• Militaria

    Stanisław Sławiński, Armia „Pomorze”

    Kontynuuję przegląd dawno temu wydanych wspomnień związanych z kampanią wrześniową. Tym razem są to pamiętniki Stanisława Sławińskiego. Do wybuchu wojny był projektantem i inspektorem nadzoru budowlanego w Korpusie Ochrony Pogranicza. Przydział mobilizacyjny dostał do 27 pal, stamtąd trafił do sztabu 27 Dywizji Piechoty gen. Juliusza Drapelli. Ten zaś młodemu oficerowi rezerwy powierzył bardzo odpowiedzialna funkcję, mianowicie oficera łącznikowego 27 DP przy sztabie Armii „Pomorze”. Od tego momentu wspomnienia por. Sławińskiego robią się naprawdę ciekawe.

    W sztabie Armii „Pomorze” powierzono mu funkcje kuriera przewożącego rozkazy nie tylko do macierzystej 27 DP, ale również do innych wielkich jednostek. Dzięki temu poznajemy dramatyczne okoliczności rozbicia w korytarzu pomorskim 9 DP, pokiereszowania 27 DP i Pomorskiej BK. Szczególne wrażenie robi opis rozpaczliwej sytuacji wycofujących się jednostek natrafiających na barierę Wisły, gdzie nie czekają na nich żadne środki przeprawowe. Sławiński przedstawia ciekawą analizę przyczyn, które doprowadziły do saperskiej klęski, bowiem Armia „Pomorze” posiadała 1 września wystarczającą liczbę mostów saperskich i promów do zabezpieczenia efektywnego odwrotu swoich jednostek przez Wisłę. Zadecydowały błędy dowództwa Armii w zakresie lokalizacji mostu pontonowego i bierna postawa saperów w ostatnim momencie, kiedy obrona w korytarzu się zawaliła. Sławiński za tę wpadkę obciąża szefa saperów Armii „Pomorze” ppłk. Strumińskiego. (s.99-101, 110). Referuje też, co udało mu się ustalić odnośnie szarży pod Krojantami (s.60-61), jest to głos o tyle ciekawy, że autor sam nie był zaangażowany emocjonalnie w rozkazodawstwo dotyczące tej szarży. Obiektywizm jest tu wielce pożądany, ponieważ wiele szczegółów do tej pory budzi rozmaite wątpliwości.

    Drugi bardzo ciekawy okres działalności por. Sławińskiego odnosi się do walk części sił Armii „Pomorze” osłaniających tyły wojsk walczących nad Bzurą. Zwłaszcza chodzi tu o obronę Płocka przez 19 pp płk. Stanisława Sadowskiego (nie mylić z gen. Janem Sadowskim) pochodzący z rozczłonkowanej w transportach 5 DP gen. Juliusza Zulaufa.

    Książka warta przeczytania, pokazuje z jednej strony, jak wyglądały walki widziane przez młodszego oficera, z drugiej dostarcza niezwykle cennych informacji jak dowodzono Armią „Pomorze”. Na przykład okazuje się dzięki tym wspomnieniom, że podstawowym środkiem łączności między sztabem armii a poszczególnymi dywizjami była służba kurierów. To oczywiste, że przy szybkim tempie wydarzeń, zarówno sztab armii miał spóźnione informacje, jak i jego rozkazy również musiały być spóźnione i nieadekwatne do sytuacji, mimo najlepszej woli oficerów sztabu. W pierwszych dnia września sprawę ratowały obserwacyjne i łącznikowe loty samolotów, ale to też służba kurierska, tyle że szybsza. Co ciekawe, pisał o tym także Sławiński, tylko Kazimierz, autor książki o lotnictwie Armii „Pomorze”, a we wrześniu oficer w eskadrze obserwacyjnej działającej na rzecz tej armii. Oczywiście musi wprawiać w zdumienie brak łączności radiowej. W tym kontekście warto zwrócić uwagę, że radiostacji nie mieliśmy za dużo, ale jednak takowe były. To kolejny przyczynek do obrazu łączności podczas kampanii wrześniowej.

    Stanisław Sławiński, Od Borów Tucholskich do Kampinosu, Iskry, Warszawa 1969

  • Militaria

    Stanisław Sławiński, Armia „Pomorze”

    Kontynuuję przegląd dawno temu wydanych wspomnień związanych z kampanią wrześniową. Tym razem są to pamiętniki Stanisława Sławińskiego. Do wybuchu wojny był projektantem i inspektorem nadzoru budowlanego w Korpusie Ochrony Pogranicza. Przydział mobilizacyjny dostał do 27 pal, stamtąd trafił do sztabu 27 Dywizji Piechoty gen. Juliusza Drapelli. Ten zaś młodemu oficerowi rezerwy powierzył bardzo odpowiedzialna funkcję, mianowicie oficera łącznikowego 27 DP przy sztabie Armii „Pomorze”. Od tego momentu wspomnienia por. Sławińskiego robią się naprawdę ciekawe.

    W sztabie Armii „Pomorze” powierzono mu funkcje kuriera przewożącego rozkazy nie tylko do macierzystej 27 DP, ale również do innych wielkich jednostek. Dzięki temu poznajemy dramatyczne okoliczności rozbicia w korytarzu pomorskim 9 DP, pokiereszowania 27 DP i Pomorskiej BK. Szczególne wrażenie robi opis rozpaczliwej sytuacji wycofujących się jednostek natrafiających na barierę Wisły, gdzie nie czekają na nich żadne środki przeprawowe. Sławiński przedstawia ciekawą analizę przyczyn, które doprowadziły do saperskiej klęski, bowiem Armia „Pomorze” posiadała 1 września wystarczającą liczbę mostów saperskich i promów do zabezpieczenia efektywnego odwrotu swoich jednostek przez Wisłę. Zadecydowały błędy dowództwa Armii w zakresie lokalizacji mostu pontonowego i bierna postawa saperów w ostatnim momencie, kiedy obrona w korytarzu się zawaliła. Sławiński za tę wpadkę obciąża szefa saperów Armii „Pomorze” ppłk. Strumińskiego. (s.99-101, 110). Referuje też, co udało mu się ustalić odnośnie szarży pod Krojantami (s.60-61), jest to głos o tyle ciekawy, że autor sam nie był zaangażowany emocjonalnie w rozkazodawstwo dotyczące tej szarży. Obiektywizm jest tu wielce pożądany, ponieważ wiele szczegółów do tej pory budzi rozmaite wątpliwości.

    Drugi bardzo ciekawy okres działalności por. Sławińskiego odnosi się do walk części sił Armii „Pomorze” osłaniających tyły wojsk walczących nad Bzurą. Zwłaszcza chodzi tu o obronę Płocka przez 19 pp płk. Stanisława Sadowskiego (nie mylić z gen. Janem Sadowskim) pochodzący z rozczłonkowanej w transportach 5 DP gen. Juliusza Zulaufa.

    Książka warta przeczytania, pokazuje z jednej strony, jak wyglądały walki widziane przez młodszego oficera, z drugiej dostarcza niezwykle cennych informacji jak dowodzono Armią „Pomorze”. Na przykład okazuje się dzięki tym wspomnieniom, że podstawowym środkiem łączności między sztabem armii a poszczególnymi dywizjami była służba kurierów. To oczywiste, że przy szybkim tempie wydarzeń, zarówno sztab armii miał spóźnione informacje, jak i jego rozkazy również musiały być spóźnione i nieadekwatne do sytuacji, mimo najlepszej woli oficerów sztabu. W pierwszych dnia września sprawę ratowały obserwacyjne i łącznikowe loty samolotów, ale to też służba kurierska, tyle że szybsza. Co ciekawe, pisał o tym także Sławiński, tylko Kazimierz, autor książki o lotnictwie Armii „Pomorze”, a we wrześniu oficer w eskadrze obserwacyjnej działającej na rzecz tej armii. Oczywiście musi wprawiać w zdumienie brak łączności radiowej. W tym kontekście warto zwrócić uwagę, że radiostacji nie mieliśmy za dużo, ale jednak takowe były. To kolejny przyczynek do obrazu łączności podczas kampanii wrześniowej.

    Stanisław Sławiński, Od Borów Tucholskich do Kampinosu, Iskry, Warszawa 1969

  • Książki

    Margaret Mead ciągle aktualna?

    Margaret Mead, Kultura i tożsamość. Studium dystansu międzypokoleniowego, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2000, recenzja, okładkaDzięki studiom moich dzieci miałem możliwość zapoznania się ze współczesnym programem nauczania humanistyki. Jestem w wielu przypadkach pod bardzo negatywnym wrażeniem. Ilość przestarzałych ramot, jakie się wciska młodzieży jest zdumiewająca. A zdumienie jest jeszcze większe, jeśli jednocześnie mówi się o edukacji nakierowanej na przyszłość i metodologicznie bardzo poprawnie przedstawia się wszelkie możliwe podejścia. Ale jako egzemplifikację  tych – podkreślam – metodologicznie słusznych koncepcji podaje się zupełnie zdezaktualizowane diagnozy, mimowolnie dając sygnał, że już na etapie kształcenia akademickiego przyszłych pedagogów nie nadąża się za zmieniająca się rzeczywistością. Nawet jeżeli wykładowcy akademiccy podkreślają wagę kształcenia nakierowanego na przyszłość, to samemu nakierowani są na przeszłość, za teraźniejszością nie nadążając.

    Skoncentruję się tylko na jednym przykładzie.[1] Chodzi o ciągle popularną na wyższych uczelniach Margaret Mead, a zwłaszcza jej książkę Kultura i tożsamość. Studium dystansu międzypokoleniowego. Zapewne klarownie wyłożony w niej podział na kultury postfiguratywne, kofiguratywne i prefiguratywne jest ciągle atrakcyjny. Niestety jej diagnozy są już kompletnie zdezaktualizowane i mają wyłącznie znaczenie jako element historii myśli socjologicznej. W tym kontekście najciekawszy jest Rozdział III Przyszłość. Kultury prefiguratywne, czyli zagadkowe dzieci, który wbrew tytułowi jest analizą teraźniejszości, na podstawie której buduje prognozę na przyszłość oraz zawiera, niestety, mało konkretne postulaty wobec rzeczywistości edukacyjnej.

    Przede wszystkim Margaret Mead jest pod wrażeniem buntu młodzieży z 1968 roku. Twierdzi, że nic już będzie jak przedtem, że więź międzypokoleniowa została zerwana, że kultury postfiguratywne a nawet kofiguratywne odchodzą w przeszłość, a czekają nas wyzwania takiego modelu edukacyjnego, który będzie nakierowany na przyszłość, na wyzwania, które – ciągle nowe i nieoczekiwane – będzie dorosłym stawiała młodzież  (a dokładniej pisze o dzieciach). Tak jakby się spodziewała, że ów bunt będzie permanentny, tylko da się go skanalizować przez odpowiednia postawę dorosłych, którzy z zasady będą otwarci na nowe oczekiwania.

    Nawet ta podstawowa diagnoza okazała się nieprawdziwa. Bunt się wypalił i nigdy więcej się do dzisiaj nie powtórzył. Oczywiście są pewne zjawiska, które mają podobny charakter zanegowania istniejącej rzeczywistości, jak na przykład ruch antyglobalistyczny czy protesty przeciwko Acta, trzeba tylko zwrócić uwagę że nie maja one cech buntu młodzieżowego, ale mają zdecydowanie charakter międzypokoleniowy. Na ulice w protestach antyglobalistów wychodzi w większości młodzież (choć nie tylko), ale już ideologami tego buntu są dorośli z generacji ich rodziców czy wręcz dziadków z pokolenia 68. Co więcej, gdyby MM nie reagowała z pasją publicysty, tylko odczekała parę lat, to zobaczyłaby, że z ideologicznych postulatów rewolty poza wolnością seksualną niewiele się ostało. Ze sztandarów buntu wiało pustką. Na czym zatem miałaby polegać postulowana kultura prefiguratywna, jakie to oczekiwania powinna spełniać? Na jakie potrzeby powinna być nakierowana? O tym już MM nie pisze, chowając za jałowym poznawczo stwierdzeniem, że nie wiemy, jakie dzieci urodzą się w przyszłości.

    Także w drugorzędnych elementach diagnozy MM była bardzo zanurzona w swoim czasie. Przerażeniem napawał ją Wietnam i używanie groźnych dla człowieka środków owadobójczych (?). Jej pokolenie jako podstawową groźbę dla cywilizacji widziało broń jądrową i czymś niemożliwym do wyobrażenia była powszechna zagłada ludzkości spowodowana groźbą jej użycia. Czy którykolwiek z tych czynników dzisiaj jest dla nas istotny? Prawdziwym zagrożeniem dla cywilizacji jest terroryzm i fundamentalizm muzułmański. A o Wietnamie, zwłaszcza w kulturze masowej, mówi się jako o bohaterskim doświadczeniu amerykańskich chłopców walczących z podstępnym Vietcongiem. Jej fobie odeszły w przeszłość wraz z jej pokoleniem. Przekornie warto się tylko zastanowić, czy terroryzm nie ma charakteru pokoleniowego, bo głównie ludzie młodzi są jego nośnikiem. Czy wobec nich także miałaby zastosowanie kultura prefiguratywna?

    Na koniec jeszcze tylko jeden „kwiatek” pokazujący jak MM widziała zagrożenia dla współczesnego jej świata: rzekomo w Ameryce Łacińskiej istniała możliwość nagłego powrotu do archaicznej, dogmatycznej wiary, żądającej by wszyscy niewierzący byli prześladowani, torturowani i paleni żywcem. (s. 129) Nie mam nawet ochoty tego komentować. Choć dzisiaj tego typu poglądy nadal są obecne w Ruchu Palikota, a upowszechnia je prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego. Myśl akademicka wiecznie czujna. Pogratulować.

    Biorąc wszystko powyższe pod uwagę należałoby jasno powiedzieć, że Margaret Mead należy do historii socjologii i jedyne czego możemy się od niej dowiedzieć, to jak intelektualiści zareagowali na rewoltę studencka 1968 roku i jak dalece mijali się z rzeczywistością w swoich prognozach. Ciekaw jestem, gdzie funkcjonują kultury prefiguratywne, a zatem jaką rzeczywistość opisuje model Margaret Mead. Przypuszczam, że jest to tylko odzwierciedlenie jej fobii i nadziei nie mające żadnego związku z rzeczywistością. Dzisiaj jej diagnozy straciły na aktualności[2] a przesłanki, którymi się kierowała należą już tylko do przeszłości. Czy klarownie skonstruowana teoria dystansu międzypokoleniowego jest wystarczającym powodem, aby zamulać pamięć studentów zdezaktualizowanymi pomysłami nie opisującymi żadnej konkretnej realności?

    Margaret Mead, Kultura i tożsamość. Studium dystansu międzypokoleniowego, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2000, pierwodruk oryginału 1970.



    [1] Przy okazji warto nadmienić, że równolegle z Margaret Mead studenci czytają edukacyjny raport Klubu Rzymskiego Uczyć się bez granic, a propagowany tam termin „luka ludzka” jest obowiązkowo zapamiętywanym. Aktualność tego raportu jest taka sama jak podstawowego dzieła Klubu Rzymskiego Granice wzrostu (Limits to growth), według którego nasza cywilizacja już powinna przestać istnieć zawalając się z powodu braku surowców, zwłaszcza energetycznych.

    [2] Nie chciałbym być napastliwy, ale główne tezy MM dotyczące jej badań nad seksualnością ludów pierwotnych na Samoa zostały także zakwestionowane przez Dereka Freemana w pracy Margaret Mead and Samoa: The Making and Unmaking of an Anthropological Myth.

  • Militaria

    Armaty kalibru 120 mm wz. 1878/09/31 i 1878/10/31

    O moich superpozytywnych ocenach Wielkiego Leksykonu Uzbrojenia pisałem wielokrotnie. Do zeszytów będących podsumowaniem naszej wiedzy doszły zupełnie nowatorskie poświęcone radiostacjom polowym, sprzętowi optycznemu czy bunkrom polowym.

    Tym razem będzie jednak trochę krytycznie. Armaty 120 mm, którym poświęcony jest omawiany zeszyt, stanowiły w polskiej armii sprzęt nietypowy, to znaczy niewystępujący w normalnych pułkach artylerii.[1] Wszystkich ich było lekko ponad 40 sztuk, co wystarczało na wystawienie 3 dywizjonów (każdy trzy baterie po 4 działony, razem 36 sztuk). Jeden z tych dywizjonów został zmotoryzowany (6 dam, zmobilizowany przez 1 pam[2] w Stryju), co było pewnym ewenementem, bowiem był to jedyny zmotoryzowany dywizjon artylerii ciężkiej, a jeden z trzech w ogóle zmotoryzowanych dywizjonów. Pozostałe dwa to dywizjony artylerii lekkiej wystawione na potrzeby zmotoryzowanych brygad kawalerii, były to jednak mniejsze jednostki, bo tylko dwubateryjne.

    Ku mojemu największemu zdumieniu autorzy nie postawili sobie najbardziej oczywistych pytań: dlaczego jako sprzęt nietypowy pozostawiono tylko armaty 120 mm? dlaczego zdecydowano się na motoryzację armat nietypowych, a nie tych stanowiących podstawowe wyposażenie pułków artylerii ciężkiej? Czy motoryzacja wpłynęła na poprawę wartości bojowej dywizjony, jeśli tak, to w czym to się przejawiło? Dodatkowo chciałoby się postawić kilka zagadnień mniejszej wagi: jak wyposażony w sprzęt motorowy był 6 dam? jak to się stało, że dywizjonowi armat 120 mm biorącemu udział w obronie Warszawy (46 dac) zabrakło amunicji, podczas gdy jego bliźniacza jednostka wycofując się spod Zegrza (47 dac) była w stanie uzupełnić amunicję znacznie ponad przewidywany etat?[3]

    Rozumiem, że nie na wszystkie te pytania baza źródłowa pozwala udzielić odpowiedzi, ale w takim przypadku dobrze jest po prostu powiedzieć „nie wiemy”. Samo postawienie problemu już jest wartością istotną. Ponadto czytelnikom dostarcza się informacji, jaki jest stan najnowszej wiedzy odnoszącej się do danego zagadnienia. Jeżeli pytań się nie stawia, to nie wiadomo, czy to autorzy są mało ruchliwi intelektualnie, czy tylko milczeniem pokrywają obiektywny brak informacji. Potwierdzeniem, że autorzy nie zauważają problemu motoryzacji artylerii może być np. fakt, że podają dane techniczne tylko dla armat o ciągu konnym, a po wymianie kół  istotnie zmieniała się waga działa.

    Wielki Leksykon Uzbrojenia jest wydawnictwem popularnym, zatem  można by powiedzieć, że nie musi być tak kompetencyjnie zaawansowany. Jednak tak się składa, że autorzy piszący w tej serii to nie tylko najlepsi aktualnie dostępni specjaliści w danej dziedzinie, ale również ambitni badacze, przedstawiający w popularnej formie najaktualniejszy stan wiedzy. Dlatego ta seria jest tak ciekawa. Warto, aby redakcja była w stanie wymóc na autorach pewien poziom i kompletność informacyjną, nie tylko w zakresie wyposażenia zeszytu w odpowiednią ilość materiału ilustracyjnego. W omawianym zeszycie zabrakło informacji, skąd wzięło się dziwne oznaczenie armaty jako wz. 1878/09/31 lub 1878/10/31. Można się tylko domyślać, że chodziło o łoże rosyjskiej haubicy 152,1 mm wz. 1909 lub 1910, które wykorzystano do przebudowy armaty według wzoru zatwierdzonego w 1931 roku. Ale czy na pewno?

    Poza tymi kilkoma zagadnieniami zeszyt bardzo ciekawy i jak wszystkie inne bardzo przydatny w porządkowaniu istniejącej wiedzy.

    Jędrzej Korbal, Paweł Janicki, Armaty kal. 120 mm wz. 1878/09/31 i 1878/10/31, Wielki Leksykon Uzbrojenia Wrzesień 1939 t. 44, Edipresse Warszawa 2014.


    [1] Po prawdzie to była jeszcze jedna armata nietypowa w 1939 roku. Mianowicie tuż przed wybuchem wojny wystawiono 3 plutony artylerii górskiej z armatami 65 mm (razem 12), a trakcie formowania było pięć dwudziałowych plutonów dla ON . Jakby tej armacie poświęcono chociażby część zeszytu WLU to dopiero byłaby rewelacja.

    [2] Autorzy konsekwentnie piszą 1 PAM, zwracam redakcji WLU uwagę, że w innych zeszytach autorzy używali skrótów nazw pułków pisanych małymi literami, podobnie jak zresztą w całej literaturze przedmiotu

    [3] Zresztą można się tylko domyślać, że standardowo bateria było wyposażona w 2 j.o. czyli ok. 80 pocisków, bo tyle mieściło się na wozach amunicyjnych, ale czy na pewno to wszystko. W każdym razie 47 dac pobrał po 133 pociski na działo. Jak w takim razie zabrał tyle amunicji? Ciekawe też skąd je pobrał, skoro 46 dac nie mógł / nie potrafił tego zrobić?

  • Militaria

    Kresowa Brygada Kawalerii w 1939

    Marcin Majewski, Kresowa Brygada Kawalerii w kampanii 1939 roku, IPN, okładka, recenzjaTo bardzo dobrze, że powstała monografia Kresowej Brygady Kawalerii (KBK). Nie cieszyła się ona szczególna estymą u historyków – jej boje we wrześniu były bezbarwne i chaotyczne, dowódcy się zmieniali, żaden z nich dobrze się nie zapisał na kartach historii.

    W sierpniu 1939 roku KBK dowodził gen. Marian Przewłocki. W skład brygady wchodziły: 12 p.uł. (dowódca ppłk Andrzej Kuczek) stacjonujący w Białokrynicy, 20 p.uł. (płk. Andrzej Kunachowicz) stacjonujący w Rzeszowie, 22 p.uł. (płk Władysław Płonka) stacjonujący w Brodach, 6 psk (ppłk Stefan Mossor) stacjonujący w Żółkwi oraz 13 dak (ppłk Janusz Grzesło) stacjonujący w Kamionce Strumiłowej (dowództwo w Brodach).

    Od samego początku KBK nie miała szczęścia. Najpierw 12 p.uł., który jako pierwszy został zmobilizowany w trybie alarmowym, po przetransportowaniu na teren operacyjny Armii „Łódź” został czasowo podporządkowany dowództwu Wołyńskiej Brygady Kawalerii (tej od Bitwy pod Mokrą) i nigdy już nie powrócił do swojej macierzystej jednostki. A na kilka dni przed wybuchem wojny KBK straciła swojego dowódcę, gen. Przewłocki został powołany na stanowisko dowódcy 2 Grupy Kawalerii, a dowodzenie przejął jego zastępca płk Hanka-Kulesza. Wspomniana Grupa Kawalerii zresztą nigdy nie powstała, a gen. Przewłocki znalazł się na klasycznym bocznym torze.

    Zupełnie inaczej z płk. Hanką-Kuleszą, ten znalazł się w samym centrum wydarzeń. Po wywagonowaniu się  do 3 września, brygada otrzymała rozkaz, aby rozpoznać lewy brzeg Warty a następnie przejść w rejon Rossoszycy, gdzie miała pozostać w dyspozycji dowódcy armii. Zniszczenie mostów dowódca armii zastrzegł do swojej decyzji. Rozkaz streszczam dokładnie, bo ma to zasadnicze znaczenie dla późniejszych wydarzeń. Hanka-Kulesza ten rozkaz literalnie wykonał, zameldował się w dowództwie Armii „Łódź” po kolejny. Jakże był zaskoczony, kiedy dowiedział się, że zostaje odwołany ze stanowiska dowódcy KBK za niewykonanie rozkazu, bowiem nie bronił uporczywie Warty odsłaniając skrzydło sąsiedniej 10 DP gen. Dindorf-Ankowicza, ponadto pozostawił niewysadzone mosty na Warcie. Wygląda na to, że pułkownik Hanka-Kulesza stał się kozłem ofiarnym mającym zdjąć odpowiedzialność za złe dowodzenie z szefostwa Armii „Łódź”.[1] Na jego miejsce mianowano płk. Grobickiego dotychczasowego dowódcę Sieradzkiej Brygady ON, wcześniej związanego z kawalerią.

    Wielkie dziękczynienie dla Mariusza Majewskiego za precyzyjne wyjaśnienie okoliczności odwołania Hanki-Kuleszy. Sprawa nie była jasna, a dla wielu historyków jedynym źródłem narracji w tej sprawie były pamiętniki gen. Rómmla i wyjaśnienia szefa sztabu Armii „Łódź” płk. Pragłowskiego. Obaj panowie niestety w tej sprawie mataczyli obciążając niesłusznie Hankę-Kuleszę, który zapewne do wybitnych nie należał, ale w tej konkretnej sprawie poniósł odpowiedzialność za cudze winy. Poza tym dobrze się stało, że człowiekowi, chociaż po latach, przywrócono dobre imię. To zawsze ważne.

    Po pierwszych dniach walk, KBK rozpoczęła proces głębokiego odwrotu, zgodnie z rozkazem dowódcy Armii „Łódź”. Podczas odwrotu utracona został łączność pomiędzy oddziałami, które coraz bardziej przemieszane, bez aktualnych rozkazów, w powiększającym się chaosie i rozdrobnieniu kontynuowały odwrót. Niestety, każdy oddział na własną rękę. Pojedynczo walcząc zostały bez większych walk zlikwidowane, tylko kilka szwadronów przedostało się za Wisłę. Na dodatek 8 września płk Grobicki udał się po rozkazy do Warszawy i już nie powrócił. Tak jak dowódca armii (gen. Rómmel) pozostawił ją swojemu losowi, tak Grobicki porzucił swoją brygadę pod Głownem.[2] Przykład szedł niestety od góry. Jak gdyby nigdy nic oczekiwał na podległe sobie oddziały po drugiej stronie Wisły, w rejonie Otwocka (na rozkaz Rómmla). Nazwę brygady nosiło już tylko kilka wyczerpanych szwadronów kawalerii.[3] Niedobitki pod dowództwem ppłk. Płonki z 22 p.uł. walczyły aż do 1 października w składzie grupy płk. Zieleniewskiego, dając przykład nie tylko bohaterstwa, ale i determinacji, a przede wszystkim tego, że brygada zasłużyła sobie na lepszy los niż zgotowali jej dowódcy wszystkich kolejnych szczebli.

    Z tego bardzo skrótowego przedstawienia losów KBK podczas kampanii wrześniowej nie wynika oczywiście jak dalece wnikliwa i szczegółowa jest książka. Pod tym względem jest wzorowa. Uznanie. Poza tym muszę wspomnieć o mapach ilustrujących szlak bojowy KBK. To bardzo ułatwia lekturę, a tak rzadko występuje w podobnych opracowaniach. Uznanie po raz wtóry.

    Dwóch rzeczy mi jednak zabrakło. Pierwsze pominięcie ma charakter zasadniczy, mianowicie autor nie wspomniał nawet o losach 4 batalionu strzelców wchodzącego co najmniej nominalnie w skład brygady. Rozumiem zafascynowanie kawalerią, ale żeby w ogóle o tym batalionie nawet nie wspomnieć, nawet jeśli był podporządkowany 10 DP?

    Druga kwestia jest na pograniczu zakresu merytorycznego książki. Chodzi mianowicie o pominięcie ppłk. Stefana Mossora przy obsadzie funkcji szefa sztabu Armii „Poznań” i powierzenie mu dowództwa 6 psk. Skoro znalazło się miejsce nawet na kilkuzdaniowe przedstawienie walk w 1920 roku pułków wchodzących w skład brygady, to chciałoby się coś dowiedzieć również na wzmiankowany temat, tym bardziej, że w literaturze przedmiotu podawane są różne powody tego zaskakującego „niepowołania”. Majewski co prawda wspomina o nim w nocie biograficzne Mossora (s. 177), ale podaje jednozdaniowe uzasadnienie dość rzadko spotykane w pracach historycznych.[4] A byłaby tak ciekawie, gdyby autor zechciał potraktować temat z taką samą wnikliwością, jak odwołanie płk. Hanki-Kuleszy.

    Trzecie pominięcie dotyczy 20 p.uł. Autor słowem nie wspomniał, że ten stacjonujący w Rzeszowie pułk był przewidziany do motoryzacji i miał wejść w skład 10 BK. Dowództwo pułku miało „chody” w Warszawie i wpłynęło na zmianę decyzji. W efekcie do 10 BK przyłączono 24 p.uł z Kraśnika powodując przy okazji taki absurd, że dowództwo 10 BK, dywizjony przeciwpancerny i rozpoznawczy miały siedzibę w Rzeszowie, ale jej podstawowa siła, czyli pułki kawalerii stacjonowały w Łańcucie i Kraśniku. W tym samym czasie w KBK 20 p.uł. (Rzeszów) był oddalony od 22 p.uł. (Białokrynica) o ponad 300 km. Tak się kończyło uleganie ułańskim fanaberiom, którzy kochali konie, a lekceważyli samochody.

    Przy tej ostatnie sprawie muszę się przyznać do bardzo brzydkiego uczucia. Mam niestety Schadenfreude, z powodu losów 20 p.uł. Mógł przejść do historii jako jeden z lepiej rozpoznawanych polskich pułków, a skończył dość nieciekawie, rozbity w czasie walk odwrotowych, zapisując raczej historię chaosu i nieszczęścia (poświęcenia nikomu nie ujmując) niż żołnierskiej chwały, takiej  jak pułku  24, który w 1939 roku nierozbity, w zwartym szyku przekroczył granicę węgierską i został odtworzony na Zachodzie. A wszystko przez to, że woleli smród końskiego łajna niż zapach spalin.

    Wracając do monografii KBK: to bardzo solidna, rzetelnie opracowana i szczegółowa praca, wypełniająca dotkliwą lukę w historiografii. Na dodatek wielki plus za wyjaśnienie sprawy płk. Hanki-Kuleszy oraz za zamieszczenie map i przyzwoitego indeksu nazwisk. Dla mnie 10/10.

    Marcin Majewski, Kresowa Brygada Kawalerii w kampanii 1939 roku, IPN Warszawa 2011



    [1] Siłą rzeczy przedstawiam cały problem odwołania płk. Hanki-Kuleszy bardzo pobieżnie, w książce zajmuje on ponad 20 stron (s. 53-74) i tylko zapoznanie się z tą analizą może dawać podstawy do wyciągania samodzielnych wniosków.

    [2] Miał rację prof. Wieczorkiewicz, kiedy,  oceniając dowodzenie podczas kampanii wrześniowej, mówił że ryba śmierdzi od głowy. Co należy rozumieć tak, że w tych miejscach, gdzie dowódcy armii panowali nad sytuacją, tam dużo lepiej spisywali się dowódcy dywizji i brygad kawalerii. Jak widać na wskazanym przykładzie, tam gdzie dowódcy armii je porzucali, tam i dowódcy niższego szczebla robili to samo ze swoimi jednostkami. Podobnie swoje dywizje porzucili płk Dojan-Surówka (2 DPLeg.) i gen. Bończa-Uzdowski (28 DP).

    [3] Największą siłę przedstawiał 1 pkaw KOP(ppłk Feliks Kopeć), podporządkowany jeszcze nad Wartą dowództwu KBK.

    [4] Mossor był do marca 1939 I oficerem sztabu inspektora armii gen. Kutrzeby. W sposób naturalny powinien zostać szefem sztabu armii dowodzonej przez Kutrzebę. Jako powód jego niepowołania Majewski podaje zasugerowanie w jednym z opracowań wydania zgody na przemarsz wojsk sowieckich przez Polskę. Zapewne podąża w tym przypadku za ustaleniami Jarosława Pałki w książce Generał Mossor (1886-1957). Biografia wojskowa. Dla porządku podaję, że wielu autorów sugeruje, że Mossor został odwołany ze stanowiska szefa sztabu Armii „Poznań”, np. Waldemar Rezmer, Armia „Poznań” 1939, Bellona Warszawa 1992 s. 24, a z ostatnich publikacji D. Koreś w biografii płk. Pragłowskiego (s. 228), o której to książce piszę tutaj. Opierają się oni na wspomnieniach Kopańskiego i Pragłowskiego.

  • Film,  Książki,  Militaria

    Sosabowski, Montgomery, Holendrzy i Polacy

    Stanisław Sosabowski, Droga wiodła ugorem, okładka, recenzjaPierwszą osoba, która spotkała polskich spadochroniarzy lądujących na holenderskiej ziemi pod Arnhem, była Cora Baltussen. Wyszła im naprzeciw zapewne dlatego, że jako jedna z nielicznych w okolicy znała język angielski. Udzieliła Polakom niezbędnych informacji na temat znajdujących się w okolicy Niemców, zaopiekowała się rannymi. Tak zaczęły się dzieje pewnej szczególnej przyjaźni. Pani Cornelia Baltussen utrzymywała przyjacielskie kontakty z żołnierzami Brygady Spadochronowej także po wojnie, zorganizowała komitet Driel-Polen (Driel to miasteczko, które zajęła Brygada po wylądowaniu w Holandii). Dbała też o dobre imię polskich spadochroniarzy, zabiegała o nadanie im odznaczeń holenderskich. Mimo pozytywnego stanowiska królowej holenderskie ministerstwo obrony wciąż odmawiało nadania tych odznaczeń. Już w latach dwutysięcznych narastała w tej sprawie coraz większa presja społeczna. Po rozgrzebaniu archiwaliów okazało się, że holenderskie ministerstwo działało pod brytyjskie dyktando i wyszła na jaw jeszcze ciekawsza historia związana z mnożeniem przez Anglików zarzutów wobec gen Sosabowskiego i wobec Brygady Spadochronowej. W Polsce niestety historia zapomniana, a zdecydowanie warta pamięci.

    Chodziło mianowicie o to, że Anglicy, a dokładnie gen. Browning, dowódca brytyjskiego Korpusu Spadochronowego, po bitwie pod Arnhem wystąpili z żądaniem odwołania z funkcji gen. Sosabowskiego, co zresztą się niestety stało. Najciekawsza była argumentacja: współpraca z gen. Sosabowskim bywa trudna, a poza tym pod Arnhem Polacy pod jego dowództwem unikali walki i nie udzielili Brytyjczykom stosownej pomocy. Ta ostatnia przesłanka jest po prostu podła i warto o tym jasno mówić. Sosabowski przed rozpoczęciem operacji „Market Garden” zgłaszał do niej wiele zastrzeżeń. Pod jego wpływem wprowadzone do planu modyfikacje. Przebieg wydarzeń potwierdził, że operacja miała istotne wady w planistyce, a wątpliwości gen. Sosabowskiego potwierdziły się w całej rozciągłości. Z kolei gen. Montgomery brał na siebie całą odpowiedzialność za planowanie tej operacji, ale do oczywistych błędów wcale nie miał zamiaru się przyznać. Trzeba było znaleźć kozła ofiarnego, a Sosabowski się do tego dobrze nadawał, bo można było upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu: znaleźć winnego i pozbyć się niepokornego generała. Jego niepokorność polegała na stałej walce o właściwe zabezpieczenie polskich interesów, co w Londynie Sikorskiego bynajmniej nie było tak powszechne, jak by się wydawało. Chodziło na przykład o status samodzielności brygady, o zapewnienie jej użycia w całości jako odrębnej jednostki (pod Arnhem było inaczej), o wykorzystanie jej w walce dopiero po zamknięciu pełnego cyklu szkoleniowego itd.

    Generał Sosabowski w akcji pod ArnhemOperacja „Market Garden” się skończyła, a gen. Browning wystąpił do Sosabowskiego o wytypowanie do odznaczenie szczególnie bohaterskich polskich żołnierzy. Po kolejnych kilkunastu dniach sytuacja się zmieniła, tym razem mówiono u unikaniu walki, a nie o bohaterstwie. Stał za tym gen. Montgomery, który zamierzał siebie wybielić kosztem oczernienia polskich spadochroniarzy tak nieudolnie użytych pod Arnhem. To właśnie było z jego strony paskudne . Co więcej, Polacy wydają się o całej tej rzeczywistości zapominać. Jak się wczytać we wspomnienia Sosabowskiego, to właściwie jest to jasne, w kilku książkach też mniej lub bardziej dokładnie sprawa jest opisana, ale z szerszej świadomości historycznej Polaków sprawa została wyparta. O Montgomerym różne rzeczy się w Polsce pisze, ale o tym akcie podłości zwykle się zapomina. Moim zdaniem warto o tym mówić, postać gen. Montgomery’ego powinna być w Polsce objęta historyczną infamią, tak haniebnych zachowań nie powinno się puszczać płazem.

    Inaczej niż Polacy (tak rzekomo skoncentrowani na swojej historii) Holendrzy nie zapomnieli. Do wysiłków Cory Baltussen mających na celu przywrócenie Brygadzie Spadochronowej dobrego imienia i jednocześnie wyrażenie wdzięczności jej żołnierzom a zwłaszcza jej dowódcy przyłączyli się kolejni młodzi ludzie, w tym dziennikarze. Sprawa zrobiła się w Holandii głośna (inaczej niż w Polsce). Kunktatorstwo ich Ministerstwa Obrony było coraz bardziej irytujące. W końcu udało się doprowadzić do nadania Sosabowskiemu pośmiertnie Orderu Brązowego Lwa, a sztandarowi brygady Orderu Wojskowego im. Króla Wilhelma I, najwyższego holenderskiego odznaczenia wojennego. Na uroczystości wręczenia tych odznaczeń była holenderska królowa, mnóstwo ichniejszych oficjeli, a w głównym kanale telewizji była pełna transmisja plus sporo dodatkowa materiałów filmowych o Polakach. W Polsce sprawa przeszła prawie niezauważona, a najwyższym reprezentantem władz z Warszawy był minister Janusz Krupski szef Urzędu ds. Kombatantów. Na szczęście lokalna TVP Szczecin przygotowała na ten temat film Honor generała w reż. Joanny Pieciukiewicz, dzięki czemu posiadam jakieś informacje na ten temat, którymi zresztą się właśnie dzielę.

    Grób gen. Sosabowskiego na warszawskich Powązkach wojskowych

    Bardzo się cieszę, że Holendrzy pamiętali i pomimo serwilistycznego stanowiska własnego Ministerstwa Obrony ostatecznie doprowadzili do odznaczenie Sosabowskiego. Haniebne zachowanie generałów Montgomery’ego i Browninga powinno być w Polsce pamiętane i ci panowie powinni być oceniani proporcjonalnie do swojej podłości. A TVP Historia podziękowania za emisję Honoru generała.

    Honor generała, film w reż. Joanny Pieciukiewicz, Polska 2007.

    Stanisław Sosabowski, Droga wiodła ugorem, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1990.

  • Militaria

    Najlepszy dowódca, najlepsza dywizja

    W ocenie prof. Wieczorkiewicza, wybitnego znawcy kampanii wrześniowej, najlepiej dowodzoną w 1939 roku była 11 Dywizja Piechoty wchodząca w skład Armii „Karpaty”. Jej dowódcą był pułkownik Prugar-Ketling. To jego właśnie wspomnienia ośmielam się przypomnieć w niniejszej nocie. Warto podkreślić, że wspomnienia najlepszego dowódcy dywizji w 1939 roku powinny być lekturą obowiązkową dla każdego zainteresowanego tym okresem.

    11 DP nie miała szczęścia. Mobilizowana była podczas mobilizacji powszechnej, wyruszyła na front już w czasie trwania walk, transporty były bombardowane. Na dodatek, zmieniano rozkazy dotyczące rejonu wywagonowania. W efekcie: jeden batalion z każdego pułku został wyładowany daleko od obszaru ześrodkowania wszystkich pozostałych oddziałów dywizji, a chaos transportowy uniemożliwił dotarcie dywizyjnej kompanii przeciwpancernej i baterii przeciwlotniczej. Przyszło zatem jej walczyć w zgrupowaniu zmniejszonym o ok. 1/3 stanu wyjściowego.

    Dywizja płk. Prugar- Ketlinga wsławiła się kompletnym rozbiciem niemieckiego pułku SS „Germania”. Sukces to tym większy, że doszło do niego podczas walk odwrotowych dywizji. Zwykle w takiej sytuacji większość polskich jednostek walczyła o przeżycie i traciła zdolność do działań ofensywnych. W tym przypadku było inaczej. Jak do tego doszło? Pułkownik Prugar-Ketling zorientował się, że Niemcy najbardziej boją się walki w nocy i uderzenia Polaków na bagnety. Zadecydował zatem, że oddziały dywizji uderzą właśnie w nocy i na bagnety. Żeby zwiększyć determinację swoich żołnierzy, a jednocześnie osiągnąć efekt zaskoczenia rozkazał, aby żołnierze biorący udział w natarciu, zdali amunicję aż do rozładowania karabinów. Pozostały im tylko bagnety i tylko na nie mogli liczyć. Efekt był piorunujący. Przez linie niemieckie przewaliła się jakby ofensywa duchów. W dramatycznej ciszy, przerywanej gdzieniegdzie ogniem niemieckiej obrony, nastąpiła zagłada kilku oddziałów niemieckiego pułku. Tej posępnej atmosfery Niemcy nie wytrzymywali, nie podejmowali walki, salwowali się ucieczką, ginęli w złowrogiej ciszy.

    We wspomnieniach Prugara-Ketlinga uderza wiara w swoje wojsko. Z dużą pewnością wyrokował, że dany pułk, mimo osłabienia wyniszczającymi walkami odwrotowymi, niedożywiony i niewyspany, bez trudności sobie poradzi z kolejnym atakiem na niemieckie pozycje. Żołnierze tej wiary swojego dowódcy nie zawodzili i kolejne przeszkody na drodze dywizji były w uporczywych walkach usuwane (jak np. pod Łętownią czy w Lasach Janowskich). Dlatego właśnie była to dywizja najlepsza, 11 Karpacka Dywizja Piechoty. Aby pokazać wysiłek żołnierzy, warto podać zauważyć, że jak wynika z obliczeń, żołnierze dywizji licząc od pierwszych walk 8 września pod Dębicą do 20 września pod Lwowem przemaszerowali ok. 300 km. A w tym czasie przecież stoczyli wiele walk!

    Warto jeszcze zwrócić uwagę na trudności, jakie wynikały dla 11 DP z powodu rozkazów przychodzących z dowództwa Grupy Operacyjnej gen. Orlik-Łukoskiego. W kilku przypadkach zaplanowane już kontrataki nie dochodziły do skutku z powodu rozkazów, jakie otrzymywano z dowództwa GO. Sytuacja na froncie Armii „Karpaty” była specyficzna, bowiem polskim jednostkom stale groziło przeskrzydlenie. Miało to jednak ten skutek, że pojawiały się szanse na uderzenie w skrzydło niemieckich jednostek, które wysforowały się do przodu. Zwróćmy uwagę przy okazji, że polska armia była przez lata przygotowywana do walki manewrowej, a szanse na taką właśnie się pojawiały. Tak było pod Birczą nad Sanem. Atak był już przygotowany, współdziałanie z 1 psp uzgodnione, niestety rozkazy gen. Łukoskiego takie działania uniemożliwiły (s.30-35). Warto przyjrzeć się, dlaczego tak się stało. Nowy dowódca frontu gen. Sosnkowski miał taką samą koncepcję, gen. Fabrycy, dowódca Armii „Karpaty” również, nawet wydał w tej sprawie stosowne rozkazy. Problem w tym, że w dniu poprzedzającym planowane natarcie gen. Łukoski trzy razy zmieniał miejsce swojego postoju i był nieosiągalny zarówno dla podwładnych jak i przełożonych. Wysforowana do przodu niemiecka 2 DGór. miałaby niemały problem, jej czołowe oddziały zostałyby zapewne zupełnie rozniesione. W tym przypadku powiedzmy uczciwie, że gen. Łukoski zawiódł, za bardzo skoncentrowany był na odwrocie i nie zrozumiał rzeczy elementarnej: kontratak w dobrej sytuacji opóźnia działanie całego ugrupowania wroga.

    W książce poruszane są zagadnienia łączności radiowej. Nie była ona używana z następujących powodów: skompromitowanie szyfrów i zbyt mały zasięg w górach, nieprzekraczający 50 km (s. 45).

    Jeszcze ciekawostka: w skład dywizji wchodziły 48 pp, 49 pp i 53 pp. W pułku 49 zwanym huculskim żołnierze nosili kapelusz huculski podobny, choć nie tożsamy z kapeluszem noszonym w dywizjach strzelców podhalańskich.

    Podsumowując: książka bardzo ciekawa, lektura niezbędna dla zainteresowanych kampania wrześniową, korzystanie z niej bardzo ułatwiają szczegółowe mapy dołączone do tekstu. Oceniam 10/10. Odnoszę smutne wrażenie, że wspomnienia Prugara-Ketlinga umykają różnym badaczom kampanii wrześniowej i za rzadko są wykorzystywane jako źródło cennej wiedzy, tym cenniejszej, że wywodzącej się od generała odnoszącego sukcesy. Szkoda tylko, że te pamiętniki w ogóle nie zahaczają o okres dwudziestolecia.

    Bronisław Prugar-Ketling, Aby dochować wierności. Wspomnienia z działań 11. Karpackiej Dywizji Piechoty. Wrzesień 1939, Wydawnictwo „Odpowiedzialność i Czyn”, Warszawa 1990.

  • Militaria

    Biografia pułkownika Pragłowskiego

    Daniel Koreś, Generał brygady Aleksander Radwan-Pragłowski, IPN Warszawa 2012, recenzja, okładkaMam takie marzenie czytelnicze, by w końcu trafić na książkę historyczną, której autor jasno sprecyzowałby problemy badawcze, obudowałby je pytaniami, potem na owe pytania spróbowałby udzielić odpowiedzi i zsyntetyzowałby je w postaci rozstrzygnięcia problemów nurtujących co inteligentniejszych historyków. W tym marzeniu nacisk położony jest na słowo problemy, czyli explicite opisanie kwestii, które są kluczowe dla zrozumienia jakiejś epoki czy też, w przypadku monografii, dla zrozumienia zagadnień charakterystycznych dla danej tematyki.

    Jakkolwiek wydawałoby się to dziwne, to taka książka jest bardzo rzadkim ptakiem na niebie polskiej historiografii. Najczęściej mamy do czynienia z przedstawieniem tematyki badawczej w postaci problemów pozornych, czyli celem badań jest przedstawienie faktografii związanej z danym obszarem badawczym. Jeżeli jest to zrobione rzetelnie, to daje czytelnikom jakąś satysfakcje poznawczą. Problem w tym, że  to nie jest prawdziwe sproblematyzowanie tematu. Z prostej faktografii nie wynika rozstrzygniecie żadnego z poważniejszych zagadnień nurtujących historyków. Wśród rzetelnych historyków zajmujących się problematyką września 1939 panuje swoisty minimalizm badawczy, koncentrują się oni najczęściej na badaniach podstawowych, ustaleniu struktur walczących jednostek, prostej historii faktograficznej, kwestiach ilościowych, obsadzie personalnej. Czy to jednak prowadzi do jakiejś syntezy, do podsumowania, do pójścia dalej w odpowiedzi na pytanie, dlaczego przegraliśmy tę kampanię poniżej możliwości tak dużej i nieźle przygotowanej armii? Co mogliśmy zrobić lepiej?

    Książka Daniela Koresia jest w tym przypadku wyjątkiem. Autor co prawda nie przedstawił szerszych problemów badawczych, co w przypadku biografii zrozumiałe, ale wyselekcjonował zasadnicze kwestie z życiorysu swego bohatera i zamienił je w szersze, bardziej uniwersalne problemy. Wyjątkowe w tej książce jest przedstawienie wszystkich zagadnień związanych z płk. Pragłowskim[1]  na szerszym tle dającym możliwość głębszego zrozumienia poruszanych problemów.

    Dobrym przykładem mogą tu być poglądy Pragłowskiego na przyszłość polskiej kawalerii. Można je było po prostu zreferować, tak jak to robi większość historyków. Koreś jednak wybrał inny sposób narracji. Przedstawił mianowicie całą debatę w sprawach poruszanych przez Pragłowskiego, wskazał głównych dyskutantów, ich poglądy, różnice między nimi, delikatnie nawet próbował podsumowywać owe debaty. Więcej, w przypisach odniósł się również do dotychczasowej historiografii wskazując na oczywiste przekłamania, ale także na inne rzetelne badania w tej sprawie. Na marginesie: moją sympatię zdobył sobie Koreś polemiką z różnymi dziwacznymi poglądami Lecha Wyszczelskiego, który taśmowo produkuje kolejne książki, sadząc w nich sporo błędów i upowszechniając różne absurdalne opinie wprowadzające w błąd czytelników.

    Pragłowski był szefem sztabu Armii „Łódź”, a z dowodzeniem tą armią wiąże się kilka kontrowersji będących od lat przedmiotem dyskusji historyków. Pierwsza dotyczy przegrupowania całości sił armii na pozycje wysunięte, druga zaś dotyczy przeniesienia miejsca postoju dowództwa Armii i jej sztabu tak daleko na zaplecze, że utracono kontakt z dowodzonymi wojskami lub, jak chcą krytycy tej decyzji, porzucono własne wojska. Obie te kwestie Daniel Koreś zbadał nadzwyczaj szczegółowo, dotarł do wszystkich możliwych źródeł, zrekonstruował przebieg wydarzeń, a nawet spróbował dokonać oceny tych decyzji. Zwłaszcza ta pierwsza kwestia jest bardzo trudna do oceny, bo nie istnieje żadna miara efektywności czy racjonalności tych rozstrzygnięć. Mimo to Koreś spróbował znaleźć obiektywne miary, w oparciu o które można dokonać oceny. Taką miarą może być skuteczność w opóźnianiu posuwania się wojsk niemieckich. Szacunek! Rzadko kto z zawodowych historyków podejmuje się  ocen trudnych do zobiektywizowania, a jednocześnie wzbudzających dyskusje w środowisku. Cenna jest zarówno odwaga, jak kompetencja i nowatorskie podejście. Warto tylko dodać, że finalnie w tej sprawie Koreś wydaje pozytywną opinię dowództwu Armii „Łódź”.

    Druga sprawa to owe nieszczęsne przeniesienie dowództwa na głębokie zaplecze. Tutaj bardzo cenne jest ustalenie elementarnej faktografii. Pierwotnie nowym miejscem postoju miały być Brzeziny pod Łodzią. Okazały się one zniszczone, stale bombardowane i wtedy osobiście gen. Rómmel podjął decyzję o nowym miejscu postoju w Mszczonowie; późnej przenosząc je aż do Kołbieli, ale to akurat nie miało większego znaczenia, bo kontakt z wojskami już wcześniej został utracony. Pragłowski, o ile zawinił w tej sprawie, to tylko brakiem aktywności w przeciwdziałaniu decyzjom swojego dowódcy. Na jeden dodatkowy szczegół warto zwrócić uwagę. W literaturze przedmiotu panuje dość powszechne przekonanie, że rozkaz o przeniesieniu miejsca postoju sztabu do Kołbieli wydal Naczelny Wódz. Drobiazgowa analiza relacji wskazuje, ze to jednak Rómmel sam z siebie wydał taki rozkaz.[2] Sztab znajdujący się za Wisłą nie miał już żadnych, nawet hipotetycznych możliwości oddziaływania na losy powierzonej mu armii.

    Równie precyzyjnie Koreś odtwarza również trzecią wzbudzającą kontrowersje sytuację, związaną już tym razem z dowodzeniem Armią „Warszawa”, chodzi o nieudzielenie pomocy walczącym nad Bzurą wojskom gen. Kutrzeby, a skierowanie całego wysiłku wojskowego na wschód od Warszawy. Tutaj ocena działań spółki Rómmel/Pragłowski jest już jednoznacznie negatywna.

    Trzeba w tym miejscu zwrócić uwagę, że Daniel Koreś nie uległ chorobie większości biografów i nie stara się wybielić ani wytłumaczyć swojego bohatera. Zachowuje obiektywizm i – kiedy trzeba –  negatywnie podsumowuje działania Pragłowskiego. Kolejny powód do uznania.

    Podsumowując: dawno nie czytałem tak dobrej książki o wrześniu 1939 roku. Autor przytomnie zidentyfikował kluczowe, kontrowersyjne momenty aktywności swojego bohatera. Korzystając ze wszystkich dostępnych źródeł dokładnie je odtworzył, przedstawił na szerokim tle i nie uchylał się od ocen, nawet jeżeli były kłopotliwe dla opisywanej postaci. Jednym słowem same plusy, pochwały etc. Niewątpliwie  oceniam na 10/10 i jeszcze zaliczam do elitarnej kategorii sił sensu.

    Od tak wybitnej książki oczekuje się jednak więcej niż od normalnej „produkcji” naukowej, co najmniej z tego powodu, że rozbudza ona apetyt na jeszcze więcej niż daje. We mnie rozbudziła apetyt na dokładniejszy opis działalności sztabowej płk. Pragłowskiego. Jawi się ona jako skoncentrowana wyłącznie na wspomaganiu taktyczno-operacyjnym dowódcy armii. Szef sztabu w takiej konfiguracji to dodatkowy szef III Oddziału (Operacyjnego) swojego sztabu. Nic nie wiemy o jego działalności lub też jej braku w takim np. aspekcie jak łączność. Tym to istotniejsze, że zwłaszcza po odskoku do Mszczonowa sztab utracił łączność z dowodzonymi jednostkami. Tak się mówi, ale realnie oznacza to utratę łączności telefonicznej lub poprzez kurierów. Teoretycznie pozostawała łączność radiowa. Zarówno Armia, jak jej dywizje i pułki posiadały radiostacje, w które zostały wyposażone właśnie na taką okoliczność, gdy inne rodzaje łączności zawiodą. Dlaczego tego rodzaju łączności nie wykorzystano i czy w ogóle próbowano? Czy przed wybuchem wojny ćwiczono łączność radiową, czy opierano się wyłącznie na szkole kawaleryjskiej (Pragłowski i Rómmel to obaj kawalerzyści), gdzie „nic nie zastąpi” osobistego kontaktu, nawet jeżeli jest to kontakt w postaci rozmowy „po drucie” lub przez łącznika. A być może była to powszechna niechęć do nowinek technicznych?[3] W biografii szefa sztabu armii dobrze byłoby się do tych spraw odnieść.

    Drugie zagadnienie, którego zabrakło, to kwestie kwatermistrzowskie. Wiadomo, że w czasie kampanii wrześniowej stały intensywny odwrót spowodował kompletne zamieszanie, a nawet paraliż służb zaopatrzenia. Niektóre armie próbowały sobie z tym jakoś radzić, np. Armia „Pomorze” ściągnęła cały transport amunicji ze składu w Palmirach dla swoich jednostek. Wiele jednostek korzystając z bliskości swoich ośrodków zapasowych dokonywało stosownych uzupełnień. A jak było w Armii „Łódź”, czy szef sztabu w ogóle zajmował się takimi kwestiami, czy widział w nich problem wart zainteresowania? Służbowo niewątpliwie powinien, wszak podlegał mu IV Oddział sztabu, czyli kwatermistrzowski. Istniał co prawda także Kwatermistrz Armii, ale zapewne podlegał także szefowi sztabu.[4]

    Dotykamy tutaj dość ważnego problemu, mianowicie za jakie obszary odpowiadał szef sztabu? Daniel Koreś prześliznął się nad tym problem, ograniczając się jedynie do wymienienia wszystkich agend wchodzących w skład Kwatery Głównej Armii.[5] Brak natomiast jednoznacznego stwierdzenia, czy wszystkie te składniki podlegały szefowi sztabu i czy był w związku z tym odpowiedzialny za ich funkcjonowanie. Sądząc z opisu chyba tak, ale czy na pewno? Przepływ oficerów na to by wskazywał, na przykład płk Rola-Arciszewski dowódca broni pancernej w Kwaterze Armii w czasie działań wojennych został zastępcą szefa sztabu.[6] Przy okazji prostuję drobną nieścisłość: Rola-Arciszewski dowodził nie tylko dwoma kompaniami czołgów rozpoznawczych, jak pisze Koreś i jak stan oddziałów pancernych przydzielonych Armii „Łódź” by wskazywał, ale także 2 batalionem czołgów 7TP, który Armia „Łódź” prawem kaduka zagarnęła z Armii „Prusy”.[7] Jeśli odpowiadał za wszystkie te agendy, to jak przedstawiały się kwestie kwatermistrzowskie, co z uzupełnianiem oddziałów, jak dowodzono wspomnianym 2 batalionem pancernym (zaopatrzenie w paliwo!), jak funkcjonowała, czy dokładniej, jak nie funkcjonowała łączność radiowa. Warto by chyba coś o tym napisać.

    W dwóch sprawach mam ochotę na małą uwagę polemiczną. Koreś wielokrotnie, także we fragmentach poświęconych kampanii 1939 roku pisze o Pragłowskim, jako o wybitnym operatorze. Niestety w świetle jego wielu decyzji na stanowisku szefa sztabu Armii „Łódź” i „Warszawa” ta opinia wydaje się przesadzona. Na pewno był wybitnym teoretykiem, ale, generalnie mówiąc, jako szef sztabu armii się nie sprawdził. Zwłaszcza jego decyzje o zaangażowaniu większości sił Armii „Warszawa” w celu odtworzenia frontu na północnym wschodzie świadczy o jego kompletnym zagubieniu. Dodatkowo, o czym Koreś nigdzie nie wspomina, metoda dowodzenia zza biurka powodowała jego brak wiedzy o realnym stanie powierzonych mu oddziałów, ich sile i zdolności do akcji zaczepnych. Czy mimo to można nadal nazywać go wybitnym operatorem?

    Drugą kwestią jest odwołanie z funkcji dowódcy Kresowej Brygady Kawalerii płk. Hanki-Kuleszy. W dotychczasowej literaturze przedmiotu pokutuje narzucony przez Rómmla (i podtrzymywany przez Pragłowskiego) pogląd, że powodem była pasywność odwołanego pułkownika i niewykonanie przez niego rozkazu o obronie Warty. Dziś mamy jednak monografię Kresowej Brygady Kawalerii pióra Marcina Majewskiego, który precyzyjnie odtwarza okoliczności odwołania płk. Hanki-Kuleszy i dość jednoznacznie konstatuje, że pozbawienie go dowództwa było bezzasadne, rozkazy nieprecyzyjne, a Rómmel usiłował przez obarczenie winą płk. Hanki-Kuleszy odwrócić uwagę od swoich błędów w dowodzeniu.[8] Koreś tej sprawie poświęca tylko jeden przypis, referując w nim stanowisko Majewskiego i dla równowagi podając wyjaśnienia Pragłowskiego. Sam ostatecznego stanowiska w tej sprawie nie zajął.[9] Co gorsza, zamieścił w postaci wyjaśnień list Pragłowskiego z 1952 roku, który w ogóle nie dotyczy istoty sprawy. Ta bowiem nie tkwi w tym, gdzie była podstawa wyjściowa do działań Brygady Kresowej, ale w tym jak sformułowany był rozkaz dla Hanki-Kuleszy. Pragłowski nie miał zapewne do niego dostępu i snuł ogólnotaktyczne rozważania. Problem w tym, że rozkaz nic nie mówił o obronie Warty, a nakazywał wycofania się za tą rzekę, koncentracje w rejonie Rossoszycy i pozostawanie do dyspozycji gen. Rómmla. Ponadto wyraźnie mówił o tym, że decyzję o wysadzeniu mostów Rómmel zastrzega do swojej osobistej decyzji (z ich niewysadzenia też stworzył zarzut wobec Hanki-Kuleszy). To bardzo przykry przypadek, w którym Rómmel pospolicie mataczył, konfabulował, podfałszowywał dokumenty, a Pragłowski z Londynu wspierał go swoim głosem, biorąc udział w niesprawiedliwym obciążaniu Hanki-Kuleszy odpowiedzialnością za swoje własne błędy.

    Sprawa ma jeszcze drugi wymiar przez Koresia pominięty. Według pragmatyki przedwojennej za decyzję odpowiedzialny był dowódca, za sformułowanie rozkazu na piśmie szef sztabu. Za konkretny kształt rozkazu w sposób oczywisty odpowiada Pragłowski i powoływanie się na ustne polecenia inne niż w pisemnym rozkazie, wystawia Pragłowskiemu jak najgorszą opinię, jako szefowi sztabu. Przykro to powiedzieć, ale ma to charakter mataczenia i szukania winnych wszędzie na około w celu zdjęcia z siebie z odpowiedzialności za oczywiste (!) uchybienia, jak w przypadku niewysadzenia mostów na Warcie.

    Na koniec czysto osobista refleksja. Generał Rómmel i pułkownik Pragłowski stanowili zgrany i lojalny od końca tandem dowódczy. Rómmel jest postacią wybitnie niesympatyczną i zasługująca na fatalną oceną za dowodzenie i zachowanie w czasie kampanii wrześniowej, a później jego postawa także pozostawiała wiele do życzenia. Tak naprawdę zasługiwał za porzucenie swojej Armii „Łódź” na degradację, a co najmniej na swojego rodzaju infamię. Część winy spada także na Pragłowskiego[10] i patrzę na niego także bez sympatii. W ramach generalnej oceny dowodzenia armiami podczas kampanii wrześniowej był to bodaj najsłabszy tandem dowódczy (rywalizować może tylko z Dębem-Biernackim i jego szefem sztabu). Nadanie mu po wojnie stopnia generalskiego uważam za grubą pomyłkę i rażącą niesprawiedliwość, zwłaszcza w porównaniu z wieloma naprawdę wybitnymi dowódcami, których taki honor nie spotkał. Napisać o takiej postaci tak fascynującą książkę to doprawdy wielka sztuka. Zwłaszcza, a może właśnie dlatego, że Koreś nie przemilczał oczywistych wpadek bohatera. Jeszcze raz szacunek i jeszcze raz podkreślam: to doskonała książka, której lektura jest obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych wrześniem 1939 roku.

    Daniel Koreś, Generał brygady Aleksander Radwan-Pragłowski, IPN Warszawa 2012.



    [1] O Pragłowskim piszę jako o pułkowniku, bo taki stopień miał podczas kampanii 1939 roku, który to okres był najważniejszy w jego karierze. Generałem został mianowany z powodów „honorowych” dopiero w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Czy zasłużył sobie na taki honor? W moim przekonaniu nie.

    [2] D. Koreś, Generał brygady Aleksander Radwan-Pragłowski, s. 278.

    [3] Bodaj jedyna informacja w książce o posiadanej radiostacji w dowództwie armii wydaje się wskazywać na zakaz jej używania w przekonaniu, że zdradza ona miejsce pobytu dowództwa i sztabu. Wystawia to jak najgorszą opinię i Rómmlowi i Pragłowskiemu, bowiem jeżeli nawet mieli takie przekonanie, to nic nie stało na przeszkodzie, żeby nadajnik umieścić w jakieś odległości od dowództwa. Nic nie robienie w tej sprawie wskazuje, niestety, że strach zaburzył w tym tandemie dowódczym zdolność do racjonalnej refleksji. Wzmacnia to tezę o porzuceniu własnej armii w momencie dla niej krytycznym. O braku wiedzy technicznej nawet nie wspomnę. D. Koreś, Generał…, s. 272.

    [4] W przypadku Armii ‘Łódź” była to wyjątkowo sama osoba, ale nie unieważnia to kwestii podległości.

    [5] D. Koreś, Generał brygady Aleksander Radwan-Pragłowski, s. 227-230.

    [6] Pełnił te funkcje od 4 września 1939, s. 281, przypis 4.

    [7] Więcej pisałem o tym tutaj.

    [8] Marcin Majewski, Kresowa Brygada Kawalerii w kampanii 1939 roku, s. 53-74

    [9] D. Koreś, Generał brygady Aleksander Radwan-Pragłowski, s. 249, przypis 174.

    [10] Pragłowski do końca solidaryzował się ze wszystkimi decyzjami swojego dowódcy i bronił je do ostatniego, nie cofając się przed mataczeniem. Z jednej strony dobrze to świadczy o jego lojalności, z drugiej oznacza wzięcie na siebie współodpowiedzialności za decyzję i nie zawsze elegancki sposób ich obrony.

  • Militaria

    16 Pomorska Dywizja Piechoty

    Książka daje dużo więcej informacji niż sugerowałby jej tytuł, odnosi się bowiem nie tylko do wojny obronnej w 1939, ale przedstawia całe wcześniejsze losy dywizji od czasu jej sformowania. Początek swój bierze ona z Wielkopolski, gdzie w 1919 roku rozpoczęto formowanie pułków piechoty składających się z mieszkańców Pomorza, którzy przekradali się przez granicę chcąc walczyć w oddziałach powstańczych. Pierwszą taką jednostką był Toruński Pułk Strzelców powstały w Inowrocławiu, później powstał Grudziądzki Pułk Strzelców także w Inowrocławiu, przeniesiony potem do Poznania, w sierpniu 1919 roku powstała już Dywizja Strzelców Pomorskich pod dowództwem pułkownika Stanisława Skrzyńskiego, a na końcu, już w październiku 1919 roku sformowano w Pakości na Pałukach Starogardzki Pułk Strzelców i w Poznaniu kolejny Kaszubski Pułk Strzelców. Tak powstały wszystkie zawiązki oddziałów tworzących późniejszą 16 DP. Uzbrojenie stanowiły karabiny Berthier wz. 14 i Mauser wz. 98, w kompaniach ckm znajdowały się Hotchkissy wz. 14. Broń pochodziła z zakupów poczynionych przez działaczy pomorskich lub została zdobyta w walkach powstańczych. Dywizja wzięła udział w zajęciu Pomorza w styczniu 1920 roku.

    W marcu 1920 roku, dywizja znajdująca się już na Pomorzu, częściowo w garnizonach, częściowo obsadzając granicę, została przemianowana na 16 Dywizję Piechoty Pomorskiej, analogicznie pułki przybrały nowe nazwy 63 Pułk Piechoty Toruńskiej, 64 Grudziądzki Pułk Piechoty, 65 Starogardzki Pułk Piechoty i 66 Kaszubski Pułk Piechoty. Z niewielkimi zmianami w sformułowaniach nazwy te miały utrzymać się przez całą historię tych oddziałów. Z racji na okres, w którym powstawała książka, pominięto jej udział w wojnie 1920 roku, szkoda.

    Dokładnie została omówiona historia 16 DP w okresie międzywojennym. Zgodnie z panującym w okresie socjalistycznym trendem, bardzo szczegółowo przedstawiono stosunki narodowościowe na Pomorzu, co miało dla samej dywizji drugorzędne znaczenie. Znacznie gorzej, że autor nie uchwycił momentu, kiedy 63 pp przestał wchodzić w skład dywizji (a znalazł się w 4 DP, „toruńskiej”), z powodu reorganizacji i przejścia na system trzypułkowy. Tak się kończy, jesli ktoś zajmuję się motywowanymi ideologicznie bzdurami zamiast skoncentrować się na meritum.

    Do najciekawszych partii książki trzeba zaliczyć dokładny opis jej działań w czasie kampanii wrześniowej. Wchodziła ona wtedy w skład GO „Wschód” gen. Bołtucia. Dla mnie to tym ciekawsze, że bardzo wysoko oceniam sposób dowodzenia gen. Bołtucia, podczas gdy ukształtowała się powszechna, choć w moim przekonaniu błędna, opinia na temat tego generała. Nawet prof. Wieczorkiewicz wybitny znawca września 1939 r. słabo oceniał bitwę nad Osą, prowadzoną przez GO „Wschód”. Warto zatem sprawie się przyjrzeć.

    Po pierwsze: siły stron. Zwykle się zakłada, że były one podobne: dwie polskie dywizje piechoty przeciw dwóm niemieckim takim samym dywizjom. Problem w tym, że Niemcy mieli stałe wsparcie lotnictwa, którego nie mieli Polacy, ponadto mieli wsparcie jakiejś jednostki pancernej, Borkowski podaje, że był to 10 pcz, ale nigdzie nie znalazłem potwierdzenia tej informacji. Pewne jest występowanie jednostki pancernej po stronie Niemców, bowiem wszystkie ich ataki wspierane były przez pojazdy pancerne i dochodziło do takich dramatycznych momentów, kiedy niemieckie czołgi rozjeżdżały polskie działka przeciwpancerne.

    Warto również zwrócić uwagę, że to atakujący wybiera czas, miejsce i natężenie ataku. W efekcie realnie wyglądało to w ten sposób, że dwie niemieckie dywizje wsparte lotnictwem i czołgami atakowały w pasie jednej polskiej 16 DP Przegrupowanie 4 DP i wprowadzenie jej do walki nie było proste, zwłaszcza, że odbywało się pod niemieckim ogniem.

    W efekcie do 3 września Niemcy zepchnęli polską obronę i przekroczyli linię Osy. Warto przy tym zwrócić uwagę, że nie trzeba było jej forsować, ponieważ wody w rzece było tyle, że nie przekraczała ona cholewek od butów (potwierdzają to relacje z sierpnia 1939), co oczywiście obrony nie ułatwiało. Koniecznie jednak, trzeba zwrócić uwagę, że w momencie, kiedy z dowództwa Armii „Pomorze” przyszedł rozkaz do odwrotu, polskie jednostki były uszykowane do kontrataku, stany (po dużych stratach) zostały uzupełnione a impet niemieckiego natarcia został wytracony (też z powodu dużych strat w ludziach i sprzęcie). Można zatem domniemywać, że część straconego terenu zostałaby odzyskana, a na pewno posuwanie się dalej niemieckich jednostek zostałoby zatrzymane.

    Duży wpływ na porażki 1 i 2 września miała postawa dowódców dywizji wchodzących w skład GO „Wschód”. Generał Bołtuć natychmiast po zauważeniu problemów zmieniał dowódców. W przypadku 16 DP w ten sposób stracił stanowisko płk Stanisław Świtalski, bardzo zresztą szkoda, że Borkowski nie przedstawia szczegółowej analizy tej decyzji, czyli tak naprawdę analizy jakości dowodzenia 16 DP w dniu 1 września 1939. Warto dodać, że gen. Bołtuć był jedynym polskim dowódcą wyższego szczebla, który podejmował takie decyzje personalne.[1] Podkreślić także trzeba, ze były one osobiście bardzo odważne, bo płk Świtalski przynależał do elity legionowej, a Bołtuć nie.

    Oceniając książkę, trzeba powiedzieć, że wiele informacji w niej zawartych ma charakter zasadniczy, to te z okresu powstania dywizji i walk w 1939 roku, te ostanie oparte na relacjach niedostępnych gdzie indziej.. Kiepsko na tym tle wyglądają losy poszczególnych pułków w okresie międzywojennym (nie dowiadujemy się na przykład, gdzie one stacjonowały). Za dużo nie należy także oczekiwać od inteligencji autora. Sumarycznie oceniam na 7/10.

    Olgierd Borkowski, 16 Pomorska Dywizja Piechoty w wojnie obronnej 1939 roku, PWN Warszawa-Poznań 1989.


    [1] Podobną decyzję podjął gen. Rómmel w odniesieniu do płk. Hanki-Kuleszy, z tym że była to decyzja błędna, por. Marcin Majewski, Kresowa Brygada Kawalerii w kampanii 1939 roku, s. 53-75. Piszę o tym tutaj.

  • Książki

    O śmierci polskich alpinistów na Broad Peak

    Jacek Hugo-Bader, Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak, recenzjaW marcu zeszłego roku cała Polska była poruszona informacją o śmierci dwóch polskich alpinistów w czasie zimowego zdobycia Broad Peak, ośmiotysięcznika leżącego w Karakorum. Pikanterii całej sprawie dodawały doniesienia, że obaj zaginieni wspinacze zostali porzuceni przez swoich współtowarzyszy w czasie zejścia ze zdobytego szczytu. Pojawiały się kolejne doszczegółowienia, później raport polskiego związku alpinizmu, który, jak sobie przypominam, mówił o braku odpowiednich kwalifikacji moralnych i nie zachowaniu „braterstwa liny” przez ocalonych. Rzecz zrobiła się głośna, myślę że każdy choć trochę zainteresowany górami coś o tym wiedział i miał w tej sprawie swoje stanowisko.

    W Karakorum zginęli Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski, przeżyli Adam Bielecki i Artur Małek. Brat tego pierwszego Jacek Berbeka już w kilka dni po tragedii ogłosił, że organizuje wyprawę mającą za cel odnalezienie i pochowanie ciał zaginionych. Właśnie do tej wyprawy podłączył się Jacek Hugo-Bader, który zamierzał napisać z niej reportaż, a także nakręcić film, który jak mi się wydaje nigdy nie powstał. Tytuł książki odnosi się do tego filmu. Co więcej, wiele jej fragmentów również do niego się odnosi poprzez opisywanie poszczególnych scen niepowstałego filmu. Wydaje mi się to zabiegiem całkowicie chybionym. Opowiadać słowami sceny z filmu, którego nie można zobaczyć, bo nie powstał? Pachnie lipą. Czytać, zamiast oglądać. To pierwszy poważny minus tej książki i jeszcze na dodatek odzwierciedlony w tytule. Jaki film? O co chodzi? Że niby ten reportaż to jest jakiś film? Bardzo cienkie i pretensjonalne.

    Skoro jesteśmy przy minusach, to zwrócę uwagę na najbardziej mnie irytujący. Hugo-Bader w wielu miejscach podkreśla, jak to był przez współuczestników wyprawy sekowany, jak go pomijano przy częstowaniu się ciasteczkami, jak nie docierały do niego informacje. Już to samo robienie z siebie ofiary jest mało pociągające, do rzeczy poważniejszych należą takie sytuacje, kiedy Hugo-Bader sam robi rzeczy mało lojalne i nawet po fakcie, pisząc książkę nie widzi swoich faut pas. Tak zdarzyło się w przypadku wywiadu, który udzielił Tygodnikowi Powszechnemu tuż przed wyjazdem na wyprawę, nie poinformował o tym swoich towarzyszy, a powiedział w nim, że są oni objęci amokiem wspinaczkowym i ich celem jest zdobycie Broad Peak i K2. Dodajmy, że obie informacje były całkowicie nieprawdziwe. Poza tym, jak rzecz postrzegam, jedynym celem tego wywiadu było komercyjne przygotowanie przyszłego filmu i książki-reportażu. Za coś takiego powinni go w ogóle wyrzucić z wyprawy, jako nielojalnego, skomercjalizowanego faceta. Dziwi mnie, że Hugo-Bader tego w ogóle nie rozumie, mimo iż ma siebie za specjalistę od intuicji i tych różnych delikatności.

    Dla równowagi powiem, co należy do plusów książki. Bezapelacyjnie najciekawsze są rozmowy z uczestnikami tragicznie zakończonej wyprawy na Broad Peak. Cały tekst jest nimi inkrustowany i to nawet dobrze, że te najbardziej frapujące fragmenty są dawkowane powoli, a czytelnik ma czas na spokojne przetrawienie tych bardzo emocjonujących kwestii czytając sobie o nudnym życiu w bazie wyprawy poszukiwawczej. Trochę tak, jak mama mól mówiła do małych molątek: kto nie zje flanelki nie dostanie karakułów. najpierw trzeba przebrnąć przez nudne kawałki ze wspominkami Hugo-Badera, a potem można emocjonować się kolejnymi odcinkami rozmów z Adamem Bieleckim, Arturem Małkiem czy Krzysztofem Wielickim, czyli uczestnikami owego zimowego zdobycia Broad Peak.

    Od tej w sumie nudnej narracji o przeżyciach Hugo-Badera w czasie powrotu na Brod Peak jest jeden wyjątek, są to rozmowy z narzeczoną pozostałego w mrozie Tomka Kowalskiego i jego rodzicami. Wiąże się z nimi najbardziej wzruszający moment książki, kiedy to owi rodzice w kontekście związku ich syna z Agnieszką i jej postawy po zamarznięciu Tomka na Broad Peak mówią: Agnieszka jest już nasza. Co by dalej w jej życiu nie było, zawsze będzie w rodzinie. (s. 162)

    Z Tomkiem Kowalskim związana jest jeszcze jedna w swoim czasie nieprawdopodobnie nagłośniona historia, mianowicie ta, że do ataku szczytowego wyszedł w rakach mających inny przód i inny tył a związanych linką, co miało rzekomo być dowodem na karygodne ubóstwo wyprawy i brak odpowiedniego nadzoru ze strony jej kierownictwa. Na szczęście w rozmowie z autorem Adam Bielecki wyjaśnia, że Tomek Kowalski był ekspertem od nowinek sprzętowych i z premedytacją zmontował takie raki, używając tyłów z lekkich raków aluminiowych, co powodowało istotne zmniejszenie ich wagi. W strefie śmierci, powyżej 8000 tys. m każdy gram robi różnicę. Zmniejszenie o 200 g wagi raków razy pięć tysięcy kroków oznacza wtaszczenie tony ciężaru mniej na szczyt. Oczywiście jest ryzyko związane z taką przeróbką, ale Tomek Kowalski ocenił, że warto je podjąć. To dobrze, bardzo dobrze, że ten dość demagogiczny zarzut o ubóstwie prowadzącym do śmierci został wyjaśniony.

    Wyprawa poszukująca ciał odnalazł w górach tylko Tomka Kowalskiego. Zamarzł przypięty do liny na środku szlaku wiodącego na szczyt. Ukształtowanie terenu w tamtym miejscu powodowało, że wspinacze zmierzający na Broad Peak właściwie musieli po nim przejść. Brr.., aż się wzdrygnąłem, jak się o tym dowiedziałem. Bardzo się cieszę, że udało go się wykuć z lodu i godnie pochować, jak przynależało himalaiście.

    Króciutki, ale bardzo wzruszający fragment poświęcony jest rodzinie Macieja Berbeki. Hugo-Bader rozmawiał z jego żoną, Ewą Dyakowską-Berbeką, bardzo zdolną i twórcza plastyczką, scenografką Teatry im. Witkiewicza w Zakopanem. To ona mówi zapadające w pamięć słowa dotyczące zgody na pierwsze wyjazdy męża w Himalaje zaraz po urodzeniu ich najmłodszego dziecka – nie mogłam mu tego zrobić. Co? Miałam powiedzieć ja albo góry. Zresztą ucieszyła się, kiedy zadzwonił Wielicki z propozycja wyjazdy na Broad Peak. Ta wyprawa należała się Maćkowi. Aby zrozumieć dlaczego mu się należała trzeba sięgnąć do historii. W roku 1988 Maciej Berbeka atakował w zimę Broad Peak. Wszedł po zmroku na przedwierzchołek Rocky Summit, wydawało mu się, że jest już na szczycie, zgłosił to do bazy. W bazie wszyscy wiedzieli, gdzie jest naprawdę, bo widzieli światełko jego czołówki. Nic mu jednak nie powiedzieli, bo dalsza wspinaczka oznaczałaby samobójstwo. Schodził ze świadomością zdobycia góry, później przyszło bolesne rozczarowanie. Teraz można zrozumieć, dlaczego mu się ta wyprawa należała.

    Skoro jesteśmy już przy pani Dyakowskiej, to musze wspomnieć o znanej mi wystawie „W drodze”. Wspomnę tylko, że jednym z motywów przewodnich jej prac jest właśnie jej mąż, Maciej Berbeka w górach. Nie mogę znaleźć w internecie prac z tej wystawy, zamieszczam podobne, a także zdjęcie Państwa Berbeków w górach.

    Ewa Dyakowska-Berbeka, praca plastycznaEwa Dyakowska-Berbeka i Maciej Berbeka, razem gdzieś w górach

    Na koniec moje refleksje o zimowej wyprawie na Broad Peak i o przyczynach tragedii. Myślę, że Polski Związek Alpinizmu znacznie za mocno ocenił tych, którzy przeżyli czyniąc ich współodpowiedzialnymi za śmierć towarzyszy. Argument o straceniu „braterstwa liny” jest niewiarygodny, bowiem bodaj na wszystkich zimowych wyprawach ich uczestnicy schodzili osobno. To było konieczne, bo w tak ekstremalnych warunkach nie sposób na kogoś czekać, nie sposób też iść nieswoim tempem. W lato można to sobie wyobrazić, w zimie przy temperaturach w granicach -30ºC jest to niemożliwe. Tam każdy idzie w swoim tempie i sam walczy o przeżycie. Każdy idący w góry w takich warunkach o tym wie. Podgrzewanie atmosfery nie służy sprawie.

    Jak wspomniałem Maciej Berbeka miał pozamerytoryczny powód, aby na ta wyprawę pojechać mimo zaawansowanego wieku (59 lat). Miał zatem pozasportowa presję, aby na szczyt wejść. Tomek Kowalski z kolei marzył, zapisać się na kartach historii i dokonać czegoś po raz pierwszy, to go motywowało do uczestnictwa w tej wyprawie. To ważne, że dwóch himalaistów miało motywacje pozasportowe, które wpływały na ich decyzje.

    Do ostatniego ataku na szczyt założenie było takie, że idą w dwóch zespołach: Bielecki i Małek oraz Berbeka z Kowalskim. Ten pierwszy zespól okazał się silniejszy i gdyby utrzymano w mocy wcześniejsze ustalenia, to właśnie oni zaatakowali by szczyt. W przypadku sukcesu byłby to koniec wyprawy, w przypadku porażki atakowałby drugi zespół. W ostatniej chwili, już na górze grupa wspinaczy podjęła decyzje o wspólnym ataku szczytowym całego zespołu. Motywacja była jasna, ale niestety okazało się śmiertelna. Myślę, że w tym ostatnim rozstrzygnięciu należy szukać przyczyny tragedii.

    Sumarycznie książkę oceniam bardzo wysoko. Ma swoje braki, ale i tak dobrze wprowadza w cały kontekst dramatycznej wyprawy na Broad Peak. Dla mnie 8/10

    Jacek Hugo-Bader, Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak, Znak Kraków 2014