• Książki

    Wolne miasto Zakopane

    W Zakopanem każdy był i każdy ma swoje zdanie na jego temat. Podobnie na temat recenzowanej książki każdy będzie miał własną opinię.

    Przechodząc do istoty rzeczy – bardzo zachęcam do przeczytania tego opracowania. Autor prezentuje w nim podejście całkowicie odmienne od tego, jakie zwykle jest przedstawione w odniesieniu do Zakopanego. Nie ma tu cyganerii artystycznej, rzemiosła ludowego, kultury góralskiej ani nawet smacznych anegdot. Jest za to wnikliwa analiza rosnącego jak na drożdżach prywatnego biznesu (czy raczej jak się wtedy mówiło „prywatnej inicjatywy”). Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie działo się to w państwie socjalistycznym, które na wszelkie możliwe sposoby ograniczało lub wprost zabraniało aktywności gospodarczej swoich obywateli. Największe znaczenie miało w tej materii samowolne budownictwo domów stawianych „pod wynajem”.

    Jednym z ciekawszych ustaleń autora było wyjaśnienie przyczyny niebywałego rozrostu kwater prywatnych. Była nią aktywność państwowych zakładów pracy, które koniecznie chciały mieć możliwość organizowania wczasów dla swoich pracowników i podnajmowały od prywatnych właścicieli zarówno bazę noclegową, jak i zaplecze umożliwiające wyżywienie. Żadne formalne ograniczenia tu nie pomagały, każde z nich można było w jakiś sposób obejść.

    Profesor Kochanowski bardzo kompleksowo przedstawił sytuację Zakopanego. Omówił zarówno przemiany władzy w mieście, funkcjonowanie organów ścigania, jak i aktywność obywateli w rozbudowie prywatnej bazy turystycznej.

    Czego zabrakło? Najbardziej chyba chociaż skrótowego przedstawienia działalności poakowskiego podziemia antykomunistycznego. Na całym Podhalu było ono bardzo żywe. Na terenie Zakopanego mieszkało wiele osób czynnie zaangażowanych w zbrojne podziemie i musiało to mieć wpływ na postawy ludności. Jak głęboki? Nie potrafię odpowiedzieć bez szczegółowych badań. Na pewno specyficzny klimat społeczny Zakopanego, z całkowitym lekceważeniem komunistycznych władz, nie brał się wyłącznie z chęci zarobienia „dutków”. Socjalistyczne państwo było tu elementem obcym, jak na całym Podhalu, i antykomunizm górali miał tu swoje znaczenie. Tego wątku wyraźnie zabrakło.

    Szkoda także, że autor nie pokusił się na żadne porównania. Czy w kurortach nadmorskich nie panowała podobna „wolność”? Pamiętam, że z rodzicami wielokrotnie byłem nad morzem i zawsze nocowaliśmy w kwaterach prywatnych i stołowaliśmy w miejscach, gdzie pokątnie wydawano obiady. Czy nie było to podobne do Zakopanego?

    Kochanowski przedstawił Zakopane, jako przedmiot turystycznego pożądania wszystkich Polaków. Moje wspomnienia są jednak inne. Pamiętam, że w czasie górskich wędrówek, kiedy chcieliśmy iść w  Tatry, musieliśmy zawadzić o Zakopane. Z dworca PKP przechodziliśmy do dworca autobusowego starając się jak najmniej czasu spędzić w samym mieście. Atmosfera komercyjnego blichtru napawała nas obrzydzeniem. Nie było to doświadczenie jednostkowe, jednakże w książce nie zostało w żaden sposób zauważone.

    Oczywiście postulaty możliwych rozszerzeń lub uzupełnień można mnożyć. Nie zmienia to w niczym wysokiej oceny pracy takiej jaka jest. Dla mnie 9/10, bo rozumiem, że autor chciał książkę zamknąć w jakimś obliczalnym czasie i objętości. Jerzy Kochanowski, Wolne miasto Zakopane 1956-1970, Wydawnictwo Znak, Kraków 2019, ss. 332.

  • Książki

    Czas przeszły dokonany Adama Pragiera

    Adam Pragier, Czas przeszły dokonanyAż dziw, że dopiero teraz ukazały się w Polsce wspomnienia Adama Pragiera. Do tej pory miały tylko jedno wydanie w Londynie w roku 1966. Zatem chwała Muzeum Historii Polski za opublikowanie tej pozycji w ramach serii 100-lecie Niepodległości Wspomnienia i pamiętniki.

    Adam Pragier był działaczem socjalistycznym, został wybrany posłem z listy PPS w 1922 i 1927 roku, był więźniem brzeskim, brał udział w konstruowaniu pierwszego polskiego rządu emigracyjnego a potem zasiadał w londyńskiej Radzie Narodowej. Można powiedzieć, że miał dobre miejsca do obserwacji polskiego życia politycznego.

    Do ciekawszych doświadczeń autora należało zasiadanie w komisjach sejmowych, które dzisiaj nazwalibyśmy śledczymi. Zwłaszcza ciekawe było regularne śledztwo, jakie Pragier przeprowadził w sprawie wybuchu w warszawskiej cytadeli.[1] Miał dzięki temu informacje z pierwszej ręki, a wskazują one na wieloaspektową rolę prowokacji policji politycznej w zakresie ustalenia winnych. Wydaje się, że przypisanie zamachu Bagińskiemu i Wieczorkiewiczowi było nieprawidłowe, a do wybuchu doszło przez przypadek.

    Bardzo ciekawe są też uwagi Pragiera o sformowaniu rządu gen. Sikorskiego w 1939 roku. Autor wspomnień znalazł się bowiem w Paryżu jako jeden z pierwszych polityków emigrujących z kraju i brał od początku udział w rozmowach, jakie toczyły się w tym gorącym okresie. Szczególnie interesujące są informacje o kulisach powołania Adama Koca jako ministra w pierwszym rządzie Sikorskiego, a Koc był przecież czołowym politykiem sanacyjnym, a od tej linii politycznej ówcześnie odcinano się jak tylko było można.

    Pragier był zdecydowanym przeciwnikiem paktu Sikorski – Majski w takim kształcie, w jakim ostatecznie został podpisany. Kontrowersja dotyczyła sprawy granicy z 1939, a dokładnie chodziło o brak gwarancji jej nienaruszalności. Sprawa jest dobrze historykom znana, natomiast Pragier podaje sporo szczegółów towarzyszących samemu podpisaniu paktu i dalszego sporu, jaki w kręgach emigracyjnych był przez dłuższy czas toczony.

    W niektórych sprawach poglądy Pragiera są jednak zdumiewające, na przykład gdy chodzi o komunistów. Na pewno źle oceniał bolszewików i politykę władz sowieckich, to bezsporne. Natomiast jak pisze o osobistych kontaktach z polskimi komunistami, to zawsze wyraża się o konkretnych ludziach bardzo ciepło, co stanowi kontrast zwłaszcza w odniesieniu do piłsudczyków, o których bodaj bez wyjątku pisze źle lub bardzo źle, a wielu z nich było przecież jego partyjnymi kolegami w PPS. Ta dziwna ambiwalencja miała skutki też w innych opiniach. Na przykład Pragier twierdzi, że w PPS nie było sympatii prokomunistycznych (co jest oczywistą nieprawdą), a tzw. lewica PPS to w istocie przeciwnicy Piłsudskiego (t.1, s. 495). Z kolei niewiele dalej pojawia się już inna opinia, że jednak lewica PPS istniała i miała tendencje rewolucyjne (t.2, s. 6). Wynika z tego tyle, że Pragier usiłował za wszelką ceną oczyścić swoja partię z zarzutów o posiadanie skrzydła, które wyrażało sympatię do komunizmu.

    W omawianych wspomnieniach jest wiele tego typu smaczków, na przykład portretów ludzi, których autor miał szansę poznać. Dodać jednak trzeba, że niezależnie od walorów merytorycznych, książka jest napisana bardzo ciekawie i czyta się ją jednym tchem. Poza tym Pragier bardzo szczerze wyraża różne sądy. Sumarycznie rzecz biorąc jej lektura jest bardzo interesująca poznawczo i jednocześnie daje dużo radości z obcowania z dobrze napisanym tekstem. Czytać koniecznie.

    Adam Pragier, Czas przeszły dokonany, opracowanie Andrzej Friszke i Ewa Pejaś, Muzeum Historii Polski, Warszawa 2018, t. 1-3.


    [1] W artykule poświęconym tej sprawie w Wikipedii (https://pl.wikipedia.org/wiki/ Zamach_w_Cytadeli_Warszawskiej) występuje błąd – Pragier nie był przewodniczącym tej komisji, był nim Stanisław Kozicki z Narodowej Demokracji. Zresztą twórca tego artykułu nie znał wspomnień Pragiera, co pokazuje, jak ważną rzeczą było ich polskie wydanie.

  • Książki

    Kontrowersje w Kościele Grekokatolickim

    Grzegorz Chomyszyn, Biskup Stanisławowski, Dwa królestwa,  redakcja ks. Ihor Pełechatyj, Włodzimierz Osadczy, Wydawnictwo AA Kraków 2017Książka, zawierająca cudem ocalałe wspomnienia i refleksje bpa Chomyszyna, opatrzone świetnym wstępem i komentarzem, porusza zupełnie nieznany temat kontrowersji przechodzącej w awanturę, a dotyczącej Kościoła Grekokatolickiego. Mimo iż wydawało mi się, że coś niecoś wiem o tym wyznaniu, to o owym sporze nic nie słyszałem. Rzecz dotyczy polityki metropolity Szeptyckiego, dobrze przecież znanego polskim historykom. Co prawda uwagę głównie przyciągało jego stanowisko wobec ludobójstwa na Wołyniu, ale przy tej okazji analizowano również szerszy kontekst jego polityki wobec ukraińskiego nacjonalizmu.

    Wszystko rozpoczęło się od planów nowej unii
    i przyciągnięcia prawosławnych do grekokatolicyzmu.  Plan powstał w Rzymie, jego twórcy kard. Tisserant i bp d’Herbigny (przewodniczący „Commissio pro Russia”) zakładali, że ewentualną nową unię ułatwi ujednolicenie, a w każdym razie bardzo poważne zbliżenie liturgii grekokatolickiej do prawosławnej. Można domniemywać, że chodziło o to, by wierni nie zauważyli różnicy w przypadku przejścia z jednej denominacji na drugą. Koniecznie trzeba jednak dopowiedzieć, że cały ten plan był kompletną mrzonką nie mającą najmniejszej szansy na realizację. Niestety zważył na losach cerkwi grekokatolickiej.

    Wielkim zwolennikiem tego pomysłu był abp Szeptycki. Jednak mieć pomysł łatwo, ale zrealizować go znacznie trudniej. W realu oznaczało to nie tylko przeciwstawienie się pojawiającym się wpływom łacińskim (jak np. niektóre nabożeństwa), ale wycięcie z już praktykowanych obrzędów niektórych elementów zaczerpniętych od katolików rzymskich. Oczywiście musiało to budzić opór wiernych i części duchowieństwa. Wobec tego oporu rozpętano kampanię walki z łacińskimi naleciałościami, traktując je jak diabelstwo czyste. Łatwo byłoby na to odpowiedzieć, że po drugiej stronie mamy przecież moskalofilstwo, bardziej przecież groźne dla Ukraińców. Problem w tym, że za proponowanymi zmianami stał metropolita Szeptycki, który miał wystarczająco dużo możliwości oddziaływania na przeciwników jego reform. Ponadto, aby ochronić się przed zarzutami moskalofilstwa zaczął wspierać ukraiński ruch narodowy wraz z jego nacjonalistycznymi przejawami. Wydaje się, że obie te tendencje wzajemnie się nakręcały. Im więcej prawosławia w liturgii i im więcej walki z łacińskimi naleciałościami, tym intensywniejsze poparcie dla separatyzmu ukraińskiego.

    Warto uświadomić sobie, że Kościół Grekokatolicki znajdował się (i trwa to do dziś) w unii z Rzymem i akceptował zwierzchnictwo papieża. W tym kontekście wydawałoby się, ze przeciwstawienie się polityce metropolity Szeptyckiego  będzie łatwe, ale przecież realizował on dziwaczną politykę Watykanu (patrz wyżej) nakierowaną na próbę jakiegoś przyciągnięcia prawosławnych.

    Teraz dopiero można przejść do książki bpa Chomyszyna. Jej rdzeniem jest żarliwe przeciwstawienie się tendencjom, które uosabiał abp Szeptycki i osoby z nim związane. Zacznijmy od kwestii liturgicznych:

    „Zbliżenie czy raczej zrównanie obrządków jako środek do nawrócenia Wschodu jest nie tylko nieodpowiedni, ale nawet szkodliwy i niebezpieczny dla wiary katolickiej i dla naszej cerkwi. Nieodpowiedni dlatego, ze nawrócenie odbędzie się nie obrządkiem, ale wiarą, życiem z wiary, modlitwą, ciężka ofiarą i poświęceniem. Schizmatycy wtedy zainteresują się prawdziwością wiary katolickiej, kiedy zobaczą u nas mocne cnoty, wielkie dzieła pochodzące z wiary katolickiej. Kiedy jednak idzie o połączenie z ich obrządkiem, to nas wyśmieją albo ze współczuciem powiedzą: toż u nas jest ten sam obrządek, to czemu mamy do  was wracać. Ten środek jest także niebezpieczny i szkodliwy, bo historia świadczy aż nadto jasno, że wszelkie niszczenie naszego obrządku, że wszelkie zbliżenie naszego obrządku do schizmatyckiego jest  niczym innym, jak zbliżeniem do schizmy, a w końcu – samą schizmą.”

    Problem relacji do ukraińskiego ruchu narodowego, który był wpierany przez metropolitę Szeptyckiego pojawiał się w różnych pismach biskupa Chomyszyna. Najpierw w tekście Problem ukraiński opublikowanym w 1933 roku, a potem w Dwóch królestwach gdzie przewijał się jako jeden z głównych motywów.

    „Nacjonalizm począł u nas przybierać cechy ducha pogańskiego, albowiem wprowadza pogańską etykę nienawiści, nakazuje nienawidzić wszystkich, którzy są innej narodowości, a nawet wzbrania nieść im pomoc i okazywać miłosierdzie w ich nieszczęściu. To właśnie jest przeciwne etyce chrześcijańskiej, Chrystus bowiem nakazywał słowem i swoim przykładem miłować bliźnich swoich i to nie tylko przyjaciół i swoich ale również i wrogów osobistych i ludzi obcych narodowością.” Pisał w tekście Problem ukraiński i dalej „Hurrapatrioci narodowi, szowiniści i krótkowzroczni politycy ukraińscy spowodowali gorzki los narodu ukraińskiego. Oni to wprowadzali ten duchowy rozkład w narodzie, oni to podkopali wiarę i moralność, oni to oślepili i zatruli naród. Oni to nadal wywołują gniew Boży i gotowi do tego doprowadzić, że z kipiącego kotła Wschodu poleje się lawa ognista, która może nas całkowicie zmieść z oblicza ziemi.” Trzeba koniecznie zwrócić uwagę, jak dalece prorocze to były słowa. A przecież napisane były w roku 1933, kiedy mało kto przewidywał dramatyczną przyszłość. Pokazują one, że jeśli ktoś swoją refleksję opiera na głębokich i konsekwentnych podstawach chrześcijańskich, to przewidywanie przyszłości przychodzi mu łatwiej niż zawodowym politykom. Na marginesie zauważmy, że tak radykalnej refleksji zabrakło polskim biskupom z rzymskokatolickiej części episkopatu.

    Biskup Chomyszyn powinien być dla Polaków w kontekście pojednania polsko-ukraińskiego kluczowa postacią. Polski  Sejm w 2017 roku na wniosek klubu Kukiz’15 przyjął uchwałę w sprawie uczczenia pamięci bł. bpa Chomyszyna. Znacznie wcześniej, bo w 2001 roku Jan Paweł II podczas wizyty na Ukrainie beatyfikował go jako biskupa męczennika (zmarł zamęczony w więzieniu sowieckim w 1945 roku).

    Na zwrócenie uwagi zasługują dwa teksty stanowiące rozbudowany wstęp do pracy bpa Chomyszyna autorstwa ks. Ihora Pełechatego i Włodzimierza Osadczego. Przedstawiają one zarówno rozbudowany kontekst historyczny, w którym owa praca powstawała, jak i dzieje samego rękopisu. Dla większości czytelników bardzo przydatna będzie także krótka historia Kościoła unickiego ze szczególnym uwzględnieniem relacji z prawosławiem i narodowym ruchem ukraińskim.

    Szczególne podziękowania dla Miejskiej Biblioteki w Podkowie Leśnej, która zakupiła tę książkę i umożliwiła mi jej przeczytanie. Zawsze można na nią liczyć. Dzięki.

    Podsumowując: książka o bardzo szczególnych walorach poznawczych, poruszająca całkowicie nieznana problematykę, opatrzona wyjątkowo dobrymi wprowadzeniami. Ocena to 10/10 i gorące polecenie wszystkim interesującym się tymi zagadnieniami.

    Grzegorz Chomyszyn, Biskup Stanisławowski, Dwa królestwa,  redakcja ks. Ihor Pełechatyj, Włodzimierz Osadczy, Wydawnictwo AA Kraków 2017.

  • Militaria

    Sprawa majora Sosnowskiego

    Konrad Graczyk, Operacja „Reichswehrministerium”. Misja majora Jerzego Sosnowskiego, Wydawnictwo Rytm, recenzjaZwykle o historii piszą historycy lub inni autorzy, którzy historyków udają. Tym razem mamy do czynienia z zupełnie inną sytuacją. Książkę napisał prawnik, który głównie koncentrował się na tym, co umie najlepiej, czyli na analizie prawnej. Dało to naprawdę dobry efekt. Wiele kwestii zostało wyjaśnionych, a i sporo błędów poprostowanych. Na przykład dla historyka jest rzeczą bez większego znaczenia, czy wobec Sosnowskiego polskie władze prowadziły śledztwo czy dochodzenie. Bezrefleksyjnie większość pisała o śledztwie, a różnica jest doprawdy zasadnicza: dochodzenie prowadził prokurator, a śledztwo – sędzia śledczy. Dzisiaj polskie prawo nie zna instytucji sędziego śledczego, stąd całe zamieszanie. W Wikipedii do chwili opublikowania niniejszej notki też funkcjonuje termin śledztwo, mimo iż omawiana książka ukazała się 15 miesięcy temu! A sprawa jest dość istotna. Sędzia śledczy miał więcej niezależności niż prokurator, zatem łatwo sobie wyobrazić dlaczego szefostwo II Oddziału wybrało formę dochodzenia, a nie śledztwa.

    Autor dotarł do niewykorzystywanych do tej pory materiałów polskiego konsulatu w Berlinie, który udzielał pomocy aresztowanemu. To zupełna nowość. Do sprawy wnosi co prawda niewiele, ale na przykład  pokazuje opieszałość w znalezieniu obrońcy dla rotmistrza. Musiał być on zaakceptowany przez niemiecki Trybunał Ludowy, przed którym toczyła się sprawa, a siedzącemu w areszcie nie było łatwo takiego obrońcę znaleźć.

    Kolejnym nowością jest dotarcie do materiałów postępowania przed sądem partyjnym NSDAP w sprawie por. Rudloffa. Wszystkie zawirowania dotyczące jego osoby zostały dzięki temu wyjaśnione na tyle, na ile się dało. Jest to o tyle istotne, że w polskim procesie to właśnie Rudloffowi przypisywano (oczywiście niesłusznie) zwerbowanie Sosnowskiego przez Abwehrę. Wyjaśniono zarówno sposób jego zatrudnienia w Abwehrze, jak posługiwanie się przez niego stopniem kapitana oraz jego sytuację finansową.

    Ciekawa jest również precyzyjna analiza dokumentów prawniczych, przede wszystkim aktów oskarżenia (zarówno przed sądem niemieckim jak i polskim), ale w miarę możliwości także procedur prawnych, jakie wobec rotmistrza stosowano. Te po stronie polskiej wyglądały żałośnie. Przetrzymywany był w swego rodzaju areszcie przez blisko półtora roku, bez żadnego wyroku,  nawet bez postawienia zarzutów. Dopiero interwencja u Rydza-Śmigłego spowodowała, że w końcu zastosowano wobec niego normalne procedury prawne. Na marginesie warto dodać, że wystawia to bardzo dobre świadectwo Rydzowi.

    Faktografia działalności Sosnowskiego przedstawiona jest krótko, żeby nie powiedzieć zdawkowo. Ma to ten niezamierzony plus, że pozwala spojrzeć na jego prace z pewnej perspektywy. Jako największy sukces Sosnowskiego jawi się zwerbowanie Benity von Falkenhayn. To ona w znacznym stopniu kierowała pozostałymi agentkami, sekretarkami w Reichswehrministerium, które wynosiły dokumenty dla Sosnowskiego. Natomiast jego wpadka spowodowana przez samodzielne zwerbowanie tancerki Lei Kruse i wyraźnie nadmiarowe poinformowanie jej o siatce agenturalnej było katastroficznym błędem, z pogranicza braku profesjonalizmu. Warto zauważyć, że owa tancerka sama zgłosiła się do Abwehry i zeznała o werbunku przez Sosnowskiego. Pokazuje to zresztą, na jak niskim poziomie działa Abwehra, która pozwoliła rotmistrzowi tak długo działać pod swoim nosem, mimo iż sygnały o jego działalności miała już znacznie wcześniej.

    Do poważnych braków zaliczam brak wykorzystania fundamentalnej pracy Łukasza Ulatowskiego Berlińska placówka wywiadowcza „In.3” (1926 – 1934). Oddział II i działalność majora Jerzego Sosnowskiego w Niemczech. Tym bardziej to bolesne, że jednocześnie autor wykorzystuje stare opracowania popularne, często operujące trybem przypuszczającym. Nie trzeba być historykiem, żeby odróżniać kompetentne monografie od popularnych staroci.

    Niekiedy kłopotliwa jest tendencja autora do szczegółowego przytaczania różnych norm prawnych. W gąszczu szczegółów gubi jednak sprawy ważne. Co z tego, że szczegółowo analizuje przesłanki ewentualnego zastosowania aresztu tymczasowego przez polskiego prokuratora, skoro nie zauważa, że ów prokurator w chwili składania wniosku o areszt tymczasowy nie posiadał żadnych obciążających majora dowodów. Można wnosić, że sąd decydując o tym areszcie też takich dowodów nie miał. Czy w ogóle można w tym przypadku mówić o praworządności i zatem czy ma sens drobiazgowa analiza systemu prawnego?

    Ogólna ocena 7/10 za interesujące analizy prawnicze pokazujące nowe wymiary całej sprawy rotmistrza Sosnowskiego.

     Konrad Graczyk, Operacja „Reichswehrministerium”. Misja majora Jerzego Sosnowskiego, Wydawnictwo Rytm, Warszawa 2017, ss. 312.

  • Książki

    Przerzut nazistów do Argentyny

    Uki Goni, Prawdziwa Odessa. Jak Peron sprowadził hitlerowskich zbrodniarzy do Argentyny, Replika, Zakrzewo 2016Książek o ukrywających się zbrodniarzach hitlerowskich powstało mnóstwo. Wszystkie jednak były pisane z perspektywy europejskiej. W języku polskim jest to bodaj pierwsza książka, która prezentuje inne spojrzenie. Autor dość wnikliwie przedstawia jak to się stało, że Argentyna za rządów Perona była zainteresowana ściąganiem do siebie nazistów po przegranej przez nich wojnie. Peron po prostu wykorzystywał nazistów, a także Niemców w ogóle, do budowy kompetencyjnego wsparcia dla swoich rządów. Szczególna zasługą Goniego jest przedstawienie szczegółów współpracy Argentyny z Niemcami w czasie wojny, kto i kiedy jeździł do Niemiec, a także w odwrotną stronę – co robili Niemcy w Argentynie.

    Warto dodać, że Argentyna w czasie wojny nie była zainteresowana w ewakuacji z Niemiec swoich obywateli pochodzenia żydowskiego. Niemcy tę grupę wyłączyli z Holocaustu (we wszystkich okupowanych krajach[1]), a Ribbentrop wręcz naciskał dyplomatów argentyńskich, aby przedsięwzięli jakieś kroki ewakuacyjne. Bezskutecznie. Ostatecznie zostali uwięzieni/internowani w Bergen Belsen, gdzie – jeśli przeżyli klęskę głodu z ostatnich tygodni wojny – to doczekali wyzwolenia. Trafili do tego obozu zresztą dopiero po tym, jak Argentyna zerwała w styczniu 1944 roku stosunki dyplomatyczne z III Rzeszą.

    Osobny rozdział autor poświęcił wymuszaniu na Żydach okupu. Mianowicie Niemcy prowadziły politykę zezwalania na wyjazd Żydom, którzy wpłacą 100 tys. franków szwajcarskich okupu, a nie stanowią zagrożenia dla bezpieczeństwa Rzeszy (miano wyłączać z tej procedury np. osoby wykształcone, jako groźne dla Niemiec). Co ciekawe Londyn i Waszyngton potępił wyłudzanie okupu, ale też zakomunikował „Ostrzegamy osoby (…), które zapłacą okup, że w ten sposób narażają się one na bycie uznanym za naszego wroga.” (s. 88) Próbowano też stworzyć „czarną listę” zarówno szantażystów jak i ofiar wpłacających okup. Brytyjska ambasada w Buenos Aires podjęła działania w tym kierunku i ostrzegała przed przykrymi reperkusjami osoby, które miały wpłacić haracz za uwolnienie swoich rodzin pozostających w Europie. W tym kontekście warto byłoby umieścić aferę Hotelu Polskiego.

    Jak we wszystkich książkach o przerzucie nazistów pojawia się wątek Kościoła. Uke Goni jednoznacznie stwierdza, że Watykan wspierał tę akcję. Budzi to jednak poważne wątpliwości. Nazwiska ciągle są te same, żadnych nowości. Trzeba zatem zwrócić uwagę, że zawsze w tym kontekście przywoływany bp Alois Hudal nie był związany z Watykanem. Piastował jedynie funkcje proboszcza rzymskiego kościoła Santa Maria dell’Anima, a jego działania służące organizowaniu ucieczek dla nazistów nie były wspierane ani przez Watykan, ani przez papieża Piusa XII – tutaj sprawa jest jasna, nie ma nawet cienia śladów takiego wsparcia. Natomiast warto zauważyć, że – paradoksalnie – działania Hudala wpierali Amerykanie, a to mianowicie w ten sposób, ze dofinansowywali charytatywną organizację Papieska Komisja Pomocy, której sekcją austriacką kierował Hudal. Najpewniej czynili to nieświadomie.

    Możemy się tylko domyślać, że w morzu pomocy humanitarnej dla uchodźców, w tym także niemieckich i austriackich, Hudal przemycał także zbrodniarzy hitlerowskich i wątpliwe, aby w tej akcji ktoś poważny go świadomie wspierał. Wtedy nie było jasne, kto jest zbrodniarzem, a kto nie. Zresztą dzisiaj też nie jest. Uke Goni hojnie szafuje etykietami „zbrodniarz”, „morderca” „nazista”. A zalicza do tej kategorii na przykład współpracownika bp. Hudala kapitana Abwehry Reinharda Kopsa, który pod koniec wojny był ścigany przez SS za to, że w październiku 1944 roku uchronił na Węgrzech przed deportacją 25 Żydów wydając im fałszywe dokumenty tożsamości potwierdzające, że są członkami jego jednostki wywiadowczej. Rzeczywiście zbrodniarz i nazista. Podobnie zresztą został potraktowany Hans Rudel, niemiecki as Luftwaffe, który jako pilot Ju 87 Stuka zniszczył najwięcej sowieckich czołgów na froncie wschodnim. Skoro dzisiaj w zapale tropicielskim można dokonywać takich nadużyć, to czy można się dziwić, że w odwrotną stronę dokonywano ich w latach czterdziestych? Taka przesada terminologiczna nie służy sprawie: podważa wiarygodność autora i w odcienie szarości spycha prawdziwych zbrodniarzy, którzy uniknęli odpowiedzialności.

    Jak we wszystkich książkach na ten temat mnóstwo miejsca zajmuje pomoc dla chorwackich kolaborantów organizowana przez księdza Krunoslava Draganovica. Do wywodów Goniego trzeba jednak wtrącić, że Chorwaci nie potrzebowali wparcia Watykanu. Najprawdopodobniej dysponowali ogromnymi zasobami złota wywiezionymi z Chorwacji pod koniec wojny.

    Na koniec warto dodać, że niekiedy akcje ewakuacji nazistów do Argentyny wspomagali alianci. Dotyczyło to nie tylko ustaszy. Na przykład Klaus Barbie (znany z późniejszego procesu gestapowiec z Francji) został dostarczony do Draganovica przez wywiad amerykański, z którym po wojnie współpracował jako antykomunistyczny ekspert, a nawet zapłacono za jego przerzucenie do Ameryki Południowej. Tylko co ma do tego Watykan?  A może chodzi o szukanie sensacji, co jest podstawą pracy dziennikarzy, a może o antykościelne obsesje (na to wskazywałoby używanie terminu „funkcjonariusze Kościoła katolickiego).[2]

    Kilka słów należy się tłumaczeniu. Czegoś tak żałosnego dawno nie miałem w ręku. Przyzwyczaiłem się już, że tłumacze z tupetem podchodzą do swego zadania i często nie mają żadnej wiedzy na temat meritum tłumaczonych książek. Nawet mnie nie oburza, że nie próbują jej zdobyć na poziomie elementarnym zabierając się za tłumaczenie. Zatem nie dziwi, że tłumaczka nie wie, że stopni SS nie tłumaczy się na polski (pozostaje Sturmbannführer a nie major SS), bo do żadnej książki nawet nie zajrzała (o czytaniu nie wspomnę). Natomiast przypisywanie biskupowi Hudalowi narodowości australijskiej (s. 150) zamiast austriackiej, czy traktowanie zakonu salezjańskiego jako armii salezjańskiej  (s. 262) jest żenujące. Czerwona linia została jednak przekroczona, gdy powszechnie znany instytut Yad Vashem został potratowany jako człowiek (!!!), autor przytaczanych koncepcji: „cytuje Yada Vashema” (s. 380, przypis 108). To jest po prostu haniebne i wskazuje, że tłumaczka nie tylko nie powinna brać udziału w wytwarzaniu dóbr kultury, ale że świadectwem maturalnym posługuje się w sposób nie uprawniony.  Zwykle nie „jadę” po nazwiskach tłumaczy, ale w tym wypadku zrobię wyjątek: pani Ewa Androsiuk-Kotarska dostaje czerwoną kartkę. Oczywiście Wydawnictwo Replika do tych żałosnych błędów także się przyczyniło, bo książka ma redaktorkę i korektorki, które też nigdy nie słyszały o instytucie Yad Vashem, boję się pomyśleć, że może wydaje im się, że poznały pana Yada Vashema.

    Mimo wskazanych powyżej zastrzeżeń książka zdecydowanie warta przeczytania, bo pokazuje mechanizmy polityczne w Argentynie, które doprowadziły do stworzenia kanału ewakuacyjnego dla hitlerowców. Przedstawia także w szczegółach całą organizację tych przerzutów. Biorąc pod uwagę wiele mielizn, przypadkowych informacji, nieuzasadnionych uogólnień  i poważne wpadki w tłumaczeniu i redakcji oceniam na 5/10.

    Uki Goni, Prawdziwa Odessa. Jak Peron sprowadził hitlerowskich zbrodniarzy do Argentyny, Replika, Zakrzewo 2016, s. 464.


    [1] Tutaj ciekawy jest watek polski. W lipcu 1943 r. w Krakowie pozostała grupa 59 „Argentyńczyków narodowości żydowskiej” (s. 76). Ambasada argentyńska w Berlinie stwierdziła, że posługują się oni sfałszowanymi dokumentami i odmówiła im jakiejkolwiek pomocy.

    [2] Na charakter antykatolickiej obsesji pośrednio wskazuje także następujący fakt: Goni lokalizuje punkt przerzutowy nazistów miedzy innymi w Genui i tam domniemuje wsparcia lokalnych władz kościelnych, nie zauważa przy tym, cała kuria z arcybiskupem na czele wcześniej zajmowała ssie na dużą skalę pomocą i przerzutem prześladowanych Żydów, za co kard. Boetto, abp Genui został nagrodzony tytułem „Sprawiedliwy wśród narodów świata”

    

  • Książki

    Eichmann, zbrodniarze z Auschwitz i niemiecki wymiar sprawiedliwości

    Ronen Steinke, Fritz Bauer. Auschwitz przed sądem, recenzjaTemat odpowiedzialności sądowej zbrodniarzy z Auschwitz zrobił się ostatnio bardzo popularny. Najpierw film „Labirynt kłamstw” (2014) o młodym prawniku, który usiłuje doprowadzić do takiej rozprawy sądowej, później kolejny film „Fritz Bauer kontra państwo” (2015) o prokuratorze generalnym Hesji, gdzie ten proces się odbywał, a teraz mamy jeszcze książkę o owym Fritzu Bauerze.

    W wielu momentach biografia ta jest bardzo interesująca, pokazuje bowiem system prawny w Niemczech, a w szczególności problemy związane ze ściganiem zbrodni hitlerowskich. Generalnie rzecz biorąc niemiecki wymiar sprawiedliwości nie kwapił się z pociąganiem do odpowiedzialności zbrodniarzy nazistowskich, można powiedzieć nawet więcej, najczęściej skutecznie sabotował jakiekolwiek postępowania w tej materii. Dlaczego tak się działo? Odpowiedź jest prosta – w policji, prokuraturze i sądach zasiadali w znacznej mierze ludzie mający za sobą przeszłość Trzeciej Rzeszy. Skąd my to znamy? W Polsce po 1989 roku też można było obserwować opieszałość organów prawa i takie procedowanie, aby postępowania karne ostatecznie pogrzebać. I zapewne powód był ten sam: jak pociągnąć do odpowiedzialności za zbrodnie sądowe, skoro w wolnej już Polsce, podobnie jak w RFN, w sądach zasiadali sędziowie, którzy także orzekali w czasach socjalistycznych (u nich narodowosocjalistycznych); przecież pośrednio wydawaliby wyroki na samych siebie!

    Taka sytuacja w niemieckim aparacie ścigania miała wpływ na sprawy związane z Eichmannem. Fritz Bauer otrzymał sygnał, o miejscu pobytu Eichmanna. Nawet nie próbował zabiegać o jego ekstradycję do Niemiec, mając przekonanie, że skoro zgłosi sprawę do policji, to zanim machina prawna zacznie działać, Eichmann zostanie o tym uprzedzony. Dyskretnie poinformował o tym służby izraelskie. I tu kolejne zdziwienie – one wcale nie podjęły błyskawicznych działań, raczej się ociągały. To Bauer naciskał, posunął się nawet do szantażu, że wystąpi z wnioskiem o ekstradycję do Niemiec, a tym samym zbrodniarz zostanie ostrzeżony. To podziałało. Ostatecznie, zanim decyzje podjął prezydent Ben Gurion i Eichmanna ujęto, różne przepychanki trwały dwa lata!

    Trzeba zauważyć, ze podobny plan jak w przypadku Eichmanna istniał również w odniesieniu do doktora Mengele. Już w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku był on symbolem Auschwitz Birkenau. Docierały różne sygnały o miejscu jego ukrywania, ale w tym przypadku Izrael odmówił współpracy swoich służb. Jedno porwanie to była aż nadto dla małego państwa walczącego o przetrwanie. A służby niemieckie raczej kryły niż skutecznie poszukiwały.

    Do ciekawostek należy fakt, że przed wojną Bauer został sędzią traktując to jako praktykę prawniczą przed stanowiskiem prokuratora. Prowadził w tym czasie ożywioną działalność polityczną, co jako żywo nie wzbudziło żadnej refleksji u autora jego biografii. Zresztą po wojnie, jako generalny prokurator Hesji także swoich poglądów politycznych nie ukrywał.

    Na jego determinację w ściganiu zbrodniarzy hitlerowskich pewien wpływ miało zapewne uwięzienie go w obozie koncentracyjnym, zresztą nie za poglądy, ale z powodu organizacji strajku generalnego skierowanego przeciw objęciu władzy przez nazistów. Dość szybko został z obozu wypuszczony i udał się na emigrację do Danii, a później do Szwecji, gdzie wydawał gazetę Sozialistische Tribüne. Oczywiście taka działalność nie tylko nie była przeszkodą w objęciu wysokiego stanowiska w prokuraturze, ale wręcz dopomagała w awansie, co stanowi ciekawy przyczynek do współczesnych niemieckich zarzutów, co do upolityczniania polskiego wymiaru sprawiedliwości.

    Generalnie książka jest bardzo ciekawa, dobrze napisana (autor jest dziennikarzem), porusza wiele wątków dających do myślenia. W mojej opinii 8/10.

    Ronen Steinke, Fritz Bauer. Auschwitz przed sądem, Replika Zakrzewo 2017.

  • Książki

    Lewicowy faszyzm

    Goldberg, Lewicowy faszyzmTo jedna z bardziej pobudzających do refleksji książek, jakie ostatnio czytałem. Porusza takie tematy i w taki sposób, jak się w polskim piśmiennictwie nie zdarza. Oprócz oczywistych zalet ma też jednak i wa- dę, o której pod koniec wspomnę.

    Głównym celem książki jest odnalezienie pierwiastków ideologii faszystowskiej w ideologii amerykańskiej liberałów (terminu tego będę używał w rozumieniu amerykańskim, zupełnie innym od europejskiego).[1] Autor przeanalizował amerykańskie życie polityczne od Woodrow Wilsona przez Nowy ład Roosevelta, pokolenie buntu 1968 aż do Clinton i Obamy. I w wielu przejawach odnalazł zbieżności z ideologią i polityczną praktyką faszyzmu. Nic więc dziwnego, że w Stanach wzbudził popłoch i gremialną krytykę. Problem jednak w tym, że jego dociekania są bardzo przekonujące. Na pewno jest to dla wielu badaczy zaskakujące, ale fakty są faktami.

    Goldberg przeanalizował badania nad faszyzmem i skonstatował, że nie ma jednej definicji faszyzmu i właściwie każdy naukowiec zajmujący się tym problemem tworzy własną. Mimo iż interesowałem się swojego czasu faszyzmem niemieckim, spostrzeżenie owo było dla mnie zaskakujące, ale po weryfikacji okazało się jak najbardziej prawdziwe. Aby nie wchodzić w trud- ności definicyjne Goldberg ograniczył bazę porównawczą tylko do Niemiec i Włoch.

    Lewica i liberalizm w żadnym przypadku nie kojarzą się z faszyzmem. Odwrotnie, chyba powszechne przekonanie jest takie, że faszyzm przynależy do dziedzictw prawicy. Zapewne był skrajny, ale jednak prawicowy. Po głębszym zastanowieniu przyznaję jednak rację Golbergowi. W znacznym stopniu faszyzm był zjawiskiem lewicowym. W tym kontekście warto przypomnieć, że Mussolini był socjalistą, a rozstał się ze swoja partią bynajmniej nie  powodów ideologii – tej pozostał wierny – tylko z racji na stosunek do przyłączenia się Włoch do pierwszej wojny światowej (Mussolini był „za”, a jego towarzysze „przeciw”). Podobnie w programie NSDAP było mnóstwo postulatów lewicowych, zresztą nie przez przypadek w jej nazwie było i to, że socjalistyczna, i to że partia pracy. Niewątpliwie miał rację Richard Pipes, wybitny badacz dziejów rewolucji sowieckiej, kiedy mówił, że „bolszewizm i faszyzm to herezje socjalizmu”.

    Najbardziej utkwił mi w pamięci mój „ulubiony” amerykański prezydent, Franklin Roosevelt. Wdrażając „Nowy ład” (New Deal) nieustannie odwoływał się do charakterystycznej dla faszyzmu frazeologii walki, zagrożenia, tworzenia organizacji używających przemocy (tak, tak, również fizycznej) do wdrażania nowych rozwiązań mających na celu walkę z kryzysem, a tak naprawdę walkę o stworzenie nowego, zorganizowanego i centralnie zarządzanego społeczeństwa. Ostatnio przy okazji kryzysu finansowego sporo pisało się o „Nowym ładzie”, ale nikt nigdy nie wspominał tych osiągnięć Roosevelta.

    Niektóre spostrzeżenia Goldberga warto zapamiętać. Lewicowcy i poprawnościowcy lansują pogląd o złowróżbnej roli korporacji, rzekomo wspierających prawicową wizję świata. Tymczasem to wielkie korporacje na ogromną skalę wspierają finansowo przedsięwzięcia liberalne: od aborcji po promocję małżeństw homoseksualnych i środowisk LGBT[2] natomiast nie robią tego w stosunku do akcji społecznych podejmowanych z inspiracji konserwatywnych. Jedną z odpowiedzi, dlaczego tak się dzieje, jest sojusz wielkich przedsiębiorstw z partiami lewicowymi, które propagują intensywną politykę wspierania poprzez specyficzne regulacje rozwoju przemysłu. Głównym beneficjentem takich działań są korporacje (małych nie stać na wprowadzenie kosztownych zmian) i koło się zamyka.

    Najpoważniejsze moje zastrzeżenie budzi fakt, że Goldberg ani razu jednoznacznie nie wspomniał, że w Stanach Zjednoczonych nikt nigdy nie zamierzał zawiesić wolnych wyborów i nie zamierzał przejść do dyktatury (choć Roosevelt dość samowolnie rządził przez trzy kadencje i nie wiemy, co by się wydarzyła, gdyby śmierć nie przerwała jego urzędowania). Co by nie mówić, to jednak ta podstawowa cecha faszyzmu nigdy się w USA nie ujawniła. Zatem można mówić nie tyle o tytułowym lewicowym faszyzmie w Stanach, co o niektórych aspektach ideologii faszystowskiej w polityce amerykańskiej.

    Sumarycznie książka jest bardzo interesująca, zmuszająca do rewizji wielu powszechnie obowiązujących poglądów. Ludzie intelektualnie wolni powinni takie książki czytać. W mojej ocenie 9/10 i zaliczenie do elitarnej kategorii „sił sensu”.

    Jonah Goldberg, Lewicowy faszyzm. Tajemna historia amerykańskiej lewicy od Mussoliniego do polityki zmiany, Zysk i S-ka Poznań [2013], s. 660.



    [1] W kontekście amerykańskim słowo „liberalny” znaczy popierający zaangażowanie państwa w organizację życia ekonomicznego i po części społecznego, czyli do pewnego stopnia jest zaprzeczeniem tego terminu w takim rozumieniu, jakie dominuje w Europie. Wspólne dla obu tych znaczeń jest wsparcie udzielane wszelkim nowinkom obyczajowym od ruchów LGBT po aborcję.

    [2] Zwróciłem uwagę na duże zaangażowanie Coca coli w takie przedsięwzięcia – od tego czasu, jak mam wybór, to kupuję Pepsi, która też zajmowała (zajmuje?) się takim sponsoringiem, ale na mniejszą skalę i nie czyni z tego flagowego wehikułu reklamowego.

  • Książki

    Morfina Twardocha

    Szczepan Twardoch, Morfina, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013, okładka, recenzjaCzasem lubię przeczytać powieść historyczną i popatrzeć, jak niezawodowi historycy patrzą na nasze dzieje. W przypadku Morfiny dochodziło jeszcze i to, że książka dotyczy bardzo rzadko eksplorowanego okresu tuż po kampanii wrześniowej, kiedy wszyscy po szoku przegranej kampanii uczą się żyć w nowej rzeczywistości. A poza tym autor ma/miał opinię prawicowego intelektualisty. Niestety chyba na wyrost.

    Bohaterem książki jest Konstanty Willemann, Polak pochodzący z niemieckiej rodziny, podporucznik rezerwy 9 pułku ułanów, bonvivant, kobieciarz, a przy tym morfinista. Przypadkowo zostaje wciągnięty do konspiracji, gdzie dostaje polecenia „przekwalifikowania” się na Niemca i przyjęcia statusu folksdojcza. Polskie środowisko traktuje go jak odszczepieńca. On sam ma kłopoty z tożsamością. To fenomenalny punkt wyjścia do i do głębszych analiz psychologicznych, i do skonstruowania ciekawych sytuacji. Cóż z tego, skoro autor jedyne co ma do powiedzenia o psychologii postaci do kompulsywne powtarzanie pytania „kim jestem”. To zwyczajne ubogie intelektualnie.

    Równie płytko przedstawiona jest rzeczywistość „tuż po klęsce”. W ogóle nie widać szoku, jaki był udziałem wielu ludzi. Powszechne były próby tworzenia struktur konspiracyjnych. To też umyka autorowi. Przedstawia tylko jedną. Łatwo się domyśleć, że chodzi tu o organizację „Muszkieterzy”. Problem tylko w tym, że przedstawia ją w zupełnie krzywym zwierciadle, jako grupę pretensjonalnych nieudaczników mylących kuriozalne pseudonimu liczbowe. W rzeczywistości była to super sprawna struktura wywiadowcza (co zresztą było przyczyną ich klęski – ale to zupełnie inna, długa historia).

    Najbardziej jednak irytował mnie język, generalnie obsceniczny. Tutaj też posłużę się przykładem. Dość kluczowe jest dla fabuły wydarzenie, które kończy się zabiciem człowieka przez głównego bohatera, ów tak niefortunnie załatwia potrzebę fizjologiczną, że dokonuje zabójstwa będąc „obsranym”. Używam tego słowa tylko dlatego, że autor wielokrotnie i z lubością je eksploatuje. Na dodatek szczegółowa analiza tego fragmentu wskazuje, że wątek zafajdania został dopisany do podstawowej linii fabularnej. Już to samo wskazuje, w czym autor upatrywał czynników sukcesu książki, skoro właśnie takimi przypadkami inkrustował swoją opowieść.

    Autor lubi popisywać się wiedzą o różnych realiach epoki. Niestety w szczegółach popełnia dość oczywiste błędy. Nie chcę go nadmiernie strofować, ale o jednej rzeczy muszę wspomnieć, bo dotyczy moich okolic. Na linii kolejowej kolejne stacje za Brwinowem w kierunku Warszawy to Pruszków i Piastów, a nie Józefów. Ten ostatni ma co prawda stacje kolejową, ale znajduje się po przeciwnej stronie Warszawy przed Otwockiem. Rozumiem, że Twardoch jako Ślązak nie musi znać topografii okolic Warszawy, nie musi się jednak również popisywać jej znajomością. Może tej zajrzeć do mapy.

    Generalna ocena to 3/10, a to tak wysoka ze względu na wybór naprawdę ciekawego tematu. Powinno być 9/10 za pomysł i 0/10 za realizację.

    Szczepan Twardoch, Morfina, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.

  • Książki

    Skoruń Macieja Płazy i Uprawa roślin południowych metodą Miczurina Weroniki Murek

    Maciej Płaza, Skoruń, WAB Warszawa 2015, recenzja, okładkaGłównie czytam literaturę faktu., zresztą po zapisach w blogu to widać. Postanowiłem nabrać orientacji, co się dzieje w polskiej prozie. Wybrałem drogę na skróty i skorzystałem z nominacji w Nagrodzie Literackiej Gdynia.  Wybrałem kilka pozycji.

    Na pierwszy ogień poszedł Skoruń Macieja Płazy, który zresztą wygrał Gdynię w kategorii Proza. To ciekawa opowieść o dzieciństwie i dojrzewaniu chłopca w środowisku wiejskim. Tytułowy skoruń to leń i obibok, za którego był uważany bohater książki. Chłopiec ciężko pracuje w gospodarstwie, opinia na jego temat była zgoła niesłuszna i raczej odbijała surowość rodziców niż stan faktyczny. Już z tego można się domyślić, że konflikt z twardym ojcem i religijną matką był lejtmotywem dzieciństwa bohatera.

    Skoruń jest pięknie napisany. Rodzinne gospodarstwo jest przedstawione z czułością. Na pewno nigdzie indziej nie czytałem takiego opisu sadu i pracy w nim. Akcja książki rozgrywa się nad Wisłą, zatem niezbadana rzeka, wały i powodzie stale nam towarzyszą. Wszystko to razem buduje klimat nieco tajemniczy, stopniowo poznawany przez dojrzewającego chłopca, ale ojciec do końca pozostaje niepojęty. Wiele wydarzeń ma swoje trudne do poznania korzenie w historii, zarówno tej wielkiej, jak okupacja, jak i małej, jak rodzinne spory wokół testamentu. Rozwikływanie tych zagadek stanowi jeden z podstawowych wątków książki.

    W tej nieco magicznej rzeczywistości pojawia się wiele niebanalnych postaci. Jakie realia przyrodnicze i historyczne, tacy ludzie. Ciekawi, niebanalni, mający swoje tajemnice.

    Powieść jest pisana w pierwszej osobie i ukazuje tak sugestywnie wiejską rzeczywistość, że nie sposób uwolnić się od przekonania, że autor naprawdę napisał prozę wspomnieniową. W jakim stopniu jednak opiera na własnych doświadczeniach, a w jakim posługuje się fikcją? Wydaje się, że i jedno, i drugie jest w niej obecne.

    Wreszcie najważniejsze – książkę się po prostu dobrze czyta. Pobudza ciekawość, wciąga. Jedocześnie pokazuje świat, jakiego już chyba nie ma. A może tylko autor tak gra z czytelnikiem, celowo wytwarzając atmosferę ludowej Atlantydy, której dzisiaj na próżno szukać? Jakby nie było, książka robi wrażenie. Wcale się nie dziwię, że w Gdyni dostała nagrodę.

    Weronika Murek, Uprawa roślin południowych metodą Miczurina, Czarne, Wołowiec 2015, recenzja, okładkaSięgnąłem również po zbiór opowiadań Uprawa roślin południowych metodą Miczurina. To proza całkowicie innego gatunku. Oparta o stworzenie jak najdziwaczniejszych, nieprawdopodobnych, sytuacji. Ograniczmy się tylko do wskazania, że osią pierwszego opowiadania jest jednoczesne występowanie ciała zmarłej dziewczyny i tej samej żywej osoby, która bierze normalny udział w we własnych przygotowaniach pogrzebowych. Dalej jest jeszcze oryginalniej. Życzliwi powiedzieliby, że chodzi o nieokiełznaną wyobraźnię. Dla mnie to jednak pospolite dziwaczenie, szukanie za wszelką cenę efektu zaskoczenia. Ani twórcze, ani ciekawe. Czytałem z narastającym dysgustem.

    Zgodnie z najlepszym literackimi regułami: dziwacznej treści odpowiada taka sama forma. Dialogi nie mają ciągłości, akapity pozostają między sobą bez logicznego związku, postacie pojawiają znikąd i tak samo znikają. Niektórym się to podoba, skoro książka została nominowana do nagrody w Gdyni. Może takie są współczesne kryteria prozy artystycznej. Dla mnie to raczej wysilona hucpa stwarzająca tylko pozory artyzmu. Równie dobrze mógłby się pojawiać gadający czajnik, latający dywan i człowiek o trzech nogach. Tylko co w tym ciekawego i oryginalnego?

    Maciej Płaza, Skoruń, WAB Warszawa 2015

    Weronika Murek, Uprawa roślin południowych metodą Miczurina, Czarne, Wołowiec 2015.

  • Książki

    Historia chrześcijaństwa, nowe ujęcie, stare wydanie

    Historia chrześcijaństwa tom 4 Biskupi, mnisi i cesarze 610-1054, tom 5 Ekspansja Kościoła rzymskiego 1054-1274

    Musiałem przeczytać kilka rozdziałów piątego tomu tego wydawnictwa i zostałem zaskoczony jego jakością – w efekcie przeczytałem wielki tom liczący ponad 700 stron dużego (większego niż naukowy) formatu. Już to samo może świadczyć, z jakim dziełem mamy do czynienia.

    Zwykle w syntezach historii Kościoła zwracano uwagę na aspekt instytucjonalny. Koncentrowano się na papiestwie, zdobywaniu nowych krajów dla chrześcijaństwa, misjach, na strukturach diecezjalnych i metropolitalnych. Coś wspominano, raz płyciej, raz głębiej, o duchowości. I na tym koniec.

    W wielotomowym cyklu stworzonym we Francji, ujęcie jest całkowicie inne. Dominuje tu wymiar społeczny i kulturowy. Pod tym kątem też jest przedstawiana doktryna kościelna. Dam przykład – kilkunastostronicowy passus został poświęcony refleksji Kościoła nad moralnym aspektem handlu i kupiectwa. Całkowicie negatywna ocena tego kierunku działalności człowieka w okresie rozkwitu średniowiecza nawet mnie zaskoczyła. André Vauchez przedstawia jakie były uwarunkowania tego stanowiska, jak wyglądały niuanse, jaka była ewolucja. Podobnie było z potępieniem lichwy i kredytu.

    W obu tomach osobne rozdziały poświęcone zostały nowemu chrześcijaństwu. Omawiana jest w nich problematyka Kościoła (katolickiego i prawosławnego) w krajach Europy Środkowo-Wschodniej i w Skandynawii. Rozdziały bynajmniej nie zostały dodane w polskim tłumaczeniu, istniały już we francuskim oryginale. To bardzo rzadka sytuacja, kiedy synteza przygotowywana na Zachodzie uwzględnia kraje naszej części Europy. Zwykle pomijano całkowitym milczeniem kraje leżące na zachód od Niemiec. W potocznym mniemaniu Europa kończyła się na Odrze i zachodnich granicach monarchii habsburskiej.[1] Duży szacunek dla francuskich redaktorów tego wielotomowego dzieła. Cieszy także i to, że właśnie w syntezie historii chrześcijaństwa ten stereotyp został przełamany.

    Bardzo również mnie ujęło poświęcenie sporej uwagi problemowi praktyk religijnych. To bardzo ulotna kwestia i trudna do precyzyjnego uchwycenia w epokach przedstatystycznych. Tym większe uznanie za dogłębne poruszenie tej problematyki.

    Zajrzałem także do tomu czwartego tej syntezy. Uderzyła mnie w nim osobna część (blisko 200 stron) poświęcona Kościołom wschodnim takim jak: gruziński, armeński, ale także melkicki, maronicki, jakobicki czy nestoriański. Czytałem o nich z zapartym tchem. W wielu przypadkach jest to najbardziej kompetentny wykład historii tych wyznań w języku polskim.

    Oczywiście nie sposób omówić tu nawet pobieżnie zakresu tego dzieła. O jego rozległości, a jednocześnie szczegółowości, niech świadczy fakt, że indeksy osób w omawianych tomach zajmują odpowiednio 25 i 15 stron małego druku, a ponadto w każdym tomie znajduje po kilkadziesiąt map, często całkowicie unikalnych.[2]

    Niestety ukazały się w Polsce tylko dwa tomy tłumaczenia tej fundamentalnej syntezy. Wydawnictwo Krupski i S-ka zakończyło przedwcześnie działalność, a nie widać nikogo tak odważnego, aby kontynuować to dzieło. Przy okazji warto wspomnieć dlaczego polska edycja zaczęła się niejako „od środka”, czyli od tomu czwartego. Chodziło mianowicie o pokazanie szerokiego kontekstu chrztu Polski. Tym bardziej w okrągłą rocznicę tego wydarzenia warto wspomnieć o tym nieco chyba zapomnianym przedsięwzięciu wydawniczym. Także warto zaapelować o podjęcie wysiłku jego kontynuacji.

    Historia chrześcijaństwa tom 4 Biskupi, mnisi i cesarze 610-1054, autorzy G. Dagron, Ch. Hannick, A. Jacob, J. Kłoczowski, J.-P. Mahé, B. Martin-Hissard, J.M. Martin, M. Parisse, P. Riché, G. Troppeau, A. Vauchez, Wydawnictwo Krupski i S-ka, Warszawa 1999.

    Historia chrześcijaństwa tom 5 Ekspansja Kościoła rzymskiego 1054-1274, autorzy A.P. Paravicini, J. Kłoczowski, J.M. Martin, M. Parisse, E. Patlagean, A. Vauchez, Wydawnictwo Krupski i S-ka, Warszawa 2001.



    [1] Bardzo sensownie pisał o tym zjawisku Norman Davies w Europie między Wschodem z Zachodem (Kraków 2007) w rozdziałach poświęconych pisaniu syntezy historii Europy.

    [2] Zapewne wynika to faktu, że prof. Kłoczowski, redaktor naukowy polskiego wydania, był szefem Instytutu Geografii Historycznej Kościoła KUL.