Czytelnik może oglądać tę skomplikowaną, rozpisaną na wiele pojedynczych potyczek historię oczami generała Sadowskiego. To wspaniały zabieg bardzo ułatwiający przyswojenie wszystkich, niekiedy złożonych zagadnień. Czyta się książkę z przyjemnością, a co niemniej ważne, z dużym zaangażowaniem emocjonalnym. Kilkukrotnie w czasie lektury musiałem wstać, zapalić papierosa, wypić kawę i ochłonąć, bo nie mogłem spokojnie czytać. Jak mawia młodzież – książka „mega wkręca”, ten kolokwializm jest tu zdecydowanie na miejscu.

    Dla zainteresowanych historią walk wrześniowych lektura ta jest szczególnie cenna, bowiem połapać się w tym morzu skomplikowanych szczegółowych jest naprawdę trudno. Normalnie w skład Grupy Operacyjnej wchodziły dwie wielkie jednostki, trochę oddziałów pozadywizyjnych, z marginalną rolą batalionów Obrony Narodowej. Na Śląsku wszystko było inaczej. Co prawda rzeczywiście gen. Jagmin Sadowski rozporządzał dwiema dywizjami piechoty, a to 23. katowicką i 55. rezerwową. Ale to tylko mylące nazwy. 55 DP rez. składała się wyłącznie z lokalnych batalionów Obrony Narodowej, które na Górnym Śląsku, inaczej niż w innych rejonach kraju, zostały zmobilizowane do stanu pełnych batalionów  rezerwowych. Z kolei pułki 23 DP wystawiały także czwarte bataliony, które po wybuchy wojny weszły w skład Oddziału Warownego. Oprócz tego istniał także batalion forteczny „Mikołów”, który tak naprawdę miał siłę pułku. Na dodatek w stanie na 1 września ugrupowanie bojowe wojsk polskich było niewąsko przemieszane i bataliony jednej dywizji były rozrzucone po całym terenie Śląska. Wszystko to razem decydowało o unikalnym, nietypowym charakterze wojsk broniących Śląska. Dzięki książce Jana Zielińskiego można sobie to wszystko wyobrazić.

    Ze Śląskiem wiąże się także poważna kontrowersja, która przez lata miała dzielić głównych uczestników wydarzeń. Chodzi mianowicie o decyzję gen. Szyllinga, dowódcy Armii „Kraków” o wycofaniu się ze Śląska w już w nocy z 2 na 3 września i porzuceniu całkiem rozległych fortyfikacji. Decyzję tę krytykował w swoich późniejszych wspomnieniach gen. Sadowski,  podobnie jak wielu komentatorów, na przykład  płk Porwit. Właśnie to postanowienie jest emocjonalną osią książki i od razu powiem, że autor rozumie, a nawet uzasadnia i tłumaczy trudną decyzję gen. Szyllinga. Smutek z porzucania skutecznie bronionego Śląska jednak pozostał. W tym kontekście tytuł książki Żołnierz nie odszedł bez walki… staje się zrozumiały.

    Gwoli wyjaśnienie wspomnianej kontrowersji dotyczącej ewakuacji całej Armii Kraków, dopowiedzmy tylko, że jej determinantą było zagrożenie podwójnego oskrzydlenia: od północy po rozbiciu 7 DP i utracie kontaktu z Armią „Łódź” i od południa, gdzie 10 BK płk. Maczka wraz z pułkiem KOP powstrzymywała cały niemiecki korpus pancerny.

    Do zasadniczych zalet książki należą szkice sytuacyjne wykonane przez gen, Sadowskiego, bardzo ułatwiają orientację i pomagają zlokalizować mniejsze oddziały.

    Jest to jedna z najciekawszych książek poświęconych wrześniowi 1939. Mimo zbeletryzowanej formy niesie spory ładunek wiedzy szczegółowej, bo Jan Zieliński należy do najlepszych znawców tej tematyki i jest godny zaufania nawet jeżeli nadał książce formę popularną, 10/10

    Jan Zieliński, Żołnierz nie odszedł bez walki…, Wydawnictwo Śląsk, Katowice 1981

  • Książki

    Zychowicz o Powstaniu Warszawskim

    Piotr Zychowicz, Obłęd 44, czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie, recenzjaDługo się zastanawiałem, jak o tej książce pisać. Już w trakcie lektury powodowała skrajne reakcje. Bywało, że planowałem odpowiedzieć na inwektywy autora również inwektywami. Sprawiedliwości stałoby się zadość, ale niestety musiałbym zacząć walczyć tą samą, nieakceptowaną bronią, co autor. Postaram się pisać rzeczowo i spokojnie.

    Zychowicz jest publicystą bardzo interesującym. Sprawia wrażenie bardzo dobrze zorientowanego, swoje opinie dobrze uzasadnia. Jest przekonywujący. Na pewno jego książka będzie wpływała na powszechną opinię o celowości Powstania. Warto zatem dawać wyraz niezgodzie na jego poglądy, oczywiście o ile ktoś się z nimi nie zgadza. Stąd, mimo różnych oporów, zdecydowałem się na napisanie poniższej recenzji.

    Książka nie jest, jak sugerowałby tytuł, poświęcona tylko Powstaniu Warszawskiemu (a zwłaszcza udowodnieniu tezy jak bardzo było ono bezsensowne), ale także zupełnie innym sprawom, a to zgubnemu paktowi Sikorski-Majski, a to Akcji Burza, a to polityce oddziałów partyzanckich współpracujących z Niemcami w celu walki z partyzantką sowiecką. Zychowicz porusza całą masę problemów, strzelając kolejnymi jak z karabinu maszynowego. Odnieść się do nich wszystkich  nie sposób, bo trzeba by napisać nową książkę. Można jedynie wybrać kilka tematów szczególnie kontrowersyjnych.

    Zacznijmy chronologicznie od Paktu Sikorski-Majski. Najpierw kilka generaliów: Zychowicz jest programowo antysowiecki, co jest mi bliskie. Opowiada się też za koncepcją „dwóch wrogów”, ale powiela przy tym dyskusje, jakie odbywały się ówcześnie na emigracji, identyfikując się ze stanowiskiem jednej ze stron, a to już budzi mój głęboki sprzeciw, ze względu na jałowość takiego rozumowania. W przypadku Paktu Sikorski-Majski, zgodnie ze swoją metodologią myślenia, Zychowicz natychmiast utożsamia się z jego przeciwnikami, używa ich argumentów i fundamentalnie ten pakt krytykuje nieomalże jako zdradę narodową. Specjalnie dokładnie swojego stanowiska nie uzasadnia, ogranicza się do argumentów antysowieckich i do traktowania tego sojuszu jako zaprzaństwa wobec faktu napaści przez Związek Sowiecki na Polskę w 1939 roku. Problem w tym, że stosuje tutaj przewrotne rozumowanie, bowiem oceniając decyzje dotyczące Planu „Burza” i Powstania Warszawskiego głównie szermuje argumentem oszczędzania polskiej krwi i minimalizacji strat po polskiej stronie. W przypadku jednak Paktu Sikorski-Majski w ogóle tego rodzaju argumentacji nie stosuje, a przecież główną zaletą tego porozumienia było wypuszczenie z łagrów setek tysięcy polskich obywateli i ewakuacja stu kilkudziesięciu tysięcy z nich spod panowania zbrodniczego komunizmu. Stanowisko Zychowicza w tym przypadku, podobnie jak w wielu innych, wydaje się polegać na powtarzaniu argumentacji Józefa Mackiewicza niejako „w ciemno”, bez refleksji, bez spojrzenia z perspektywy dzisiejszej wiedzy. Tutaj czysta ideologia antysowiecka nie wystarcza. Powtarzam, ideologia mi bliska, ale amicus Plato, sed veritas magis.

    Skoro jesteśmy przy politycznych wątkach książki, to warto zatrzymać się przy misji premiera Stanisława Mikołajczyka, który próbował porozumieć się ze Stalinem i obronić, ile się da, w kwestii granic i utrzymania przez Polskę niezależności. Zychowicz krytykuje go w czambuł, odsądza od czci i wiary. Zwracam jednak uwagę, że ówcześnie nie było jasne, jak zachowa się Związek Sowiecki wobec Polski, sprawa granic nie była jednoznacznie przesądzona. Dzisiaj wiemy, że jego misja była skazana na porażkę i jakiekolwiek wysiłki nie przyniosłyby żadnego rezultatu. Ale to wiemy dzisiaj, wtedy tego nikt nie wiedział. Fakt, że już wtedy Mikołajczyk był krytykowany za ustępliwość wobec Rosji Sowieckiej, niczego tu nie zmienia. Wobec wielu niepewności obowiązkiem polityka odpowiedzialnego za losy państwa i narodu było szukać rozwiązań chociaż częściowo minimalizujących zależność Polski od Rosji. Gorące przywitanie Mikołajczyka w kraju w 1945 wydaje się potwierdzać, że ludzie, którzy zmuszeni zostali do życia w warunkach sowieckiej okupacji, myśleli podobnie. Na emigracji można było uprawiać splendid isolation, w kraju już nie.

    Zwracam również uwagę, że sprawa granic była w 1944 roku otwarta i pozostawienie jej przez polskich polityków loterii rozstrzygnięć międzynarodowych było lekkomyślnością. Tutaj warto się zatrzymać i przypomnieć podstawowe fakty. Na konferencji w Teheranie, wbrew temu co się powszechnie uważa, nie zapadły kluczowe decyzje w tej sprawie. Churchill zgodził się jedynie, a i to w luźnej rozmowie, na linię Curzona, ale nie przesądzało to np. przynależności Lwowa ani nie rozstrzygało przyszłości Prus Wschodnich, także przebieg granicy zachodniej był kwestią otwartą. W czasie, kiedy Mikołajczyk zabiegał  o zorganizowanie wizyty w Moskwie, toczyła się wymiana not dyplomatycznych miedzy Churchillem a Stalinem, utrzymana w tonie sporu i narastającego napięcia. Nic tu nie szło gładko. Na polskie naciski Churchill odpowiadał, że robi co może i niech Mikołajczyk spróbuje osobiście porozumieć się ze Stalinem, bo być może uda mu się więcej osiągnąć w bezpośrednim kontakcie, niż Anglikom w trybie negocjacji na odległość. Wcale mnie dziwi, że w takiej sytuacji Mikołajczyk zgodził się na pertraktacje ze Stalinem, nawet jeżeli warunki tych negocjacji były upokarzające.

    W tej sprawie warto powtórnie zwrócić uwagę, że głosy krytyki pochodziły głównie ze środowisk emigracyjnych, z kraju płynęło raczej wsparcie dla inicjatywy Mikołajczyka. To raczej zrozumiałe, bowiem ci którzy wiedzieli, ze są skazani na bolszewicki najazd i komunistyczne porządki akceptowali każde rozwiązanie dające chociaż cień nadziei na ochronę polskiej substancji narodowej. Z perspektywy Londynu można było być pryncypialnym, niektórzy mogli planować ucieczkę i emigrację (jak Józef Mackiewicz, mistrz Zychowicza). Cały naród nie mógł jednak emigrować i – czy chciał, czy nie – musiał znaleźć się pod sowieckim butem. Bardzo było nieobojętne, jaki to but będzie. Zychowicz budzi mój głęboki sprzeciw tak jednostronnie potępiając politykę Mikołajczyka i wmawiając w niego sympatie prokomunistyczne, a jednocześnie celowo przemilczając jej uwarunkowania. Tłukąc w Mikołajczyka jak w bęben, sam nie chce zrozumieć i innym nie daje. Miesza mniej wyrobionym czytelnikom w głowach. Mam przykre podejrzenie, że manipuluje faktami celowo (będzie jeszcze o tym mowa), wyostrza stanowiska, a później odpowiadając na ataki rozwścieczonych czytelników odpowiada, że to tylko publicystyka i ma ona swoje prawa. Problem w tym, że ci, którzy jego atakują, też mają takie samo prawo do publicystycznych uproszczeń i wyostrzeń. Jak Kali kraść krowy to dobrze, ale jak Kalemu to bardzo źle.

    Wśród publicystycznych „uproszeń” najbardziej irytowało mnie nazywanie dowódców Armii Krajowej kolaborantami Sowietów. Zychowicz bowiem stworzył taką konstrukcję myślową, że kolaborantem jest ten, kto działa na rzecz wrogiego państwa, a ponieważ wybuch Powstania leżał w sowieckim interesie, to spokojnie można odpowiedzialnych za wybuch Powstania nazywać kolaborantami. I w ten sposób Komenda Główna AK została sowieckim kolaborantem. Taki rodzaj argumentacji jest nieakceptowalny pod żadnym pozorem. W tej kwestii odstępuję od rzeczowej argumentacji i jedyne co mam powiedzenia, to to że Zychowicz też jest sowieckim kolaborantem, bo to w sowieckim interesie leży podważanie sensu Powstania, komuniści w PRL przecież robili to z konsekwentną zajadłością. Ciekawe tylko dlaczego, skoro wybuch Powstania leżał w ich interesie?

    Wróćmy do przerwanego wątku chronologicznego. Po Sikorskim i Mikołajczyku Zychowicz przejechał się po Akcji „Burza” utrzymując, że było to całkowicie zbędne współdziałanie z Sowietami, powodujące po stronie AK niemałe straty w ludziach. Jako pozytywny kontrprzykład pokazał epopeję Brygady Świętokrzyskiej NSZ. Trzeba zauważyć, że autor pominął w tym przypadku, jak i w wielu innych, uwarunkowania, które za Akcją „Burza” stały. W tym przypadku chodziło między innymi o to, że w korespondencji z Churchillem  Stalin oskarżał polskie podziemie o kolaborowanie z Niemcami, a co najmniej o bezczynność. Zarzuty nie były całkiem wyssane z palca, biorąc pod uwagę cichą lokalną współpracę z Niemcami „Ragnera” i „Lecha” na Nowogródczyźnie a także „Góry” i „Łupaszki” na Wileńszczyźnie. Nic dziwnego, że KG AK przeciwdziałała takim zachowaniom. Nic sprawie polskiej na arenie międzynarodowej bardziej nie szkodziło, niż współpraca z Niemcami skierowana przeciwko Rosjanom (we wspomnianych przypadkach przeciwko ich partyzantce). Ponadto w rzeczy samej „Burza”, jakkolwiek militarnie była współpracą z Armią Czerwoną, to politycznie była skierowana przeciwko Sowietom, bowiem zmuszała ich, przynajmniej w założeniu, do konfrontacji z ujawnionymi polskimi władzami, które miały wystąpić wobec Armii Czerwonej w roli gospodarza na opanowanym przez AK terenie. W rzeczywistości terenu żadnego nie udało się opanować, a Sowieci bez zbędnych ceregieli aresztowali wszystkich, którzy wobec nich się ujawnili w trakcie wspólnych walk. Przynajmniej tak było na terenach wschodnich zajętych przez Rosjan w 1939. Jak będzie na terenach, które komuniści uważali za polskie, nikt nie wiedział.

    Warto już w tym miejscu zauważyć, że fiasko Akcji „Burza” polegające na tym, że nie udało się opanować żadnych większych obszarów przed wkroczeniem wojsk sowieckich i zorganizować na nich polskiej administracji wiernej rządowi w Londynie, było jedną z głównych przesłanek do weryfikacji wcześniejszych planów i legło u postaw decyzji o Powstaniu Warszawskim. Akurat tej zasadniczej przesłanki Zychowicz nie zauważa. Jest ona mu oczywiście znana, bo dokładnie została opisana przez prof. Jana Ciechanowskiego[1], na którego Zychowicz nieustannie się powołuje w zakresie jego krytycznych uwag o sensie Powstania Warszawskiego. Tematy niewygodne Zychowicz skrzętnie pomija, bo zakłóciłyby one tok jego wywodu o genezie Powstania, jako nieoczekiwanym wybuchu szaleństwa wśród wyższych dowódców AK lub po prostu działaniem sowieckich agentów na szczycie władz AK. Uniemożliwiłoby także wywód na temat niezgodności idei Powstania z wcześniejszymi planami.

    Rzeczywiście, do lipca 1944 nikt powstania w Warszawie nie planował, Zychowicz wywala otwarte drzwi, a szczerze powiedziawszy celowo żongluje faktami. Początkowo miała wystarczyć Akcja „Burza”, która była pomyślana jako polityczna manifestacja wobec Sowietów wykonana za pomocą oddziałów wojskowych. W marcu 1944 Bór-Komorowski podjął decyzję o wyłączeniu Warszawy z planu „Burza”. Broń ze zrzutów i z własnej produkcji kierowano zatem do wschodnich obwodów AK. Jeszcze 7 lipca zadecydowano o wysłaniu z Warszawy ogromnych ilości broni.[2] a 14 lipca w depeszy do Londynu Bór meldował że „powstanie nie ma widoków powodzenia”. Docierające informacje o fiasku Akcji „Burza” były przesłanką do zmiany planów przez KG AK. Uznano, że Warszawa jest  jedynym miejscem, które – jak się wydawało – będzie można opanować przed wejściem Rosjan. Rozpoczęto przygotowania. Zatem wysyłanie broni na wschód przed 15 lipca, to  nie była głupota ani lekkomyślność KG AK. Po prostu wcześniejsze plany były inne. Zychowicz z premedytacją tego ciągu wydarzeń nie przedstawia, bo uniemożliwiało by mu to kolejne filipiki na temat zbrodniczej niekompetencji dowództwa AK.

    Zacietrzewienie autora przejawia się m.in. w tym, że nie zważając na brak swojej kompetencji w sprawach wojskowych, wypowiada się na te tematy tylko po to, aby przypiąć kolejną łatkę dowódcom AK. Aspekty militarne Powstania nie są przecież przedmiotem tej książki. Rozważmy choćby zarzut o zmianę godziny wybuchu Powstania z nocnej na 17.00. Wbrew temu, co myśli  Zychowicz, była to bardzo celowa korekta. Proszę sobie wyobrazić koncentrację wielu tysięcy powstańców podczas godziny policyjnej, transport broni, przemarsz na pozycje wyjściowe. Zakończyłoby się to jatką jeszcze przed godziną „W”. Jakie to szczęście, że Zychowicz to tylko dzisiejszy publicysta i nie miał żadnego wpływu na ówczesne wydarzenia, bo jego pomysły doprowadziłyby do jeszcze gorszej klęski niż nastąpiła.

    Cała 500-stronnicowa książka jest poświęcona krytyce wszystkich możliwych decyzji rządu emigracyjnego i dowództwa AK. W zamian za krytykowane decyzje Zychowicz przedstawia w jednym zdaniu program pozytywny „nic nie  robić”. To pomysł rzeczywiście oryginalny. Politycy odpowiedzialni za losy narodu, przyjmują opcję „co będzie, to będzie”, sprzymierzeni bez naszego udziału ustalają nam granicę, co prawda i tak to zrobili, ale jednak zachodnia granica znalazła się na Odrze i Nysie Łużyckiej dlatego, że byliśmy członkiem zwycięskiej koalicji. Armia Krajowa pozostanie „z bronią u nogi” i przed wejściem Sowietów zostanie rozwiązana. To program rzeczywiście doskonały. Trzeba go rozbudować o zalecany przez autora sojusz lub chociaż zawieszenie broni z Niemcami i skierowanie luf przeciwko Sowietom. To na pewno by pomogło i tym żołnierzom, i ludności cywilnej, o którą tak dba Zychowicz. W tym samym czasie II Korpus powinien odmówić walki, a Dywizja Pancerna gen. Maczka i Brygada Spadochronowa pozostałyby do końca wojny w koszarach, z racji na oszczędzanie żołnierskiej krwi. To na pewno zbudowałoby etos narodowy na czas komunizmu. Moglibyśmy być z tego dumni, w końcu Polacy okazaliby się realistami. Dodać do tego należałoby jeszcze gnicie w łagrach kilkuset tysięcy Polaków, którzy wyszli z obozów po Pakcie Sikorski-Majski, a należałoby go natychmiast uznać za niebyły (zaprzaństwo narodowe i prosowiecki prozelityzm). Przy okazji rozwiązałby się problem z bitwą pod Monte Cassino, tak negatywnie ocenianą przez Zychowicza, bo tych walczących polskich żołnierzy by tam nie było, albowiem umieraliby w łagrach. Cały zaś naród pozostały w kraju powinien udać się na emigrację, tak jak Brygada Świętokrzyska NSZ.[3] Wielki exodus razem z ludnością niemiecką, jak nie przymierzając ucieczka z Prus Wschodnich. Wobec takiego planu pozostaję bezradny. Każdy niech sam oceni jego sens.

    Proszę czytelników mojego bloga o wybaczenie, ale do sedna książki, czyli do  decyzji o wybuchu Powstania Warszawskiego nie jestem w stanie się odnieść. Ilość przekłamań, pominięć, celowej manipulacji, złośliwości i inwektyw jest tak duży, że o ciekawym skądinąd meritum rozmawiać jest bardzo trudno. Nie na podstawie tej książki.

    Poza tym wątpię, czy jakakolwiek polemika ma sens. Każdy bowiem, kto ją podejmuje, zaliczany jest do obozu „mitomanów powstańczych” niezależnie od tego, co napisze. Autor i zwolennicy jego poglądów, jak np. Sławomir Cenckiewicz (zresztą doskonały historyk) są całkowicie impregnowani na głosy krytyki. Przypuszczam zresztą, że jest to postawa świadoma i przemyślana. Rozgłos zyskuje się dzięki wyrazistym tezom, prowokacjom, szalonym koncepcjom. Takie rzeczy zostają zapamiętane, kto zaś pamięta o dziesiątkach solidnych prac historycznych, czy przebijają się one do świadomości?

    W kwestiach formalnych absolutnym skandalem jest brak przypisów. Rozumiem, że w pracy popularnej można je ograniczyć, rozumiem, że mogą zostać przeniesione na tył książki, ale nie rozumiem sytuacji, kiedy nie ma ich w ogóle, a do zupełnie nieakceptowalnych zaliczam brak podawania źródeł cytatów. Nie chodzi mi w tym przypadku o jakąś abstrakcyjną poprawność metodologiczną, ale o bardzo konkretne powody takiej negatywnej oceny. Na przykład Zychowicz często powołuje się na płk. Janusz Bokszczanina, oficera KG AK, przeciwnika Powstania. Nie podając źródła swojej wiedzy o stanowisku pułkownika, autor uniemożliwia czytelnikom nie tylko weryfikację, ale elementarną refleksję nad tym źródłem. Domyślam się jedynie, że chodzi o relacje, jakie w 1965 płk Bokszczanin złożył prof. Janowi Ciechanowskiemu.

    Do prof. Ciechanowskiego mam zaufanie, na pewno wiernie oddał w swojej notatce poglądy swojego interlokutora. Powinno jednak budzić zastanowienie, że takie stanowisko pojawia się dwadzieścia lat po wydarzeniach i po różnych polemikach w środowisku polskiej emigracji. Czy zatem przedstawione wtedy poglądy są na pewno wiarygodne? Z innych źródeł wiemy, że rzeczywiście płk Bokszczanin należał do przeciwników Powstania, ale jak się wydaje tylko raz zgłosił obiekcje w sprawie decyzji o Powstaniu, później zaś lojalnie współpracował we wszystkich przygotowaniach. Czy zatem na pewno tworzenie wokół pułkownika aury jedynego sprawiedliwego jest zasadne?[4] Jeżeliby Zychowicz poświęcił w swojej książce choć ułamek miejsca na refleksje źródłoznawcze, byłoby łatwiej na to pytanie odpowiedzieć. Bez tego pozostaje tylko, tak jak w wielu przypadkach, potraktować opinie Zychowicza jako felietonistykę, a w zakresie faktografii skomentować „może tak było, a może nie”, bo skąd niby mielibyśmy czerpać pewność, że w zakresie ustalenia prostych faktów Zychowicz się nie myli. Źródeł swojej wiedzy nie podaje, a jak głosi znana maksyma „twierdzenia bez dowodu odrzucam bez powodu”. Poza tym, jak łatwo się domyślać, w przypadku płk. Bokszczanina, zapomnienie podania źródła może mieć charakter celowy.

    W tym miejscu trzeba jednak dopisać kilka zdań o warsztacie historyka. Do jego elementarnych obowiązków należy wewnętrzna i zewnętrzna krytyka źródła historycznego (1 i 2 rok studiów), bez tego nie ma naukowo uprawianej historii. Prawdziwy badacz zawsze zadaje sobie pytanie na temat oryginalności źródła, wiarygodności zawartych w nim informacji i wreszcie, co twórca źródła ma naprawdę nam do powiedzenia. Zychowicz nigdy, powtarzam, nigdy nie zadaje swoim źródłom informacji takich pytań. W ciemno i arbitralnie jedne z nich uważa za słuszne i wiarygodne, a inne pomija milczeniem. Już to samo dyskwalifikuje go jako poważnego historyka. Przykładów nierzetelności lub manipulowania źródłami można podać wiele. Praktycznie co drugi rozdział rodzą się jakieś wątpliwości, a rozdziałów jest ponad 50. Proszę zwrócić uwagę, że tylko zasygnalizowanie jednej sprawy związanej z płk. Bokszczaninem zajęło półtorej strony tekstu, a gdzie temu do poważniejszej dyskusji na ten temat. Zrozumiała staje się wyrażona na początku tej notki opinia, że tak naprawdę polemizując z Zychowiczem trzeba by napisać nową książkę.

    Podsumowując: Zychowicz porusza w sposób fascynujący bardzo ważne tematy związane z Powstaniem Warszawskim, łączy je z całokształtem polskiego stanowiska wobec Związku Sowieckiego w czasie II wojny światowej, szkoda jednak że już nie łączy tego ze sprawą polską na arenie międzynarodowej tego okresu. Wiele jego pochopnych wniosków straciłoby wtedy sens. Na pewno Obłęd ’44 wejdzie na stałe do świadomości historycznej Polaków. Bardzo żałuję, że wiedziony pasją publicystyczną (lub względami marketingowymi) Zychowicz niepotrzebnie wyostrza swoje wnioski i w sposób absolutnie niedopuszczalny, nawet w publicystyce, formułuje oceny wobec postaci historycznych. To irytuje do takiego stopnia, że uniemożliwia racjonalne potraktowanie jego poglądów i jednocześnie skłania do równie uproszczonych, choć zasłużonych, ocen samego autora. Ja sam na podstawie tak jednostronnych argumentów i wobec zasadniczych braków warsztatowych autora nie jestem w stanie wyrobić sobie jednoznacznego poglądu na sprawę. Szkoda.

    Książkę otrzymałem w prezencie, za który darczyńcom niniejszym bardzo dziękuję.

    Piotr Zychowicz, Obłęd ’44, czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując Powstanie Warszawskie, Dom Wydawniczy Rebis Poznań 2013.



    [1] Jan Ciechanowski, Powstanie warszawskie. Zarys podłoża politycznego i dyplomatycznego, PIW Warszawa 1984, s. 335nn

    [2] Warto zauważyć, że przekazano trzykrotnie więcej pistoletów maszynowych, niż pozostało do dyspozycji oddziałów warszawskich, wyekspediowano również wszystkie posiadane miotacze ognia, które w starciach partyzanckich miały śladowe znaczenie, a walkach miejskich ogromne, tutaj błąd planistyczny był zasadniczy, niezależnie od wszystkich przedstawionych w tekście uwarunkowań decyzyjnych.

    [3] O Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ myślę dobrze. Trzeba tylko zwrócić uwagę, że nie był to dobry pomysł na całe podziemie akowskie. Istniała groźba, że pod wpływem Stalina moglibyśmy zostać zakwalifikowania do państw Osi, a nie do obozu aliantów, zwłaszcza jak jednostki PSZ odmówiłyby walki, co sugeruje Zychowicz.

    [4] Pułkownika Bokszczanina cenię niezmiernie nie tylko za jego udział w walce AK, ale także za dowodzenie 10 pułkiem strzelców konnych walczącym w ramach 10 BK gen. Maczka i późniejszą walką w ramach WiN. Jakbym go jednak nie poważał, to pytania o wiarygodność opinii wyrażanych po 20 latach od wydarzeń trzeba zadawać. Poza tym dookoła domniemanej twardej opozycji Bokszczanina Zychowicz buduje cały mit: Zwolennikom walki opór stawił pułkownik Bokszczanin i skupiona wokół niego grupa oficerów, która wezwała oponentów do opamiętania. Dyskusje przybierały coraz bardziej dramatyczny obrót… (s. 266) Nie wiem skąd Zychowicz wie o całej „grupie oficerów” i o „dramatycznym obrocie dyskusji”. I ten wielokropek na końcu sugerujący, że coś tam jeszcze ewentualnie byłoby do powiedzenia.

  • Książki

    O wojnie na Bałkanach

    Witold Gadowski, Smak wojny, recenzja, Kosowo, AlbaniaBohaterem książki jest Andrzej Brenner, dziennikarz udający się do Kosowa. Jego praca sprawozdawcy z tego ogarniętego wojną domowa kraju jest jednak tylko przykrywką do zupełnie innej działalności. Współorganizuje bowiem transport broni dla albańskich partyzantów. Ma przy tym wątpliwości moralne, ale przeważa argument, że skoro walki i tak się toczą, to chociaż niech szanse w tym konflikcie będą wyrównane.

    W czasie pobytu w Prisztinie, stolicy Kosowa, poznaję piękną Serbkę, Vesnę. Rodzi się miłość. Uczucie jest głębokie, powinowactwo dusz, metafizyka i takie tam. Wszystko wygląda jak rzeczywistość z pięknej bajki. Splot różnych wydarzeń powoduje, że Serbscy agenci zabijają Vesnę. Życie Andrzeja Brennera traci sens i smak.

    Jednocześnie z zżyciem uczuciowym toczą się inne wydarzenia. Brenner bierze udział w walkach partyzanckich, dostarcza broń Albańczykom, spędza upojny czas w Czarnogórze, w pięknym mieście portowym Kotor. W kolejnej odsłonie Brenner organizuje konwoje humanitarne mające ukryty cel w postaci misji ratunkowej dla przyjaciół poznanych w czasie bałkańskich eskapad Brennera. Dzieje się dużo i jest ciekawie.

    Do mocnych stron książki należy bardzo rzetelne przedstawienie rzeczywistości wojen po rozpadzie Jugosławii. Czuje się, że autor tam był i z bliska widział realia. Dzięki temu unika pochopnych sadów, nie buduje czarno-białej rzeczywistości. Serbów nie oszczędza za ich działania w Kosowie, ale jednocześnie przecież jego bohater zakochuje się właśnie w Serbce, pomocy udzielają im Albańczycy, życzliwą przystań znajdują w Czarnogórze a ich najbliższym przyjacielem jest Chorwat wyznania muzułmańskiego. Pokazuje to, jak zawikłane są relacje na Bałkanach. Wielką zasługa Witolda Gadowskiego jest ich pokazanie. Dla mnie to największa zaleta Smaku wojny.

    Mimo wątku miłosnego książka przynależy do nurtu literatury męskiej. W gruncie rzeczy jest opowieścią o prawdziwej męskiej przyjaźni weryfikującej się w momentach trudnych, nawet dramatycznych. Bez ckliwości, na spokojnie, bez nadmiaru słów i deklaracji.

    Ciekawe jest też przesłanie książki. Autor wydaje się mówić, ze nie można bezkarnie zagłębiać się w dramatyczne konflikty, brać udział w wojnie i wyjść z tego bez szwanku. Brutalna rzeczywistość człowieka dopada, a wtedy nic nie jest takie samo, jak przedtem.

    Warto też zwrócić uwagę, że książka jest z ducha prozy Marka Nowakowskiego. Tu też najciekawsze są postacie z marginesu, dominuje język prosty, zwykli ludzie, a przez wydarzenia przebijają się wartości podstawowe. Dla miłośników Marka Nowakowskiego lektura obowiązkowa.

    Strona literacka, a zwłaszcza dialogi nie są najmocniejsza stroną książki. Mimo to przeczytałem ją z zainteresowaniem i autorowi jestem wdzięczny. W wielu momentach książka dawała do myślenia. Oceniam 8/10 i zaliczam do sił sensu za unikanie stereotypów i przywracanie wartości podstawowych.

    Witold Gadowski, Smak wojny, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2013.

  • Książki

    Słowacja, prześladowanie Kościoła

    Anton Hlinka, Siła słabych i słabość silnych. Prześladowanie Kościoła na Słowacji 1945-1989, Wydawnictwo Petrus Kraków 2013, recenzjaO Słowacji generalnie mało wiemy. Słowaków mylimy z Czechami, a kiedyś nawet zastanawialiśmy się, czy nie istnieją Czechosłowacy. O Kościele na Słowacji przeciętny Polak nie wie nic. Lepiej zorientowani w sprawach kościelnych może słyszeli o „podpolnikach” (ciekawe, ile osób rozumie, o co chodzi), czy „księżach robotnikach”. W przypadku tych ostatnich trzeba tylko zaznaczyć, że chodzi o coś zupełnie innego, niż tak samo określani księża we Francji z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku.

    Siła słabych opowiada o represjach wobec Kościoła słowackiego w epoce komunizmu, a trzeba tutaj dodać, że innej historii, niż dzieje prześladowań Kościół ten we wspomnianym okresie nie miał. Rzecz jest całkowicie niebanalna, bo sytuacja była całkowicie inna niż w Polsce.

    Warto zauważyć, że w Czechosłowacji stalinizm nie skończył się w latach pięćdziesiątych, tylko trwał aż do „Praskiej wiosny” 1968. Natomiast przemoc charakterystyczna dla rządów stalinowskich trwała tam dużo dłużej. Poza tym same represje były bardziej dotkliwe niż w Polsce. Biskupi byli masowo zamykani w więzieniach, maltretowani, torturowani, wytaczano im pokazowe procesy. W efekcie większość diecezji pozostawała bez biskupów, a w latach sześćdziesiątych, był okres, kiedy na Słowacji nie było żadnego biskupa! Komuniści bowiem nie zgadzali się na wyświęcenie kogokolwiek spoza szeregów księży z nimi kolaborujących. Na to z kolei nie zgadzał się Watykan. Ponadto wierni i księża Kościoła greckokatolickiego byli zmuszani do przejścia na prawosławie. Skądinąd to ciekawy fenomen: władze komunistyczne wspierały prawosławie, i to z taką siłą, jak Stowarzyszenie Ateistów. Ciekawe dlaczego?

    Prawdziwy pogrom dotknął zakony. W 1950 zlikwidowano wszystkie zakony, a zakonnice i zakonnicy zgrupowani w „klasztorach koncentracyjnych” o warunkach życiowych takich, jak sugeruje nazwa. Po kilku latach mężczyzn wypuszczono na wolność. Kobiety miały pozostać w tych warunkach do końca, słusznie bowiem komuniści przewidywali, że widok habitu w miejscu pracy, jaka  by ona nie była, będzie zawsze niemym znakiem sprzeciwy wobec polityki ateizacyjnej. Dopiero Praska Wiosna 1968 pozwoliła im na powrót do normalnego życia i częściowe odtworzenie klasztorów. Zakonnicy pojawili się w duszpasterstwie parafialnym, kobiety w przytułkach, szpitalach i jako katechetki. W 1973 powrócono do wypróbowanych metod stalinowskich i na powrót zakonnice uwieziono w „klasztorach koncentracyjnych”.  Wtedy jednak pojawiły się tajne klasztory, w najmniejszym nawet stopniu nie nadzorowane przez państwo.

    W Czechosłowacji, również inaczej niż w Polsce, ruch księży współpracujących z komunistami, w tym również w dziele ateizacji, był bardzo silny. Najpierw był to Pokojowy Ruch Katolickich Duchownych, później zwany stowarzyszeniem Pacem in Terris (od encykliki społecznej Jana XXIII wydanej pod takim właśnie tytułem), stąd byli oni nazywani „pacystami”. Księża ci byli służalczo wierni partii komunistycznej i prowadzili politykę marginalizacji Kościoła. Po aresztowaniu części biskupów i wymarciu pozostałych, diecezjami zarządzali wikariusze kapitulni, mianowani w gruncie rzeczy przez władze komunistyczne. W znacznym stopniu oficjalny Kościół w całej Czechosłowacji był wiernym poddanym władz. Gorliwi kapłani stanowili wyraźną mniejszość. Wierni byli prześladowani, zwalniani z pracy, młodzieży nie przyjmowano na przykład do szkół medycznych wszystkich stopni, zakładając, że mogą mieć wpływ na chorych. Dodatkowym uciemiężeniem byli niewiarygodni, służalczy wobec władz duchowni.

    Dzieci w szkole były poddawane stałemu ankietowaniu na temat ich zaangażowania religijnego. Motywacja była w tym przypadku bardzo przewrotna. Jeśli wierzące dziecko potwierdzało fakt uczestnictwa w praktykach religijnych, choćby na poziomie osobistej modlitwy, zostawało poddane prześladowaniu i sterowanej presji ateizacyjnej, jeśli natomiast kłamało, także uważano to za fakt korzystny dla kampanii „o rząd dusz”, bo oznaczało łamanie sumień.

    Prześladowania kleru i wierzących trwały na Słowacji do ostatniej chwili, do listopada 1989 roku, nie było żadnej odwilży. W zakresie „polityki wyznaniowej” (piszę w cudzysłowie, bo z prawdziwą polityką ma to tyle wspólnego, co demokracja z „demokracją socjalistyczną”) jedyne co się zmieniło, to tylko wysokość kar. Najpierw skazywano na kilkanaście lat, później na kilka, a pod sam koniec wyroki były albo w zawieszeniu, albo kilkumiesięczne. A było za co karać.

    W Czechosłowacji obowiązywał specyficzny system prawny. Władze musiały wyrazić zgodę na wszystko: na nominacje biskupie, na obsadzenie każdego stanowiska kościelnego, na przyjęcie do seminarium, gdzie limitowano ilość alumnów zwykle do około dwudziestki na całą Słowację. Każdy ksiądz na wykonywanie czynności duszpasterskich miał specjalne zezwolenie, które można było w każdej chwili cofnąć podając jakąkolwiek przyczynę. Więcej, na każdą czynność duszpasterską było wymagane osobne zezwolenie: na spotkanie z młodzieżą, na udzielenie sakramentu ostatniego namaszczenie. Surowo zakazane było, na przykład, wygłoszenie jakiejkolwiek nauki w czasie ślubu. Łatwo sobie wyobrazić, że musiało dochodzić do całkowitego zastraszenia duchownych. Księża, którzy mimo to gorliwie oddawali się pracy duszpasterskie, musieli być tytanami odwagi.

    Ubocznym czynnikiem tej powszechnej inwigilacji było wytworzenie Kościoła podziemnego, czyli owych „podpolników”[1]. Nie miał on żadnej struktury, składał się z niezależnych, czasem izolowanych działań, ale pod koniec socjalizmu obejmował już setki tysięcy ludzi! Byli tajnie wyświeceni nielegalni biskupi (tu najlepiej znany bp Jan Chryzostom Korec, jezuita, znany z nazwiska już w czasie socjalizmu, późniejszy kardynał), tajni księża (tu z kolei wielka rola biskupa krakowskiego Karola Wojtyły), byli wreszcie zwykli ludzie organizujący się „od dołu” w kółka modlitewne, biblijne, rodzinne, często funkcjonujący bez żadnej pomocy ze strony księży, zarówno tych jawnych jak tajnych. Mało o nich wiadomo, mało też o nich pisze Anton Hlinka. Zjawisko jednak jest super ciekawe.

    Jako przykład podajmy ruch niepełnosprawnych i nieuleczalnie chorych Rodzina Niepokalanej. Zaczęło się w 1975 roku od siedmiu osób leżących w jednym ze szpitali słowackich, którzy usłyszeli wezwanie papieża Pawła VI do „ewangelizowania miłością”. W tej intencji zaczęli codziennie odmawiać różaniec. Później rozpoczęli Nowennę do Ducha św., coś zrozumieli i postanowili przyjąć swoje cierpienie jako dar Opatrzności Bożej. Po jedenastu latach w tym ruchu brało już udział 100 tysięcy osób. Do modlitwy doszły wspólne pielgrzymki. Wielu księży u tych niepełnosprawnych, po ludzku biedaczków odrzucanych przez społeczeństwo, szukało wsparcia duchowego. Wśród nich pojawiały się też osoby z autentycznymi osobowościami mistycznymi. Tak rodził się nowy Kościół.

    Ciekawe, że Hlinka bardzo negatywnie wypowiada się o dyplomacji watykańskiej, która przez lata prowadziła bezowocny dialog z komunistami, którzy każde spotkanie wykorzystywali propagandowo szumnie trąbiąc o prowadzonych rozmowach świadczących o normalizacji stosunków. Nic jednak z nich przez lata nie wynikało. Pierwszym czytelnym sygnałem ze strony Watykanu na temat sytuacji w Czechosłowacji, było dopiero potępienie przez Jana Pawła II ruchu Pacem in Terris, czyli kolaborujących z władzami księży.

    Jedynym podobieństwem do sytuacji w Polsce było zaciekłe tropienie przez ichniejszą służbę bezpieczeństwa niezależnej literatury. W przypadku Słowacji właściwie nie istniały katolickie wydawnictwa podziemne, natomiast przemycano z zagranicy literaturę religijną. Walczono z nią z użyciem całej surowości, słusznie uważając, że nieocenzurowane treści są dla systemu komunistycznego zabójcze.

    Siła słabych jest kroniką prześladowania Kościoła. To bardzo cenne, niezależnie od programowej chęci różnych środowisk do patrzenia w przyszłość kosztem pamięci historycznej. Jak we wstępie powiedział ks. prof. Marek Starowiejski: Zapominamy i to bardzo szybko. I to co było dobre, i to co było złe. A potem dziwimy się, że nie rozumiemy świata w którym żyjemy.[2] Dzięki Hlince poznajemy podstawową faktografię. Kronikarski charakter książki jest zazwyczaj jej zaletą, ale bywa wadą, bo niekiedy brakuje kontekstu, zapewne Słowakom dobrze znanego, nam zupełnie nie. Odświeżałem sobie historię religijną naszych południowych sąsiadów korzystając z doskonałej,  niesłusznie objętej rozsnuwającym się mrokiem niepamięci, pracy Bohdana Cywińskiego Ogniem próbowane,[3] a zwłaszcza jej rozdziałów poświęconych Słowacji.

    W podsumowaniu powiem tylko, że czytałem z zainteresowaniem, a fragmenty dotyczące lat osiemdziesiątych z fascynacją. Szczególnie interesujący jest osobny podrozdział dotyczący „Kościoła podziemnego” – autor pilnie stara się nie używać tego terminu w przekonaniu, że Kościół jest jeden, ale dla mnie precyzyjnie nazywa on to zjawisko nowych form życia religijnego. Wielkim plusem ułatwiającym korzystanie z tej książki jest indeks osobowy, coraz rzadziej pojawiający nawet w poważnych pracach. Także zwraca uwagę bardzo ładna okładka. Dodatkowo wielkie uznanie dla księdza Artura Sobótki, który był spiritus movens wydania Siły słabych i słabości silnych, dzięki niemu otrzymaliśmy tę ciekawą pracę wypełniającą lukę w polskiej historiografii. Moja ocena końcowa książki to 10/10 dodatkowo zaliczam do „sił sensu” za podjęcie trudnego, a w Polsce zupełnie zapomnianego tematu brutalnych represji komunistycznych wobec Kościoła.

    Anton Hlinka, Siła słabych i słabość silnych. Prześladowanie Kościoła na Słowacji 1945-1989, Wydawnictwo Petrus Kraków 2013, tłumaczenie ks. Artur Sobótka.



    [1] Termin co prawda dotyczy Kościoła działającego na terenie imperium sowieckiego na Litwie, Łotwie, Białorusi i na Ukrainie. W Polsce termin upowszechniony dzięki ciekawej książce Krzysztofa Renika Podpolnicy.

    [2] Cytat pochodzi ze strony 5 Siły słabych i słabości silnych. Ksiądz profesor Marek Starowiejski jest specjalistą od patrologii, czyli historii o tysiąc kilkaset lat wcześniejszej od tu opisywanej. Problem niepamięci rozumie jednak lepiej niż większość historyków doby najnowszej. Wstęp przez niego napisany jest z tego powodu wartością samą w sobie, czytałem go z ogromna przyjemnością i uznaniem. Szacunek.

    [3] Bohdan Cywiński, Ogniem próbowane, t. I Korzenie tożsamości, t. II „… i was prześladować będą”, Lublin Rzym 1990.

  • Militaria

    Wspomnienia artylerzysty

    Stanisław Truszkowski, Mój wrzesień, recenzjaWspomnienia Stanisława Truszkowskiego mają kapitalne znaczenie dla zrozumienia kampanii wrześniowej. Wiele osób zadaje sobie pytanie, jak polska armia, bitna, dobrze wyszkolona, przygotowana do wojny tak sromotnie kampanię przegrała. Oczywiście, Niemcy posiadali przewagę ilościową i techniczną. Po ich stronie był czynnik zaskoczenia i bardzo sprzyjający układ granicy, umożliwiającej okrążenie wojsk polskich. Tej wojny nie można było wygrać i polscy sztabowcy zdawali sobie z tego sprawę, ale powinniśmy ją przegrać znacznie lepiej. Co zadecydowało o sromotnej klęsce? Przecież gdzieś po tygodniu walk, niezależnie od lokalnych sukcesów w obronie, wojna była strategicznie przegrana, a nasza obrona zdezorganizowana. Jakie czynniki na to wpłynęły?

    Z poziomu makro mniej więcej wiemy, jak do tej klęski doszło. Z poziomu mikro jest już gorzej. Dlaczego nawet lokalnie nie udało się ustabilizować naszej obrony?

    Stanisław Truszkowski był artylerzystą, dowódcą baterii w 1 pułku artylerii lekkiej przynależnym 1 Dywizji Piechoty Legionów. Zwłaszcza jego tom wspomnień Mój wrzesień jest z punktu widzenia tych pytań bardzo ciekawy. Kilka epizodów zasługuje na przytoczenie.

    Najbardziej wrył mi się w pamięć moment, kiedy jego dywizjon prowadził walkę artyleryjską z Niemcami. Nic nie było rozstrzygnięte. Wymiana ognia pozwalała przewidywać sukces. W tym momencie pojawił się nad polskim pozycjami niemiecki samolot rozpoznawczy, bezkarnie przeleciał na pułapie powyżej ognia polskich cekaemów przeciwlotniczych. Jest jasne, że posiadając takiego obserwatora, lada moment Niemcy wstrzelili się w pozycje polskiej artylerii i nastąpiła jej zagłada. Pozostała natychmiastowa ewakuacja, a polska piechota została bez wsparcia artyleryjskiego. Co z tego, że posiadaliśmy mniej więcej podobną artylerię, skoro nie mogła ona nawiązać równorzędnego pojedynku. Zadecydował jeden malutki samolocik obserwacyjny artylerii, któremu nie byliśmy się w stanie przeciwstawić. Zabrakło własnego lotnictwa myśliwskiego, a nawet jeśli jeszcze funkcjonowało lotnictwo armijne, to poza możliwością realnej łączności, zabrakło także efektywnej obrony przeciwlotniczej jednostek w polu. W efekcie, w tej potyczce, tak jakbyśmy artylerii nie mieli. To dużo tłumaczy.

    Drugi epizod dotyczył artylerii 41 DP rez. w boju pod Różanem. Mimo iż dywizja ta nie była w pełni zmobilizowana, to akurat pod Różanem dysponowała kilkoma bateriami artylerii i dobrze usytuowanym plutonem artylerii pozycyjnej. Jako improwizowany dowódca pojawił się tam Truszkowski i ze zdumieniem skonstatował, że nasza artyleria milczy. Zabrakło jej dowódcy, dywizja jak wspomniałem nie zakończyła mobilizacji i nie było obsadzone stanowisko dowódcy artylerii dywizyjnej, nie było zatem także rozkazów, wyznaczenia celów itd. Niemcy wybrali czas i miejsce uderzenia trafiając na nie przygotowane jeszcze do walki oddziały (późna mobilizacja). I znów, co z tego, że mieliśmy artylerię, nawet na niezłych pozycjach, jak organizowaliśmy jej strzelanie z dużym opóźnieniem i to pod ogniem. Zabrakło tylko jednego człowieka. Być może to brak efektywnego wsparcia polskiej obrony zadecydował o porażce pod Różanem?

    Wreszcie trzeci epizod. Artyleria 1 DP nie walczyła za często. Na szczęście, ponieważ w trakcie długiego odwrotu, straciła ona swoją kolumnę amunicyjną i bieżącego zapasu w jaszczach nie byłoby czym uzupełnić. Chaos ciągłego odwrotu, gubionych lub porzucanych taborów był losem wielu polskich jednostek. W efekcie dość często występowały braki w amunicji.

    Stanisław Truszkowski, Z dni pokoju i wojny 1921-1939, recenzjaSwój szlak bojowy Truszkowski zakończył na Lubelszczyźnie. Jego bateria była w komplecie, zdolna do boju, nawet posiadała niewielką, ale zawsze, ilość amunicji. Cóż tego, skoro cała 1 DP straciła już zdolność do walki i do przebijania się dalej na południe. Niemcy byli szybsi, nie pierwszy raz stawali na drodze odwrotu tej dywizji. Pod Kałuszynem jeszcze dywizja miała wystarczająco dużo sil, żeby zmieść niemiecki pułk, po następnych kilku dniach odwrotu i walki w okrążeniu nie miała już siły, żeby osłaniać i wykorzystywać własną  artylerię. Zawsze Niemcy byli przed nami i zagradzali drogę odwrotu. Nogi piechura przegrywały z niemieckimi samochodami i czołgami.

    Oprócz wspomnień wojennych Truszkowski napisał też ciekawe wspomnienia z okresu pokoju, zwłaszcza okres wileński w 1 DPLeg. daje sporo do myślenia.

    Stanisław Truszkowski, Mój wrzesień, LSW Warszawa 1959.

    Stanisław Truszkowski, Z dni pokoju i wojny 1921-1939, WMON Warszawa 1983.

  • Militaria

    Opowieść o Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ

    Elżbieta Cherezińska, Legion, recenzjaPierwsze uczucie, które pojawiło się jeszcze przed lekturą książki, to uznanie dla odwagi Elżbiety Cherezińskiej. Autorka posiadająca niemały dorobek odważyła się podjąć temat Narodowych Sił Zbrojnych, organizacji wojskowej przez lata opluwanej, której odmawiano czci i wiary. W czasach PRL był to symbol wszystkiego najgorszego, a również w wolnej Polsce, dla środowisk liberalnych, to symbol nacjonalizmu, antysemityzmu i mordów bratobójczych. Dla pełności obrazu dodajmy, że także władze emigracyjne miały poważne wątpliwości co do postawy Brygady Świętokrzyskiej, podejrzewając ją, częściowo słusznie, o współpracę z Niemcami i bodaj dopiero w latach sześćdziesiątych przyznały im uprawnienia kombatanckie. Zabrać się za taki temat, kiedy nadal można snuć dużo bezpieczniejsze opowieści z czasów piastowskich, wymagało odwagi i determinacji. Szacunek. Z góry mówię, że zaliczam książkę do elitarnej grupy „sił sensu” właśnie za śmiałość w płynięciu pod prąd opinii mainstreamowych.

    Widać w Legionie chęć do napisania swoistej epopei. Autorka przedstawia na szerokim tle panoramę zarówno losów jednego z oddziałów partyzanckich, historię dyskusji w Komendzie Głównej Narodowej Organizacji Woskowej, później NSZ, trudne losy zjednoczenia z Armią Krajową, argumenty jego przeciwników, ale też trochę faktów związanych z tymi, którzy do AK się przyłączyli, wreszcie rzecz dla publiczności najciekawszą, czyli losy Brygady Świętokrzyskiej NSZ. Myślę, że większość czytelników potraktuje Legion jako dostarczyciela wiadomości historycznych na temat bardzo kontrowersyjnych wyborów dowództwa Brygady Świętokrzyskiej NSZ. Można się spodziewać renesansu zainteresowania jej dziejami, bowiem bardzo ostatnio popularny Piotr Zychowicz w Obłędzie ’44 ocenia ją absolutnie wzorowo.

    Dla mniej wtajemniczonych czytelników tego bloga powiem, że chodzi o współpracę tej brygady z Niemcami od końca roku 1944. Zawarto mianowicie z niemieckimi dowódcami niższego szczebla swoiste porozumienie o nieagresji, umożliwiające Brygadzie na zapleczu frontu wschodniego ewakuację na Zachód. Były też epizody bardziej czynnej współpracy, jak wyekspediowanie we współpracy z Niemcami skoczków spadochronowych wywodzących się z NSZ w celu organizacji antykomunistycznej partyzantki po drugiej stronie frontu. Chwała Cherezińskiej, że nie przemilczała również takich szczegółów, podobnie jak nie pominęła występujących w tym środowisku mordów skrytobójczych własnych dowódców, z powodu, jak możemy się tylko domyślać, różnic w strategii politycznej.

    Dobra orientacja Cherezińskiej w sprawach podziemia narodowego nie przekłada się na cały kontekst działań jej bohaterów. Uderzyły mnie zwłaszcza jej opinie na temat kampanii wrześniowej nieodmiennie przedstawianej jako ciąg tchórzostwa żołnierzy i niekompetencji dowództwa. To całkowita nieprawda. Pozytywnie zachowywali się tylko późniejsi członkowie Narodowej Organizacji Wojskowej i Związku Jaszczurczego. Generalnie to także nie do końca prawda. Pułkownik Oziewicz, jeden dowódców NOW i pozytywna postać książki, w rzeczywistości należał do niechlubnej grupy oficerów, którzy pozostawili samopas swoje jednostki. On porzucił dowodzoną przez siebie 29 DP i ewakuował się na Litwę (z Armii „Prusy”), czyli w dokładnie odwrotnym kierunku niż jego dywizja i wszystkie pozostałe jednostki Wojska Polskiego. Do niepotrzebnych książce panegiryków zaliczam tekst na stronie 281, z którego wynika, że Oziewicz został na Litwę „skierowany”. Bliższe prawdy jest stwierdzenie prof. Wieczorkiewicza, niekwestionowanego autorytetu w badaniach nad kampania wrześniową, że po prostu „dał drapaka” na Litwę.

    Poza tym przeszkadzało mi kilka drobnych potknięć świadczących, że autorka zupełnie nie opanowała realiów wojny 1939 roku. Jeden z jej bohaterów strzela wtedy z automatu. Oj chciałoby się, żeby polskie wojsko miało wtedy automaty, niestety „Morsy” były wtedy dopiero w fazie prób przedprodukcyjnych. Z kolei wspomniany już płk Oziewicz nie mógł być internowany na Litwie przez Sowietów, bo ich wtedy jeszcze tam nie było. Internowali go Litwini, Rosjanie weszli tam nieco później. Kierowana negatywnymi uprzedzeniami wobec  kampanii wrześniowej wypaczyła nieco losy Pociągu Pancernego „Poznańczyk”, w którym służył jej kolejny bohater, por. Jaxa. Prowadził on ciężkie walki pod Warszawą i w czasie walk został zniszczony, a nie bezdurno porzucony przez rozpierzchającą się załogę. Pozostaje mieć nadzieję, że w sprawach okupacyjnych, na których mniej się znam, autorka takich błędów nie popełniła.

    Na rzetelność historyczną dodatkowy cień rzuca także fakt, że autorka oparła swoje dociekania o dokumenty i opracowania wytworzone w kręgu podziemia narodowego, siłą rzeczy o charakterze panegirycznym, stąd takie dziwadła, jak w odniesieniu do płk. Oziewicza, czy czarnej legendy kampanii wrześniowej, ale też niezamierzenie śmieszne fragmenty, kiedy kierownictwo Związku Jaszczurczego, jak dobra wróżka, przewiduje przyszłość (s 330 i następne). Rozumiem, że autorka obdarzyła swoich bohaterów sympatią pozytywnie przedstawiając ich motywacje. Szkoda, że niekiedy uległa białej legendzie lub mimowolnie zajęła stanowisko w starych sporach z przeszłości. Tak się stało na przykład wtedy, gdy pisze o celach NSZ, polegających na unikaniu zaczepnych operacji wobec okupacyjnych sił niemieckich, co było, zwłaszcza po zakończeniu wojny, przedmiotem różnych sporów. Jednak przedstawiając akcje zgrupowania NSZ por. Zub-Zdanowicza opisuje właśnie przede wszystkim akcje skierowane przeciwko Niemcom. Do wyjątków należy zlikwidowanie pod Borowem powiązanej z AL./GL grupy bardziej kryminalnej niż partyzanckiej. Chwała Cherezińskiej za przedstawienie tego wydarzenia, ale to był ewenement. To powojenne spory na temat linii politycznej AK versus NSZ spowodowały takie przesunięcie akcentów w postrzeganiu NSZ. Faktografia przedstawiona w Legionie to potwierdza.

    Ogólna ocena książki jest jednak wysoka. Autorka nie stosowała przemilczeń, dała głos odsądzanym od czci i wiary, wykazała się przy tym niemałą odwagą. Rozumiem również, że książka, będąca odpowiedzią na czarną legendę NSZ, niektóre fakty przedstawia przez „różową szybkę”. Na mój gust książka jest zbyt rozwlekła, za dużo w niej epizodów, często marginalnych dla przedstawianych spraw. Mimo to czytałem z zaangażowaniem. Dla mnie 9/10

    Elżbieta Cherezińska, Legion, Zysk i S-ka Poznań 2013.

  • Militaria

    Polski karabin przeciwpancerny, czyli o sukcesie słów kilka

    Michał Mackiewicz, Kb ppanc wz. 35, kb sp wz. 38M, pm Mors wz. 39, Wielki Leksykon Uzbrojenia Wrzesień 1939, t. 42 EdipresseKolejna nota również dotyczy Wielkiego Leksykonu Uzbrojenia. Tym razem o tomiku poświęconemu polskiemu karabinowi przeciwpancernemu i prototypom innego uzbrojenia strzeleckiego.

    Zainspirował mnie do napisania tej notki jeden szczegół związany z projektem polskiego karabinu przeciwpancernego. Jak wiadomo projekt samego karabinu wykonał inż. Józef Maroszek. Był on absolwentem Politechniki Warszawskiej na kierunku uzbrojenie Wydziału Mechanicznego tej uczelni. Stworzenie tego kierunku zostało zainspirowane przez polskie władze wojskowe. Maroszek studia ukończył w 1932 roku pisząc prace dyplomową o uproszczeniu technologicznym karabinka wz. 29 (czyli wersji rozwojowej znanego Mausera). Już w roku 1935, a więc trzy lata od ukończenia studiów inż. Maroszek stworzył doskonały prototyp nowej broni zaakceptowany przez Komitet do Spraw Uzbrojenia i Sprzętu (znany jako KSUS). Zamknął się w ten sposób cały cykl planowania wojskowego.

    Najpierw stworzono nowy kierunek studiów mający wykształcić nowe kadry dla polskiego przemysłu wojennego. Potem kierunek ten kończyli wybitni, jak widać, inżynierowie. Jeszcze później ci inżynierowie przerośli swoich mistrzów i projektowali nowe składniki uzbrojenia. Ten wieloetapowy cykl zamknął się w przeciągu kilkunastu lat odrodzonej Polski, która startowała w niepodległość nie posiadając żadnego przemysłu materiałów wojennych, nieliczne, przypadkowe kadry odziedziczone po zaborcach, żadnego doświadczenia, żadnego zaplecza projektowego. Startując z punktu zero wykształcono młodą kadrę inżynierską, zainspirowano nowe projekty, zbudowano zakłady wytwórcze materiałów wybuchowych, amunicji, karabinów i sporo innych. W kilkanaście lat. A było to jeszcze przed rozpoczęciem prac nad Centralnym Okręgiem Przemysłowym.

    Warto w tym miejscu dodać, ze projektu karabinu przeciwpancernego był projektem interdyscyplinarnym. Rdzeń sukcesu tkwił w specjalnie przygotowanej amunicji. Dla amunicji z kolei kluczowy był materiał wybuchowy miotający pocisk. Trzeba było wymyśleć coś zupełnie nowego i to zrobiono. Stworzono cząsteczkę prochu nitrocelulozowego o ziarnach trójkanalikowych. Zwiększało to progresywność prochu, czyli w miarę upływu czasu proch palił się coraz szybciej, dając szybki potężny wybuch, umożliwiający pociskowi osiągniecie ogromnej prędkości początkowej ok. 1300 m/s. W Skarżysku, w Fabryce Amunicji skonstruowano odpowiednia łuskę wytrzymującą ponadstandardowe przeciążenie. Na końcu skonstruowano karabin, efektywny i prosty w obsłudze, o czym powyżej.

    Łza się w oku kreci, jak porównać to z dorobkiem aktualnego 25-lecia.

    Michał Mackiewicz, Kb ppanc wz. 35, kb sp wz. 38M, pm Mors wz. 39, Wielki Leksykon Uzbrojenia Wrzesień 1939, t. 42 Edipresse Warszawa 2014.

  • Militaria

    Wspomnienia Kuropieski, oficera sztabu

    Józef Kuropieska, Wspomnienia oficera sztabu, 1934-1939

    Wspomnienia Kuropieski, oficera sztabu

    Bardzo ciekawa lektura, konieczna dla wszystkich interesujących się przedwojennym wojskiem i kampanią wrześniową. Najciekawsze fragmenty dotyczą studiów w Wyższej Szkole Wojennej, służby w sztabie 22 DP Górskiej dowodzonej w latach trzydziestych przez gen. Borutę Spiechowicza oraz kampanii wrześniowej, podczas której Kuropieska był oficerem sztabu GO „Bielsko” składającej się z 6 DP gen. Bernarda Monda (Kraków), 21 DP Górskiej gen. Józefa Kustronia (Bielsko) i 45 DP rez., która ostatecznie do grupy nigdy nie dotarła.

    Cenny w tych wspomnieniach jest opis studiów w WSWoj. Otrzymujemy dość dokładny schemat całych kształcenia oficerów podyplomowych. Także wiele szczegółów związanych z poszczególnymi ich elementami, jak np. podróże polowe, podczas których kursanci mieli do swojej dyspozycji cały pociąg. Do tego dochodzą interesujące portrety wykładowców. Ciekawe, że do najinteligentniejszych zaliczał się płk Mossor, skądinąd bliski współpracownik gen. Kutrzeby. Kiedy jednak przyszło do działań sztabowych imitujących warunki realne, Mossor wypadł dość słabo.

    Z czasów służby w sztabie 21 DP Gór. najciekawsze są informacje o szkoleniach, za przygotowywanie których był właśnie odpowiedzialny Kuropieska. Uderza brak szkoleń przeciwpancernych, a te, które się odbywały niejako „na sucho”, bez obecności czołgów, były dość żenujące. Żołnierzy mianowicie instruowano, że sposobem na powstrzymanie czołgu jest strzelanie w jego przezierniki obserwacyjne. Nic dziwnego, że w czasie walk, spotkanie z czołgami, zwłaszcza w pierwszych dniach kampanii, wzbudzało przerażenia i popłoch. Na ćwiczeniach bowiem nigdy z taką sytuacją nie mieli do czynienia.

    Druga sytuacja też dotyczyła broni pancernej, tym razem chodziło o ćwiczenie aplikacyjne, polegające na tym, że polska dywizja piechoty jest atakowana przez radziecki korpus zmechanizowany. Ćwiczenie obnażyło słabość polskiej obrony i brak przygotowania dowódców do takiej sytuacji. Ostatecznie skończyło się kontynuowaniem obrony, ale z założeniem wsparcia odwodu przeciwpancernego lub czołgowego z poziomu dowództwa armii. Trzeba tylko dodać, że w tamtym czasie (1937 rok) pułk posiadał 3 działka ppanc. 37 mm i nie istniała dywizyjna kompania ppanc. Co ciekawe, przyczyną tego ćwiczenia było zalecenie MSWoj., aby w roku 1937/1938 przeprowadzić ćwiczenia z założeniem obrony przed uderzeniem pancernym. Dodajmy tylko, że owo zadanie szkoleniowe ujawniło poważną trudność w przemieszczaniu jednostek przeciwpancernych, bynajmniej nie z racji na ich ilość, ale z powodu trakcji konnej wrażliwej na ostrzał przeciwnika.

    Opinie Kuropieski na temat organizacji dowodzenia w grupie operacyjnej dają dużo do myślenia. Inaczej niż w innych przypadkach, dowództwo grupy zostało zorganizowane już w kwietniu, nie była to zatem, jak w większości przypadków grupa improwizowana. Cóż z tego skoro dowódca grupy nie miał żadnych uprawnień dowódczych wobec podległych mu jednostek, żadnego budżetu, czyli jak wtedy się mówiło, żadnych „kredytów”, a zadanie miał zarysowane bardzo ogólnikowo. Wbrew jednak „czarnowidztwu” udało się pozycję śląską całkiem nieźle przygotować do wojny.

    W ogóle czytając te wspomnieniami miałem nieodparte wrażenie, że ich autor się zwyczajnie „mądrzy” udzielając po fakcie różnych dobrych rad i poddając w wątpliwość wiele ówczesnych decyzji. Tak było w odniesieniu do decyzji wycofania się ze Śląska, którą zdecydowanie krytykował jako przedwczesną, nie podzielając zaniepokojenia dowódcy armii sytuacją pod Pszczyną. Niestety niskie stanowisko w hierarchii dowodzenia i brak zainteresowania studiami nad sytuacją Armii „Kraków” w pierwszych dniach września prowadziła go do błędnych wniosków. Istotnym powodem wycofania się Armii „Kraków” z pozycji śląskiej nie była porażka pod Pszczyną, ale groźba obustronnego okrążenia Armii. Tego nie było widać ze sztabu GO „Bielsko”, nie przeszkadzało to jednak w ferowaniu zdecydowanych sądów. Przedwczesnych.

    Stałą manierą Kuropieski jest krytykowanie wszystkich oficerów liniowych, zwłaszcza generałów. Nawet tym których lubi, jak Borutę-Spiechowicza, przypina jakąś łatkę, w przypadku tego ostatniego tym to mniej eleganckie, że Borucie ma dużo do zawdzięczania. Generał bowiem ściągnął go na szefa III Odziału sztabu swojej Grupy Operacyjnej, mimo iż był w dopiero w randze kapitana (oczywiście dyplomowanego). Przedtem był I oficerem sztabu 22 DPG, którą dowodził wtedy też gen. Boruta-Spiechowicz. Boruta dawał mu dużo samodzielności, cenił jego zdanie, często podążał za jego radami.

    Być może wpływ na oceny Kuropieski miało jego stanowisko generalskie w LWP, które niejako z urzędu nakazywało krytycyzm wobec przedwojennego wojska. Nakazuje to z ostrożnością podchodzić do jego sądów.

    Lekturą poważnie utrudnia brak jakiegokolwiek indeksu.

    Józef Kuropieska, Wspomnienia oficera sztabu, 1934-1939, WMON Warszawa 1972

  • Militaria

    Piechota II RP

    Zdzisław Jagiełło, Piechota Wojska Polskiego 

1918-1939, recenzjaKsiążka czekała na przeczytanie i w końcu się doczekała. Do zasadniczych zalet zaliczam kompleksowość ujęcia wszystkich zagadnień piechoty okresu międzywojennego. Nie obyło się tu niestety bez istotnych opuszczeń.

    Struktury organizacyjne w podstawowym zarysie piechota zachowała niezmienne, właściwie przez cały okres. Począwszy od 1921 roku, kiedy zawarto traktat wojskowy polsko-francuski, w którym Polska zobowiązywała się do utrzymania 30 czynnych dywizji piechoty, ta ilość się nie zmieniała. Szkoda, że autor milczy o tym, co się zasadniczo zmieniało, czyli o planie mobilizacji dywizji rezerwowych. Ostatecznie w 1939 roku wystawiliśmy ich 9. Wcześniej jednak planowano zupełnie inne ilości. W planie mobilizacyjnym W2 znajdowało się tylko 6 dywizji rezerwowych, zatem trzy wystawiono poza planem. Były momenty, kiedy planowano nawet 30 dywizji rezerwowych. Warto by było prześledzić proces zmian tych koncepcji.

    Precyzyjnie zostało omówione szkolnictwo wojskowe z uwzględnieniem wszystkich zmian w czasie. Od 1922 roku polska armia przeszła na pokojowy system szkolenia oficerów: aby nim zostać kandydat musiał mieć wykształcenie średnie i skończyć 3-letnią szkołę podchorążych (tak nazywano szkoły oficerskie). Zajęcia były zorganizowane w taki sposób, aby w półroczu zimowym zajmować się szkoleniem teoretycznym, a w półroczu letnim praktycznym w jednostkach wojskowych. Początkowo Szkoła Podchorążych Piechoty znajdowała się w Warszawie, w dawnym budynku rosyjskiego Korpusu Kadetów (dziś w tym miejscu funkcjonuje Kancelaria Premiera). Po 1926 roku szkołę przeniesiono do Komorowa k/Ostrowi mazowieckiej, do dużego kompleksu koszarowego z zapleczem poligonowych, którego tak brakowało w Warszawie. Funkcjonowała również w Bydgoszczy Oficerska Szkoła dla Podoficerów o dwuletnim cyklu kształcenia, która oprócz wiedzy wojskowej dostarczała lub wyrównywała wykształcenie ogólne do poziomu szkoły średniej, później jak wszystkie inne szkoły oficerskie przemianowana na Szkołę Podchorążych dla Podoficerów. Kształciła ona oficerów także dla innych niż piechota broni. Warto sobie także uświadomić, jaka była skala tego kształcenia: Szkoła Podchorążych Piechoty wypromowała w czasie II Rzeczpospolitej 5300 oficerów, a ta dla podoficerów wykształciła ponad 1200 oficerów, w tym blisko 800 dla piechoty, po 200 dla kawalerii i artylerii oraz 50 dla lotnictwa. Należy dodać, że dodatkowymi szkoleniami dla oficerów awansujących na wyższe stopnie i dowodzących coraz większymi oddziałami zajmowało się Centrum Wyszkolenia Piechoty w Rembertowie, przez kursy tam organizowane przeszło ponad 6000 oficerów.

    Omawiając działalność Centrum Wyszkolenia Piechoty autor podaje, że w 1933 roku prowadzono prace nad motoryzacją batalionu piechoty, które zakończyły się precyzyjnymi wnioskami, łącznie z przydziałem ludzi do samochodów, sposobem transportu uzbrojenia i etatem samochodów na takie potrzeby. Podobnie później przeprowadzono demonstrację załadunku i transportu kompanii piechoty. Szkoda wielka, ze autor nie przedstawił szczegółowych wyników tych badań, byłoby to bardzo ciekawe, zwłaszcza w kontekście późniejszej motoryzacji pułków kawalerii.

    Piechota, podobnie jak cała reszta armii, w drugiej połowie lat trzydziestych przeszła program rozbudowy, niesłusznie powszechnie nazywany program modernizacji, przez Jagiełłę zresztą również. Niestety wywody Jagiełły na ten temat są przewrotne. Do tego samego worka wrzucane są koncepcje, wizje przyszłościowe, jak i przyjęte już do realizacji plany rozbudowy. Brak też precyzyjnego podsumowania, co do września 1939 zrobiono. Do tego autor nie ustrzegł się pewnych błędów. Dam przykład oczywisty, nie wiadomo np. skąd Jagiełło wziął pomysł wystawienia dwóch dywizjonów artylerii ciężkiej w dywizji piechoty (s. 71). W rzeczywistości zawsze planowano jeden dywizjon artylerii ciężkiej na dywizję, co prawda w większym składzie (trzy baterie po cztery armaty lub haubice) niż te wystawione w 1939 (dwie bateria po trzy działa i haubice), ale zawsze to był jeden dywizjon. Ponadto autor jednym tchem wymienia plan wystawienia plutonu podsłuchowego i radiowywiadowczego, myślę, ze chodzi o ten sam pluton, a i to planowany dopiero w 1942 roku, a więc w rzeczywistości bardzo odległej i planistycznie niepewnej.

    W ogóle Piechota Wojska Polskiego obfituje w ogromna ilość błędów, niejasności czy literówek. Wszystkich nie sposób przytoczyć. Podam kilka z tabel i schematów znajdujących się na początku książki: W Schemacie 13. Organizacja DP w sierpniu 1939 na stopie wojennej, występuje zmotoryzowany batalion przeciwlotniczy. Oj chciałoby się taki mieć. Nawet w prostym zestawieniu, jak w Tabeli 6. Skład i dyslokacja dowództw DP, pojawiają się literówki, dwa razy występuje 2 psp, w rzeczywistości w 21 DP znajdował się 1, 3 i 4 psp, podobnie dwa razy występuje 29 pp, w omyłkowo podanym chodzi o 49 pp w składzie 11 DP (Karpackiej, płk. Prugara-Ketlinga). Z kolei w schematach poświęconych organizacji dywizji, pułku i batalionu piechoty w 1921 roku (Schematy 4., 5., 6.), z dużą swobodą raz pojawia się kompania ckm w batalionie, a raz nie. Zdumiewa, że autor nie zauważa, że dane dotyczące szkolenia na specjalistycznych kursach w CWPiech. które podaje w tekście są zupełnie niekompatybilne z danym na tej samej stronie (109) w Tabeli 14. Trudno nie zauważyć na przykład, że w całym dwudziestoleciu wykształcono tam mniej oficerów kawalerii niż w samych latach trzydziestych. Coś się grubo nie zgadza. Bez dostępu do źródeł archiwalnych nie sposób takich problemów rozstrzygnąć, ale niestety takie sytuacje wiarygodność danych publikowanych w tej książce mocno podważają.

    Autor miał także tendencję do powtórzeń, o wydatkach państwa polskiego na wojsko w latach 1918-1939 wynoszących 15 mld zł wobec niemieckich 90 mld marek, co dawało kwotę 200 mld czytałem trzy razy. Podobnie wielokrotnie czytałem o braku granatu ppanc., karabinu samopowtarzalnego i lunet dla strzelców wyborowych. Abstrahując od powtórzeń, to jeżeli tylko takie polska piechota miała braki w uzbrojeniu strzeleckim, to tylko pogratulować jej szefom. Podobnie autor do znudzenia powtarza banalną informację, że pułk piechoty składał się z trzech batalionów, w całej pracy nie nadmienia jednak, że dwa pułki piechoty miały po cztery bataliony. Wracając do wspomnianych braków w uzbrojeniu, karabinu samopowtarzalnego nie wprowadzano do uzbrojenia planowo, podobnie jak nie zwiększano nasycenia oddziałów bronią maszynową, zakładano takie dozbrojenie w momencie, kiedy będziemy w stanie produkować odpowiednią ilość amunicji, czyli w roku 1941, co z kolei wynikało z planu rozbudowy przemysłu zbrojeniowego. Czy więc na pewno był to brak?

    Ogólnie biorąc praca jest bardzo przydatna z powodu całościowego ujęcia problematyki. Niestety w wielu miejscach niejasna, z pewną ilością błędów i z małym stopniem sproblematyzowania. Ogólna ocena 6/10

    Zdzisław Jagiełło, Piechota Wojska Polskiego 1918-1939, Bellona Warszawa 2007.

  • Militaria

    Polskie minowce, polskie stocznie

    Blog miał być o książkach, a chwilowo zamienił się w blog filmowy. Tym razem o książce, notka lekko spóźniona, ale dobrze oddaje, czym się aktualnie zajmuję. Lada moment zacznie się odrabianie zaległości.


    Marcin Wawrzynkowski, Minowce typu Jaskółka, Wielki Leksykon Uzbrojenia Wrzesień 1939 t. 20Od długiego czasu zbieram się, aby napisać coś o serii wydawniczej Wielki Leksykon Uzbrojenia Wrzesień 1939. Przedsięwzięcie zbliża się do końca, ale lepiej późno niż wcale. Oceniam je bardzo wysoko, zebranie wokół tego pomysłu najlepszych autorów dało w efekcie prace znacznie przewyższające swoją wartością to, czego moglibyśmy oczekiwać od kolorowych zeszycików. To rewelacyjne kompendium wiedzy o polskiej armii okresu dwudziestolecia międzywojennego. Uwagi mam jedynie do strony ilustracyjnej. Publikowanie ogromnych zdjęć na cała rozkładówkę wydaje się mało uzasadnione, zwłaszcza gdy robi się z tego świętą zasadę wydawniczą, bo niekiedy nie dysponujemy zdjęciami stosownej jakości do takiego powiększenia. Natomiast kosztem tych zdjęć przydałoby się więcej tekstu, zwłaszcza, że w przypadku wielu elementów uzbrojenia przez wiele najbliższych lat nic się więcej nie napisze ponad to, co znalazło się w Leksykonie. Ale to tylko łyżka dziegciu w beczce miodu.

    W przypadku minowców zafascynował mnie fakt, że były to pierwsze okręty wojenne wybudowane w Polsce. Bez licencji (jak w przypadku działek ppanc. 37 mm), bez współpracy obcych specjalistów, bez kopiowania cudzych wzorów.

    Proces produkcyjny zorganizowano tak, aby zminimalizować eksport i jednocześnie poprzez zamówienia na polskim rynku stworzyć podwaliny polskiego zaplecza przemysłowego do budowy kolejnych okrętów lub statków na potrzeby cywilne. Niekiedy przekonywano polskie firmy do podjęcia zamówienia (jak w przypadku mebli stalowych), niekiedy tolerowano braki i modyfikacje już zamontowanego na okrętach sprzętu (jak w przypadku pomp elektrycznych). Przyjęto zasadę, że akceptowane są polskie oferty o ile przekraczają poziom cenowy ofert zagranicznych nie więcej niż o 10%.

    Pierwsza partię (4 sztuki) budowano w trzech różnych miejscach, dwa w modlińskiej stoczni rzecznej („Czajka” i „Rybitwa”), po jednym w warsztatach portowych Marynarki Wojennej w Gdyni („Jaskółka”) i w Stoczni Gdyńskiej („Mewa”). Pierwotnie przewidziana do produkcji całego zamówienia stocznia modlińska nie miała wystarczających mocy przerobowych. Od nazw okrętów zwano je pieszczotliwie „ptaszkami”

    Pomysł został zrealizowany doskonale. Projekt autorstwa inż. inż. Aleksandra Potyrały i Dominika Małeckiego był bardzo udany, a proces budowy przebiegał bez większych zakłóceń. Okręty okazały się bardzo eleganckimi, dzielnymi na morzu jednostkami, weszły do służby w końcu 1935 roku. Uzbrojone w armatę 75 mm Schneidera wz. 28, dwa ckm przeciwlotnicze 7,92 mm Maxima.

    Nic dziwnego, że podjęto decyzję o wybudowaniu kolejnych dwóch jednostek („Czapla” i „Żuraw”). Tutaj jednak zaczęły się schody, bo zwodowane jednostki okazały się awaryjne. Kłopoty wystąpiły zwłaszcza z silnikami budowanymi przez PZInż. na licencji szwedzkiej. W efekcie w czasie kampanii wrześniowej były prawie nieprzydatne. Nasuwa się refleksja, że być może wysiłek włożony w uruchomienie polskiego przemysłu stoczniowego był chybiony. Od zwodowania okrętów do ich wcielenia do Marynarki Wojennej upłynął rok, strawiony na walkę z awariami silników i maszynki sterowej. Choć trzeba przyznać, że proces budowy był szybszy niż pierwszej serii. Na dodatek silniki PZInż. dostarczył z opóźnieniem. Tak jakby nie opanował produkcji, a nawet zapomniał, czego się nauczył przy produkcji pierwszych dwóch silników dla wcześniejszej partii minowców (dwa silniki dostarczyli Szwedzi w ramach umowy na zakup licencji).

    W zeszycie po macoszemu potraktowano kwestię uzbrojenia. Wiadomo na przykład, że drugiej partii minowców przewidziano armatę 75 mm, autor nie zamieścił informacji, że chodziło o model Canona Mle 1928, który nie został na czas dostarczony i w efekcie zamontowano stare działo 75 mm wz. 97 (dlaczego określane jako „uniwersalne”?) na podstawie morskiej, prawdopodobnie ze starych zapasów artylerii wojsk lądowych. Ale czy w tym przypadku Wikipedii można wierzyć? Niestety autor skazał nas na domysły nie zamieszczając stosownych informacji. Co do uzbrojenia przeciwlotniczego napisał „przewidziano” zdwojone nkm 13,2 mm Hotchkissa, a jakie zamontowano i czy w ogóle? Sprawa niebanalna z racji na udział minowców w bitwie powietrzno-morskiej 1 września 1939 roku. Ponadto uwaga do redakcji: warto ujednolicić pisownię nazw okrętów – z cudzysłowem, czy bez, w różnych zeszytach jest rożnie.

    Doskonale został opisany udział minowców w walkach na polskim wybrzeżu. To wielki plus.

    Drobne braki nie przesłaniają bardzo pozytywnej oceny całości. Dla mnie 9/10 za owo nieszczęsne uzbrojenie i śladowe informacje o drugiej serii minowców.

    Marcin Wawrzynkowski, Minowce typu Jaskółka, Wielki Leksykon Uzbrojenia Wrzesień 1939 t. 20, Edipresse Warszawa 2013.